24 czerwca 2019

Serocs – The Phobos / Deimos Suite [2018]

Serocs - The Phobos / Deimos Suite recenzja okładka review cover"The Phobos / Deimos Suite" to kolejny przykład na to, że natura dąży do równowagi. Skoro Cryptopsy mają w dupach nagrywanie płyt długogrających, sprawy w swoje ręce wzięli znacznie mniej utytułowani osobnicy z Serocs, którzy nie tyle grają brutalny i techniczny death metal (bo w tym przypadku to mało precyzyjne określenie), co grają w stylu Cryptopsy z najlepszych lat. Mnie to nawet pasuje, bo napierdalają ze wszech miar zajebiście i bez stosowania taryfy ulgowej można ich już stawiać w jednym rzędzie z Kanadyjczykami z okresu "Whisper Supremacy". Innymi słowy za sprawą opisywanego tu albumu zespół pod dowództwem Antonio Freyre’a dobił właśnie do najlepszych, a u mnie domknął "top 3" za 2018 rok. Zaprawdę powiadam wam, oto death metal, którego chce się słuchać do utraty świadomości, chociaż swoją intensywnością i stopniem skomplikowania potrafi zamęczyć nawet zaprawionego w bojach zawodnika. Nieprzystępność materiału (jak się później okazuje – pozorna) Serocs nie odrzuca, a wręcz przeciwnie – magnetyzuje i nie pozwala się od niego uwolnić. Nie bez przyczyny przywołałem "Whisper Supremacy". "The Phobos / Deimos Suite" może się pochwalić podobnie zajebiście dobranymi proporcjami pomiędzy brutalnością, finezją, szybkością i techniką. Wszystkie te składniki podano z dużym wyczuciem i bez przeginania w którąkolwiek stronę, stąd też na pierwszy plan wychodzą... znakomite kompozycje, których na krążku nie brakuje. Dodatkowym atutem "The Phobos / Deimos Suite" jest stosunkowo duża chwytliwość przy zachowaniu okrutnie popieprzonych struktur, w czym główna zasługa Phila Tougasa, który do kilku kawałków ('Revenants', 'SCP-106' i 'Deimos') przemycił charakterystyczne dla siebie (a przynajmniej tej jego strony znanej z First Fragment) partie z pokręconą melodią i totalnym zgiełkiem, kiedy każdy z instrumentalistów musi dać z siebie wszystko. Miazga! Warto jeszcze dodać, że muzyka Serocs wreszcie doczekała się odpowiedniej oprawy — brzmienie jest masywne, przejrzyste i ma dużą głębię — co chyba było nie lada wyzwaniem, biorąc pod uwagę, że album był nagrywany w kilku studiach rozsianych po świecie. Ponownie brawa! Jedyne, czego Serocs teraz trzeba, to solidna promocja, bo nawet tak wspaniale podany death metal nie obroni się sam.


ocena: 9/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/serocsband

podobne płyty:

Udostępnij:

13 czerwca 2019

Continuum – The Hypothesis [2015]

Continuum - The Hypothesis recenzja okładka review coverRozgryzienie idei stojącej za Continuum jest wyjątkowo proste nawet bez zerkania w CV poszczególnych muzyków, bo kolesie zdradzili swoje fascynacje, doświadczenie i pochodzenie już w pierwszym riffie, który niemalże żywcem wyjęto z twórczości Arkaik. Właaaśnie tak, na "The Hypothesis" mamy do czynienia z typowym dla Kalifornii dość mechanicznie potraktowanym technicznym death metalem, w którym oprócz wspomnianego już zespołu na A pobrzmiewają również patenty charakterystyczne dla Deeds Of Flesh, Inanimate Existence, Decrepit Birth i paru innych kapel z tamtego rejonu, bo — tak się śmiesznie składa — w nich bohaterowie tej recki także maczali paluchy. Co ciekawe, muzyka Continuum nie ma wiele wspólnego z Son Of Aurelius, z którego wywodzi się aż 3/5 składu. W opisywanym projekcie panowie postawili przede wszystkim na utwory krótkie, treściwe (dwie, dwie i pół minuty i sruuu) i dość zawiłe, żeby nie znudziły się po paru przesłuchaniach. Osobiście bardzo pochwalam taką formułę i byłbym bardzo zadowolony, gdyby Amerykanie konsekwentnie się jej trzymali, bo to całkiem fajnie przekłada się na dynamikę i intensywność materiału. Wiecie – takie szybkie jebnięcie prosto w twarz. Niestety nie ma tak dobrze i takich mocno skompresowanych utworów mamy tylko siedem, cała reszta, w moim odczuciu, służy jedynie dopompowaniu płyty do obowiązkowych 30 minut. Nikt mi nie wmówi, że bzyczącąco-ambientowy przerywnik 'Absolute Zero' czy perkusyjne solo (albo rozgrzewka przy rozstawianiu garów) obudowane kolejnymi ambientami są na "The Hypothesis" niezbędne. To jeszcze nic, bo Continuum zamknęli album 9-minutowym kolosem stworzonym w oparciu o jakieś... dwa proste riffy. Nie dość, że formalnie to strasznie naciągana (i wkurwiająca) zagrywka, to muzycznie gryzie się z mocno pokomplikowanymi wcześniejszymi utworami. W ten sposób album, który mógłby robić naprawdę dobre wrażenie, robi wrażenie co najmniej dziwne i niejednoznaczne. Z jednej strony wydaje się ociupinę przekombinowany, a z drugiej po prostu niedorobiony. A brzmi jak większość płyt, które przeszły przez ręce Zacka Ohrena.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/continuumDM

podobne płyty:

Udostępnij:

8 czerwca 2019

Malevolent Creation – The 13th Beast [2019]

Malevolent Creation - The 13th Beast recenzja okładka review coverPhil Fasciana przynajmniej kilka razy w karierze deklarował, że skład, którym dysponuje, jest tym najlepszym w historii zespołu. Ostatnio, po wydaniu "Dead Man’s Path", zagalopował się naprawdę daleko i stwierdził, iż stanowią tak zgraną maszynę, że jeśli ktokolwiek odejdzie, oznaczać to będzie koniec kapeli. Minęły cztery lata, doczekaliśmy się nowego albumu, a na zdjęciu grupowym oglądamy trzy nowe twarze. Normalnie zapytałbym, gdzie tu konsekwencja, ale zawartość "The 13th Beast" jest na tyle dobra, że sobie daruję. No i nie ukrywam, że bez Malevolent Creation świat klasycznego death metalu byłby znacznie uboższy.

Na swoim trzynastym albumie Amerykanie pokazali się z nieco innej niż zwykle strony – wprawdzie bez rewolucyjnych zmian, ale na tyle w ich przypadku świeżo i ciekawie, że nie można im zarzucić recyclingu najbardziej typowych schematów. Ma to oczywiście związek z osobą nowego gitarniaka/wokalisty, który napisał zdecydowaną większość materiału (jakieś 80% muzyki i wszystkie teksty). Spisał się co najmniej dobrze, ale faktem jest, że przy pierwszym kontakcie "The 13th Beast" wydaje się odstawać stylem od większości pozycji w dyskografii Malevolent Creation w podobnym stopniu co z lekka dziwny "In Cold Blood".

To wrażenie pogłębia brzmienie, które na pewno nie jest tak potężne jak na wcześniejszych płytach (przydałyby się zwłaszcza pełniejszy sound garów), choć ponownie szlifował je Dan Swanö. Kolejna kwestia wpływająca na wyczuwalną odmienność krążka to wokal Wollenschlaegera. Ogólnie Lee daje radę, ale w jego głosie nie ma niczego rozpoznawalnego, co mogłoby go wynieść ponad średnią światową. Brett Hoffmann był jednak nie do podjebania na tym stanowisku, więc tym bardziej szkoda chłopa. Ponadto na "The 13th Beast" do myślenia dają popisy solowe, których swoją drogą jest stosunkowo mało jak na 50-minutowy materiał. Dwie solówki zagrał gościnnie Ryan Taylor (nikt znany), po jednej Fasciana i Wollenschlaeger, natomiast za pozostałe cztery, proste, króciutkie i zawstydzające, odpowiada... basman. I nie, to nie są solówki basowe.

Gdybym wcześniej nie napisał o fajności "The 13th Beast", z powyższego opisu wyłania się obraz płyty w najlepszym razie przeciętnej. Tak jednak nie jest. Pomimo swoich oczywistych niedoskonałości trzynasty album Malevolent Creation jako całość wypada nad wyraz dobrze – w przeważającej części jest szybki, bardzo motoryczny i upakowany sensownymi riffami. Słychać, że odmłodzonej ekipie nie brakuje zapału do agresywnego napieprzania, że ma pomysł na siebie. Także pod względem chwytliwości nie jest źle, a kawałki typu 'Canvas Of Flesh', 'The Beast Awakened', 'Trapped Inside' czy 'Knife At Hand' powinny na stałe zagościć w setliście zespołu. Wprawdzie zastanawiam się, jak długo jeszcze wytrzymają (nie mam na myśli składu!), ale na emeryturę jeszcze bym ich nie wysyłał. Nie z takimi płytami.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/malevolentcreation

inne płyty tego wykonawcy:




Udostępnij: