Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1993. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1993. Pokaż wszystkie posty

11 kwietnia 2018

Morgue – Eroded Thoughts [1993]

Morgue - Eroded Thoughts recenzja okładka review coverDeath metalowe kapele z Chicago i okolic nigdy nie miały wielkiego szczęścia do popularności i Morgue nie jest tu żadnym wyjątkiem. W ciągu pięciu lat jako takiej aktywności Amerykanie wydali tylko dwie (obiecujące) demówki oraz debiutanckiego longa, po czym praktycznie zapadli się pod ziemię. Nie bez winy jest oczywiście wytwórnia — Grind Core — która zasłynęła w świecie z utrudniania życia wielu zespołom. Morgue nie mieli nawet tyle farta (albo zwykłej determinacji) co Broken Hope czy Cianide, żeby przebić się do innej stajni, więc ich skromny dorobek zamyka "Eroded Thoughts" z 1993 roku. Krążek sam w sobie też jest dość skromny, bo to tylko siedem utworów zamkniętych w niespełna 32 minutach. Jak na brutalne granie, taki czas wydaje się być optymalny, jednak po wysłuchaniu "Eroded Thoughts" pozostaje duży niedosyt. Ten nie do końca doceniony — lub też po prostu niedostatecznie poznany — krążek zaskakująco gładko łączy w sobie ambitne zagrania spod znaku Gorguts czy Demilich z ociężałym prymitywnym syfem tak charakterystycznym dla Autopsy. W rezultacie Morgue stworzyli muzykę dość unikalną, nieprzesadnie schematyczną i daleką od prostoty, ale — co w teorii powinno zapewnić im branie — wciąż mocno osadzoną w brutalnym graniu. Wszelkich kombinacji (zwłaszcza gitarowych) jest dostatecznie dużo, żeby materiał był interesujący, ale nie na tyle, by ktoś mógł się poczuć nimi przytłoczony. Tym bardziej, że przejścia między tymi bardziej technicznymi fragmentami a obleśnymi zwolnieniami są naprawdę płynnie zaaranżowane (jak w świetnym 'Severe Psychopathology'), więc nie ma tu drastycznych/nienaturalnych przeskoków ze skrajności w skrajność. Nie oznacza to jednak, że te składniki występują na "Eroded Thoughts" w proporcji jeden do jednego. Jak na moje ucho Morgue chętniej i częściej sięgają po riffy z inspirowaną Autopsy chorobliwą wibracją, choć dla niepoznaki serwują je w urozmaiconych tempach. To się sprawdza, a cały krążek jest dzięki temu przyjemnie dynamiczny, a momentami — jak w 'Plagued Birth' — nawet odrobinę melodyjny. Na plus debiutu Morgue można także zaliczyć naturalnie ciężkie brzmienie z przebijającym się od czasu do czasu basem. Zbierając to wszystko do kupy, otrzymujemy znakomity kawałek klasycznego amerykańskiego death metalu. Cholernie jestem ciekaw, w jakim kierunku powędrowałaby ich muzyka na kolejnych wydawnictwach, ale reaktywacji im nie życzę.


ocena: 8,5/10
demo

podobne płyty:

Udostępnij:

30 października 2017

Ceremony – Tyranny From Above [1993]

Ceremony - Tyranny From Above recenzja okładka review coverCeremony to już nieco zapomniany przedstawiciel holenderskiego death metalu. Zaczynali pod koniec lat 80-tych, by jeszcze w pierwszej połowie następnej dekady być już tylko wspomnieniem dla garstki fanów, którzy poznali się na ich talencie. Dorobek zespołu, choć dość skromny, jest w całości wart uwagi, a już zwłaszcza ta jedyna płyta długogrająca. Holendrzy umiłowali sobie death metal o solidnym współczynniku brutalności i z wyczuwalnym technicznym odchyłem, który zgrabnie łączy w sobie wpływy zarówno szkoły amerykańskiej, jaki i europejskiej. Z tą pierwszą Ceremony łączą bardzo zbliżone patenty na bezkompromisowe napieprzanie i skłonność do komplikowania struktur, zaś z drugą podejście do surowej produkcji. Należy przy tym zaznaczyć, że muzycy nie dali się porwać bardzo wówczas popularnym u ich rodaków wpływom doom metalu, stąd też "Tyranny From Above" w przeważającej części jest materiałem opartym na szybkich tempach i odpowiednio ciężkich riffach – czystym gatunkowo, pozbawionym eksperymentów i zmiękczaczy (delikatne i nieistotne dla całości plamy klawiszy pojawiają się bodaj w jednym kawałku), choć nie pewnego elementu zaskoczenia. Ceremony nie silą się na przesadnie subtelne rozwiązania, od pierwszego kawałka dając jasno do zrozumienia, że nie mają zamiaru się pierdolić z słuchaczem jak matka z łobuzem. Główna w tym zasługa intensywnie pracujących gitar, których partie są stosunkowo złożone, z wieloma zmianami motywów i pokręconymi wstawkami, dzięki czemu nie tak łatwo znudzić się "Tyranny From Above". W związku z powyższym zastanawia mnie, dlaczego solówki w stosunku do riffów potraktowano ewidentnie na odwal się – tylko dwie trzymają się struktur utworów, natomiast reszta jest wstrzelona byle gdzie i byle jak – ot, takie zwykłe molesty gryfu bez specjalnej inwencji. Szkoda też, że perkman nieco odstaje poziomem (pomysłowością?) od gitarzystów, bo choć potrafi przywalić (i to zdradzając nawet grindowe inspiracje), to do jego gry wkradają się proste schematy, kiedy akurat mógłby bardziej zaszaleć. Co do wspomnianego elementu zaskoczenia – jest to coś na kształt czystych wokali/wrzasków w damskim wydaniu, które ni z tego ni z owego pojawiają się w 'Beyond The Boundaries Of This World' i 'Tribulation Foreseen', będąc mocnym kontrastem dla tradycyjnego growlu. Pierwsza reakcja: o co, kurwa, chodzi? A chodzi o to, że... nie mam bladego pojęcia... Mimo to "Tyranny From Above" jako całość jest dość zwartym i dobrze skomponowanym materiałem, którym powinni się zainteresować szczególnie fani Torchure, Mercyless i wczesnego Atrocity.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/Ceremony-The-Netherlands-772478876162300/
Udostępnij:

12 października 2017

Immortal – Pure Holocaust [1993]

Immortal - Pure Holocaust recenzja okładka review cover"Pure Holocaust" i "Opus Nocturne" – jeśli chodzi o klasyczny black metal, nic mi w zasadzie więcej nie potrzeba, bo te dwie pozycje w znacznym stopniu wyczerpują temat. Spośród nich dwójka Immortal jest albumem czystszym gatunkowo, bardziej bezpośrednim, pierwotnym i pozbawionym zbędnych urozmaiceń. Nie jest to absolutnie zarzut z mojej strony, bo akurat m.in. te cechy przesądzają o potędze materiału, który stał się dla Norwegów przełomem – tak pod względem muzyki, jak i szeroko rozumianej popularności. Ta druga kwestia ma naturalnie związek z wywiadem dla norweskiej telewizji, w trakcie którego któryś z Immortali chlapnął z dumą, że grają "holocaust metal" – ani fani ani media większego magnesu już nie potrzebowali. W stosunku do dość topornego debiutu "Pure Holocaust" stanowi odczuwalny i co ważniejsze pewny krok naprzód; z łatwością przerasta go — w zależności od opcji — w każdym lub niemal każdym elemencie. Niemal, bo niektórych mocno rozczarował fakt porzucenia zatęchłego piwnicznego i przede wszystkim diabelskiego klimatu na rzecz nieco bardziej subtelnego i mistycznego, choć ciągle wyraźnie w muzyce Norwegów obecnego. Wspomniana zmiana ma również związek z przetasowaniami personalnymi. Armagedda odszedł w cholerę, więc z braku laku (i lenistwa Grima) obowiązki perkusisty wziął na siebie Abbath Doom Occulta, który miał zupełnie inną wizję zespołu niż były kolega – bardziej radykalną i ekstremalną. I taki też jest "Pure Holocaust" – to zagrany z polotem black metalowy pocisk, który z dużą swobodą sieje spustoszenie w głowie słuchacza, by zostawić w niej dość miejsca na zimowe pejzaże Demonaza Doom Occulta. Tempa większości utworów są zabójcze, super szybkie blasty lecą prawie przez cały czas, a towarzyszą im wyjątkowo chwytliwe (i czytelne!) riffy, które jeszcze rok wcześniej byłyby u Immortal nie do pomyślenia. Podobnie zresztą jak bardzo czyste i naturalne brzmienie albumu – miła odmiana po tłukącym się debiucie. Ewolucja na granicy ryzyka i oskarżeń o zdradę ideałów? Na pewno, ale właśnie dzięki takiemu podejściu ten 34-minutowy materiał składa się z samych łatwo przyswajalnych hitów, spośród których naprawdę trudno wybrać ten najlepszy. Dlatego też w moim rankingu płyt Immortal tylko "Blizzard Beasts" zajmuje wyższą pozycję od "Pure Holocaust".


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.immortalofficial.com

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

1 października 2016

Cancer – The Sins Of Mankind [1993]

Cancer - The Sins Of Mankind recenzja okładka review coverPo dwóch bardzo udanych płytach muzykom Cancer wystarczyło tylko postawić kropkę nad i swojej zajebistości i sprokurować kolejny świetny materiał, który już na zawsze zapewni im zaszczytne miejsce w panteonie europejskich death’owych załóg. Potem mogli się już rozpaść w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku. Angolom jednakowoż ani jedno ani drugie nie przyszło do głów; wzięło ich na zmiany. Od "The Sins Of Mankind" zaczął się bowiem przykry zjazd po równi pochyłej, z której zespół nie potrafił zeskoczyć do końca swych dni, włączając w to nawet okres po reaktywacji. Każdy miłośnik pierwszych krążków w mig spostrzeże, że na "The Sins Of Mankind" coś nie gra, czegoś brakuje, choć pozornie materiał nie odbiega znacząco od "Death Shall Rise". Cancer powtórzyli tu wypracowane wcześniej schematy, jednak pchnęli je w stronę thrash’u (także brzmieniowo), przez co płyta zyskała na dynamice i ogólnej chwytliwości, a niestety straciła na pożądanych w death metalu brutalności i ciężarze – co lokuje materiał gdzieś pomiędzy nagranymi w podobnym czasie wydawnictwami Messiah i Thanatos. Trochę inny jest również feeling tej muzyki – jak dla mnie bardziej odczuwalna jest tutaj chęć pokazania umiejętności (które, co oczywiste, rozwinęli przez lata) aniżeli przyjebania prosto między oczy. Trudno to tłumaczyć wyłącznie zmianą na stanowisku gitarzysty solowego; stawiałbym raczej na znudzenie dotychczasową formułą i chęć pokazania się z innej strony. Czy lepszej? Niekoniecznie, zwłaszcza dla kogoś, kto zachwycał się death’ową jazdą rodem z Florydy – z tej perspektywy "The Sins Of Mankind" można traktować jako krok wstecz. Ale jest też druga strona medalu. Tak ogólnie i w oderwaniu od przeszłości album jest kawałkiem porządnie przygotowanego i szybko wpadającego w ucho metalu, słucha się go chętnie i bezproblemowo. Wiadomo, z pewnych fragmentów (choćby tych z akustykami) Angole mogli zrezygnować, jednak na dłuższą metę można przejść nad nimi do porządku dziennego. Na "The Sins Of Mankind" łatwiej też spojrzeć łaskawszym okiem, kiedy ma się świadomość, że kolejne krążki Cancer już niespecjalnie nadają się do słuchania.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/goryend/

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

17 grudnia 2014

Deicide – Amon: Feasting The Beast [1993]

Deicide - Amon: Feasting The Beast recenzja okładka review coverTa krótka (niecałe pół godziny) płytka zawiera to, co zespół — jeszcze jako Amon — nagrał w latach 1987-1989. Początek — pewnie dla uniknięcia szoku — to "Sacrifical" z 1989 roku, na który składa się sześć kawałków bardzo dobrze znanych z późniejszego debiutu. To one pozwoliły Amonowi podpisać kontrakt z Roadrunner Records i stały się początkiem wielkiej kariery. Numery niezbyt odbiegają poziomem wykonania od tych z debiutu, chociaż momentami są nawet brutalniejsze i cięższe, a brzmieniowo – bardziej surowe. No i Glen wydziera się niesamowicie. Ponadto są tu moje ulubione hiciory czyli 'Sacrifical Suiside' i 'Dead By Dawn'. Druga część składanki to "Feasting The Beast", w skład którego wchodzi: numer tytułowy jako intro i trzy numery w baaardzo pierwotnych wersjach. Wszystko zostało nagrane w... garażu (niestety nie wiem u kogo) na ośmiośladzie. Efekt morduje!!! Trudno tu mówić o umiejętnościach technicznych, młodzieńcy po prostu totalnie hałasują. Wokal początkowo ogromnie rozwesela, gitarki bzyczą w tle, gary to zestaw puszek po konserwach i piwie, a basu w ogóle nie słychać. Niemniej to kawał (niecałe 10 minut) potwornego wyziewu z najgłębszych otchłani garażu. Na uwagę zasługuje fakt, iż demo jest materiałem nagranym w zaledwie kilka tygodni po sformowaniu się grupy! Za to należą się duże brawa. Ocena jest przeze mnie 'lekko' zawyżona. Zwykły fan może sobie tę pozycję darować — chociaż posłuchać dla zorientowania się w rozwoju Deicide można — ale dla prawdziwego fanatyka to absolutny obowiązek!


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/theofficialdeicidemyspacepage

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

17 lutego 2014

Resurrection – Embalmed Existence [1993]

Resurrection - Embalmed Existence recenzja okładka review cover"Embalmed Existence", choć obecnie trochę zapomniany, to jeden z ostatnich naprawdę wielkich debiutów na death metalowej scenie pierwszej połowy lat 90-tych dwudziestego wieku. Już na demówkach ekipa Resurrection udowodniła, że doskonale odnajduje się zawiłościach gatunku i wie, jak przyłożyć z grubej rury, debiut natomiast jest tego doskonałym potwierdzeniem. Jeśli tylko poświecicie mu odrobinę uwagi, dojdziecie do wniosku, że krążek spełnia wszystkie wymagania, jakie stawia się przed najczystszym metalem śmierci z Florydy: jest precyzyjnie zagrany, brzmi wybornie (nagrywano w Morrisound, bo gdzieżby indziej), ma super okładkę Dana Seagrave’a i zmusza do energicznego kręcenia młynów. W kontekście tej wyliczanki kanonicznych elementów zastanawiać może tylko brak solówki Jamesa Murphy, który takie przysługi wyświadczał niemal każdej kapeli z kontynentu. Jeśli to dobrze wyliczyłem, nagrywał wówczas debiut Disincarnate w Anglii, więc byłby usprawiedliwiony. W każdym razie i bez niego gitarniacy pokazali klasę, bo ich riffy, solówki i same struktury kawałków to prawdziwa ekstraklasa, nie pozostawiająca żadnych wątpliwości co do ich technicznego wyszkolenia. Złego słowa nie da się powiedzieć także o sekcji, zwłaszcza o pracy perkusji, bo od strony dynamiki "Embalmed Existence" prezentuje się absolutnie zajebiście. Dla niektórych — bo na pewno nie dla mnie — problemem może być fakt, że Resurrection pocinają tu death metal tak mocno osadzony w tradycjach Florydy, że przez to mało oryginalny. Najbliżej im — i to naprawdę bardzo [...] bardzo blisko — do tego, co na dwóch pierwszych płytach zrobili Malevolent Creation. Resurrection grają w niemal identycznym stylu i ogólnym poziomem zupełnie od nich nie odbiegają, a że wydali album w tym samym czasie co Malevolenci cieniutki "Stillborn", to w zasadzie można powiedzieć, że nic w naturze nie ginie, tylko zmienia właściciela. Oryginalna czy nie, muzyka — pomijając niepotrzebny cover KISS — to absolutny wypas, który przykuje do głośników każdego miłośnika florydzkich brzmień. Trochę odstraszyć może natomiast to, co w zamyśle miało dodać płycie, o ironio, wyjątkowości – mówione intra do większości kawałków. Niby te obrzydliwo-klimatyczne historyjki opowiadane przez 'Storytellera' (w tym przypadku najbliższe polskie tłumaczenie tego terminu to: menel spod dworca) nie są specjalnie długie, ale już jego głos dość wkurwiający. Muzycy Resurrection chcieli zrobić koledze przysługę, a on odstawił takie dziadostwo – shit happens. Ja radzę przymknąć uszy na ten quasi-oratorski bełkot i skupić się na tym, co na "Embalmed Existence" najważniejsze: znakomitej death metalowej sieczce.


ocena: 8,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/RESURRECTIONFLORIDA

podobne płyty:

Udostępnij:

11 lutego 2013

Pestilence – Spheres [1993]

Pestilence - Spheres recenzja okładka review coverOj, odlecieli na tej płycie panowie z Pestilence! Dalej i wyżej niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Stąd też jeśli dla kogoś niemożliwie genialny "Testimony Of The Ancients" był albumem przesadnie pokręconym, to tutaj najpewniej się zgubi, bo "Spheres" to coś znacznie więcej niż ciężki death metal. W zapomnienie poszły budujące klimat na poprzedniku klawisze, zaś w ich miejsce pojawiły się instrumenty budzące większe kontrowersje – syntezatory gitarowe, które nie raz dają o sobie znać w regularnych utworach (nawet w formie solówek) i rządzą w interludiach. Naturalnie normalne instrumenty nie zostały przez to zepchnięte w tło. Ba! Ich partie są jeszcze bardziej kompleksowe i trudniejsze do ogarnięcia, a pojawiające się nieraz zagrywki z pogranicza prog-jazz-fusion dodają całości interesujących smaczków i robią w strukturach jeszcze większe zamieszanie. Nagromadzenie pozametalowych wpływów i oryginalne podejście do produkcji (całkowite zerwanie ze standardami Morrisound – dziwne połączenie dużej przestrzenności z czymś, co powoduje odczucia niemal klaustrofobiczne) sprawiły, że płyta znacznie wyprzedziła swój czas. "Spheres" jest albumem genialnym – to wiadomo, ale czemu – to dla wielu wciąż jest zagadką. Pozwólcie, że was trochę naprowadzę. Czwarty opus Pestilence to muzyka w każdym calu nieprzeciętna – nieszablonowa, wymykająca się sztywnym klasyfikacjom; stylistycznie wyraźnie odstaje od wcześniejszych dokonań grupy (jakkolwiek ma z nimi pewne punkty wspólne) i death metalowej sceny w ogólności. Poza tym "Spheres" to nie tylko powodujące opad szczęki techniczne wygibasy i odjechany klimat. Materiał niesie z sobą również sporo rasowego brutalnego łomotu. Owszem, czasem i mocno zawoalowanego, ale nikt nie powinien oczekiwać od tej klasy muzyków rzeczy przesadnie bezpośrednich. Posłuchajcie sobie, jaką mielonkę serwują gitarzyści w 'Demise Of Time', 'The Level of Perception' czy 'Soul Search' – tu nie ma śladu pójścia na kompromis. Bas przy okazji tego krążka objął młody Jeronen Paul Thesseling, który ze swych obowiązków wywiązał się znakomicie, często urozmaicając wycieczkami na wyższe progi i tak już nie nudną muzykę. Zagrał inaczej niż Tony Choy, ale na równie wysokim poziomie. Jedyne, do czego mógłbym się odrobinę przyczepić, to praca perkusji. Marco Foddis nie odstawił oczywiście amatorki, ale stylistyczne zmiany wymogły na nim grę bardzo zdyscyplinowaną, niemal mechaniczną, a mnie po prostu pasował bardziej, gdy pozwalał sobie na więcej szaleństw. Nie jest to jednak kwestia, która w jakikolwiek sposób mogłaby zaważyć na ocenie "Spheres", bo ta płyta zawsze zasługiwała na najwyższą.


ocena: 10/10
demo
oficjalna strona: www.pestilence.nl

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

2 czerwca 2012

Brutality – Screams Of Anguish [1993]

Brutality - Screams Of Anguish recenzja okładka review coverPogrążone obecnie w zapomnieniu Brutality to z pewnością jedna z istotniejszych nazwa na mapie amerykańskiego death metalu. Poziomem swojej muzyki zawsze mocno wykraczali ponad bezbarwną przeciętność zwykłych napierdalaków, jednak mimo imponujących umiejętności, braku drastycznych zmian stylu, solidnego stażu w podziemiu i późniejszego kontraktu z dużą wytwórnią nigdy nie osiągnęli należnej im pozycji, skutkiem czego zakończyli działalność zaledwie po trzech płytach. Ich problem można streścić w dwóch punktach. Po pierwsze chodzi o wyjątkowo niestabilny skład, w którym co i rusz dochodziło do ostrych spięć – akurat z tym przy odrobinie chęci mogli się jakoś uporać. Druga sprawa, wynikająca po części z pierwszej kwestii, to bardzo spóźniony, przypadający na koniec death metalowego boomu moment debiutu, czym — podobnie jak Vital Remains, Monstrosity, Oppressor czy Baphomet — niejako skazali się na drugą ligę popularności. Wszak w 1993 gatunek już dogorywał, wpieprzając swój ogon, a wytwórnie dawały sobie siana z inwestowaniem w coś, co coraz trudnej sprzedać w zadowalającym nakładzie. Nie zmienia to w niczym faktu, że Brutality to absolutna czołówka drugiej fali i zespół, który po dziś potrafi ekscytować. Próbie czasu, przynajmniej od strony czysto muzycznej, oparł się bez trudu "Screams Of Anguish". Debiut Amerykanów to zgrabne połączenie klasycznej pojmowanej brutalności (przejawiającej się choćby w blastach, ostrych riffach czy głębokich wokalach) z klimatycznymi wstawkami (z wykorzystaniem klawiszy i bez przesterów) i rzadko spotykaną w gatunku dozą finezji. Spójność i poziom tych elementów świadczą nie tylko o doświadczeniu i technicznym wyrobieniu, ale przede wszystkim o pomyśle na siebie. Death metal na "Screams Of Anguish" ma wiele odcieni i, przynajmniej potencjalnie, może zainteresować naprawdę wielu miłośników inteligentnie podanej jazdy – coś dla siebie znajdą tu zarówno miłośnicy Nocturnus, jak i Deicide. Na korzyść Brutality przemawia ogromne zróżnicowanie tego materiału, kapitalna przebojowość, niestandardowe podejście do pewnych kwestii (dużo zwolnień, niekończące się barwne solówki), jak i charakterystyczna dla Jima Morrisa bardzo czytelna i nieprzeładowana produkcja. Atutem nie do przecenienia tej płyty są wyjątkowo rozbudowane i świetnie wstrzelone w struktury kawałków popisy gitarzystów (szczególnie Jay’a Fernandeza), którzy chyba dali tu z siebie wszystko – stopień 'wytrzepania' przekracza bowiem większość tego, co oferowały inne death’owe kapele. Mnie najbardziej rozwala to, co zrobili w fenomenalnie klimatycznym 'Cries Of The Forsaken' – zajebistość sączy się w nim sekunda po sekundzie przez ponad 6 minut, a kolejne motywy melodyczne wkręcają się w czaszkę na dłuuugo. Coś wspaniałego! Niczego też nie brakuje 'These Walls Shall Be Your Grave', 'Septicemic Plague', 'Ceremonial Unearthing' czy 'Crushed', jednak ciągle to 'Cries Of The Forsaken' wywiera największe wrażenie. Właśnie dzięki takim haczykom chce się wracać do "Screams Of Anguish" częściej, niż tylko dla przypomnienia.


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: brutalitytheband.com

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

23 listopada 2011

Malevolent Creation – Stillborn [1993]

Malevolent Creation - Stillborn recenzja okładka review coverWiele osób zadaje sobie pytanie, dlaczego Malevolent Creation, pomimo tylu płyt na koncie i potężnego stażu, nie mają nawet połowy tej sławy co Deicide czy Suffocation – wszak debiutowali w odpowiednim miejscu (Floryda + Roadrunner) i czasie (początek death metalowego boomu). Moim zdaniem odpowiedź znajdujemy na "Stillborn" – krążku przełomowym, który miast potwierdzić ich klasę i umocnić pozycję na scenie, okazał się bolesnym potknięciem w drodze na szczyt. Niestety nie jest to wyłącznie wina Roadrunner (któremu ten album 'zawdzięcza' słabiutkie, niemal demówkowe brzmienie – kłania się przykład "Breeding The Spawn"), bo i sami muzycy się nie popisali. Konflikt wewnątrz kapeli zapewne sprzyjał nagromadzeniu gniewu i agresji, jednak nic z tego nie przełożyło się na muzykę, bo tej zwyczajnie brakuje kopa. Już bardziej daje się odczuć apatię, brak zaangażowania i chęć pierdolnięcia wszystkiego w cholerę. Tak się głupio składa, że z całego albumu najbardziej broni się... okładka. Materiał upchnięty na płycie nie jest naturalnie najgorszy, tylko został zagrany bez przekonania, prawdziwie death’owej iskry i okraszony kiepawymi wokalami. Tak więc nawet, gdy trafiają się ciekawsze fragmenty, Brett skutecznie zaniża ich poziom, czyniąc tym samym potężną przepaść między "Retribution" a "Stillborn". Trochę to przykre, gdy w każdym kawałku słychać, że tak solidna kapela zwyczajnie męczy się graniem. Na tym się niestety nie kończy, bo ten klimat zniechęcenia udziela się słuchaczowi, który także się męczy. Efekt jest łatwy do przewidzenia – niespecjalnie chce się tej płytki słuchać. Nic dziwnego, że dostali kopa z wytwórni.


ocena: 5/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/malevolentcreation

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

29 października 2011

Death – Individual Thought Patterns [1993]

Death - Individual Thought Patterns recenzja okładka review coverWyziew doskonałości – tylko tak mogę opisać "Individual Thought Patterns", piąty album w dziejach Śmierci. Ten uwielbiany przez rzesze zagorzałych miłośników natchnionej death metalowej muzyki krążek to dzieło kompletne, przemyślane od A do Z i dopracowane do najmniejszego szczegółu. Z ekipy nagrywającej doskonały "Human", oprócz Chucka, pozostał tylko wirtuoz basu Steve DiGiorgio, który poczyna sobie jeszcze śmielej niż na poprzedniej płycie, zachwycając coraz bardziej porąbanymi pomysłami. Posłuchajcie chociażby 'Destiny', 'Jealousy', 'The Philosopher' lub numeru tytułowego – czyż to nie prawdziwe cudeńka? Reszta składu to również kolesie doskonale znani w metalowym półświatku. Mr. Hoglan po raz kolejny w swej karierze udowadnia, że jest szalonym wypierdalaką, który za nic ma swój wiek i tuszę. Gra w jego wykonaniu to brutalna poezja, przykład niezwykłego kunsztu i precyzji; szybkie i zarazem majestatyczne pasaże poprzeplatane są masakrycznymi, rozpierdalającymi salwami centralek. Oczywiście na tym możliwości tego jegomościa się nie kończą, bo potrafi także wspaniale wypełnić i te wolniejsze fragmenty. No i te aranżacje – są pojebane niczym rząd IV RP w swym szczytowym momencie! Drugim gitarniakiem na potrzeby sesji został — jak się okazuje wyjątkowo wszechstronny — Andy LaRocque, który swym klasycznym (warsztatowo) opanowaniem świetnie uzupełnia progresywne zapędy Chucka. Odwalił kawał dobrej roboty, a dzięki fantastycznej solówce z 'Trapped In A Corner' na stałe zapisał się złotymi zgłoskami w historii Death. Inny skład przełożył się na inne podejście do muzyki, która nie jest przesadnie podobna do tej z "Human" – styl Śmierci został rozwinięty szczególnie poprzez zagęszczenie wszystkich partii w średnich tempach i dokopanie się do olbrzymich pokładów melodii. W ten sposób powstała płyta atrakcyjna w każdej sekundzie trwania – bardzo różnorodna, pomysłowa, pokombinowana, agresywna i bez wątpienia z charakterem. Równie dobrze mogli ją nazwać "The Best Of Death", bo niczym w soczewce, skupia wszystko, co w tym zespole najlepsze: tempa łamane niczym jeńcy w chińskich obozach pracy, gitarowe rzeźbienie na najwyższym poziomie, doskonale wpasowane wokale... Wszystko! W tekstach Chucka mamy sporo odniesień do irytującej ludzkiej natury oraz zmagań z nieprzychylnie nastawionym otoczeniem - czyli tematy doskonale pasujące do pokręconej muzyki. Brzmienie albumu jest wyśmienite, więc żaden dźwięk wam z tej gmatwaniny nie ucieknie – wiadomo, Morrisound w ze Scottem Burnsem do czegoś zobowiązuje. "Individual Thought Patterns" to płyta nieprzeciętna w każdym calu, po prostu genialna – taka synteza piękna i brutalności musi dostać maksa!


ocena: 10/10
demo
oficjaln a strona: www.emptywords.org

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:


Udostępnij:

20 czerwca 2011

Burial – Relinquished Souls [1993]

Burial - Relinquished Souls recenzja okładka review coverW muzyce niezwykle istotne jest, żeby odważnie iść do przodu, poszukiwać nowych rozwiązań i zrywać z wcześniejszymi schematami. W końcu oryginalność to wysoko ceniona cnota. Przed państwem zespół, którego zajebistość wynika z jej absolutnego braku! Holendrzy zawarli na swym mocarnym debiucie kwintesencję wspaniałego, czystego, klasycznego death metalu prosto z Florydy. Wzorce, jakie Burial obrali przy komponowaniu i nagrywaniu materiału, są zaiste piękne, ale też bardziej niż oczywiste: Massacre, Death (tylko "Leprosy" i "Spiritual Healing") i Obituary (ze "Slowly We Rot"). Bardziej upraszczając tą wyliczankę, można skonstatować, że nagrali po prostu wyborną kontynuację "From Beyond". I to kontynuację, która jest lepsza od "Inhuman Condition" oraz bije na głowę niesławną "Promise". Kontynuację, za którą panowie Amerykańcy powinni dać się poćwiartować. Struktury kawałków, tempa, sposób riffowania, solówki, rytmika, wokal, zwolnienia, brzmienie – dosłownie wszystko ma swoje źródła w dokonaniach wymienionych protoplastów gatunku. Kolesie grają tak sprawnie, naturalnie i przekonywająco, że podczas słuchania człowiek czeka aż mu jakiś 'Symbolic Immortality' czy 'Born Dead' wyskoczy spomiędzy autorskich utworów Burial. Czy to przeszkadza, albo wywołuje niesmak? W żadnym wypadku, bo nie o zadziwienie świata tu chodzi. "Relinquished Souls" to płyta, na której granice między inspiracją, a zrzynką zupełnie się zacierają. Zresztą, niezależnie od wersji ta muzyka miażdży, wpada w ucho i pozwala się cieszyć zawartym w niej ładunkiem surowej brutalności. Zachwytom sprzyja brak uchybień natury kompozytorskiej, wykonawczej i realizatorskiej. Wszystko, każdy najmniejszy element jest na właściwym miejscu i prezentuje się tak, jak trzeba, by miłośnik death metalu starej daty mógł się zatopić bez pamięci w tych dziewięciu szorstkich jak przyjaźń Kwacha i Millera przebojach. Aż się wzruszyć można.


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: www.burial.tk

podobne płyty:

Udostępnij:

8 maja 2011

Morgoth – Odium [1993]

Morgoth - Odium recenzja okładka review coverObecnie, gdy masa zespołów pręży zwieracze w pogoni za nie wiadomo jaką awangardą i nowatorstwem, kurz zapomnienia zdaje się przykrywać bardzo ciekawą płytę "Odium" niemieckiego Morgoth. A tak się właśnie składa, że to oni byli jednymi z prekursorów śmiałego wykorzystywania sampli, itp. dziwactw w metalu. Ot po prostu, panowie kiedyś stwierdzili, że nie chce im się grać w kółko tego samego, więc tu i ówdzie dorzucili odrobinę industrialnego hałasu i włala. Powstał dzięki temu krążek bardzo odważny i oryginalny jak na swoje czasy, a tym bardziej pochodzenie zespołu. Pod pewnymi względami można "Odium" porównać do "Spheres". Nie jest co prawda tak techniczny i pokręcony jak dzieło Pestilence, ale atmosfera dziwności i mechaniczny sound wyróżnia oba te albumy. Podobnie jak zdecydowane wykraczanie poza granice death metalu. Żeby nie zamącić, tudzież zniechęcić, muszę nadmienić, że wszystko jednak opiera się na metalu, i to takim w średnich tempach (sporo tu rytmicznego ładowania – np. świetne 'Resistance' czy 'Under The Surface'), tylko od czasu do czasu zespół wyskoczy z bardziej walcowatym fragmentem (początek/środek 'Drowning Sun' miażdży!). Ale to nie wszystko, bowiem Morgoth upchnęli w muzyce zaskakująco dużo wyciszeń i akustycznych wstawek, które... są jednym z większych atutów "Odium". Dobrze widzicie – to właśnie spokojne momenty odpowiadają w dużym stopniu za klimat albumu — który swoją drogą musi przypaść do gustu wielbicielom sajensfikszyn i horrorów — tchnący chłodem, przygnębiający i poniekąd przerażający. Mnie szczególnie powala ciche wejście przesterowanej gitary w 4:53 'Golden Age' – coś pięknego i ciary na plecach! A co się dzieje w numerze tytułowym... sprawdźcie sami, hehehe. Bardzo dobrze prezentują się histeryczne wokale Marc’a Grewe, są jeszcze mocniejsze i wyraźniejsze niż na poprzednich produkcjach, no i też dokładają się do klimatu. Świetny krążek, chyba najlepszy w karierze Morgoth, choć ortodoksom raczej nie podejdzie.


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.morgoth-band.com

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

8 kwietnia 2011

Gorguts – The Erosion Of Sanity [1993]

Gorguts - The Erosion Of Sanity recenzja okładka review cover"The Erosion Of Sanity" ukazała się w dwa lata po debiucie, w czasie, kiedy scenę death metalową zaczęły dotykać pierwsze objawy poważnego kryzysu (wiecie, brata Ramzesa). O kryzysie — przynajmniej artystycznym — nie można mówić w przypadku stojącego nieco na uboczu Gorguts. Zmiany w stosunku do debiutu są wyraźne i to nie tylko ze względu na bardziej 'ostre' brzmienie (zamienili słaaawne Morrisound na — też sławne, ale później — Studio Victor w Kanadzie) bo i w muzyce pojawiło się kilka zaskakujących i jakże mile widzianych nowinek. Najważniejszą sprawą jest z pewnością odejście od czystej klasyczności gatunkowej "Considered Dead" i pójście w formalne eksperymenty. Bez obaw, nadal jest to death metal z wyczuwalnym pierwiastkiem histerii, ale tym razem znacznie bardziej zaawansowany technicznie i pokopany aranżacyjnie. Wyraźny krok do przodu (czy jak kto woli – rozwój) wpłynął na nieco inne odczucia podczas słuchania – mniej mamy dołowania i mielenia kości na pył a znacznie więcej zawijasów, rypniętych solówek (także wymian Marcoux-Lemay), szczypiących uszy flażoletów oraz wiercenia dodatkowych otworów w głowie. A to wszystko przy zachowaniu wcześniejszej brutalności. Owszem, pierwsze przesłuchanie(a) może być mylące i można odebrać "The Erosion Of Sanity" jako w prostej linii kontynuację wspaniałego debiutu, jednak dopiero bardziej wnikliwe przysłuchanie się materii muzycznej zawartej na krążku daje obraz tego, jak potężną robotę wykonali muzycy Gorguts. Poza tym to słychać, bo uzyskane brzmienie pozwoliło na uwypuklenie tych wszystkich cudeniek, których w muzyce Kanadyjczyków nie brakuje. Pod pewnymi względami (np. w niektórych aranżacjach) płyta jest bliska temu, co słychać na "Obscura" – sprawdźcie chociażby 'Orphans Of Sickness' lub 'A Path Beyond Premonition', żeby zrozumieć, co mam na myśli. Nie ma co przedłużać – świetna, a przy tym wymagająca płyta nieprzeciętnego zespołu, warta nie tylko postawienia z dumą na półce, ale i jak najczęstszego katowania.


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.gorguts.com

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

20 lutego 2011

Christ Agony – Unholyunion [1993]

Christ Agony - Unholyunion recenzja okładka review coverZnam wielu, którzy nie potrafią przebrnąć nawet przez jeden numer z tej płyty, o całości nie wspominając. No cóż, "Unholyunion" to 52 minuty rozłożone na cztery mocno rozbudowane utwory – to może robić wrażenie, a już na pewno stanowi duże wyzwanie dla ludzi oczekujących od muzyki łatwo dostępnych i szybkich doznań. Tak duża dawka black metalu o jednoznacznie przegniłej atmosferze, a jednocześnie trudniejszego w odbiorze niż to wynika z samych nutek, zdecydowanie nie jest dla każdego; darować ją sobie mogą zarówno miłośnicy klepania jednym palcem w plastikowe casio w imię klimatu, jak i zmanierowane mizantropijne siury, zgłębiające swoją wyszukaną duchowość i religijność przy bzyczeniu i mamrotaniu. Klimat wytwarzany przez Christ Agony opiera się wyłącznie na tradycyjnych w metalu instrumentach (plus wykorzystane w niewielkim stopniu akustyki), zabrudzonych i jeszcze nie do końca wyrobionych wokalach Cezara (które nie mają wiele wspólnego z typową norweszczyzną) i dalekim od ideału (czytać: "Daemoonseth Act II"), surowym, czy może z lekka topornym, brzmieniu. Żadnych tanich sztuczek i cudownych wspomagaczy! Struktury utworów nie mają wprawdzie tej płynności i stopnia przyswajalności, co przeboje z późniejszych płyt, ale i tak niemal na każdym kroku słychać, że zostały gruntownie przemyślane, choć niekiedy może zabrakło trochę umiejętności czysto technicznych, żeby wszystkie pomysły podać w ostatecznie wymuskanych formach. Tak czy inaczej, "Unholyunion" to kompozycyjny sukces – wszak nie lada to wyczyn, kiedy wzbudza się w słuchaczu ciśnienie do wgłębiania się w materiał i ponownego odpalenia zestawu ponaddziesięciominutowych kawałków. Warto zwrócić uwagę na teksty, bowiem — jak na stosunkowo młodą kapelę — prezentują wysoki poziom i nie zalatują infantylnym banałem, o co przy takiej tematyce nie trudno. Brakuje tylko tego, żeby zostały wyraźniej odśpiewane, bo czasami coś umyka i trzeba posiłkować się książeczką. Na "Unholyunion" Cezar wraz z kompaniją udowodnił, że nawet w Polsce można zrobić coś oryginalnego w przeżartym modą gatunku. A to był dopiero początek!


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/ChristAgony

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

14 lutego 2011

Cemetary – Godless Beauty [1993]

Cemetary - Godless Beauty recenzja okładka review coverMiłośnicy ostatnich, miętkich i rozwodnionych dokonań Cemetary (albo bardziej po naszemu – CEMENTary) pewnie nie zdają sobie sprawy, że kiedyś ten zespół należał do przedstawicieli ciężkiego grania i odnosił na tym polu pewne sukcesy. Ich druga, a zarazem ostatnia sensowna płyta, "Godless Beauty", to dość klimatyczny death metal z doomowymi zapędami – granie całkiem przyjemnie w odbiorze, a i brzmiące — jak na rok 1993 i studio Sunlight — też niczego sobie. Szwedzi zdecydowanie odpuścili sobie agresywne dopieprzanie a’la debiut, w zamian wprowadzili do swojej muzyki sporo czytelnych melodii, trochę lajtowych odnośników do Paradise Lost (unikam ich jak mogę, ale jednak właśnie z nimi to się kojarzy, jaskrawym przykładem jest 'Adrift In Scarlet Twilight') oraz prostoty typowej dla pierwszych (sensownych – czyli dwóch) płyt Tiamat. Materiał, podobnie jak na debiucie, jest fajnie zróżnicowany (choć elementy składowe są zupełnie inne niż na "An Evil Shade Of Grey"), w sporym stopniu relaksujący, co nie oznacza, że opiera się wyłącznie na smęceniu w wolnych tempach. Tu i ówdzie trafiają się bardziej dynamiczne momenty czy też całe kawałki: 'The Serpent’s Kiss', 'Chain', 'Sunrise (Never Again)', 'Now She Walks The Shadows', 'And Julie Is No More' – i to one właśnie wchodzą mi najlepiej. Duża w tym także zasługa sporej chwytliwości tych numerów, zatem należy tu pochwalić gitarniaków za kilka wyjątkowo zajebistych riffów w staroszwedzkim stylu. Bardzo szwedzki jest też wokal Mathiasa Lodmalma, więc i jemu nie mam nic do zarzucenia. Na plus mogę zaliczyć również całkiem niezłe, dalekie od średniej gatunkowej teksty. Czy trzeba coś dodawać? Raczej nie, po prostu przyjemnie się tego nieco zapomnianego cholerstwa słucha.


ocena: 7/10
demo
Udostępnij:

17 stycznia 2011

My Dying Bride – Turn Loose The Swans [1993]

My Dying Bride - Turn Loose The Swans recenzja okładka review coverMy Dying Bride mają na koncie kilka krążków, które spokojnie można uznać za genialne, a mimo to "Turn Loose The Swans" i tak wyróżnia się w tym gronie i należy do tych naj-naj-naj. No i jest najprawdopodobniej największym osiągnięciem w ramach całego nurtu doom-death. Od debiutu dzieli go zaledwie rok, skład pozostał ten sam (wliczam Martina, który awansował na pełnoprawnego, za przeproszeniem, członka, i którego wkład w ten album jest niemały), ale podejście do komponowania uległo wyraźnej ewolucji. Angole w dalszym ciągu hołdowali rozsądnie pojmowanej oryginalności i twórczej odwadze, jednak obrali inny kierunek niż przy okazji "As The Flower Withers". W wyniku tych działań powstał longplej baaardzo ciekawy, niezwykle zróżnicowany, trudny (choć z technicznymi wygibasami nie mający nic wspólnego) i — jak na swoje czasy — nawet awangardowy. Wyjątkowość "Turn Loose The Swans" zapewnił m.in. niebanalnie wytworzony klimat i rozmach w użyciu takich, niekonwencjonalnych jak na gatunek, instrumentów jak pianino czy skrzypce. Zresztą powiedzcie sami, czy za typową można uznać — death? doom? — metalową płytę, na której przesterowane gitary pojawiają się dopiero po prawie dziesięciu minutach słuchania? W tym czasie nie dzieje się zbyt wiele, ale jakie to piękne! Tę dłuższą chwilę spokoju rozrywa dopiero brutalne uderzenie w 'Your River' (to mój ulubiony utwór My Dying Bride w ogóle), które przechodzi w płaczliwe gitarowo-skrzypcowe mielenie – jeden z najbardziej poruszających motywów w twórczości zespołu. I tak już do końca – mocne, przybrudzone death’owe tąpnięcia przeplatają się z atmosferycznymi zwolnieniami i wszechobecnym dołem. Anglicy nie kombinują sensu stricte, ale grają 'sprytnie', zapewniając odpowiednio dobranymi zmianami tempa sporą dynamikę nawet długaśnym i pozornie rozlazłym kawałkom. Duża w tym zasługa Ricka, który swoimi gęstymi przejściami udowadnia, że wolna muzyka wcale nie musi być grana drętwo i prostacko. Nie można zapomnieć o Aaronie, bo jego wokale są znacznie bogatsze niż na debiucie, brzmią lepiej, a przy tym są wykonane z pełną ekspresją. Wspaniała płyta, dla wielu – 'ta jedyna', dla mnie – 'tylko' jedna z dwóch...


ocena: 10/10
demo
oficjalna strona: www.mydyingbride.net

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

14 stycznia 2011

Morbid Angel – Covenant [1993]

Morbid Angel - Covenant recenzja okładka review coverZacznę może od tego, że jak dla mnie "Covenant" jest najwznioślejszym dokonaniem Morbidów z czasów 'vincentowskich'. Zważywszy na to, jakie cyrki towarzyszą reunionowi, jestem przekonany, że nic w tym temacie już się nie zmieni. Płyta powstała w uszczuplonym składzie, bo wieloletni gitarniak Richard Brunelle na tym etapie okazał się dla zespołu zbyt cienki – zresztą tą przypadłość wykazywał też w kolejnych kapelach, w których maczał paluchy. 'Trójka' została nagrana w studiu Morrisound na Florydzie wraz z — co jest pewnym urozmaiceniem i przełamaniem schematu — Flemmingiem Rasmussenem (produkował m.in. to, co u Metallicy i Artillery najlepsze), tak więc brzmienie bynajmniej nie odrzuca od tej, co tu dużo pisać, rzezi. Duńczyk postarał się o przestrzenny i klarowny dźwięk, dzięki czemu słuchacz nie traci niczego z bogatej treści krążka. Album otwiera zaaajebisty 'Rapture' – zajebiste riffy, zajebista rytmika, zajebiste solówki, zajebiste wokale – zajebiste wszystko! To koniecznie trzeba usłyszeć, a nawet zobaczyć, bowiem do tego numeru powstał całkiem niezły teledysk. A to tylko początek atrakcji, bo potem lecą takie cuda jak 'Pain Divine' (jak dla mnie jest to gitarowe rozwinięcie 'Visions From The Dark Side'), 'World Of Shit' (super chwytliwość i kapitalne zmiany tempa), 'Angel Of Disease' (dzikość w starym stylu), 'Sworn To The Black' (schizolskie riffowanie z połowy) czy bardzo odważny 'God Of Emptiness' (totalne walcowanie i pokręcone klimaciki). Generalnie "Covenant" jest udaną kontynuacją stylu zapoczątkowanego na debiucie – jeszcze brutalniejszą, szybszą, bardziej kompleksową i różnorodną. Największym odstępstwem od stereotypowego morbidowego grania są tu naprawdę miażdżące zwolnienia, na które zespół pozwala sobie w kilku kawałkach. Pomimo tych przyjemnych nowalijek Morbidzi nie zapomnieli o bardzo dla siebie charakterystycznych gwałtownych i wyjątkowo brutalnych napierdach, więc jest ich tu całkiem sporo. Wspaniale spisuje się w nich Piotruś Sandoval, grzejąc jeszcze szybciej i precyzyjniej, niż na poprzednich wydawnictwach. Zresztą ciekawie poczyna sobie także w wolniejszych fragmentach – prawdziwa klasa. David ryczy i dodaje muzie basu w standardowy dla siebie sposób. Należ go również pochwalić za niegłupie eksperymenty z głosem w 'God Of Emptiness' (video do tego numeru też jest niezłe). Jak dla mnie – bomba! Album przyswaja się bardzo przyjemnie, dostarcza on wielu ciekawych doznań, a przy tym te 41 minut absolutnie nie nudzi (nie licząc 'Nar Mattaru')! Jeśli lubicie techniczny death metal Aniołków, to nie pozostaje wam nic innego, jak tylko zaopatrzyć się w "Covenant".


ocena: 9,5/10
demo
oficjalna strona: www.morbidangel.com

inne płyty tego wykonawcy:




Udostępnij:

8 stycznia 2011

Comecon – Converging Conspiracies [1993]

Comecon - Converging Conspiracies recenzja okładka review coverTo się nazywa postęp! Gitarzyści Comecon w ledwie rok znacząco podciągnęli się technicznie i rozwinęli — na tyle, na ile było to możliwe — swój zmysł kompozytorski, a dzięki temu stworzyli materiał w każdym aspekcie lepszy od niezłego przecież debiutu. Swoją cegiełkę, i to cholernie istotną, dołożył też świeżo wywalony z Asphyx Martin van Drunen. Tylko studio (poczciwe Sunlight) pozostało bez zmian; przynajmniej sama miejscówka, bo od strony brzmieniowej "Converging Conspiracies" jest odczuwalnie precyzyjniej oszlifowany niż pierwszy krążek. Przy okazji, Comecon dorobili się tu jednej z lepszych produkcji w ówczesnym szwedzkim death metalu, co oznacza również oddalenie się od standardów ustanowionych przez Entombed. W takich oto okolicznościach przyrody powstał krążek fajnie rozwijający idee "Megatrends In Brutality", doprawiony paroma nowinkami, a przy tym daleki od przekombinowania. Żeby nie było niedomówień – ich najlepszy. "Converging Conspiracies" to cała masa urozmaiconych riffów, dzielnie dowalanych solówek, dobrze przemyślanych zmian tempa (automat zaprogramowano trochę sensowniej niż poprzednio, więc jego obecność nie doskwiera już tak mocno), sporo klasycznego czadu oraz pewne zapożyczenia hen hen zza morza i oceanu (mnie to najbardziej zalatuje Deicide) – a to wszystko w takich proporcjach, że przez 45 minut albumu brnie się z przyjemnością i niesłabnącym zaciekawieniem. Oprócz świetnych wokali, na "Converging Conspiracies" uwagę najbardziej zwraca chwytliwość aranżacji i bardzo duża, jak na kapelę ze Sztokholmu, melodyjność poszczególnych kawałków. Może nie jest to tak uwypuklone, jak u Dismember, ale kilka potencjalnych przebojów każdy tutaj bez problemu wyłowi. Na krążku naprawdę fajnych numerów nie brakuje, więc mamy z czego wybierać. Na zachętę polecam szczególnie: 'Democrator', 'Bleed / Burn', 'Worms', 'Community', 'The House That Man Built' i 'Pinhole View' – to w zupełności wystarczy, żeby się przekonać do Comecon. Przynajmniej do wczesnego etapu ich twórczości, zanim poszli w dziwne i niekoniecznie zrozumiałe rejony.


ocena: 8,5/10
demo
oficjalna strona: hem.passagen.se/rasmuse/COMECON/Comecon.html

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

23 grudnia 2010

Suffocation – Breeding The Spawn [1993]

Suffocation - Breeding The Spawn recenzja okładka review coverJest to z pewnością najtrudniejszy do 'wyceny' album nowojorskiego Suffocation z całego ich bogatego dorobku. Nie dlatego, że jest jakiś ciężki do sklasyfikowania, eksperymentalny, wyprzedzający swoje czasy, czy coś w tym stylu. Naprawdę, nic z tych rzeczy. Ta płyta po prostu została brutalnie, doszczętnie i bezlitośnie zajebana przez brzmienie i produkcję. Dźwięk jest płaski, przytłumiony i momentami nieczytelny – płyta brzmi, jakby nagrywano ją w garażu na setkę, a potem zapomniano o masteringu. To dlatego krążek przez wielu jest ostentacyjnie olewany i traktowany jak swoista 'dziura' w dyskografii. Człowiek, który za ten stan odpowiada powinien być ścigany listami gończymi, a potem siedzieć w celi z 'napalonymi' pedałami. I tu mamy mały problem, bowiem to, że "Breeding The Spawn" został nagrany w sposób wybitnie gówniany (przez Paula Bagina w Noise Lab – nazwa doskonale pasuje do tego przybytku) to jedno, a to że puszczono go w tym stanie w świat, to drugie. Najwyraźniej Roadrunner poskąpił forsy na studio (poprzednio korzystano z usług Scotta Burnsa i Morrisound), a później na jakiekolwiek poprawki, chcąc jak najszybciej rzucić album na rynek i trzepać kasiorę przy minimalnych wkładach własnych na fali dobrze przyjętego debiutu. Zaś sam materiał robi niezwykle dobre wrażenie – muza jest bardziej techniczna, złożona, odrobinę melodyjna, a przy tym nadal brutalna. Pojawiają się zaskakująco charakterystyczne riffy, dzikie solówki i nowe pomysły na zaaranżowanie wolniejszych partii. Ciekawa ma się sprawa z basem (na tym stanowisku Chris Richards zastąpił Josha Baronh’a), bowiem, paradoksalnie, to właśnie ten instrument jako jedyny zyskał na brzmieniowej mizerii i jego obecność jest, umownie, dość dobrze słyszalna. Szczególnie godne polecenia są według mnie numery takie jak 'Prelude To Repulsion', 'Anomalistic Offerings' (bodaj najlepszy na płycie), 'Ornaments Of Decrepancy', czy 'Epitaph Of The Credulous', choć prawdę mówiąc – absolutnie wszystkie powinny zadowolić fanów klasycznego death metalu. Zresztą, jak ktoś powątpiewa w muzyczny potencjał "Breeding The Spawn", niech zapozna się z ponownie nagranym numerem tytułowym na "Pierced From Within" (od późniejszych rimejków dzieli go technologiczna przepaść, lecz nie poziom) – z takim brzmieniem ten album w zabijałby od pierwszej sekundy!


ocena: 7/10
demo
oficjalna strona: www.suffocationofficial.com

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

18 kwietnia 2010

Demilich – Nespithe [1993]

Demilich - Nespithe recenzja okładka review coverZ czym się kojarzy Finlandia? Muzyczna Finlandia, dodajmy dla ułatwienia, bo o wódzie wiadomo. Ano kojarzy się z: wesołymi melodyjkami, pedalstwem, bzdurnymi folkowymi przytupami, pedalstwem i Eurowizją – o zgrozo to wszystko ma u Finów związek z metalem. I pomyśleć, że kiedyś tak nie było, a ludzi elektryzowały takie akty jak Convulse, Xysma, Funebre czy bohaterowie tej recenzji. Demilich w swych chorobliwych poczynaniach zdecydowanie bliżsi byli amerykańskiej niż szwedzkiej szkole brutalności, a przy tym właściwie w niczym nie ustępowali mistrzom zza wielkiej wody. Dotyczy to również — i to dość zaskakujące jak na ten rejon globu naście lat temu — umiejętności, bo krajanie Muminków przez te 40 minut tłuką techniczny death metal z wieloma zmianami tempa, pokręconymi wiosłami i popieprzonymi, grindującymi zagrywkami. Koszulka Human Remains jednego z gitarniaków może być tu pewną wskazówką, choć na pewno nie mówi wszystkiego, bo feeling tej muzy jest nieco inny, a i kilka zabarwionych rockiem nutek (głównie w solówkach) robi różnicę. Demilich stronią od totalnych szybkości, ale i tak potrafią ładnie sponiewierać, bo perkman nie pozwala sobie na chwilę wytchnienia – napieprza gęsto i wyjątkowo ciekawie, komplikując muzykę chyba nawet bardziej niż solidnie uwijający się gitarzyści. Co więcej, zespół nie tylko zagrał z głową, ale także zadbał o profesjonalnie, odpowiednio mocne i czytelne (nawet bas się dobrze uchował) brzmienie – tu również wyraźne są wpływy amerykańskie (sound a’la Skogsberg najpewniej pogrążyłby "Nespithe"). Jakiejkolwiek czytelności nie należy jednak oczekiwać po zajebiście niskich, bulgoczących wokalach, które były jednym z głównych 'trademarków' zespołu. Chłopaki upierali się, że nie użyto na nich żadnych efektów, ale jeśli nawet to nieprawda, to i tak efekt naprawdę robi wrażenie. Dbałość o dźwięki nie przełożyła się na wymuskaną otoczkę, bo tą potraktowano z dużym poczuciem humoru – urocza okładka, głupawe tytuły plus teksty o czymś tam, prawie tak głębokie jak u Obituary. Jeśli komuś spasowała "The Erosion Of Sanity", to i na "Nespithe" znajdzie dla siebie sporo powodów do radochy – przekonać się o tym niezwykle łatwo.


ocena: 8,5/10
demo
oficjalna strona: www.anentity.com/demilich

podobne płyty:

Udostępnij: