12 czerwca 2010

Gorguts – Obscura [1998]

Gorguts - Obscura recenzja okładka review coverCzy można zrobić coś świeżego w brutalnym death metalu? Zdawać by się mogło, że niewiele, ale jednak! Nowe i jakże odważne spojrzenie na ten gatunek zaprezentowali na albumie "Obscura" panowie z Gorguts, a zrobili to — za co należy im się szczególne uznanie — gdy metal śmierci ciągle był olewany z góry na dół, a pierwsze jaskółki zwiastujące odrodzenie dopiero pojawiały się na horyzoncie. Ta płyta to prawdziwe monstrum – ponad godzina mrocznej (brzmi to banalnie, ale trudno o lepsze słowo – sami sprawdźcie), krańcowo zeschizowanej, podupczonej jak stado wyznawców ojca Rydzyka i niebywale technicznej jazdy dla (bardzo) wytrwałych. Luc Lemay, Steeve Hurdle, Steve Cloutier i Patrick Robert stworzyli coś, o czym większość może co najwyżej pomarzyć – muzykę, którą bez długiego zastanowienia można rozpatrywać w kategoriach sztuki przez duże S. Fakt – dla sporej części słuchaczy będzie to zupełnie niezrozumiałe (na co zresztą wskazuje tytuł), a tym bardziej nieprzyswajalne, jednak ci, którzy poświęcą "Obscura" odpowiednio dużo czasu i wgryzą się weń, będą mieli możliwość obcowania z czymś naprawdę zjawiskowym. Kawałki mają charakter odrzucająco-hipnotyzujący, co znaczy mniej więcej tyle, że chociaż muzyka może przygniatać kaleczącym chaosem, to mimo wszystko coś każe odbiorcy do niej powracać. Co to takiego? Geniusz? A może szaleństwo w niej zawarte? Z pewnością jedno i drugie, bo czegoś tak pokręconego normalni (a tym bardziej przeciętni) ludzie stworzyć raczej by nie potrafili. Obok death-jazzowej (ten drugi człon tyczy się szczególnie sekcji rytmicznej) nawałnicy, która stanowi rdzeń materiału, przyjdzie nam się natknąć na dość zaskakujące patenty, że wspomnę tylko o bestialskim zarżnięciu skrzypiec w 'Earthly Love'. Wybuchy brutalności spleciono tu (na "Obscura") z frazami złowieszczo/złudnie spokojnymi, a blasty z delikatnymi basowymi plecionkami. Efekt jest powalający – prująca zmysły narkotyczna improwizacja. A jeśli dołożymy do tego jeszcze nie dający miejsca na złapanie oddechu klimat krążka... Brzmienie jest hmmm... osobliwe, z wysuniętym basem i pozornie rozmytymi gitarami. Na początku może stwarzać barierę utrudniającą słuchanie, ale zapewniam, że można się do niego przyzwyczaić/przekonać, a po kilku przesłuchaniach wręcz nie będzie można sobie wyobrazić lepszej oprawy dla tych dźwięków. Trzecia płyta Kanadyjczyków to muzyka do odkrywania latami – wystarczy odrobina chęci, a przy każdym kolejnym przesłuchaniu wychwycie coś nowego, dotychczas niedostrzeżonego. Gorguts stworzyli na tym albumie nową jakość w death metalu, jednak tylko garstka podążyła tą drogą. Chcecie sprawdzić dlaczego?


ocena: 10/10
demo
oficjalna strona: www.gorguts.com

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

2 komentarze:

  1. Płyta mojego życia...

    OdpowiedzUsuń
  2. Ah, aż mi się przypomniało jak pierwszy raz słuchałem tą płytę. Aktualnie mam 14 lat (to coś świadczy) i przez długi czas kręciło mnie kilka zespołów metalowych. A potem, no kurwa mać! Muszę coś z tym zrobić! Najpierw były płytki Morbidów z Tuckerem (G ich najlepszą!). Potem poszedłem w Brutal. Suffocation wielbię! Potem skubnąłem Malevolentów. POTEM! Immolation, do którego po pierwszych dwóch płytach lekko się zniechęciłem, ale jednak teraz każda (no prawie) jest naprawdę świetna! Aż... w końcu... myślałem, że mnie nic już nie zaskoczy... A TU JEB MIĘDZY OCZY TA PŁYTA! To jest miłość od pierwszego przesłuchania! Ok, nie jest w na podium, ale żadna, ale to ŻADNA płyta nie zyskała u mnie uznania tak szybko, wyjątek to Testimomy Zarazy, ale to co innego. Pamiętam ten dzień. Była niezbyt ciepła niedziela (kilka miesięcy temu), ja przed obiadem po odrobieniu lekcji, pomyślałem, że pewnie nie jest to tak chore jak mówią. W jakim ja byłem błędzie! Pierwszy kawałek to ja musiałem kilka razy przesłuchać, bo nie mogłem się otrząść! Potem jak podczas Earthly Love, aż się z łóżka podniosłem, gdy się pojawiły skrzypce! Ale nie będę się tak strasznie rozpisywał. Szczerze przesłuchałem ją tylko raz. Ciężko mi się do niej wraca, bo ta płyta jest sporym wyzwaniem! Trzeba się bardzo mocno skupić, a jak się płyta skończyła, to się czułem normalnie zmęczony! Na raz wziąłem za dużo. Wiele razy próbowałem, ale nie udawało się. Dziś dosłuchałem do Ecstasy, a jutro kolejne cztery posłucham.

    OdpowiedzUsuń