22 marca 2010

Demolition Hammer – Tortured Existence [1990]

Demolition Hammer - Tortured Existence recenzja okładka review coverDemolition Hammer wypłynęli na powierzchnię dość późno, do tego chyba w nienajlepszym momencie, ale za to ich pierwszy krążek jest doskonałą syntezą tego, co najlepsze w amerykańskim thrash i death metalu. Co więcej, "Tortured Existence" swym potencjałem zajebistości z łatwością przewyższa dokonania masy kapel reprezentujących te poszczególne gatunki. Chłopaki doszli do wniosku, że Slayer to już za mało w kwestii muzycznej brutalności i poszli z tym znacznie dalej. Efekt jest piorunujący i powinien zadowolić zarówno miłośników sceny Bay Area, jak i potworów zamieszkujących bagna Florydy. Jest tu po prostu wszystko, czego wielbicielowi inteligentnie dawkowanej ekstremy potrzeba: zróżnicowane tempa (z przewagą tych szybkich – jak się Vinny Daze rozpędzi to grzeje naprawdę konkretnie), intensywne riffy, mocne wokale, przemyślane aranżacje, agresywne solówki... Skoro to debiut, to ktoś mógłby spodziewać po nim zatrzęsienia mniejszych i większych niedoróbek. Ale nic takiego nie ma tutaj miejsca! Poziom techniczny całego Demolition Hammer jest bardzo wysoki, więc ani nie upraszczają sobie roboty, ani nie zapędzają się w jakieś banały. Młodość można tutaj rozpoznać wyłącznie po ogromnej dawce energii upakowanej w tych dziewięciu numerach. Wszystkie utwory mają potężnego kopa i zmuszają do trzepania kudłami. A zapewniam, że jest przy czym, bo album trwa prawie trzy kwadranse, a takie kawałki jak 'Gelid Remains' (świetny pojedynek i ogólnie solidne mieszanie na gitarach), 'Paracidal Epitaph' (motoryka, wspaniałe galopady) czy '.44 Caliber Brain Surgery' (czepliwy refren) to prawdziwe killery. Znakomicie — i nietypowo jak na thrash — prezentuje się brzmienie uzyskane w Morrisound (wiadomo – z Burnsem), które posiada wyraźnie deathmetalowe znamiona: jest krystalicznie czyste, wyjątkowo ciężkie, ze znakomicie zaznaczoną sekcją (super bas, twarde centrale i głęboki werbel – coś pięknego). Dziś taki rezultat jest nie do powtórzenia. Ba!, nawet Demolition Hammer nie uzyskali go ponownie na następnych produkcjach. Pozytywne wrażenie psuje tylko koszmarna (w sensie wykonania) okładka. Owszem, pasuje do tytułu, ale żeby to istnienie było aż tak udręczone, to już lekka przesada i straszak na co wrażliwszych klientów. Za to może poniższa ocena kogoś zachęci.


ocena: 9/10
demo

podobne płyty:


Udostępnij:

0 komentarze:

Publikowanie komentarza