29 maja 2013

Incubus – Beyond The Unknown [1990]

Incubus - Beyond The Unknown recenzja okładka review coverPo sukcesie znakomitego debiutu po będący na fali wznoszącej Incubus swe macki wyciągnęli włodarze rosnącego w siłę Nuclear Blast. To właśnie dla Niemców powstał poniekąd przełomowy "Beyond The Unknown". Czy jest to album lepszy od poprzednika? Tu zdania są podzielone, choć nie wynika to na pewno z jakości samej muzyki. Chodzi o to, że obie płyty zagrane są w nieco innym stylu, może i bez kolosalnych różnic, ale akurat te szczegóły mogą przeważyć, która z nich zostanie faworytem. Dla mnie, choć po chwili zastanowienia, minimalną przewagę ma jednak "Serpent Temptation", ale zaznaczam – oba krążki są świetne i oba po prostu muszą się podobać. Druga płyta braci Howard (mimo iż skład mieli trzyosobowy, we dwóch zarejestrowali wszystkie instrumenty) jest materiałem ukierunkowanym na molestującą słuchacza brutalność i niebywały jak na tamte czasy ciężar. Paradoksalnie dokonali tego nieco zwalniając obroty i całkowicie rezygnując z blastów. Wystarczyło im porządne brzmienie (Morrisound, a jak!), za sprawą którego współpraca gitar i perkusji nabrała większej intensywności, co nota bene dzięki umiejętnościom muzyków nie odbyło się kosztem czytelności. "Beyond The Unknown" to death metal pełną gębą – szybki, ciężki, bezpośredni, napakowany mnóstwem solówek i ostrych jak żyleta riffów. To (niestety) oznacza, że album jest trochę mniej przebojowy i dużo mniej melodyjny od "Serpent Temptation". Szkoda, bo dla mnie właśnie ten thrash’owy feeling przesądzał o sile debiutu. Ale, ale! To oczywiście nie dramat, bo refreny takiego 'Massacre Of The Unborn' czy 'On The Burial Ground' (czyli jednych z lepszych na krążku) podchwytuje się natychmiast. To w zupełności wystarcza, żeby płyta przez długie tygodnie nie chciała opuścić odtwarzacza. Co do wspomnianej na początku przełomowości albumu – ma związek z tym, że niedługo po jego wydaniu zespół postanowił zrobić sobie krótką przerwę w graniu. Tak na dobrą sprawę trwała ona 'zaledwie' dziesięć lat, po których kapela wróciła z "Discerning Forces" – już jako Opprobrium i z zupełnie inną, mniej udaną muzyką. Te późniejsze nagrania można zignorować, polecam wam natomiast zainteresować się wszystkim, co stworzyli jako Incubus.


ocena: 9/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/opprobrium

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

26 maja 2013

Beyond Creation – The Aura [2011]

Beyond Creation - The Aura recenzja okładka review coverGdyby ktoś sprzedał mi to wydawnictwo mówiąc, że to najnowszy krążek Augury, nie zdziwiłbym się specjalnie. Trochę zasmucił, ale nie zdziwił. Nie zdziwił, bo "The Aura" brzmi cholernie podobnie do "Fragmentary Evidence" – gęste, raczej monolityczne struktury, rejestry średnie i w dół, komplikacja na poziomi kostki Rubika 6x6x6, Forest na basie, trudne tematy, słowem to, czym Augury stało na longpleju z 2009. Nie znaczy to oczywiście, i nie to miałem na myśli, że BC zerżnęło Augury, znaczy to natomiast, że nie potrzeba Sherlocka Holmesa, żeby wskazać na źródło inspiracji. Sęk w tym, że — jak w znakomitej większości przypadków — naśladowcom brakuje tego, w czym ich idole byli dobrzy. Bo mimo iż trudno nie słyszeć podobieństw, kilka istotnych różnic tam, gdzie siedzi diabeł, jest. Monolityczne – tak, ale BC zapomniało chyba, że warto czasami wpuścić nieco powietrza do pokoju, by się nie udusić. Dobrze też czasami zrobić wycieczkę w wyższe rejestry, nie tylko po to, by urozmaicić muzykę, ale także po to, by ją zróżnicować i dodać cech szczególnych poszczególnym utworom. A tak, wszystko jest w podobnych klimatach, podobnych rejestrach, trudno o wyróżniki, których trzeba szukać z podziwu godną determinacją. Dla upartych, a ja jestem bardzo uparty, satysfakcja z dotarcia do samego dna jest dzika, ale wielu odpuści po drugim okrążeniu. Dalej – komplikacja. Sporo ostatnio głosów krytyki wędruje pod adresem młodych, gniewnych, wielostrunowych. Uwagę tę można odnieść także do BC, choć tylko po części. Do takich masturbantów jak Brain Drill tudzież Viraemia to jednak im sporo – koncept jakiś w muzyce jest, nie tylko bezmyślna technika. Więc tu raczej na plus. Kolejna sprawa to Forest. Ujmę to tak: gość jest nieziemsko dobry, kłopot z takimi polega na tym, że trudno ich poskromić. Beyond Creation czasami się udaje, a czasami nie i Forest zawłaszcza moment jak typowy "bohater drugiego planu". Tematyka trudna i ambitna to akurat dobrze, bo od picia, flakach bądź szatana też trzeba czasami odpocząć. Nim przejdę do podsumowania, trochę słodzenia. Póki co, z tego co napisałem, wynika, że kapela uderza w średnią. I tak w zasadzie jest, ale jest to wyższa średnia. Przy całej swojej homogeniczności, warto się wsłuchać w pracę gitarzystów, którzy kilkakrotnie wyczarowują riffy tak kosmiczne, że powinni oczekiwać zaproszenia od NASA. Całkiem dobrze nakurwia też gardłowy, który sprawnie i zaangażowaniem rynkowej przekupy ryczy kolejne wersy. Dobrze mieć takiego u siebie, trzeba tylko pamiętać, by na przyszłość urozmaicić mu nieco robotę. Może trochę szeptów, może umie śpiewać – warto sprawdzić, bo chłop wydaje się mocno w temacie. Można też zaprosić kogoś do współpracy, bo przyznam, że czegoś na kształt "The Lair of Purity" brakuje mi jak Chio Extra Wurzig. Mogło być lepiej – tak brzmi mój werdykt. Chłopaki pokazali, że potrafią grać, teraz czas przenieść ciężar z formy na treść. I tego im życzę.


ocena: 7,5/10
deaf
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/beyondcreationofficial

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:




Udostępnij:

23 maja 2013

Immolation – Kingdom Of Conspiracy [2013]

Immolation - Kingdom Of Conspiracy recenzja okładka review coverNaprawdę trudno się do tego przed sobą i światem przyznać, ale pierwsze zajawki "Kingdom Of Conspiracy" nie nastroiły mnie zbyt optymistycznie. Zarówno okładka jak i brzmienie garów pozostawiały sporo do życzenia, a do premiery albumu poprawie mogło ulec najwyżej jedno. No i cóż, dźwięk zestawu Steve’a jest lepszy, choć moim zdaniem można było uzyskać nieco mocniejszy i mniej sterylny, aby perkusja (a zwłaszcza werbel) nie traciła nic na wykopie przy potędze zajebiście ciężkich gitar – udało się na "Majesty And Decay", więc nie wiem czemu nie tym razem. Naturalnie realizacja studyjna trzyma wysoki poziom, mimo iż do ideału trochę brakuje – może i niewiele, ale jednak. Znacznie gorzej jest z muzyką... Nigdy bym nie uwierzył, że Immolation nagrają słaby album, nie dałbym też tego sobie wmówić, ale po kilkudziesięciu przesłuchaniach wychodzi mi na to — i co gorsza nie jestem w tej opinii odosobniony — że Immolation zwyczajnie stworzyli na potrzeby tej płyty zestaw dziesięciu standardowych utworów w stylu Immolation... Niektórzy zadają sobie pewnie teraz pytanie "co on pierdoli?". Już wyjaśniam. "Kingdom Of Conspiracy" zawiera muzykę, do której Amerykanie nas już przyzwyczaili i — gdyby nie to, że ZAWSZE zapodawali coś nowego — której można by się było po nich spodziewać. Zwykle tylko styl, charakter kapeli był ten sam, zaś muzyka mniej lub bardziej się zmieniała; tymczasem na tym albumie zupełnie brak przełomu, elementu zaskoczenia, podnoszących ciśnienie motywów, czy podstaw do najmniejszego choćby (i szczerego!) zachwytu. Jakość tych kawałków jest oczywiście zajebiście wysoka (zapodajcie sobie w ciemno 'Kingdom Of Conspiracy', 'Keep The Silence', 'Echoes Of Despair', 'A Spectacle Of Lies' czy 'Serving Divinity'), bo i zespół ze wszech miar zajebisty, a płytki słucha się co najmniej bardzo dobrze, lekko i z dużym zainteresowaniem, ale coś jakby emocji, prawdziwej pasji na niej zabrakło i po wybrzmieniu 'All That Awaits Us' nie doświadczamy opadu szczęki i częstej w przypadku Immolation refleksji pod tytułem "o kurwa!". 41 minut mija, krążek stygnie i niestety można bez wyrzutów zabrać się za inny, choćby rajcowny "Deamonolith" naszego Gortal. Z jednej strony mamy tu do czynienia z bardzo dobrą płytą, a z drugiej z czymś na kształt porażki (które to wrażenie pogłębia wyjątkowo biedne wydanie). Ja od Immolation oczekuję wyłącznie rzeczy powalających, stąd też "Kingdom Of Conspiracy" nie czuję się nasycony.


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: www.everlastingfire.com

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

20 maja 2013

Aspid – Extravasation [1992]

Aspid - Extravasation recenzja okładka review coverJeśli miałbym wskazać Rosyjską kapelę, która nagrywa muzykę tak dobrą, że niejednokrotnie bijącą uznane, legendarne, Zachodnie marki, to wskazałbym na Aspid. Nie na Hieronymusa, choć "Artificial Emotions" trafił mnie z siłą wodospadu z reklamy Corega Tabs. To właśnie ta, szerzej (a nawet węziej) nieznana kapelka, nagrała krążek, który, jak równy między równymi, umieszczam na półce obok płyt Atheist, jedynego, sensownego Cynica, Sadist, Death, Nocturnus, wybranych Pestilence, Coronera, Watchtower i kilku, raczej mniej niż więcej, innych kapel. Nagrany w 1992 roku "Extravasation" to kwintesencja technicznego death/thrashu: czysta, nieskażona zbędnymi wpływami moc, agresja, wirtuozeria i kompozytorski geniusz. Ostatnio sporo się rozpisuję o technicznych kapelach, wyliczam ich zalety, chwalę warsztat muzyków i umiejętności kompozytorskie, jeśli jednak stanąłbym przed koniecznością zabrania ze sobą na bezludną, acz dobrze nagłośnioną i kulinarnie wyposażoną, wyspę dzieł jednej z tych kapel, to nie wiem, czy nie zdecydowałbym się na "Extravasation". Jest w słowiańskich zespołach* coś, czego nie odnalazłem w tych wszystkich Zachodnich zespołach*, coś co przyciąga niczym katastrofa live w tv, coś, co dodaje kolejnego wymiaru muzyce – autentyczność i szczerość nieznana ludziom walczącym o lepsze kontrakty, chcącym dobrze wypaść przed swoimi "najwierniejszymi" fanami i innym, siedzącym po uszy w relacji sprzedawca-klient. Urzekło mnie to już za pierwszym razem, trzyma do dziś i nie sądzę, by miało się kiedykolwiek zmienić. Nie znaczy to, że Aspid nagrali najlepszy krążek w dziejach metalu, ale znaczy to, że dodali — do już i tak zajebistej muzyki — dość rzadki pierwiastek prawdziwości i pewności, że nagrali to, co naprawdę chcieli nagrać. Uwierzcie – robi to różnicę. Jak już wspomniałem, sama muzyka urywa jaja, łeb i wyrywa włosy sąsiadom ich własnymi rękoma, słychać na niej wpływy wyżej wymienionych okraszone Rosyjską buńczucznością, szybkością do rękoczynów i — ogólnie rzecz ujmując — chęcią zajebania komukolwiek tylko zdarzy się nawinąć pod rękę. Ot, taka ta rosyjska gościnność. Aspid zweryfikuje wasze pojęcie agresywnego grania, także dzięki – co uważam za jedną z największych zalet "Extravasation" – tekstom śpiewanym po rosyjsku. Może to tylko moje zdanie, ale jeśli miałbym wybrać najbardziej złowieszczy i bezlitosny język, to wybrałbym właśnie rosyjski. Mógłbym jeszcze pisać i pisać o Aspid, rozpływać się nad riffami, mlaskać przy kolejnych zwrotach, wychwalać sekcję, ale chyba nie ma sensu. Równie bezsensowna jest próba wybrania najlepszych utworów, wskazania ulubionych solówek, wymienienia najjaśniejszych z jasnych momentów. "Extravasation" bowiem, mimo iż nie jest najlepszym krążkiem w dziejach metalu, do ideału daleko mu nie brakuje.

*jest to, oczywiście, pewne uogólnienie


ocena: 10/10
deaf
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/aspidmetal

podobne płyty:

Udostępnij:

17 maja 2013

Antropomorphia – Evangelivm Nekromantia [2012]

Antropomorphia - Evangelivm Nekromantia recenzja okładka review coverStała się rzecz niesamowita, niepojęta, zaskakująca – w Metal Blade wreszcie podpisali (przez pomyłkę?) kontrakt z wartościowym zespołem! Nie jest to i być nie może kolejny młodzieżowo-trendowy szit dla zapatrzonych w technikę i ilość strun, bo muzycy zreformowanego Antropomorphia mają swoje lata, a ich kapela zaliczyła zdaje się więcej upadków niż wzlotów. Holendrzy dopiero teraz, z błogosławieństwem dużego wydawcy, mają okazję — coś mi podpowiada, że bardziej w teorii niż realną — dotrzeć do sporego grona odbiorców muzyki brutalnej i przestarzałej zarazem. Żeby niepotrzebnie nie owijać w bawełnę – "Evangelivm Nekromantia" powinni się poważnie zainteresować przede wszystkim miłośnicy klasycznego europejskiego death metalu, zwłaszcza motorycznych szwedzkich, holenderskich i brytyjskich brzmień utożsamianych w szczególności z Bolt Thrower, Asphyx, Grave, Gorefest, Hail Of Bullets, Bloodbath, Benediction, Carnage... chociaż, warto zaznaczyć, także fani Incantation nie powinni być rozczarowani. Dobrze widzicie – na płycie króluje utrzymany głównie w średnich tempach — choć i stosowane z umiarem blasty nie są im obce — brudny i ponury death metal z odpowiednio zagęszczonym klimatem. 45 minut (czyli optymalnie jak diabli) "Evangelivm Nekromantia" z miejsca stawia Antropomorphię w czołówce takiego grania, niezależnie od tego, jak długo panowie utrzymywali zespół w stanie zawieszenia. Wystarczy, że trzy-cztery razy uważnie posłuchacie materiału, a dojdziecie do jedynego słusznego wniosku, że na tym albumie wszystko się zgadza – jest: bardzo spójny, ale nie jednorodny, brutalny, ale dostatecznie czytelny, łatwy w odbiorze, ale zawiera więcej niż jedno dno, wpadający w ucho, ale nie nachalnie melodyjny... Ponadto krążek jest ubrany w należycie zanieczyszczone brzmienie i ozdobiony tekstowym necro-konceptem z kilkoma wesołymi sformułowaniami w starym stylu. Przedsmak całości znajdziecie w teledysku do najbardziej chwytliwego na płycie 'Psuchagogia' – ten numer wystarczy, żeby zainteresować kapelą i rozbudzić apetyt na dużo więcej. Po zapoznaniu się z pełnią "Evangelivm Nekromantia" następuje niespodzianka, bo oprócz 'Psuchagogia' bardzo dobrych utworów jest znacznie więcej, że wymienię tylko 'Debauchery In Putrefaction' (swoją drogą, też się doczekał teledysku), 'Impure Desecration' i "Anointment By Sin". Daleki jestem od stwierdzenia, że tym albumem Holendrzy już zapewnili sobie dostatnie emerytury, ale na pewno zyskali sporo punktów i duży rispekt u niezbyt ostatnio rozpieszczanych fanów klasycznej mielonki.


ocena: 8,5/10
demo
oficjalna strona: www.antropomorphia-official.com

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:




Udostępnij:

14 maja 2013

Heathen – The Evolution Of Chaos [2009]

Heathen - The Evolution Of Chaos recenzja okładka review coverPrzygodę z trzecim z wielkiej trójcy amerykańskiego speed/thrash – Heathen śmiało można zacząć od końca. Zresztą prawda jest taka, że za który krążek byście się nie wzięli, za każdym razem otrzymacie uderzeniową dawkę tego, co w gatunku najlepsze: karkołomnych prędkości, pierwotnej energii, nieprzeciętnej techniki i bezdennych pokładów melodyjności. No cóż, nie każdemu to się podoba – nie każdemu musi. Zawsze można słuchać Pussycat Dolls, Majki Jeżowskiej albo Sunn O))). Tym, którym wspomniane wyżej elementy pasują jak Gołocie pizda pod okiem – zapraszam do recenzji. Pewną ciekawostką jest fakt, iż ostatni, a opisywany dziś album, dzieli od poprzedniego 18 lat, co oznacza ni mniej, ni więcej jak come-back. Niektórym się udaje, co należy jednak traktować jako wyjątek. Już się na ten temat wypowiedziałem wielokrotnie, zainteresowanych odsyłam do literatury [Wolf Spider – Feniks], nie ma więc potrzeby powtarzać się. Trochę za to poględzę o muzyce. Nie ukrywam, że "The Evolutnion of Chaos" zaskoczył mnie swoją klasycznością. Po tylu latach można się było spodziewać niepotrzebnych eksperymentów, ogólnego złagodnienia albo kretyńskiej buńczuczności, zdziadzenia się muzyków i kilku innych, jakże niestety powszechnych, symptomów upływającego czasu. A tu, alleluja!, wszystko po staremu, wszystko na swoim miejscu – tak, jak być powinno. Gitary, wokale, motoryka, przebojowość rodem z "Lata z radiem" i ta niesamowita energia. Czasami wręcz odnoszę wrażenie, że dziadki trzymają się lepiej, niż na początku lat 90-tych. Posłuchajcie White’a – ten gość wygrałby zawody na pojemność płuc z płetwalem błękitnym – całkiem przyzwoicie jak na 50-latka. Spodobało mi się jeszcze kilka bardzo ładnych zaśpiewów pod Bruce’a Dickinsona, którego wokal wchodzi mi całkiem gładko. I ta chrypka. Moc pozostała także w gitarach, mimo rotacji na jednym ze stanowisk, więc riffy są jak zwykle rytmiczne, szybkie, ciekawie skonstruowane, a przy tym czytelne i łatwo przyswajalne. Heathen pozostał wierny swojej lekkostrawności. To sztuka, bo połączyć kompleksowość i przejrzystość nie jest prosto, o czym przekonało się wielu kończąc albo jako prostacy albo niezrozumiani i nieprzyswajalni kombinatorzy. Służę przykładami, jakby co. Highlighty: "Dying Season", "Undone" oraz "No Stone Unturned" (mój faworyt). Ciekawie brzmi sitarowe "Intro", gitary w "Fade Away" potrafią zahipnotyzować, za to "A Hero's Welcome" to potężnie przejebany, amerykańsko-patrityczno-patetyczny potworek, który za swój tekst powinien zostać wybrany jak hymn US Army. Kupa śmiechu, ale to wyjątek. Reszta krążka trzyma równy, wysoki poziom. Jeśli tak miałyby wyglądać kam-baki, gotowy jestem wydrukować i zjeść wszelkie teksty piętnujące owo zjawisko. Coś mi się jednak zdaje, że celulozowym bobrem za szybko nie zostanę. W oczekiwaniu zapodam sobie "The Evolution of Chaos".


ocena: 8,5/10
deaf
oficjalna strona: www.myspace.com/heathenmetal

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

11 maja 2013

Neuraxis – Asylon [2011]

Neuraxis - Asylon recenzja okładka review coverZbierałem się do tej recki od wielu miesięcy, miesiące zamieniły się w lata, a ja ciągle zebrać się nie mogłem. Bo tak na dobrą sprawę, po cholerę ją pisać? To, że Kanadyjczycy — z wymienioną sekcją rytmiczną — nagrali kolejny doskonały album, to oczywista oczywistość nie podlegająca kontestacji. Neuraxis to dla mnie obecnie jeden z dwóch-trzech zespołów, na których mogę w pełni polegać, że mnie nie zawiodą, i że nawet na milimetr nie obniżą swojego zajebiście wysokiego, a nieosiągalnego dla innych poziomu. Stąd też fakt, że "Asylon" jest albumem ze wszech miar wybornym, potwierdzającym klasę kapeli, zupełnie nie mógł mnie zaskoczyć. Tak miało być od początku i już! Toteż przyjąłem to jako... oczywistą oczywistość. W końcu to Neuraxis! Tak w ogóle, to przez pewien czas nawet próbowałem wymyślać na siłę jakieś braki tego materiału, żeby znowu nie wystawić maksymalnej oceny, ale z każdej kolejnej konfrontacji z płytą to właśnie Kanadyjczycy wychodzili zwycięsko. I co ja biedny mogę zrobić w takiej sytuacji? Tylko jedno – ponownie na koniec wklepać "10". Bohaterowie tej recenzji zasłużyli sobie na to m.in. powrotem do krótszych, bardziej wybuchowych i tylko pozornie bezpośrednich utworów (objętościowo bliższych "Trilateral Progression" niż "The Thin Line Between" – tylko nie myślcie sobie, że mam coś do tych z piątej płyty!), ogromną brutalną chwytliwością (mój ulubiony 'Asylum' to typowy dla nich hicior do zapamiętania na zawsze), zwracającymi uwagę zagrywkami, które pojawiają się tylko raz w kawałku (choćby to genialne zawieszenie w 'Savior And Destroyer') oraz spinającym całość — co się tyczy także tekstów i grafiki — klimatem z psychiatryka, w którym lobotomia jest na porządku dziennym i nocnym. Pamiętajcie, że to było TYLKO między innymi! "Asylon" powalających atutów ma znacznie więcej, wymienić wszystkich nie sposób (i nie mieszałbym do tego mojego lenistwa...), a najważniejszym jest chyba to, że to płyta w 100% w stylu Neuraxis, choć z oryginalnego składu już nikt się nie ostał. To powinna być wystarczająca rekomendacja dla tego materiału – jeśli tylko komuś podchodziły poprzednie dwa, to i ten łyknie jak urzędas premię za zasługi. Przy tych wszystkich zachwytach nie potrafię jednak powiedzieć, czy jest to krążek lepszy od "Trilateral Progression" i "The Thin Line Between". Kanadyjczycy osiągnęli na tych płytach taki pułap, gdzie proste gradacje już wcale takie proste nie są, więc 'najlepszość' bardziej tu wynika z nastroju w danej chwili niż z wartości muzyki. Niech wam wystarczy, że u mnie te trzy albumy na półce niemal skleiły się pudełkami.


ocena: 10/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/neuraxis

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

8 maja 2013

Menthrass – Dark Passenger [2013]

Menthrass - Dark Passenger recenzja okładka review coverArtystyczny, bo niestety na pewno nie rynkowy, debiut katowickich trushersów z Menthrass to cztery krwiste jak stek Burneiki, motoryczne niczym teoretyczny harley Lemmy’ego Kilmistera kawałki czerpiące garściami z dorobku takich tuz jak Exodus, Anthrax, Slayer i kilku innych thrash/groove metalowych wyziewów. Muszę przyznać, że spędziłem nad tym 20-minutowym wydawnictwem całe godziny i był to czas spędzony bardzo mile. W przeciwieństwie do niektórych innych polskich epek AD 2013. Już od początku słychać, że chłopaki poszli na całość i napierdalają radosne rytmy z wdziękiem młodej panny a doświadczeniem wiekowej kurwy wędrowniczki. Nie ma opierdalania – że tak pojadę Burneiką. Raper bije agresywnie i bezkompromisowo, jest przy tym zajebiście rytmiczny i żywy – motoryka idealna do nakurwiania cabanem i robienia zamieszania pod sceną. Dawno nie słyszałem tak energetycznego thrashu. Kilka ciepłych słów kieruję także pod adresem wiosłowych, którzy przynajmniej raz na kawałek serwują riff godny wyżej wymienionych legend. Co prawda nie mdleję przy solówkach, ale w sumie złego słowa powiedzieć nie można. Za to, jak już wspomniałem, riffy bywają zachwycające i to bezwarunkowo – w skali globalnej. Posłuchajcie końcówki "Paindrops" i drugiej połowy "Have Fun!". Garowego już połechtałem, wiosłowych też, teraz czas na kilka słów o basiście. Sekcyjnie się sprawdza – w sumie to przecież także jego zasługa, że z kawałków bije taka moc. Mam jednak nieodparte wrażenie, że gdyby dać Sieminowi więcej luzu i troszkę posiedzieć nad konsolą, album nabrałby głębi i byłby nawet bardziej bezkompromisowy i dojebujący. Taka mała sugestia. Na zakończenie zostawiłem sobie wokalistę. Generalnie sprawę ujmując jestem oczarowany. Całkiem szerokie spektrum, ładnie obsłużone growle w "(In) Sanity", kilka ładnych czystych linii w "Have Fun!" – cacy. Mam jednak zastrzeżenia do kilku przejść w "Faustian Bargain", które prezentują się raczej słabo. Nie wiem, ile w tym winy chujowego (sorry, ale taka prawda) tekstu i linii melodycznej, ale nadaje się to tylko do wymiany. Podobny problem napotkałem w "Paindrops", co każe mi sądzić, że wokalista starał się nadrobić braki tekstowo-melodyczne. Aha, jeszcze jedno – radzę popracować nad angielszczyzną. Zbliżam się do końca, więc jeszcze trochę pobawię się w Wujka Dobrą Radę. Teksty, panowie szanowni, słabawe, żeby nie powiedzieć biedne. Pisałem już o tym – picie i ćpanie były dobrym motywem 30 lat temu, teraz wywołują uśmiech politowania. Druga sprawa – koncept utworu dobry, poszczególne wersy ssą. Fragmenty "Paindrops" i "Faustian Bargain" niech posłużą za przykład właśnie ruganego, nagannego tekściarstwa. Na szczęście są to tylko dwa, raczej krótkie, fragmenty, więc nie wpływają na odbiór całości. Podsumowując muszę przyznać, że nie spodziewałem się tak zacnego thrashu z naszej ziemi. Jest jeszcze trochę pracy przed chłopakami, ale jeśli odrobią zadanie domowe, spodziewam się naprawdę zajebistego longpleja. Więc panowie – nakurwiać do upadłego.


ocena: -
deaf
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/menthrass
Udostępnij:

5 maja 2013

Forbidden – Omega Wave [2010]

Forbidden - Omega Wave recenzja okładka review coverAnalizując powierzchownie krótkotrwały powrót Forbidden do grania i jego konsekwencję w postaci "Omega Wave", dochodzę do wniosku, że Amerykanie zebrali się do kupy tylko w jednym celu – żeby pokazać młodszym, kto tu rządzi. A zrobili to tak dosadnie i z takim rozmachem, że i paru podobnym im dziadkom pewnie sztuczne zęby zazgrzytały z zazdrości w szklankach. Klasa tej płyty, jakość muzyki na niej zawartej jest niepodważalna i budzi w pełni zasłużony respekt. Oczywiście od strony technicznej, kompozytorskiej czy brzmieniowej należało się po nich spodziewać wyłącznie znakomitości ocierających się o imponderabilia – z tego wywiązali się z nawiązką, bo materiał urywa dupę w każdym z tych elementów. Jeszcze większe wrażenie robią świeżość, energetyczność i zaangażowanie, jakie biją od tych weteranów. Najwyraźniej czując, że mają dużo do powiedzenia, Amerykanie postarali się aż o godzinę wciągającego thrash metalu obfitującego w powalające pomysły, kapitalne melodie, odważne solówkowe rzeźbienie i należyty wykop. Pomimo wielu lat poza obiegiem (co się naturalnie nie tyczy Steve’a Smyth’a) muzycy Forbidden bez najmniejszego problemu przywrócili na "Omega Wave" dawny styl zespołu, czyniąc go jedynie bardziej nowoczesnym i intensywnym (choć nie do tego stopnia co Testament). Osobną sprawą są wokale Russa Andersona. Chłop z wiekiem o dziwo nie stracił pazura, za to znacząco poprawił technikę. Dzięki temu całkowicie wyeliminował denerwujące niekiedy piski, a jego wejścia w wyższe rejestry powodują teraz wyłącznie zachwyt. To samo można napisać o kompozycjach, bo od podniosłego intra, przez 'Forsaken At The Gates', 'Adapt Or Die' (ten genialny refren!), 'Dragging My Casket', 'Behind The Mask' (jego druga połowa kładzie na łopatki), po wieńczący płytę utwór tytułowy obcujemy z naprawdę doskonałą interpretacją gatunku. Jedynie przerywnikowy 'Chatter' mi tu nie pasuje, bo ani on ciekawy, ani nie robi klimatu. Wciśnięto go chyba tylko dla przypomnienia, że muzycy Forbidden to też ludzie i błędy czasem im się przytrafiają. Ale czymże jest ta pierdółka wobec majestatu "Omega Wave"?


ocena: 9/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/forbiddenofficial
Udostępnij:

2 maja 2013

Allegaeon – Formshifter [2012]

Allegaeon - Formshifter recenzja okładka review coverUjmując sprawę w telegraficznym skrócie stwierdzam, że wydawnictwo rozczarowuje. Po raz kolejny okazuje się, że książki nie powinno oceniać się po okładce, bo można się mocno przejechać. Ja się przejechałem, niestety nie w tą stronę, co chciałem. A było to tak. Nie pamiętam już gdzie i kiedy, najpewniej z pół roku temu na youtube, natknąłem się na utwór pt. "Iconic Images", który zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Tak dobrego, żywego, mocnego a jednocześnie melodyjnego, perfekcyjnie odegranego technicznego melo deathu nie słyszałem od czasów wczesnego Arsis. Ach ta motoryka, te riffy, ach jaka solówka – gitary najzajebistsze z zajebistych, ochy i achy na prawo i lewo. Oceniając po kawałku – album roku jak w mordę strzelił. Tak właśnie wtedy myślałem i byłem gotów dać się pokroić za to. I dziś pisałbym tą reckę niespiesznie rzucając palcami o klawiaturę. Chuj, koniec z zarzekaniem się i stawianiem na szali własnych członków! Prawda jest niestety bolesna jak czterogodzinna sraczka – poza "Iconic Images", "Formshifter" oferuje jeszcze tylko jeden w miarę dobry utwór – "Behold (God I Am)", jeden w miarę rozpoznawalny (i to tylko ze względu na blackowy początek) – "From the Stars Death Came" i całą masę przeciętnego melodyjnego deathu. Wygląda to tak, jakby cały wysiłek twórczy skupił się na "Iconic images", na resztę starczyło jedynie rzemiosła. Nie można bowiem zarzucić Amerykanom, że nie wiedzą jak grać. Instrumenty mają opanowane perfekcyjnie, szczególnie wiosłowi, mniej basista, którego niewiele słychać, ale generalnie wiedzą jak grać. Szkoda tylko, że nie potrafią skomponować niczego więcej niż kolejne, przeciętne melo deathowe wprawki. Doskonały przykład przerostu formy nad treścią. Naprawdę żałuję, że przy takim warsztacie, nie powstało dzieło na miarę "A Celebration of Guilt" wspomnianego już Arsis (które uważam za najlepszy krążek Malone’a i spółki). Kompozycyjny średniak, powielający kolejny raz wyświechtane jak uda współczesnej gimnazjalistki schematy gatunku. Powtórzę raz jeszcze – jeśli szukacie czegoś świeżego, to szukajcie dalej, bo tu nic nie ma (poza "II" oczywiście). Żeby jednak oddać sprawiedliwość muzykom, szczególnie gitarzystom – kilka słów o warsztacie. Basistę przemilczę, bo najpewniej pożyczony z jakiejś chałtury. Wokale też nie powalają – typowe deathcore'owe growle, ale przynajmniej je słychać. Kilka ciepłych słów należy się sesyjnemu garowemu, który napierdala jak robot, z szybkością i precyzją dentystycznego wiertła, równo jak maszerujący Wermacht, słowem – jebany automat. A jednak ziom z krwi i kości. Niezły. Ale prawdziwe cacuszko to duet wiosłowych: Burgess/Glisan. Tylko oni, ale niestety nie zawsze, wyciągają ten krążek z dołu przeciętności, bylejakości i ogólnego fuj. Trudno jednak oczekiwać, by kilka dobrych riffów, słownie cztery, może pięć solówek, parę klimatycznych unpluged’ów utrzymało krążek na powierzchni dłużej niż przez chwilę. "Iconic Images", "Behold (God I Am), "Twelve - Vals for the Legions", "Secrets of the Sequence" – to tam możecie zajrzeć w poszukiwaniu dobrych gitar. I ogólnie wszystkiego, co tak naprawdę oferuje album. Co prawda trzeba się będzie przebić przez sporą część przeciętnego jak przysłowiowy Kowalski kawałka, ale w sumie warto. Co się zaś tyczy ogółu, to kupić można, posłuchać od czasu do czasu nie zaszkodzi, twardogłowi pewnie dzielnie wezmą na klatę całość. Większość jednak przesłucha z dwa razy i odstawi na półkę na jakiś czas.


ocena: 6,5/10
deaf
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/allegaeon

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij: