Czy macie może tak, że jakiś zespół lub jakiś utwór są żywcem wycięte z waszego życiorysu? Szczególnie gdy skupicie się na warstwie lirycznej. U mnie to właśnie krakowskie Biesy (a w sumie bies [Osoba biesowa? – przyp. demo] zwany PR) i debiut Noc Lekkich Obyczajów sprawił, że powróciłem pamięcią 20 lat do tyłu, do czasów studiów akurat w Krakowie. Kiedy to człowiek zostawał „Rzucony w przestrzeń”, gdzie w Noc Lekkich Obyczajów „Czerń nas prosi”, a takie hulanki wchodzą nam „W krew” i tak „Każdego dnia” powtarzały się ciężkie „Powroty”.
Ot, 6 utworów zmieszczonych w 42 minutach tworzy całą nostalgiczną eskapadę w przeszłość. Styl krążka to mieszanka black/death i wolno-średnie tempa, które pozwalają nam wczuć się w duszne klimaty podziemnych knajp (ach ten Popularny), kiedy to piwo nie kosztowało majątku, obiad jadło się raz w tygodniu, a bułka z chlebem i keczupem (no i czasem udało się pasztet dorwać) to była podstawa żywieniowa, bo przecież pić coś trzeba, a człowiek nie koń co miałby tylko wodę pić. A spożywało się zarówno w knajpach, jak i w miejskich bramach, wejściach do kamienic, nad Wisłą itp. Stare, dobre czasy (a dziś nie ma już czasów). Aczkolwiek czy takie dobre? No właśnie… Biesy operują mocno w sferze lirycznej. Warto się w nią słuchać, bo pewnie niejeden odnajdzie tutaj cząstkę siebie. Powspominać, co było dobre, a co niekoniecznie. Trzeba pamiętać, cokolwiek zrobiliśmy dobrego czy złego, to nas duchowo kształtowało. Mając zaledwie 20 lat tworzyliśmy nasz charakter. Studia to przecież nie tylko zakuwanie na sesję. To wyjścia w noc, poznawanie ludzi, różnych osobowości, formowanie więzi, przyjaźni, jak i dostawanie kosy w plecy czy też bójki. Czysty proces kreacji naszego jestestwa i po części tego kim staliśmy się dziś. To nie będzie długa recenzja, jeśli chodzi bezpośrednio o płytkę, bo nie bardzo jest co opisywać. Trzeba posłuchać. Muzyka i wokale są na wysokim poziomie. Kompozycje, choć wolniejsze, nie są nudne. Różnorodne, ale zarazem solidne, dobrze zwarte. Trzymają się tego etosu nocnego życia. Każdy utwór idealnie odzwierciedla swoją nazwę.
Pozostaje mi jedynie polecić debiut, nie tylko jako dobrą płytę z dobrą muzyką, ale też nostalgiczny powrót do lat młodzieńczej głupoty.
P.S. Biesy na tej płycie dla mnie się kończą. „Transsatanizm” i „Golem” to już nie muzyka dla mnie. Trudno to nawet muzyką nazwać.
ocena: 7/10
Lukas
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/biesyIHS
Worm zasłynął przynajmniej z dwóch rzeczy: z dość oryginalnego podejścia do podziemnego doomu oraz z ogromnych skoków jakościowych między kolejnymi wydawnictwami. Gdy zestawimy ze sobą prymitywny „Evocation Of The Black Marsh” i ambitny „Foreverglade”, możemy łatwo dojść do wniosku, że mamy do czynienia z dwoma różnymi zespołami z zupełnie innej ligi. Przy okazji czwartej płyty robaczywy duet postanowił pójść ze zmianami jeszcze dalej, mocno rozwijając nie tylko samą muzykę, ale i jej otoczkę, całymi garściami czerpiąc z żenującego wizerunku czołowych przedstawicieli niby symfonicznego black metalu z połowy lat 90. XX wieku. Oprawa graficzna, zdjęcia, stroje, teledyski, tytuły – wszystko to nawiązuje do najgorszych klisz znanych z twórczości Dimmu Borgir, Cradle Of Filth, Ancient czy Limbonic Art.
Dla każdego, kto kolekcjonuje płyty i kupuje je w tradycyjny sposób, wiadomym jest, iż wiążą się z tym różne historie. Nieważne czy to CD, winyle, a nawet kasety. Niespodziewany zakup, cudowne objawienie na koncercie czy też udana licytacja po zaniżonej cenie. Mianownik jest jeden: dorwanie w łapska upragnionego krążka. Zaczynając w ten sposób można prosto pomyśleć, że recenzowany Oremus ma jakieś „backstory”. Nic bardziej mylnego. Nie mam pojęcia gdzie i kiedy zakupiłem tę płytę. Mogę jedynie przypuszczać, że musiało być to podczas koncertu Blaze of Perdition, których nie znosiłem, ale był czas, kiedy grali wszędzie gdzie widniał napis „black metal”, poczynając od Wrocławia i kończąc na Rzeszowie. Chcąc-nie-chcąc widziałem ich często. Do zakupu mogła przekonać mnie okładka i pewnie cena, która prawdopodobnie była podobna do kosztu browara.
Wyjątkowo entuzjastyczne przyjęcie debiutu sprawiło, że czterej młodzieńcy z Martyr jeszcze mocniej przyłożyli się do prac nad kolejnym materiałem; tak mocno, że w rezultacie stworzyli jeden z absolutnie najlepszych deathmetalowych krążków, jakie kiedykolwiek powstały w Kanadzie. Krążek, który pomimo upływu ponad 25 lat od premiery nie stracił niczego ze swojej świeżości, i który wciąż zachwyca rozmachem i wizjonerstwem rozwiązań aranżacyjnych. To nie lada wyczyn zważywszy na to, że zespół miał ostro pod górkę – raz, że już na
„It's just one of those days when you don't wanna wake up, / Everything is fucked, everybody sucks.” – Cytat z jednego z utworów Freda Dursta (tak, trauma dziewiczych czasów) tutaj akurat trafia w sedno dzisiejszego albumu. Czy każdy z nas nie ma takiego dnia, że z żony zrobiłby worek treningowy, dzieci połamał jak zapałki, a zwierzaka kopem wysłał na orbitę? Wkurw przyniesiony z pracy, z urzędów czy szpitali, czyli po prostu z życia wzięte. I tutaj w sukurs przybywa nam muzyka (cholera czuję się jakiś przedstawiciel Mango…). U nas metalowców minus + minus daje plus. Na wkurw pomaga nam muzyka emanująca agresją, która u „normalsa” spowodowałaby opętanie przez cały legion demonów. Tak to już z nami, „poyebami”, bywa. A na 666% w moim przypadku. I właśnie tutaj, jako remedium na wkurw pojawia się poznańska black metalowa formacja Strandhogg i ich jedyne dzieło Ritualistic Plague (Evangelical Death Apotheosis).
Wraz z wydaniem 


