facebook
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1988. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1988. Pokaż wszystkie posty

20 grudnia 2014

Acrophet – Corrupt Minds [1988]

Acrophet - Corrupt Minds recenzja okładka review cover
W ciągu paru ostatnich miesięcy kilkunastokrotnie wybieraliśmy się w podróż w czasie do źródeł metalowego grania, za każdym niemal razem przypominając zapomniane albumy równie zapomnianych zespołów. Nie inaczej będzie dziś, bo na tapetę wędruje debiut amerykańskiego kwartetu Acrophet – zespołu który nagrał zaledwie dwa longlepje, dwa, ale za to jakie. Niestety nie dość często na łamach naszego bloga gości crossover, może więc najwyższa pora coś z tym zrobić – tak, w ramach noworocznych postanowień. Tym bardziej, że — jak dowodzi opisywany dziś krążek — muzyka to często bardzo zacna i będąca przyjemną odmianą od zwykle recenzowanych przez nas albumów. Jest jeszcze jeden powód, dla którego warto zapoznać się akurat z twórczością chłopaków z Wisconsin, a mianowicie taki, że pocinają oni techniczną odmianę tegoż stylu, ba, są nawet jednymi z jego pionierów. Tyle tytułem wstępu.

17 października 2014

Sadus – Illusions [1988]

Sadus - Illusions recenzja okładka review cover
No i w końcu przyszedł czas na coś ze stajni Sadus. Trochę nam to zajęło, przyznaję, ale jakoś tak wyszło, że zawsze coś wpierdalało się w plany i Amerykańce musieli cierpliwie czekać. Aż do dziś, więc do dzieła. Samego Sadus, mam nadzieję, nie muszę jakoś dokładniej przedstawiać, bo, raz, powinien być znany wszystkim zainteresowanym, a dwa – wujek gugel na pewno zna wiele ciekawych historii na temat chłopaków. "Illusions" ujmując temat jednym słowem – rozwala. Jest zajebiście szybki, agresywny jak żadna inna amerykańska kapela thrashowa z tamtych czasów (z wyjątkiem może Dark Angel), a jednocześnie, i to nie tylko dzięki Steve’owi, bardziej treściwy i złożony. Nie ma oczywiście żadnych wątpliwości co do faktu, że to właśnie DiGiorgio jest najbardziej znanym i rozpoznawalnym muzykiem z całego zespołu, muzykiem, który zagrał chyba we wszystkich liczących się kapelach, a nawet kilku zupełnie się nieliczących, ale moim skromnym zdaniem "Illusions" nie jest dziełem jednego muzyka, a nawet jeśli – to nie DiGiorgio.

11 kwietnia 2014

Deathrow – Deception Ignored [1988]

Deathrow – Deception Ignored recenzja okładka review cover
Ostatnio mieliśmy na blogu trochę nowości, czas więc najwyższy sięgnąć po kilka staroci. Dyskografia Deathrow dzieli się zasadniczo na dwie części: interesującą nas mniej i zaiste bardzo interesującą. I jak się pewnie domyślacie, zaczniemy właśnie od wisienki. "Deception Ignored" nagrano w czasach, kiedy większości kapel ani na moment nie wpadło do głowy pobawić się muzyką i zobaczyć dokąd te zabawy prowadzą. Sami zresztą bohaterowie dzisiejszej recenzji zanim wydali na świat opisywany album, trudzili się graniem typowego, niemieckiego thrashu. Ale nie o tym jest ten tekst, więc do rzeczy. "Deception Ignored" powinni się szczególnie zainteresować maniacy gitarowych fajerwerków; gitarowego thrashu ogólnie. Tak, nad wyśmienitą pracą duetu Flügge/Osterlehner można się trzepać godzinami.

26 października 2013

Coroner – Punishment For Decadence [1988]

Coroner - Punishment For Decadence recenzja okładka review cover
Aż strach zabierać się za klasyków, żeby się nie okazało, że się zreaktywowali i mają ochotę nagrać nowy krążek. Po, dajmy na to, dwudziestu latach poza obiegiem. Nie inaczej jest w przypadku szwajcarskiego trio Coroner, które ostatniego długograja wydało dokładnie dwie dekady temu, a które od jakichś trzech lat ostro koncertuje i nie mówi "nie" ewentualnym nowym wydawnictwom. Jak to jednak mawiali starożytni rzymianie "pecunia non olet", więc tłumaczyć więcej chyba nie trzeba. Nim jednak będę miał powód, by powkurwiać się sprawiedliwie na kolejny obrócony wniwecz wizerunek i kolejną rozmienioną na drobne legendą, pozwolę sobie ukraść nieco waszego czasu na coś, co przyczynkiem do tej legendy było. A mianowicie drugi album muzyków, zatytułowany "Punishment for Decadence". Trzeba od razu przyznać, że — jak na zaledwie rok różnicy między wydawnictwami — album jest dość wyraźnie różny od debiutu.

26 grudnia 2012

Cacophony – Go Off! [1988]

Cacophony - Go Off! recenzja okładka review cover
Czy może być coś lepszego niż jeden album duetu Becker/Friedman? Oczywiście, że tak – dwa albumy duetu Becker/Friedman. Od dwóch lepsze by były trzy, ewentualnie siedem, ale niestety, skończyło się na dwóch, nad czym bardzo ubolewam. Boli mnie także to, że przez ostatnie ćwierćwiecze, bo tyle bez mała liczy sobie opisywany dziś album, krążków, które mógłbym z czystym sumieniem postawić na jednej z nim(i) półce jest w najlepszym przypadku kilkanaście. I że większość jest w podobnym wieku. Pewną osłodą są pojawiające się tu i ówdzie informacje o reaktywacji zespołów odpowiedzialnych za owe kilkanaście płyt. Do czasu jednak pojawienia się nowego materiału pozostaje cieszyć się tym, co jest; na szczęście jest to radość autentyczna, tak prawdziwa jak wiara Macierewicza w zamach smoleński.

17 sierpnia 2012

Incubus – Serpent Temptation [1988]

Incubus - Serpent Temptation recenzja okładka review cover
Brazylia to duży i biedny kraj. Tak biedy, że chcąc założyć zespół, brakujących muzykantów trzeba szukać w najbliższej rodzinie lub daleko za granicą. Albo jedno i drugie. Dobrze na tym wyszła Sepultura, równie nieźle, przynajmniej od strony artystycznej, poradzili sobie bohaterowie tej recenzji – wywodzący się z Rio de Janeiro Incubus. Bracia Francis i Moyses M. Howard, po przeprowadzce do USA, szybko dorobili się scenowych znajomości, udanej demówki i kontraktu na wydanie pełnej płyty (już mniejsza z tym, że z maleńką i nic nieznaczącą wytwórnią). Za sprawą wydanego niedługo później (za to w skromnym nakładzie) debiutu osiągnęli statusu jednego z najbardziej bezkompromisowych przedstawicieli nabierającego rozpędu death metalu. Zespół reklamowano jako najcięższy, najszybszy i najgłośniejszy na południu Stanów – typowy dla wydawców bełkot.

2 lutego 2012

Atrophy – Socialized Hate [1988]

Atrophy - Socialized Hate recenzja okładka review cover
Przed wami kolejna niedoceniona kapela, która jednak swoim krótkim żywotem i zaledwie dwiema płytami zdążyła wpisać się złotymi zgłoskami do historii thrash metalowego łojenia. Amerykanie wprawdzie nie stworzyli niczego wybitnie oryginalnego, co mogłoby przewartościować gatunek, ale poziomem swojej muzyki doskonale zademonstrowali potencjał takiego grania w jego najbardziej kreatywnym okresie. "Socialized Hate" pod każdym względem prezentuje się znakomicie – porywająco i niezwykle świeżo. W tym, że zajebistość, z którą obcujemy, nie jest tylko ćpuńską iluzją, słuchacza utwierdza mała łyżka dziegciu w postaci zupełnie niepotrzebnego i nic nie wnoszącego minutowego intra. No ale jakie pierdolniecie po nim występuje – to jest coś wspaniałego! I tak jak uderzający prosto w twarz 'Chemical Ddependency', całą resztę utworów chłonie się w niemym zachwycie.

8 grudnia 2011

Realm – Endless War [1988]

Realm - Endless War recenzja okładka review cover
Pozostańmy jeszcze na kilka chwil w lepszych czasach, kiedy muzykowanie wymagało czegoś więcej niż grajków o urodzie Kena/Barbie, znacznych nakładów na aktoreczki świecące do kamery cyckiem, tudzież kompozycji tak prostych w odbiorze, że co bardziej szanująca się krewetka mogłaby się poczuć urażona. Mówię tak nie dlatego, że uważam, że wszystko, co wartościowe już zdążono nagrać – tak uważa demo, ale dlatego, że obawiam się, iż może mieć on jednak rację. Bo, jakby na to nie spojrzeć, znakomita większość nowych wydawnictw jest w mniejszy lub większym (większym oczywiście) stopniu inspirowana dokonaniami poprzednich dekad, a wszelakie rzekome nowości i inne numetale tylko utwierdzają mnie w przekonaniu, że półświatek metalowy jak jasna cholera potrzebuje nowego Schuldinera, lub choć Masvidala w formie z czasów "Focus". Ale Schuldiner już po tamtej stronie, a Masvidal woli udawać, że umie śpiewać czyste wokale, więc pozostaje przeczesywać archiwa w poszukiwaniu zakurzonych perełek i wierzyć, że jest dzisiaj ktoś, kto jeszcze traktuje muzykę na poważnie.

8 czerwca 2011

Napalm Death – From Enslavement To Obliteration [1988]

Napalm Death - From Enslavement To Obliteration recenzja okładka review cover
Czym się różni "From Enslavement To Obliteration" od "Scum"? Eeee... Nooo... To znaczy... Okładką... Yyyy... Składem... Uuuu... Tytułami kawałków... I tego, no, nooo, wiecie, no... No! Ale nie, to by było na tyle. Jasne, że 'dwójka' brzmi nieco lepiej i jest nieco składniej zagrana (bo i ekipa miała czas się dotrzeć), ale to wciąż to samo postpunkowe napierdalanie w zawrotnie szybkich tempach i dzikie darcie ryja. Wszystkie spostrzeżenia odnośnie debiutu można powtórzyć w przypadku tego krążka i na pewno nie będzie to nadużycie ani tym bardziej przesada. Chłopaki po prostu rozpędzili się jak należy, nie licząc raczej na to, że przeciwnicy drogi obranej na "Scum" nagle się w nich zakochają. Ekstrema jest, społeczne zaangażowanie także, o więcej lepiej nie pytać.

14 kwietnia 2011

Death – Leprosy [1988]

Death - Leprosy recenzja okładka review cover
Szybko, bo w rok po "Scream Bloody Gore" pojawiła się dwójka wewnętrznie przemeblowanego Death, "Leprosy" – płyta, która jest jedną z najważniejszych w historii zespołu i metalu w ogóle. Można nawet zaryzykować w tym miejscu stwierdzenie, iż recenzowany album to niczym nie skalany, najczystszy i najbardziej 'death metalowy' krążek death metalowy! Brzmi to trochę jak masło maślane, jednak nikomu nie udało się nagrać czegoś równie magicznego, a zapewniam – próbowało wielu. Do rzeczy. Utwory, w porównaniu z debiutem, są zdecydowanie bardziej rozbudowane (tytułowy trwa ponad 6 minut), więcej w nich zmian tempa, riffów, solówek zarówno Chucka jak i Ricka – po prostu więcej trawiącego zmysły metalowego ognia. Teoretycznie nie ma się czemu dziwić, wszak kawałki ze "Scream Bloody Gore" były już dość stare, ale mimo to rozwój (zarówno techniczny, jak i ogólna brutalizacja), jaki dokonał się w Death budzi uznanie.

8 września 2010

Carcass – Reek Of Putrefaction [1988]

Carcass - Reek Of Putrefaction recenzja okładka review cover
A cóż to do ciężkiej cholery jest? Dziki hałas? A owszem, zgadza się, ale to tylko mała i mniej istotna część prawdy. Ta ważniejsza mówi o forpoczcie grind core’a i albumie jak najbardziej kultowym. Słodki "Odór rozkładu" unosi się przez 22 kawałki (czyli prawie 40 minut), a przynosi ze sobą bezkompromisową napierduchę zagraną głównie w szybkich tempach – prostą, chaotyczną, brutalną i — przez konkretnie zryte wokalizy — popieprzoną, ale nie pozbawioną pewnej koncepcji. Koncepcji i humoru, bo takiego 'Festerday' — od której strony by doń nie podejść — nie sposób traktować poważnie. Personalne koneksje mogłyby sugerować muzyczną zbieżność Carcass z Napalm Death, jednak łomot podpisany 'by Ścierwo' nie jest zbyt podobny do tego, który uprawiali ich koledzy z Birmingham – przede wszystkim przez redukcję punkowych wpływów i ukierunkowanie na mięso w gitarach.

11 sierpnia 2010

Slayer – South Of Heaven [1988]

Slayer - South Of Heaven recenzja okładka review cover
Po ogromnym sukcesie "Reign In Blood" Slayer spokojnie mógł stworzyć podobny krążek – kontynuacja na pewno by się spodobała, a i strumień kaski z tego tytułu byłby niczego sobie. Tak się jednak nie stało, bowiem Zabójcy nagrali płytę zupełnie inną – całościowo znacznie wolniejszą i mniej ekstremalną, czy nawet... spokojną. Do głosu doszły fascynacje klasycznym hard rockiem, co w kilku numerach dość wyraźnie — jak dla mnie to nawet za bardzo — rzuca się w uszy. Jak zapewne wiecie – tragedii nie ma, bo "South Of Heaven" to bardzo wartościowy punkt w dyskografii zespołu i jakby nie było – dość oryginalny. Potwierdza to otwierający płytę numer tytułowy – stosunkowo wolny i klimatyczny, ale nadal genialny. Następujący po nim 'Silent Scream' to już zdecydowanie większy wykop, ukazujący w pełni potęgę Dave’a Lombardo, jednocześnie najbardziej ze wszystkich nawiązuje do brutalnych wystrzałów z "Reign In Blood".

2 sierpnia 2010

Mekong Delta - The Music Of Erich Zann [1988]

Mekong Delta - The Music Of Erich Zann recenzja okładka review cover
Mekong Delta jest tym w historii thrashu, czym w historii literatury grozy było pojawienie się H.P. Lovecrafta – jakościowym przeskokiem tak ogromnym, że podobnego nigdy wcześniej nie zanotowano. Otóż bowiem pojawili się ludzie, którzy obrawszy sobie za podstawę thrash, tak go zmutowali, że nawet rodzona i kochająca matka by go nie poznała. Sam zaś album "The Music of Erich Zann" był dla Mekongów prawdziwym, choć drugim, początkiem. To, co wydobywa się z głośników to istna orgia – nieskrępowana, bezwstydna, niepohamowana żądza ucztowania – muzyczne bachanalia. I choć do absolutu z "Dances of Death" jeszcze trochę brakuje, a niedoskonałości wieku młodzieńczego są wciąż słyszalne, to nie ma najmniejszej wątpliwości, że oto ma się przed oczami prawdziwe cacuszko. Tak w dziejach świata nie grał nikt inny, a i dziś — po ponad dwudziestu latach od premiery — niewielu udało się zbliżyć do tego poziomu.

24 kwietnia 2010

Kat – Oddech Wymarłych Światów [1988]

Kat - Oddech Wymarłych Światów recenzja okładka review cover
"Oddech Wymarłych Światów" to najprawdopodobniej najbardziej cenione przez rodzimych metalowców dzieło KATa. Sam mam innego faworyta, ale byłbym hipokrytą, gdybym próbował umniejszać tej płycie cokolwiek z jej naturalnej zajebistości. Ten rewelacyjny album to dokładnie 39 minut, a wypełnia je siedem doskonałych, agresywnych, zróżnicowanych, stosunkowo oryginalnych, brutalnych, chwytliwych i ogólnie poniewierających thrash’owych wałków, które błyskawiczne wkuwa się na blachę. To, za co szczególnie uwielbiam ten krążek, to zatęchły klimat i przepięknie miażdżące napierduchy-przyspieszenia występujące w kilku numerach – takie wejścia na piąty bieg bez oglądania się za siebie. Zagrane są z mocarnym wykopem i młodzieńczą werwą, a brzmią naprawdę konkretnie, co w tamtych czasach w Polsce Ludowej nie było łatwo osiągalne.

23 marca 2010

Pestilence – Malleus Maleficarum [1988]

Pestilence - Malleus Maleficarum recenzja okładka review cover
W debiucie Holendrów z Pestilence nie byłoby właściwie nic niezwykłego — wszak porządnych, ostro thrashujących albumów wychodziło w tamtym czasie sporo — gdyby nie małe "coś", co wyróżnia "Malleus Maleficarum" spośród nich: znakomita synteza intensywności i absolutnie zajebistych popisów wychodzących spod palców gitarzystów. Randy Meinhard i Patrick Mameli nie żałowali sobie, w efekcie czego mamy do czynienia z bardzo technicznym, brutalnym i efektownym thrashem z elementami death metalu. Deathowa strona medalu ukazuje się przede wszystkim w wokalu, niektórych solówkach oraz w większości napierdów. Szalone, zmyślnie skonstruowane i melodyjne riffy to już zdecydowanie bardziej thrashowa stylistyka. To samo produkcja. Można ten album w sumie porównać do pierwszego LP Death "Scream Bloody Gore" – właściwie podobna muza, podobne brzmienie, podobne wokalizy... tyle, że ówczesna ekipa Chucka mogła tylko pomarzyć o takim technicznym rozpasaniu.

Blind Guardian – Battalions Of Fear [1988]

Blind Guardian - Battalions Of Fear recenzja okładka review cover
C'mon! wesołe miasteczko przyjechało... a potem z przyczepy wypadło 4 kolesi w skórach i dali czadu. Tak, mniej więcej, prezentuje się debiutancki album kwartetu, utalentowanych muzycznie miłośników Tolkiena, znanego jako Blind Guardian. Muszę przyznać, że jak na krążek — bądź, co bądź — ponad dwudziestoletni, muzyka prezentuje się przednio, popędza jak woźnica rozochocony bimbrem i wywołuje niepohamowaną chęć ponapierdalania baniakiem. Niby nic specjalnego, bo speed w (prawie) czystej postaci, a jednak radochy jak z ulepienia bałwana. Tak właśnie – to, czego muzyce Strażników nie brakuje, to soczystej dawki pozytywnej energii. Nie brakuje także muzycznego szlifu, a praca wiosłowych może zachwycić: szybkie, melodyjne, wpadające w ucho riffy i niezliczone ilości solówek. O tak! pracuje Andre jak zaklęty, wygrywając dowolne, nawet najbardziej zakręcone, zestawy nutek,