15 sierpnia 2022

Cathexis – Untethered Abyss [2021]

Cathexis - Untethered Abyss recenzja reviewAmerykański Cathexis po dekadzie działalności, głównie w oparciu o zasady DIY, doczekał się punktu zwrotnego w swojej karierze, bo właśnie tym jest ich debiut w barwach Willowtip. Zespół miał już w dorobku dwa materiały wydane własnym sumptem — z drugim, „Pillar Of Waste”, miałem nawet dłuższą styczność — ale żaden z nich nie był na tyle udany czy choćby intrygujący, żeby mogli się z nim przebić do świadomości fanów death metalu. Co innego wydany po ośmiu latach przerwy Untethered Abyss – ten można śmiało traktować jako przełom pod względem jakości i wyrazistości muzyki.

O tym, że zespół nie przebimbał ostatnich lat można się przekonać już w trakcie pierwszego utworu, bo progres techniczno-kompozytorski jest więcej niż oczywisty, ponadto wyczuwalna jest również chęć pokazania się z ambitniejszej i mniej oczywistej strony. Na Untethered Abyss szybko na powierzchnię przebijają się mocne fascynacje Gorguts — zwłaszcza z „Obscura”, „From Wisdom To Hate” i „Colored Sands” — które, już w mniejszym stopniu, są uzupełnione wpływami m.in. Immolation czy późnego Hate Eternal. W sensie ogólnym nie jest to wprawdzie nic nowego, ale jak na Teksas, skąd chłopaki pochodzą, to takie połączenie wypada całkiem oryginalnie. Zresztą, inspirowanie się Gorguts to jedno, a umiejętność zagrania jak Kanadyjczycy, to coś zupełnie innego. Cathexis wychodzi to bardzo sprawnie; materiał jest przepełniony dysonansami, urozmaicony rytmicznie i dość wymagający.

Podoba mi się, że w muzyce zachowano balans między czystą brutalnością a technicznymi męczarniami, dzięki czemu uniknięto monotonii wynikającej z przegięcia w jedną stronę. Na plus trzeba również zaliczyć zwartość kompozycji — Untethered Abyss zamknięto w 32 minutach — bo nawet najdłuższy na płycie walcowaty „Library Of Babel” nie jest przeciągnięty, mimo iż może męczyć w typowo „gorgutsowy” sposób. Szkoda tylko, że większości utworów brakuje trochę charakterystycznych motywów i ociupinki jakiejś pojebanej przebojowości. Wyjątkiem jest (prawie) chwytliwy „Harrowing Manifestation” z paroma prostszymi i fajnie bujającymi fragmentami. No, ale nie po to gra się takie wygibasy, żeby dać się rozgryźć po pierwszym przesłuchaniu.

Produkcję Untethered Abyss na pewno docenią fani pewnego kanadyjskiego zespołu na G — swoją drogą odpowiada za nią członek owego zespołu — bo jest naturalna i zajebiście czytelna, choć dla niektórych może być zbyt sucha. Cathexis mają w składzie dwóch gitarzystów grających różne rzeczy, a Colin Marston dopilnował, żeby było to słychać, niezależnie od tego, w jakim tempie wywijają paluchami po gryfach. Podobnie sekcja rytmiczna – każdy instrument ma dość przestrzeni i pracuje wyraźnie.

Untethered Abyss to dla zespołu dobry punkt wyjścia do dalszego rozwoju, bo z takim zapleczem technicznym i wsparciem niezłej wytwórni mogą sobie pozwolić na wiele. Na początek wystarczy, żeby popracowali nad wyróżnikami poszczególnych utworów, później powinno już pójść z górki.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/CathexisTexas

podobne płyty:

Udostępnij:

12 sierpnia 2022

Festerday – Iihtallan [2019]

Festerday - Iihtallan recenzja reviewSłuchałem sobie tej płyty tak trochę na zmianę z nową Toxaemią, jako że obie ekipy są trochę bliźniacze do siebie w tym sensie, że:
– są ze Skandynawii
– w latach ’90 wydali głównie dema
– zaliczyli powrót dopiero po prawie 30 latach.

Ale o ile Toxaemia zaliczyła powrót, który można zaliczyć do udanych, to w przypadku Festerday można mówić co najwyżej o przeciętnym comebacku. Przyznaję się, preferuję inne sceny niż nieco przereklowany zestaw Norwegia/Szwecja/Finlandia, ale też nie jestem jakimś wrogiem tychże i bardzo dużo doceniam i bronię tego, co stamtąd wyszło. Sęk w tym, że wolę poświęcać czas na zdecydowanie ciekawsze produkcje, niż do bólu nudnawe i przewidywalne, jak ta.

Jest to o tyle smutne, bo kto jak kto, ale grupa ta była modelowym przykładem przypadku „co by było, gdyby mieli szansę…”. Najbardziej mnie irytuje ich bezmyślne kopiowanie Carcass, bo w przeszłości potrafili dodać więcej swojej osobowości do grania. Wszystko to jest jakieś bez większej inteligencji, polotu czy nawet zwykłej, chłopskiej radochy z grania. Brzmi to bardzo biurowo, korporacyjnie, robione wg wymaganego „standardu” jakby to była płyta nr 5489 w 2019 do nagrania i spokojnie można by podpiąć pod jakiegoś innego klona i efekt byłby ten sam. Nawet okładka jest leniwa i nie przyciąga uwagi niczym szczególnym. A robił ją sam Moyen.

Żeby była jasność, nie mam pretensji o to, że grupa nie stara się zaskoczyć słuchacza czymkolwiek. Mam żal o to, że tak ciężko jest mi przebrnąć przez cały album, bo tak niewiele się na nim dzieje i nie ma energii. Tu nawet jak grupa gra szybko, to brzmi to mozolnie jak mucha w smole. Jest też zauważalny element Black Metalowy, który najbardziej słychać w ostatnim (bonusowym) tracku. Po co też było rozdzielane “Flowers of Bones” i “Flowers of Stones”, jak to te same piosenki, tylko w innym tempie? To już wiedzą tylko sami twórcy, ale tracków jest ogólnie deczko za dużo.

Wiele razy mi się zdarzało w przeszłości dawać surową ocenę 6/10 (czego potem żałowałem), ale tutaj mam wrażenie, że bym zawyżył notę, tak więc ją skorygowałem. Zdaję sobie sprawę, że pewnie się czepiam, że jest to niezobowiązująca jazda w starym stylu, ale nawet przy tak błahych kategoriach, jak okładka, Toxaemia zjadła Festerday na śniadanie.

Przesłuchać i tak trzeba, choćby z ciekawości, bo możliwe, że się mylę i że jest to tak naprawdę wspaniały album. Ale ja tego nie czuję wcale.


ocena: 5,5/10
mutant
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/festerday/
Udostępnij:

9 sierpnia 2022

Diabolizer – Khalkedonian Death [2021]

Diabolizer - Khalkedonian Death recenzja reviewDiabolizer to grupa, która już od pewnego czasu działa na scenie tureckiego death metalu, jednak dla wielu może okazać czymś kompletnie nowym, bo Khalkedonian Death jest dopiero ich pełnoczasowym debiutem. Mimo iż zespół funkcjonuje nieprzerwalnie od dekady, jego dorobek jest dość skromny i ogranicza się do demówki/singla, epki i opisywanej płyty. Ten stan rzeczy można łatwo wytłumaczyć zaangażowaniem poszczególnych muzyków w kilka innych, o wiele aktywniejszych i lepiej znanych kapel, że wymienię tylko Decaying Purity, Burial Invocation, Engulfed i Hyperdontia.

To właśnie skład Diabolizer sprawia, że początkowo nie do końca wiadomo, czego można się po chłopakach spodziewać, bo na logikę w grę wchodzi albo typowo amerykański brutal death, albo klimatyczna grobowa mielonka z nutką Incantation. Tymczasem zespół proponuje szybki i agresywny death metal w duchu Malevolent Creation, Sinister czy Vomitory – dynamiczny, zróżnicowany i bezpośredni. Turecka ekipa nawet na sekundę nie próbuje odchodzić od klasycznych wzorców, co z jednej strony sprawia, że Khalkedonian Death chłonie się jak materiał znany od lat, a z drugiej, że niczym specjalnym nie zaskakuje i jest przewidywalny. Na tą „drugą stronę” jestem skłonny przymknąć oko, bo i takie granie jest czasem bardzo potrzebne, zwłaszcza kiedy trzyma wysoki poziom i potrafi dostarczyć sporo radochy.

Umiejętności muzyków, co oczywiste, są bez zarzutu, co jednak nie oznacza, że chłopaki mają ciągoty do komplikowania utworów tudzież popisywania się. Wprawdzie Diabolizer mają do zaoferowania stosunkowo długie kawałki (średnia długość wynosi prawie 6 minut), ale są one zbudowane z prostych elementów i z dużą dbałością o dynamikę, natomiast bez technicznego szaleństwa i pozagatunkowych dziwactw – jak klasyka, to klasyka. Do tradycji (choć nowszej – początek lat dwutysięcznych) odwołuje się również brzmienie Khalkedonian Death: mocne, czytelne i przybrudzone tyle, ile trzeba – do takiego grania wprost idealne.

Jedyny poważny minus, jaki przychodzi mi do głowy w związku z Khalkedonian Death, to długość tego materiału – aż 46 minut. W tym stylu optymalne wydaje się 35 minut, Turków natomiast trochę poniosła wena i natrzaskali o wiele więcej. W przypadku Diabolizer nie chodzi nawet o wywalenie któregoś kawałka, co raczej o przycięcie wszystkich, zwyczajne ograniczenie liczby powtórzeń niektórych partii – wtedy płyta zyskałaby na pierdolnięciu, a po wszystkim wywoływałaby niedosyt zamiast pewnej ulgi. Cóż, może następnym razem przygotują bardziej zwarty materiał.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/diabolizer
Udostępnij:

6 sierpnia 2022

Raise Hell – Wicked Is My Game [2002]

Raise Hell - Wicked Is My Game recenzja reviewZespół, którego łatwo można by posądzić o koniunkturalizm, a który tak naprawdę po prostu chciał grać swój ukochany Thrash na różne sposoby, w zależności od humoru. Tak więc, z płyty na płyty ekipa ta flirtowała z różnymi odmianami. Czy to Black/Death, czy to Death 'n' Roll, jak nieco w tym przypadku. Choć można się spotkać z opiniami, że na tym albumie nie brakuje wpływów Power Metalu. Możliwe, nie znam się.

Bądź co bądź, podstawą gatunkową tej grupy jest Thrash, ale zdecydowanie lubujący się w nowoczesnej ostrości, opartej bardziej na Melo-Death, niż na klasycznych Thrashu z lat ‘80. Tym razem zespół poszedł zdecydowanie bardziej w kierunku piosenkowości i melodii, a trzeba im oddać, robią to doskonale, z głową i ze smakiem, więc nawet jeśli kogoś odstraszyłaby łatka stylu hybrydowego, tutaj może odetchnąć z ulgą – album jest stworzony przez ludzi kochających Metal, dla fanów Metalu.

Ciężko jest wyróżnić ulubiony kawałek, bo taki tytułowy numer albo piosenka otwierająca (i zaczynająca płytę od przerobienia motywu z Halloween), zdają się być tymi najlepszymi. Ale z drugiej strony, jakakolwiek inna kompozycja w niczym nie jest gorsza, gdyż album trzyma stały poziom i nie schodzi poniżej 100% miodności.

Może jestem nadmiernie bezkrytyczny, ale rzadko zdarza mi się słuchać muzyki tak pełnej entuzjazmu i zwyczajnej radości z grania. Bardzo imprezowa muzyka, może brakuje czegoś genialnego czy ambitnego, ponadczasowego, ale nie zawsze tego się oczekuje od zespołu. Czasami chce się dostać dawkę porządnej jazdy bez trzymanki, ale zrobionej z głową.


ocena: 9/10
mutant
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/raisehell666
Udostępnij:

3 sierpnia 2022

Coffins – Beyond The Circular Demise [2019]

Coffins - Beyond The Circular Demise recenzja reviewJak to się bardzo ładnie mawia: „Od pierwszych sekund wiadomo, że będzie zajebiście”.

Coffins po raz pierwszy zachwycił cały świat i zwrócił na siebie uwagę dopiero przy wydaniu swojej trzeciej płyty, zwanej „Buried Death” z 2008 r., która nota bene zasłużenie przeszła do kanonu klasyki nowoczesnego Death Metalu, niejako też wyprzedzając epokę tzw. Cavern Death Metalu, który jest obecnie tak bardzo popularny, a który polega na naśladowaniu filozofii Incantation.

I zważywszy na to, że najnowsze dzieło nie wnosi specjalnie nic nowego ani do gatunku, ani tym bardziej nie ma innowacji w stylu zespołu, to wydawać by się mogło, że entuzjazm i odbiór powinien być proporcjonalnie umiarkowany, ale nic podobnego. Moc ciągle jest z Japończykami.

Choć grupa powstała w 1996 r., to ma stosunkowo skromną ilość płyt, bo Beyond the Circular Demise to zaledwie piąty album formacji (aczkolwiek ich dyskografia ma pierdyliard splitów, tak jakby to był rasowy Grindcore). Starannie utrzymani w tradycji Doom/Death, łączą starą szkołę Celtic Frost z europejsko brzmiącym Death Metalem, będącym wypadkową Szwecji i Holandii, o wyjątkowo rozpruwającym flaki przesterze, którego by się nie powstydził sam stary, poczciwy Entombed. I choć wątpię, aby miało to jakieś większe znaczenie dla ludzi w XXI wieku, to w przypadku omawianego albumu nie ma aż tak bardzo punkowych śladów w muzyce (co generalnie często zdarza się różnej maści zespołom w Japonii) i można powiedzieć, że jest to 100% Metal.

Potwierdza się też tutaj nieco stara zasada, że nieważne co grasz, tylko jak to grasz. Coffins nie sili się ani na wirtuozerię, ani na szybkość, ale na potęgę płynącą z gitar. Od początku do końca płyta miażdży i uzależnia swoją atmosferą. Prezentowany Doom Metal wzbogacony jest szczyptą Groove, co też pewnie wpływa na pozytywny odbiór.

Solówki nie są może jakieś wybitne, riffy też nie wybijają się ponad przeciętność, ale tak jak to kopie proszę państwa, to mało kto potrafi. I dlatego też nie ma sensu dłużej gadać, po prostu najlepiej jest sobie zaaplikować dousznie w trybie natychmiastowym kilka razy pod rząd, dla pełnego efektu i kurażu.


ocena: 8,5/10
mutant
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/intothecoffin
Udostępnij: