Wyjątkowo entuzjastyczne przyjęcie debiutu sprawiło, że czterej młodzieńcy z Martyr jeszcze mocniej przyłożyli się do prac nad kolejnym materiałem; tak mocno, że w rezultacie stworzyli jeden z absolutnie najlepszych deathmetalowych krążków, jakie kiedykolwiek powstały w Kanadzie. Krążek, który pomimo upływu ponad 25 lat od premiery nie stracił niczego ze swojej świeżości, i który wciąż zachwyca rozmachem i wizjonerstwem rozwiązań aranżacyjnych. To nie lada wyczyn zważywszy na to, że zespół miał ostro pod górkę – raz, że już na „Hopeless Hopes” zawiesił poprzeczkę na nieosiągalnym dla wielu poziomie, a dwa, że lokalna konkurencja — Cryptopsy, Gorguts, Quo Vadis, Disembarkation czy Kataklysm — również się nie opieprzała i wydawała nie mniej znaczące dzieła.
Pisząc o Warp Zone, można pójść na skróty i cały opis tego albumu sprowadzić do lakonicznego stwierdzenia, że muzycy Martyr dosłownie w każdym aspekcie przebili to, co znalazło się na „Hopeless Hopes”. Już takie krótkie zdanie powinno dać obraz tego, z jak znakomitym materiałem mamy do czynienia. Jednakże takie podejście do tematu byłoby dla zespołu zwyczajnie krzywdzące, bo Warp Zone jak mało która płyta zasługuje na laurki, peany, elaboraty i rozprawy naukowe. To album kapitalny w każdym calu: niesamowicie złożony, szalenie dynamiczny, urozmaicony i nieprzewidywalny. To 38-minutowy konglomerat zakręconych riffów, finezyjnych solówek i połamanych rytmów podanych w takim natężeniu, że mózg się lasuje, a ręce opadają z niemocy. Tu nie ma przestojów (a nawet wyraźnych przerw między utworami), dłużyzn czy jałowych fragmentów – każdy dźwięk jest po coś i doskonale służy budowaniu spójnej i jakże fascynującej całości.
Wszelkie bezpośrednie inspiracje, które jeszcze dało się dostrzec na „Hopeless Hopes”, na Warp Zone uległy rozmyciu; zespół wzniósł się na wyżyny i wypracował swój oryginalny i jak najbardziej rozpoznawalny styl. Właśnie od tego momentu Martyr grają już we własnej-ciasnej lidze, w której rządzą niepodzielnie. Ja natomiast do dziś się zastanawiam, co też trzeba mieć w głowie albo pod wpływem jakich być substancji, żeby pisać taką muzykę, bo ona naprawdę nie ma odpowiedników w świecie technicznego death metalu. Co warte odnotowania, Kanadyjczycy tworząc tak skomplikowane i wielowymiarowe dzieło, nie zatracili pierwotnej fajności, dzięki czemu Warp Zone jest w równie chwytliwy co debiut, nawet mimo tego, że jest od niego wyraźnie brutalniejszy. Utwory takie jak „Endless Vortex Towards Erasing Destiny”, „Carpe Diem”, „Virtual Emotions”, tytułowy czy nieco eksperymentalny „Realms Of Reverie” zapadają w pamięć już od pierwszego przesłuchania, choć ogarnięcie ich struktury nie jest wcale sprawą prostą.
Warp Zone został nagrany w mekce kanadyjskich kapel, czyli studiu Victor w Montrealu, a za jego produkcję odpowiada znany z Obliveon Pierre Rémillard. Niebywale utalentowani instrumentaliści + porządne studio + znający się na swojej robocie i „czający klimat” fachowiec = kapitalne, zajebiście czytelne brzmienie. Mnie szczególnie imponuje, jak wspaniale uwydatniono te wszystkie zmiany nastroju i skoki dynamiki, którymi muzyka Martyr jest wyładowana po brzegi.
Wspomniałem już, że Warp Zone pod każdym względem przewyższa debiut, że Kanadyjczycy poprawili wszystko, co tylko można było poprawić… Taaak, to się tyczy także najsłabszego elementu – wokali. Są lepsze, wyraźnie lepsze, ale jednak ciągle są tym najsłabszym elementem, za który dla zasady ucinam z oceny pół punktu. Cała reszta jest idealna, dlatego tym większa szkoda, że za sukcesem artystycznym nie przyszedł sukces komercyjny. Martyr w pełni na niego zasłużyli.
ocena: 9,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/MartyrCanada/
inne płyty tego wykonawcy:
podobne płyty:
- CAPHARNAUM – Fractured
- DISEMBARKATION – Rancorous Observision




0 comments:
Prześlij komentarz