8 lipca 2026

Strandhogg – Ritualistic Plague (Evangelical Death Apotheosis) [2009]

Strandhogg - Ritualistic Plague (Evangelical Death Apotheosis) recenzja review„It's just one of those days when you don't wanna wake up, / Everything is fucked, everybody sucks.” – Cytat z jednego z utworów Freda Dursta (tak, trauma dziewiczych czasów) tutaj akurat trafia w sedno dzisiejszego albumu. Czy każdy z nas nie ma takiego dnia, że z żony zrobiłby worek treningowy, dzieci połamał jak zapałki, a zwierzaka kopem wysłał na orbitę? Wkurw przyniesiony z pracy, z urzędów czy szpitali, czyli po prostu z życia wzięte. I tutaj w sukurs przybywa nam muzyka (cholera czuję się jakiś przedstawiciel Mango…). U nas metalowców minus + minus daje plus. Na wkurw pomaga nam muzyka emanująca agresją, która u „normalsa” spowodowałaby opętanie przez cały legion demonów. Tak to już z nami, „poyebami”, bywa. A na 666% w moim przypadku. I właśnie tutaj, jako remedium na wkurw pojawia się poznańska black metalowa formacja Strandhogg i ich jedyne dzieło Ritualistic Plague (Evangelical Death Apotheosis).

Otwierający album „Prophecy of World Funeral” zawsze powoduje u mnie gęsią skórkę. Uwielbiam te pierwsze miażdżące i wolne riffy, które wprowadzą nas w konkretną rzeźnię. Ritualistic Plague (Evangelical Death Apotheosis) nie będzie się z nami bawić w tańcu. Jest to prosty (ale nie prostacki!) album kipiący czystą nienawiścią, totalnym wkurwieniem do całego świata. Poznaniacy przelewają swój gniew w nuty, niczym Sauron swoją moc w jedyny pierścień. I podobnie jak on był mistrzem swojego fachu, Strandhogg w 8 utworach trwających lekko ponad 37 minut sprawia, że Ritualistic Plague (Evangelical Death Apotheosis) się nie nudzi. A to chyba najważniejsze. Każdy maniak death czy black metalu zna zespoły, które może i napierdalają jak z karabinu, ale po 3-4 trackach mamy chęć przewijać dalej, a tu jeszcze z kilka utworów przed nami. U Strandhogg tego nie doświadczymy. Kompozycje są przemyślane i różnorodne w swojej strukturze i z tego powodu te niecałe 40 minut (w tym jeden utwór trwający 10 minut!) mija jak z bata strzelił. Oczywiście nie jest to dzieło, które rewolucjonizuje gatunek, ale z pewnością ugruntowuje polską ekstremalną scenę, jako jedną z tych najlepszych. Wszakże siła sceny to nie tylko tych kilka perełek, ale cała nisza. Niestety w 2014 zespół zakończył działalność i dlatego też zależy mi na zaprezentowaniu Ritualistic Plague (Evangelical Death Apotheosis). Dla fanów ostrego, ale stylowego napierdalania, jak w mordę strzelił.


ocena: 7,5/10
Lukas
Udostępnij:

4 lipca 2026

Barren Path – Grieving [2025]

Barren Path - Grieving recenzja reviewWraz z wydaniem „Perfect Amber” historia Gridlink ponoć dobiegła końca: pozamiatane, zrobili swoje i już więcej ich nie usłyszymy. Taaa… Na taką ściemę to ja się nie dam nabrać — wszak za pierwszym razem w 2014 też kończyli definitywnie — i będę wypatrywał kolejnego reunionu, choćby miał nastąpić i za kilkanaście lat. Póki co jakąś jego namiastką jest Barren Path – zespół powołany do życia przez Takafumiego Matsubara i Bryana Fajardo (filary Gridlink), którzy dobrali sobie do współpracy dwóch kolegów z… Gridlink, zaś do wydawania odgłosów paszczą zatrudnili znanego z Maruta i Noisear Mitchella Luna. Po takim składzie można było się spodziewać wszystkiego, choć z góry było wiadomo, że to „wszystko” sprowadzi się do ekstremy.

I jeśli chodzi o ekstremę, to Grieving z pewnością nie zawodzi. To wzorowo wyprodukowany nowoczesny grind: szaleńczo szybki, nienaganny technicznie, diablo zróżnicowany i nieprzewidywalny – muzyka, za którą w pierwszej chwili trudno nadążyć i która do pewnego stopnia przytłacza swoją intensywnością, ale absolutnie nie zniechęca do kolejnych przesłuchań i prób rozszyfrowania jej. Członkowie Barren Path zadbali o to, żeby każdy z jedenastu kawałków miał do zaoferowania coś innego, coś wyróżniającego się, zaś całość była czymś znacznie większym niż tylko sumą poszczególnych elementów.

Z oczywistych względów Grieving ma duuużo wspólnego z tym, co już znamy z płyt Gridlink — czego w żadnym wypadku nie należy poczytywać jako zarzutu — ale na pewno nie sprowadza się tylko do powielania wykorzystanych już patentów. Weźmy chociażby wokale – są bardziej urozmaicone — od niskich growli po dzikie wrzaski — czym mocno podbijają dynamikę utworów i sprawiają, że muzyka brzmi ciężej i brutalniej. Poza tym materiał Barren Path wydaje się być (jest!) ponadnormatywnie chwytliwy – sporo riffów można sobie nucić pod nosem pomimo ich pokręconej formy, a praktycznie każdy numer (a już zwłaszcza „No Geneva”, „The Insufferable Weight”, „Subversion Record” i „Lunar Tear”) to potencjalny przebój Lata z Radiem.

Jedyny istotny minus, jaki przychodzi mi do głowy w związku z Grieving, to mówiono-ambientowy „Celestial Bleeding”, z którego nic wielkiego dla świata nie wynika, poza tym, że marnuje cenne sekundy. Że niby umknęło mi to, że płyta jest pierońsko krótka? Nieee, po prostu mam świadomość, że mogłaby być jeszcze krótsza, więc cieszę się nawet z tych 13 minut.

Takafumi Matsubara z kolegami ponownie udowodnili, że mają doskonały patent na tworzenie grindowych albumów, które już w momencie premiery trafiają do kanonu, by za chwilę stać się klasyką gatunku. I to niezależnie od tego, pod jakim szyldem panowie się zbierają. Tu nie ma przypadku, jest za to ogromny talent.


ocena: 9/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/share/1GEhSdin1P/

podobne płyty:


Udostępnij: