facebook
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1993. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1993. Pokaż wszystkie posty

12 października 2017

Immortal – Pure Holocaust [1993]

Immortal - Pure Holocaust recenzja okładka review cover
"Pure Holocaust" i "Opus Nocturne" – jeśli chodzi o klasyczny black metal, nic mi w zasadzie więcej nie potrzeba, bo te dwie pozycje w znacznym stopniu wyczerpują temat. Spośród nich dwójka Immortal jest albumem czystszym gatunkowo, bardziej bezpośrednim, pierwotnym i pozbawionym zbędnych urozmaiceń. Nie jest to absolutnie zarzut z mojej strony, bo akurat m.in. te cechy przesądzają o potędze materiału, który stał się dla Norwegów przełomem – tak pod względem muzyki, jak i szeroko rozumianej popularności. Ta druga kwestia ma naturalnie związek z wywiadem dla norweskiej telewizji, w trakcie którego któryś z Immortali chlapnął z dumą, że grają "holocaust metal" – ani fani ani media większego magnesu już nie potrzebowali.

1 października 2016

Cancer – The Sins Of Mankind [1993]

Cancer - The Sins Of Mankind recenzja okładka review cover
Po dwóch bardzo udanych płytach muzykom Cancer wystarczyło tylko postawić kropkę nad i swojej zajebistości i sprokurować kolejny świetny materiał, który już na zawsze zapewni im zaszczytne miejsce w panteonie europejskich death’owych załóg. Potem mogli się już rozpaść w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku. Angolom jednakowoż ani jedno ani drugie nie przyszło do głów; wzięło ich na zmiany. Od "The Sins Of Mankind" zaczął się bowiem przykry zjazd po równi pochyłej, z której zespół nie potrafił zeskoczyć do końca swych dni, włączając w to nawet okres po reaktywacji. Każdy miłośnik pierwszych krążków w mig spostrzeże, że na "The Sins Of Mankind" coś nie gra, czegoś brakuje, choć pozornie materiał nie odbiega znacząco od "Death Shall Rise".

17 grudnia 2014

Deicide – Amon: Feasting The Beast [1993]

Deicide - Amon: Feasting The Beast recenzja okładka review cover
Ta krótka (niecałe pół godziny) płytka zawiera to, co zespół — jeszcze jako Amon — nagrał w latach 1987-1989. Początek — pewnie dla uniknięcia szoku — to "Sacrifical" z 1989 roku, na który składa się sześć kawałków bardzo dobrze znanych z późniejszego debiutu. To one pozwoliły Amonowi podpisać kontrakt z Roadrunner Records i stały się początkiem wielkiej kariery. Numery niezbyt odbiegają poziomem wykonania od tych z debiutu, chociaż momentami są nawet brutalniejsze i cięższe, a brzmieniowo – bardziej surowe. No i Glen wydziera się niesamowicie. Ponadto są tu moje ulubione hiciory czyli 'Sacrifical Suiside' i 'Dead By Dawn'. Druga część składanki to "Feasting The Beast", w skład którego wchodzi: numer tytułowy jako intro i trzy numery w baaardzo pierwotnych wersjach.

17 lutego 2014

Resurrection – Embalmed Existence [1993]

Resurrection - Embalmed Existence recenzja okładka review cover
"Embalmed Existence", choć obecnie trochę zapomniany, to jeden z ostatnich naprawdę wielkich debiutów na death metalowej scenie pierwszej połowy lat 90-tych dwudziestego wieku. Już na demówkach ekipa Resurrection udowodniła, że doskonale odnajduje się zawiłościach gatunku i wie, jak przyłożyć z grubej rury, debiut natomiast jest tego doskonałym potwierdzeniem. Jeśli tylko poświecicie mu odrobinę uwagi, dojdziecie do wniosku, że krążek spełnia wszystkie wymagania, jakie stawia się przed najczystszym metalem śmierci z Florydy: jest precyzyjnie zagrany, brzmi wybornie (nagrywano w Morrisound, bo gdzieżby indziej), ma super okładkę Dana Seagrave’a i zmusza do energicznego kręcenia młynów. W kontekście tej wyliczanki kanonicznych elementów zastanawiać może tylko brak solówki Jamesa Murphy, który takie przysługi wyświadczał niemal każdej kapeli z kontynentu.

11 lutego 2013

Pestilence – Spheres [1993]

Pestilence - Spheres recenzja okładka review cover
Oj, odlecieli na tej płycie panowie z Pestilence! Dalej i wyżej niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Stąd też jeśli dla kogoś niemożliwie genialny "Testimony Of The Ancients" był albumem przesadnie pokręconym, to tutaj najpewniej się zgubi, bo "Spheres" to coś znacznie więcej niż ciężki death metal. W zapomnienie poszły budujące klimat na poprzedniku klawisze, zaś w ich miejsce pojawiły się instrumenty budzące większe kontrowersje – syntezatory gitarowe, które nie raz dają o sobie znać w regularnych utworach (nawet w formie solówek) i rządzą w interludiach. Naturalnie normalne instrumenty nie zostały przez to zepchnięte w tło. Ba! Ich partie są jeszcze bardziej kompleksowe i trudniejsze do ogarnięcia, a pojawiające się nieraz zagrywki z pogranicza prog-jazz-fusion dodają całości interesujących smaczków i robią w strukturach jeszcze większe zamieszanie.

2 czerwca 2012

Brutality – Screams Of Anguish [1993]

Brutality - Screams Of Anguish recenzja okładka review cover
Pogrążone obecnie w zapomnieniu Brutality to z pewnością jedna z istotniejszych nazwa na mapie amerykańskiego death metalu. Poziomem swojej muzyki zawsze mocno wykraczali ponad bezbarwną przeciętność zwykłych napierdalaków, jednak mimo imponujących umiejętności, braku drastycznych zmian stylu, solidnego stażu w podziemiu i późniejszego kontraktu z dużą wytwórnią nigdy nie osiągnęli należnej im pozycji, skutkiem czego zakończyli działalność zaledwie po trzech płytach. Ich problem można streścić w dwóch punktach. Po pierwsze chodzi o wyjątkowo niestabilny skład, w którym co i rusz dochodziło do ostrych spięć – akurat z tym przy odrobinie chęci mogli się jakoś uporać. Druga sprawa, wynikająca po części z pierwszej kwestii, to bardzo spóźniony, przypadający na koniec death metalowego boomu moment debiutu, czym — podobnie jak Vital Remains, Monstrosity, Oppressor czy Baphomet — niejako skazali się na drugą ligę popularności.

23 listopada 2011

Malevolent Creation – Stillborn [1993]

Malevolent Creation - Stillborn recenzja okładka review cover
Wiele osób zadaje sobie pytanie, dlaczego Malevolent Creation, pomimo tylu płyt na koncie i potężnego stażu, nie mają nawet połowy tej sławy co Deicide czy Suffocation – wszak debiutowali w odpowiednim miejscu (Floryda + Roadrunner) i czasie (początek death metalowego boomu). Moim zdaniem odpowiedź znajdujemy na "Stillborn" – krążku przełomowym, który miast potwierdzić ich klasę i umocnić pozycję na scenie, okazał się bolesnym potknięciem w drodze na szczyt. Niestety nie jest to wyłącznie wina Roadrunner (któremu ten album 'zawdzięcza' słabiutkie, niemal demówkowe brzmienie – kłania się przykład "Breeding The Spawn"), bo i sami muzycy się nie popisali. Konflikt wewnątrz kapeli zapewne sprzyjał nagromadzeniu gniewu i agresji, jednak nic z tego nie przełożyło się na muzykę, bo tej zwyczajnie brakuje kopa.

29 października 2011

Death – Individual Thought Patterns [1993]

Death - Individual Thought Patterns recenzja okładka review cover
Wyziew doskonałości – tylko tak mogę opisać "Individual Thought Patterns", piąty album w dziejach Śmierci. Ten uwielbiany przez rzesze zagorzałych miłośników natchnionej death metalowej muzyki krążek to dzieło kompletne, przemyślane od A do Z i dopracowane do najmniejszego szczegółu. Z ekipy nagrywającej doskonały "Human", oprócz Chucka, pozostał tylko wirtuoz basu Steve DiGiorgio, który poczyna sobie jeszcze śmielej niż na poprzedniej płycie, zachwycając coraz bardziej porąbanymi pomysłami. Posłuchajcie chociażby 'Destiny', 'Jealousy', 'The Philosopher' lub numeru tytułowego – czyż to nie prawdziwe cudeńka? Reszta składu to również kolesie doskonale znani w metalowym półświatku. Mr. Hoglan po raz kolejny w swej karierze udowadnia, że jest szalonym wypierdalaką, który za nic ma swój wiek i tuszę.

20 czerwca 2011

Burial – Relinquished Souls [1993]

Burial - Relinquished Souls recenzja okładka review cover
W muzyce niezwykle istotne jest, żeby odważnie iść do przodu, poszukiwać nowych rozwiązań i zrywać z wcześniejszymi schematami. W końcu oryginalność to wysoko ceniona cnota. Przed państwem zespół, którego zajebistość wynika z jej absolutnego braku! Holendrzy zawarli na swym mocarnym debiucie kwintesencję wspaniałego, czystego, klasycznego death metalu prosto z Florydy. Wzorce, jakie Burial obrali przy komponowaniu i nagrywaniu materiału, są zaiste piękne, ale też bardziej niż oczywiste: Massacre, Death (tylko "Leprosy" i "Spiritual Healing") i Obituary (ze "Slowly We Rot"). Bardziej upraszczając tą wyliczankę, można skonstatować, że nagrali po prostu wyborną kontynuację "From Beyond". I to kontynuację, która jest lepsza od "Inhuman Condition" oraz bije na głowę niesławną "Promise". Kontynuację, za którą panowie Amerykańcy powinni dać się poćwiartować.

8 maja 2011

Morgoth – Odium [1993]

Morgoth - Odium recenzja okładka review cover
Obecnie, gdy masa zespołów pręży zwieracze w pogoni za nie wiadomo jaką awangardą i nowatorstwem, kurz zapomnienia zdaje się przykrywać bardzo ciekawą płytę "Odium" niemieckiego Morgoth. A tak się właśnie składa, że to oni byli jednymi z prekursorów śmiałego wykorzystywania sampli, itp. dziwactw w metalu. Ot po prostu, panowie kiedyś stwierdzili, że nie chce im się grać w kółko tego samego, więc tu i ówdzie dorzucili odrobinę industrialnego hałasu i włala. Powstał dzięki temu krążek bardzo odważny i oryginalny jak na swoje czasy, a tym bardziej pochodzenie zespołu. Pod pewnymi względami można "Odium" porównać do "Spheres". Nie jest co prawda tak techniczny i pokręcony jak dzieło Pestilence, ale atmosfera dziwności i mechaniczny sound wyróżnia oba te albumy. Podobnie jak zdecydowane wykraczanie poza granice death metalu.

8 kwietnia 2011

Gorguts – The Erosion Of Sanity [1993]

Gorguts - The Erosion Of Sanity recenzja okładka review cover
"The Erosion Of Sanity" ukazała się w dwa lata po debiucie, w czasie, kiedy scenę death metalową zaczęły dotykać pierwsze objawy poważnego kryzysu (wiecie, brata Ramzesa). O kryzysie — przynajmniej artystycznym — nie można mówić w przypadku stojącego nieco na uboczu Gorguts. Zmiany w stosunku do debiutu są wyraźne i to nie tylko ze względu na bardziej 'ostre' brzmienie (zamienili słaaawne Morrisound na — też sławne, ale później — Studio Victor w Kanadzie) bo i w muzyce pojawiło się kilka zaskakujących i jakże mile widzianych nowinek. Najważniejszą sprawą jest z pewnością odejście od czystej klasyczności gatunkowej "Considered Dead" i pójście w formalne eksperymenty. Bez obaw, nadal jest to death metal z wyczuwalnym pierwiastkiem histerii, ale tym razem znacznie bardziej zaawansowany technicznie i pokopany aranżacyjnie.

20 lutego 2011

Christ Agony – Unholyunion [1993]

Christ Agony - Unholyunion recenzja okładka review cover
Znam wielu, którzy nie potrafią przebrnąć nawet przez jeden numer z tej płyty, o całości nie wspominając. No cóż, "Unholyunion" to 52 minuty rozłożone na cztery mocno rozbudowane utwory – to może robić wrażenie, a już na pewno stanowi duże wyzwanie dla ludzi oczekujących od muzyki łatwo dostępnych i szybkich doznań. Tak duża dawka black metalu o jednoznacznie przegniłej atmosferze, a jednocześnie trudniejszego w odbiorze niż to wynika z samych nutek, zdecydowanie nie jest dla każdego; darować ją sobie mogą zarówno miłośnicy klepania jednym palcem w plastikowe casio w imię klimatu, jak i zmanierowane mizantropijne siury, zgłębiające swoją wyszukaną duchowość i religijność przy bzyczeniu i mamrotaniu. Klimat wytwarzany przez Christ Agony opiera się wyłącznie na tradycyjnych w metalu instrumentach

14 lutego 2011

Cemetary – Godless Beauty [1993]

Cemetary - Godless Beauty recenzja okładka review cover
Miłośnicy ostatnich, miętkich i rozwodnionych dokonań Cemetary (albo bardziej po naszemu – CEMENTary) pewnie nie zdają sobie sprawy, że kiedyś ten zespół należał do przedstawicieli ciężkiego grania i odnosił na tym polu pewne sukcesy. Ich druga, a zarazem ostatnia sensowna płyta, "Godless Beauty", to dość klimatyczny death metal z doomowymi zapędami – granie całkiem przyjemnie w odbiorze, a i brzmiące — jak na rok 1993 i studio Sunlight — też niczego sobie. Szwedzi zdecydowanie odpuścili sobie agresywne dopieprzanie a’la debiut, w zamian wprowadzili do swojej muzyki sporo czytelnych melodii, trochę lajtowych odnośników do Paradise Lost (unikam ich jak mogę, ale jednak właśnie z nimi to się kojarzy, jaskrawym przykładem jest 'Adrift In Scarlet Twilight') oraz prostoty typowej dla pierwszych (sensownych – czyli dwóch) płyt Tiamat.

17 stycznia 2011

My Dying Bride – Turn Loose The Swans [1993]

My Dying Bride - Turn Loose The Swans recenzja okładka review cover
My Dying Bride mają na koncie kilka krążków, które spokojnie można uznać za genialne, a mimo to "Turn Loose The Swans" i tak wyróżnia się w tym gronie i należy do tych naj-naj-naj. No i jest najprawdopodobniej największym osiągnięciem w ramach całego nurtu doom-death. Od debiutu dzieli go zaledwie rok, skład pozostał ten sam (wliczam Martina, który awansował na pełnoprawnego, za przeproszeniem, członka, i którego wkład w ten album jest niemały), ale podejście do komponowania uległo wyraźnej ewolucji. Angole w dalszym ciągu hołdowali rozsądnie pojmowanej oryginalności i twórczej odwadze, jednak obrali inny kierunek niż przy okazji "As The Flower Withers". W wyniku tych działań powstał longplej baaardzo ciekawy, niezwykle zróżnicowany, trudny (choć z technicznymi wygibasami nie mający nic wspólnego) i — jak na swoje czasy — nawet awangardowy.

14 stycznia 2011

Morbid Angel – Covenant [1993]

Morbid Angel - Covenant recenzja okładka review cover
Zacznę może od tego, że jak dla mnie "Covenant" jest najwznioślejszym dokonaniem Morbidów z czasów 'vincentowskich'. Zważywszy na to, jakie cyrki towarzyszą reunionowi, jestem przekonany, że nic w tym temacie już się nie zmieni. Płyta powstała w uszczuplonym składzie, bo wieloletni gitarniak Richard Brunelle na tym etapie okazał się dla zespołu zbyt cienki – zresztą tą przypadłość wykazywał też w kolejnych kapelach, w których maczał paluchy. 'Trójka' została nagrana w studiu Morrisound na Florydzie wraz z — co jest pewnym urozmaiceniem i przełamaniem schematu — Flemmingiem Rasmussenem (produkował m.in. to, co u Metallicy i Artillery najlepsze), tak więc brzmienie bynajmniej nie odrzuca od tej, co tu dużo pisać, rzezi. Duńczyk postarał się o przestrzenny i klarowny dźwięk, dzięki czemu słuchacz nie traci niczego z bogatej treści krążka. Album otwiera zaaajebisty 'Rapture' – zajebiste riffy, zajebista rytmika, zajebiste solówki, zajebiste wokale – zajebiste wszystko!

8 stycznia 2011

Comecon – Converging Conspiracies [1993]

Comecon - Converging Conspiracies recenzja okładka review cover
To się nazywa postęp! Gitarzyści Comecon w ledwie rok znacząco podciągnęli się technicznie i rozwinęli — na tyle, na ile było to możliwe — swój zmysł kompozytorski, a dzięki temu stworzyli materiał w każdym aspekcie lepszy od niezłego przecież debiutu. Swoją cegiełkę, i to cholernie istotną, dołożył też świeżo wywalony z Asphyx Martin van Drunen. Tylko studio (poczciwe Sunlight) pozostało bez zmian; przynajmniej sama miejscówka, bo od strony brzmieniowej "Converging Conspiracies" jest odczuwalnie precyzyjniej oszlifowany niż pierwszy krążek. Przy okazji, Comecon dorobili się tu jednej z lepszych produkcji w ówczesnym szwedzkim death metalu, co oznacza również oddalenie się od standardów ustanowionych przez Entombed. W takich oto okolicznościach przyrody powstał krążek fajnie rozwijający idee "Megatrends In Brutality",

23 grudnia 2010

Suffocation – Breeding The Spawn [1993]

Suffocation - Breeding The Spawn recenzja okładka review cover
Jest to z pewnością najtrudniejszy do 'wyceny' album nowojorskiego Suffocation z całego ich bogatego dorobku. Nie dlatego, że jest jakiś ciężki do sklasyfikowania, eksperymentalny, wyprzedzający swoje czasy, czy coś w tym stylu. Naprawdę, nic z tych rzeczy. Ta płyta po prostu została brutalnie, doszczętnie i bezlitośnie zajebana przez brzmienie i produkcję. Dźwięk jest płaski, przytłumiony i momentami nieczytelny – płyta brzmi, jakby nagrywano ją w garażu na setkę, a potem zapomniano o masteringu. To dlatego krążek przez wielu jest ostentacyjnie olewany i traktowany jak swoista 'dziura' w dyskografii. Człowiek, który za ten stan odpowiada powinien być ścigany listami gończymi, a potem siedzieć w celi z 'napalonymi' pedałami. I tu mamy mały problem, bowiem to, że "Breeding The Spawn" został nagrany w sposób wybitnie gówniany (przez Paula Bagina w Noise Lab – nazwa doskonale pasuje do tego przybytku) to jedno, a to że puszczono go w tym stanie w świat, to drugie.

18 kwietnia 2010

Demilich – Nespithe [1993]

Demilich - Nespithe recenzja okładka review cover
Z czym się kojarzy Finlandia? Muzyczna Finlandia, dodajmy dla ułatwienia, bo o wódzie wiadomo. Ano kojarzy się z: wesołymi melodyjkami, pedalstwem, bzdurnymi folkowymi przytupami, pedalstwem i Eurowizją – o zgrozo to wszystko ma u Finów związek z metalem. I pomyśleć, że kiedyś tak nie było, a ludzi elektryzowały takie akty jak Convulse, Xysma, Funebre czy bohaterowie tej recenzji. Demilich w swych chorobliwych poczynaniach zdecydowanie bliżsi byli amerykańskiej niż szwedzkiej szkole brutalności, a przy tym właściwie w niczym nie ustępowali mistrzom zza wielkiej wody. Dotyczy to również — i to dość zaskakujące jak na ten rejon globu naście lat temu — umiejętności, bo krajanie Muminków przez te 40 minut tłuką techniczny death metal z wieloma zmianami tempa, pokręconymi wiosłami i popieprzonymi, grindującymi zagrywkami.

24 marca 2010

Dead Infection – Surgical Disembowelment [1993]

Dead Infection - Surgical Disembowlment recenzja okładka review cover
Debiut Flanelowych Koszul z Białegostoku wydaje się być dzisiaj nieco zapomniany, co może dziwić w kontekście tego, jak w ojczyźnie rzekomo uwielbiany jest ten wspaniały band. Niezależnie jednak od tego, ile ton kurzu zebrało się na "Surgical Disembowelment", krążek i tak wymiata, niszcząc bez litości wiele spośród dzisiejszych 'odkryć' brutalnej sceny. Przez te 35 minut Dead Infection nie stroją niewinnych min, nie chowają się za dziewczynami z piaskownicy, nie udają też, że mają zamiar pierdolić się ze słuchaczem jak matka z łobuzem. Dziki wygar i mielenie od początku do końca – tylko tyle i aż tyle mają do zaoferowania. Mnie to bierze, szczególnie że album świetnie zrealizowano. Solidnie nasycony brudem i zgnilizną dźwięk, piaszczyste gitary i dość wyraźne, naturalnie tłukące gary. Nie ma lepszej oprawy dla zwierzęcego gore death-grindu w typie starego Carcass!

23 marca 2010

Meathook Seed – Embedded [1993]

Meathook Seed - Embedded recenzja okładka review cover
Rodzinka kapel związanych w jakiś sposób z Napalmami zawiera sporo konkretnych aktów, zaś Meathook Seed jest w tym gronie jednym z dziwniejszych. Sam skład sugeruje jakiś masywny death-grind’owy wypierd, a tu niespodzianka – "Embedded" jest raczej rozwinięciem eksperymentów z "Utopia Banished" – w jeszcze bardziej posranym wydaniu i z większym udziałem elektroniki. Tym samym płycie bliżej do brzmień Godflesh niż do macierzystych zespołów członków tego projektu. Nie jest to zatem death metal, ale wciąż mamy do czynienia z muzyką dość ekstremalną - szorstką, solidnie przybrudzoną, ciężką, z przytłaczającym klimatem... Miejscami także nieprzystępną, bo industrialne elementy (m.in. sample) ostro ścierają się z mocnymi, podszytymi (grind)core’m riffami, co daje różne efekty