Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1997. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1997. Pokaż wszystkie posty

23 lutego 2016

Obituary – Back From The Dead [1997]

Obituary - Back From The Dead recenzja okładka review coverZ perspektywy czasu wychodzi na to, że "Back From The Dead" to najsłabszy krążek Obituary przed zawieszeniem przez nich działalności na kilka długich lat. Nie jest zły, ale na pewno nie tak mocny i udany jak klasyki z początku lat 90-tych. Zaczyna się jednak naprawdę nieźle i obiecująco, bo od dynamicznego i momentalnie wpadającego w ucho 'Threatening Skies'. Ten koncertowy hit wprowadza nas w niespełna czterdziestominutową podróż przez świat zgnilizny, syfu i trupów z okładki. To właśnie ten numer wraz z następującym po nim 'By The Light' (kolejny wypas w wersji lajf) i 'Lockdown' (też dynamiczny i chwytliwy) wymieniłbym jako moje ulubione w odniesieniu do tej płyty. Reszta "Back From The Dead", choć nie najgorsza, może po pewnym czasie nieco nużyć, tudzież zlewać się w jedno. No co ja mogę więcej o tym napisać – po prostu typowy Nekrolog, jaki każdy zna – zarzygany wokalnie, zupełnie niezaskakujący, tylko tym razem z odrobinę czystszym brzmieniem. Raz szybciej, raz wolniej, prosto i rytmicznie – jednym słowem: klasyka. Ciekawostką jest bezprecedensowy w death metalu remix 'Bullituary', w którym pobełkotali jacyś raperscy madafakowie - kumple Franka Watkinsa. Ot, fajny jajcarski bonusik, choć znaleźli się i tacy spece, dla których była to zdrada gatunku i zarazem wyznacznik nowego kierunku Obiutboysów. Żeby ta recenzja nie była przesadnie krótka, wspomnę jeszcze o przebogatej (jak na swoje czasy) sekcji multimedialnej, w której znajdują się fotki, teledyski i inny materiał wideo. Miłośników Obituary zachęcać nie muszę, początkujący niech się jednak zastanowią nad którymś z pierwszych trzech albumów.


ocena: 6,5/10
demo
oficjalna strona: www.obituary.cc

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

23 lipca 2014

Hexenhaus – Dejavoodoo [1997]

Hexenhaus - Dejavoodoo recenzja okładka review coverChciałbym móc napisać, że takiej kapeli nie trzeba nikomu przedstawiać. Idę jednak o zakład o rękę, nie ryzykując wątpliwej przyjemności podcierania się łokciem, że niestety znakomita większość miłośników metalu nie tylko nie słyszała żadnego albumu, ale wręcz w ogóle nie słyszała o kapeli. Niosąc wiec dziarsko kaganek oświaty, postaram się nieco ten stan rzeczy zmienić. Hexenhaus to szwedzka kapela, która rozpoczęła swoją działalność w drugiej połowie lat 80-tych od speed/thrashowego krążka "A Tribute to Insanity". Krążek żadną rewelacją nie był, ale słuchało się go lepiej niż przyjemnie – ładnie bowiem łączył thrashową motorykę i feeling z mroczną teatralnością Mercyful Fate i King Diamond oraz niemałą dozą gitarowych zawijasów. Z czasem muzyka ewoluowała, dojrzewała, aż osiągnęła swój szczyt na opisywanym dziś "Dejavoodoo". Sporo zmieniło się od czasów pierwszego krążka, ba, sporo zmieniło się od poprzedzającego "Dejavoodoo" – "Awakening". Zdecydowanie poprawiono realizację i nagłośniono odpowiednio wszystkie instrumenty, co przełożyło się na znacznie bardziej profesjonalne brzmienie, tak bardzo garażowe w przypadku "Awakening". W końcu gitary wyszły z cienia, a i wokalista przestał brzmieć jak z odzysku. Thomas Lyon zdecydowanie potrafi śpiewać, aczkolwiek nie było to takie pewne po lekturze poprzednika. Na szczęście po kartonowym brzmieniu i płaskiej jak klata Kate Moss akustyce na "Dejavoodoo" nie ma ani śladu. Równie wiele dobrego zrobiono w przypadku gitar, które są teraz soczyste, pełne, a akustyczne wstawki przyprawiają o ciarki. W końcu wszystko znalazło się na swoim miejscu i słychać to doskonale. Nie bez kozery tyle męczę o tej realizacji, kompozycyjnie bowiem album przepoczwarzył się kolosalnie, oddając z thrashu, a dodając jeszcze więcej King Diamondowego klimatu, operowości i heavy metalowej melodyjności. Echa Memento Mori są niepodważalne. Samego krążka słucha się kapitalnie – jest zrównoważony, melodii jest sporo, ale nie powinny zniechęcać nawet największych maniaków Meshuggah, utrzymany w średnich tempach z okazjonalnymi zwolnieniami, ale także przyspieszeniami, a przede wszystkim dopracowany technicznie w najdrobniejszych szczegółach. Jeszcze nigdy wcześniej Mike Wead nie wyczyniał takich zawijasów, miażdżąc tak riffami, jak i solówkami. Tych ostatnich jest sporo i są naprawdę najwyżej próby. Trudno jest mi wskazać najlepsze kawałki, album jest bowiem bardzo równy, tym niemniej "Nocturnal Rites" oraz "Rise Babylon Rise" wydają się nieco wyrastać ponad poziom, raczej jednak za sprawą nieco ciekawszych aranżacji, aniżeli jakiejś rzeczywistej różnicy jakościowej. Album tworzy pewną całość, toteż warto słuchać go od początku do końca, włącznie z instrumentalami, które to fantastycznie wprowadzają słuchacza do świata mroku i mistycznego klimatu. Na zakończenie wypada dodać, że zespól reaktywował się jakiś czas temu, a że Wead przez cały czas niebytu nie próżnował, być możne come back nie będzie totalną porażką.


ocena: 9/10
deaf
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/pages/Hexenhaus
Udostępnij:

2 października 2013

Theory In Practice – Third Eye Function [1997]

Theory In Practice - Third Eye Function recenzja okładka review coverZałamuje mnie to, ale niestety trzeba spojrzeć prawdzie w oczy – Theory In Practice mają u nas branie porównywalne z tureckimi swetrami w romby. Ja rozumiem, że to ogólnie niedoceniany i z niezrozumiałych względów pomijany band, no ale kurwa bez przesady! Przynajmniej ja nie będę miał sobie nic do zarzucenia, jeśli w paru słowach opiszę i polecę wam jeszcze do kompletu debiut tego nietuzinkowego zespołu. Płyta powstała w nienajlepszym dla szwedzkiego death metalu czasie, nikt się wówczas nie zabijał o nowe formacje, a już szczególnie takie, które proponowały ożywcze i techniczne granie. Stąd też wydawcy dla "Third Eye Function" czwórka Szwedów musiała szukać aż w pieprzonym Singapurze. Na szczęście później, po przejściu do Listenable, mieli już trochę lepiej, choć wciąż nie z górki – o czym dobitnie świadczy ich obecny status. Wracając do płyty, materiał nagrano w osławionym Sunlight, czyli miejscu, które ze skomplikowanym graniem nigdy nie miało wiele wspólnego, ale koniec końców nie był to chyba zły wybór, bo wysokie umiejętności muzyków zapewniły maksymalną osiągalną czytelność, a Tomas Skogsberg – klasyczny szwedzki ciężar. Takie połączenie zaowocowało dość oryginalnym brzmieniem, które pewnie byłoby nawet rozpoznawalne, gdyby nie fakt, że płyta przeszła bez echa. Wszystkie kawałki na "Third Eye Function" są utrzymane na podobnym, dodajmy że wysokim, poziomie, co jednak nie przeszkadza we wskazaniu kilku szczególnych hajlajtów, bo Theory In Practice to nie tylko wyborna technika, skomplikowane struktury, ale i spora chwytliwość. Numero uno to oczywiście 'Astral Eyes' z pojechanym motywem na klawiszach, dość wolnym tempem i paroma pokręconymi riffami. Wskazałbym też na 'World Within Worlds', który wybija się wyrastającą ponad średnią dawką agresji oraz klawiszową solówką – jak nienawidzę takich rozwiązań, to tu wysłuchałem z przyjemnością, bo znakomicie wpisuje się w klimat kawałka i uzupełnia partie gitary. Ponadto na specjalne wyróżnienie zasługują fragmenty — choćby w 'Self Alteration' i 'Third Eye Function' — w których Johan Ekman i Peter Sjöberg pokazują, jak można zaszaleć na akustykach bez popadania w ckliwe balladki – klasa sama w sobie! Wszystko chodzi jak w szwajcarskim zegarku i naprawdę nie mam pojęcia, czemu taki album (i zespół przy okazji) nie wzbudza choćby szczątkowego zainteresowania.


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: hem.passagen.se/theoryy

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

14 marca 2013

Deicide – Serpents Of The Light [1997]

Deicide - Serpents Of The Light recenzja okładka review coverPerełka wśród płyt Deicide! Fakt, jedna z wielu, ale to nie umniejsza jej ponadprzeciętnej wartości. Zespół wzniósł się na wyżyny swych umiejętności dając dzieło (warto zaznaczyć, iż niektórzy okrzyknęli "Serpents Of The Light" mianem "Reign In Blood" death metalu!), w którym wszystko dopięte jest na ostatni guzik. Mamy tu dziesięć wspaniale chwytliwych, nie tracących nic ze swej brutalności kompozycji – absolutnie nie ma w nich miejsca na dłużyzny (skoro trwający 3 minuty i 38 sekund 'I Am No One' robi za tasiemca...) czy przypadek. Prawdę mówiąc, nie ma się praktycznie do czego dopieprzyć. Z wyjątkiem oczywiście brzmienia, które choć bardzo ostre i czytelne, nie ma w sobie tej brutalności i brudu wcześniejszych produkcji. Jednakże przy odpowiednim natężeniu dźwięków (w końcu prawie zawsze im głośniej = tym lepiej) będzie całkiem dobrze. Gitary – bracia Hoffman nigdy nie byli w lepszej formie; kaskady wybitnych riffów, układających się w zadziwiająco nośne melodie przeplatają się z częstymi, misternie skonstruowanymi i ekstremalnie wysoko odegranymi solówkami. Dołóżcie do tego naturalny ciężar i furię, z jaką wspomniane riffy miotają się po utworach, a otrzymacie pełny obraz sonicznej zagłady. W sferze wokalnej też jest pięknie, ba! to najlepsze wokale, jakie Benton zrobił kiedykolwiek na płycie Deicide! Doniosły growl (znacznie bardziej czytelny od tego z "Once Upon The Cross") oraz drapieżne skrzeczenie naprawdę robią olbrzymie wrażenie, szczególnie gdy chodzi o poziom zaangażowania w wypluwanie bluźnierczych wersetów. Teksty... hmm... tu, obok tradycyjnych wyziewów nienawiści ukierunkowanych na chrześcijan, znalazło się miejsce na rzeczy bardziej osobiste ('This Is Hell We’re In' – o urokach małżeństwa), a także mniej przyziemne ('The Truth Above' – o kosmitach). Niezależnie jednak od tematu, wszystkie teksty błyskawicznie wpadają w ucho. Na tym albumie rozpierdala również praca garów! Asheim po raz kolejny udowodnił, że jest jednym z najszybszych i najsprawniejszych perkusistów na tej planecie – kapitalna dynamika, masakryczne blasty, błyskawiczne przejścia, masa akcentów na blachach – czy trzeba do szczęścia czegoś więcej? Ze swojej strony mogę polecić przede wszystkim: 'Bastard Of Christ', utwór tytułowy czy wspomniany 'The Truth Above' (szkoda, że zabrakło go na "When Satan Lives"). Na koniec prosty komunikat: według mnie "Serpents Of The Light" to jeden z absolutnie najlepszych, jeśli nie najlepszy album Deicide!


ocena: 10/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/theofficialdeicidemyspacepage

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

2 maja 2012

Vital Remains – Forever Underground [1997]

Vital Remains - Forever Underground recenzja okładka review cover"Forever Underground" do czasu wydania "Dechristianize" był bez wątpienia największym rodzynkiem w dyskografii Vital Remains, choć pewnie i dziś dla wielu fanów jest szczytowym osiągnięciem Amerykanów. Nie ma się czemu dziwić – wszak zawiera wszystko co najlepsze z "Into Cold Darkness", będąc jednocześnie jego naturalnym rozwinięciem. Więcej tu klimatów typu 'Immortal Crusade', z tym że całość jest (uwaga! lecą banały...) znacznie brutalniejsza, szybsza, bardziej techniczna, rozbudowana, a ponadto okraszona znakomitymi solówkami. Ba! – nawet logo jest lepsze! Ma to oczywiście związek z bardzo istotnymi zmianami w składzie – z ludzi, którzy nagrywali debiut został tylko Tony Lazaro, a Joe Lewis przeszedł na pozycję wokalisty/basisty (choć basu na ten album i tak nie nagrał). Wiadomo – we dwóch wiele by nie zdziałali, więc do kapeli trafił piekielnie utalentowany człowiek-orkiestra, Dave Suzuki, który zarejestrował gary, gitarę solową i akustyczną. A tak – akustyczną! To na "Forever Underground" (a dokładnie w 'I Am God') pojawiła się nowalijka, która z miejsca stała się jednym z największych znaków firmowych Vitali – solówki na akustyku wplecione w konkretną death metalową siekę. Pomysł stosunkowo prosty, ale jak trafiony! Słuchając tych wspaniałości ma się pełne gacie i dolną szczękę na podłodze. Nie umniejsza to jednak w niczym pozostałej zawartości albumu, bo powodów do zachwytu jest tu znacznie więcej. Równie dobrze prezentuje się wokalno-liryczna strona płyty. Szczególnie ciekawy jest tekst utworu tytułowego, który można traktować jak swego rodzaju manifest ideowy czy deklarację programową – "I am forever underground" w ustach Joe Lewisa brzmi cholernie szczerze. Utworów na płycie mamy tylko sześć (w tym krótkie interludium 'Farewell To The Messiah'), co daje niewiele ponad 42 minuty, i — tak jak w przypadku "Into Cold Darkness" — niedosyt, szczególnie ze względu na wyraźne podwyższenie poziomu, jest ogromny. I to by była w zasadzie jedyna — choć bolesna — wada płyty, bo do brzmienia (czyste i odpowiednio ciężkie), czy oprawy graficznej (bez cudów ale estetyczna) nie widzę sensu się dopieprzać. Trudno się od tego materiału oderwać, zapewniam! Stąd też bez namysłu stawiam poniższą ocenę. Jeśli ktoś dotąd nie słyszał "Dechristianize", to spokojnie może dodać jeszcze punkt – na pewno nikt się o to nie obrazi.


ocena: 9/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/vitalremains

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

5 lutego 2012

Devin Townsend – Ocean Machine: Biomech [1997]

Devin Townsend - Ocean Machine: Biomech recenzja okładka review coverChyba nie będzie zbyt wielkim kłamstwem stwierdzenie, że jest to pierwszy krążek Devina w jego czysto progresywnym wcieleniu. I jedyny taki, który — wbrew temu, co sugeruje nagłówek — powstał w czasach, kiedy nie miał on jeszcze filmu na odmienianie własnego nazwiska przez wszystkie przypadki, łączenia go z przypadkowymi wyrazami typu 'band' albo 'project' i robienia z tego nazwy kapeli. Ostatecznie Devin i tak podpiął wydawnictwo pod własną markę, co — jak mniemam — miało przysporzyć mu więcej chwały; jest to jednak temat na zupełnie inną wieczorynkę. Tym niemniej, krążek może być, i zapewne jest, dla naszego bohatera powodem do chluby, bo, mimo iż nie najlepszy w dorobku, jest on wydawnictwem przełomowym, muzycznie zaś – przebojowym. W przeciwieństwie do muzyki spod znaku SYL, "Ocean Machine: Biomech" jest bardzo spokojny, delikatny wręcz, wymuskany i odpicowany niczym chłopaczek do pierwszej komunii – w sam raz na prywatki dla średnio-tarszego pokolenia, mówiąc innymi słowy. Jest też niesamowicie melodyjny, nie tak znowu połamany (jakby na to progresywność przedsięwzięcia wskazywała) i tak okropnie wpadający do łba, że połknięte przez zadowolonego cyklistę owady mogą czuć się zawstydzone. Przy tym całym lukrze jest jednak zaskakująco męski i dojrzały, choć niektóre rozwiązania mogą świadczyć o czymś zupełnie innym. Lecz mój problem z "Ocean Machine: Biomech" leży gdzie indziej. Mimo tych wszystkich ciepłych słów, które zdążyłem już rzucić pod adresem albumu, nie umiem czerpać z niego pełnej satysfakcji. Owszem, lubię go, dobrze mi się go słucha, ale po jednym okrążeniu, mam ochotę zabrać się za coś zupełnie innego. I mam wrażenie, że dzieje się tak z powodu owej grzeczności. Kilka kawałków mogłoby bowiem spokojnie trafić na składankę "lata z radiem" – a to nie jest komplement, szczególnie w przypadku takiej muzyki. Za dużo lekkości i słodyczy, choć zakładam, że jest to świadomy zabieg mający odróżniać recenzowane wydawnictwo od SYL. To wszystko sprawia, że "Ocean Machine: Biomech" nie jest moim faworytem, za dużo w nim dwoistości i niezdecydowania. I mimo iż słucha się go dobrze, to nie słucham go za często.


ocena: 7,5/10
deaf
oficjalna strona: www.hevydevy.com

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

17 października 2011

Immortal – Blizzard Beasts [1997]

Immortal - Blizzard Beasts recenzja okładka review coverZnany wszystkim syndrom trzeciej płyty to niezwykle poważna sprawa – wszak 'trójka' to miernik rzeczywistego potencjału kapeli, dowód na okrzepnięcie prezentowanego stylu i — często — pokaz najwyższej formy. W przypadku Immortal taka gadanina jest gówno warta, bo chociaż "Battles In The North" to krążek dość udany i wstrzelony w odpowiedni czas (mać!), to właśnie czwarty w kolejności "Blizzard Beasts" jest największym osiągnięciem Norwegów. Produkcyjnie może i kuleje na obie nogi (szczególnie z perspektywy czasu), ale za to od strony muzycznej jest niespełna półgodzinnym (w tym intro!) pokazem brutalnej, chaotycznej siły. Zespół popełniał już wcześniej szybkie płyty, ale dopiero na opisywanym krążku szybkości towarzyszą znacznie większa dynamika i bardziej przemyślane aranżacje, a to przekłada się na większą moc oddziaływania na układ nerwowy. Chłopaki (w tym nowy perkman – Horgh) poprawili umiejętności (co nie oznacza, że nagle jest równiutko...), jednak nie zatracili przy tym pierwotnej dzikości i nadal grają w sposób bezkompromisowy. Gitary wycinają krótkie (jak jest mało czasu, to trzeba się streszczać ze wszystkim!), ciężkie, a przy tym chwytliwe riffy, a ponadto co kilka minut dostajemy w uszy zmolestowanym solosem (jest ich bodaj trzy, więc to prawdziwe zatrzęsienie), który z łatwością przewierci się przez każdy miodek asekuracyjnie ubity w małżowinach. Jest to niesamowicie intensywna, potęgowana zabrudzonym brzmieniem rzeź tylko dla masochistów i koneserów gatunków szczególnie ekstremalnych. Ową intensywność sprytnie podkreśla jedyny (bo intro lepiej przemilczeć) wyjątek od sprinterskiej reguły – trwający ponad sześć i pół minuty genialny 'Mountains Of Might', który — tak się jakoś dziwnie składa — jest moim ulubionym kawałkiem Immortal w ogóle. Kapitalny utwór, którego dużym atutem jest wyjątkowe zróżnicowanie – znalazło się w nim miejsce na wyraźne zmiany tempa, klawisze, akustyczne pasaże i sporo klimatu, choć i sieczka jest jego istotną częścią. Wpada w ucho po pierwszym przesłuchaniu i zawsze z przyjemnością się do niego wraca. Immortal na "Blizzard Beasts" morduje i poniewiera, jednak ani nie nudzi, ani nie męczy, wobec czego warto po tę płytkę sięgnąć. Najlepiej po wersję z logosem wytłoczonym na pudełku.


ocena: 10/10
demo
oficjalna strona: www.immortalofficial.com

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

14 czerwca 2011

Symphony X – The Divine Wings Of Tragedy [1997]

Symphony X - The Divine Wings Of Tragedy recenzja okładka review coverAż sam się dziwię, czemu tak długo zajęło mi napisanie tekstu poświęconego jednej z najważniejszych kapel w nurcie progresywnego power metalu, czyli Symphony X. Zwalę to więc na karb zarażenia się bakterią E.Coli (a nie E.Pepsi? - przyp. demo), a w konsekwencji trwającej przeszło dwa tygodnie biegunki. A przecież cacane wydanie albumu "The Divine Wings of Tragedy" pyszni się w mojej kolekcji, niczym Donald chwalący się swoimi "osiągnięciami" (piszę w cudzysłowie, bo mnie na dalsze sranie zbiera, kiedy słyszę o takich sukcesach). Albumu będącego trzecim w dorobku Amerykanów, albumu tak gęsto poupychanego hiciorami, że aż dziw bierze, że RMF wraz Zet-ką nie puszczają przebojów pokroju "Sea of Lies" bądź "The Accolade" na okrągły zegar. A, do kurwy nędzy, powinni! W ramach wstępniaka winienem jeszcze wspomnieć i ostrzec co bardziej chorych na power, że to jednak power, progresywny, ale power. A co za tym idzie, pełno tu klawiszy, wszelakich ozdobników i dźwiękowych dupereli, mniej i bardziej słodkich melodii, chórków, nawet jakieś solo na parapet się znalazło, słowem – power metal pełną gębą. W przeciwieństwie jednak do innych power kapel, w tej gra Michael 'moje palce są szybsze niż twoje myśli, ale nie aż tak szybkie jak twoje ręce, kiedy dochodzisz przed filmikiem z Jenna Jameson' Romeo (podobno Romeo ma też przydomek "może mam palce jak serdelki, ale gram na gitarze lepiej, nawet kiedy gitara nie ma strun"). A ten gość zasłużył na pomnik, nawet kilka, w sumie to nawet na taki a'la Rio de Świebodzineiro. Niedowiarkom radzę zarzucić filmiki z jego lekcjami na Youtube. Innymi słowy – jeśli wydaje ci się, że fest z ciebie gitarzysta i masz ochotę założyć jakąś techniczną/progową kapele, to ten człowiek ustawi cię w szeregu. Tylko nie daj się zwieść jego wieśniackiemu, znaczy 'stylowemu' imidżowi, bo jeśli ktoś ma zapewnione dzięki graniu na gitarze dupczenie, to on, a nie ty. Ale wracając do muzyki. Jak już wspomniałem "The Divine Wings of Tragedy" to album na wskroś powerowy, ale nie na tyle, by co bardziej open-minded melomani, nie byli w stanie docenić jego zalet. Bo wspomniane klawisze wprawdzie są, ale ich obecność tylko podnosi fajność muzyki, wszystkie te elektroniczne przeszkadzajki, gdzie jak gdzie, ale tu pasują, melodie nie są 'miłe' aż do zrzygania, chórki są solidne i pełne mocy, a solówka na klawisze najwyższych lotów. Jak na power przystało, jest tu nieco ckliwości i rzewnych nut, jakieś balladowe fragmenty i wysokie 'c' wokalisty, ale uwierzcie – nie przeszkadza to ani przez chwilę. Dla popisów Romeo człowiek jest w stanie wybaczyć bardzo wiele. Chcecie dowody, proszę bardzo: "Of Sins and Shadows", wspomniane "Sea of Lies" oraz "The Accolade", no i oczywiście tytułowy "The Divine Wings of Tragedy" – przeszło 20-minutowy opus. Można tego słuchać non stop. Radzę więc przeprosić się z powerem, albo zastosować jakąś racjonalizację, bo nie znać Romeo, to jak nie znać Georga R. R. Martina. Wstyd i hańba, psia mać!


ocena: 9/10
deaf
oficjalna strona: www.symphonyx.com

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

11 kwietnia 2011

Sadist – Crust [1997]

Sadist - Crust recenzja okładka review coverPo dwóch genialnych wydawnictwach, Sadist zrobił krok w bok, krok w tył, po czym z lekka się zakręcił. Aż dziw bierze, że przy czymś takim nie pizdnął z hukiem o glebę. Tym właśnie sposobem światło dzienne ujrzał album zatytułowany "Crust". Album, który, z jednej strony, pokazał szerokie horyzonty Włochów, a z drugiej – że nie o takie horyzonty wszak chodzi. Bo za cholerę nie jestem w stanie zrozumieć, czemu taki potencjał marnować na core, w dodatku takich se lotów. "Gdzie się podziały tamte prywatki?" pytał Wojciech Gąsowski, a ja się pytam, gdzie się podziały te wszystkie techniczne cudeńka, kompozycyjne kostki Rubika i ześwirowany, orientalny feeling. No, gdzie? Bo znakomitą większość tego, trwającego niemal 40 minut, albumu zapychają ostro przesterowane gitary i prostawe riffy. I na tym się kończy obecność gitar, a jeśli ktoś szuka solówek, to liczenie skończy jakoś na trzech i finito. Czyli, mówiąc krótko, chuj wielki i bąbelki. Kapeli takiej jak Sadist po prostu tak skąpić nie wypada. Album ma oczywiście swoje momenty, kilka kawałków można pochwalić, nie zmienia to jednak faktu, że wrażenie jest takie jak podczas słuchania core’u. A to nie jest coś, co mi robi, czego oczekuję po takich magikach. Jedynym elementem, do którego nie mam najmniejszych zastrzeżeń, który jest po prostu bezbłędny, jest bas. Jest on po prostu niewiarygodny i bardzo, ale to bardzo często ratuje takie-se kawałki. Dobrze bywa, podkreślam bywa, z klimatem, bo tu i ówdzie ładnie nawiązuje do wcześniejszych płyt i tamtej stylistyki. Technicznie generalnie jest poprawnie, czego jednak w żadnym przypadku nie należy traktować jako komplement. Kompozycyjnie — jak już wspomniałem — raczej miałko, z lepszymi momentami. "'Fools' And Dolts", "The Path" i "I Rape You" to zdecydowanie najsolidniejsze utwory (i w tej kolejności), pewnie, po części przynajmniej, dlatego, że przypominają "Above the Light" i "Tribe". Przyjemnie można się wsłuchać w "Holy...". I to chyba na tyle. Pozostałe da się posłuchać, ale żeby jakoś z utęsknieniem do nich wracać, to nie bardzo. Ocena wypada powyżej przeciętnej tylko dzięki szaleństwom pana basmana.


ocena: 6/10
deaf
oficjalna strona: www.sadist.it

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

26 grudnia 2010

Neuraxis – Imagery [1997]

Neuraxis - Imagery recenzja okładka review coverPoczątki Neuraxis nie są może wielce imponujące, ale i tak trzeba chłopaków pochwalić za to, że chciało im się tłuc brutalny i w zamyśle techniczny death metal w momencie, gdy na świecie szalała jeszcze kretyńska blackowa moda, a główne rynki powoli szturmowały powerowe pedały. Od strony muzycznej "Imagery" prezentuje się dość solidnie, niezbyt odkrywczo — bo słyszalne są wpływy Cannibal Corpse, Cryptopsy i Kataklysm — ale na temat. Jednym słowem: napierducha. Ale to tylko jedna strona medalu, gdyż nie raz i nie dwa młodzieńcy dają znać, że nie tylko napierdalanie im w głowach. W paru miejscach Kanadyjczycy pozwolili sobie na ciekawe zmiany tempa, fajnie poprowadzone melodie, akustyczne gitary czy kawałki instrumentalne. Pomysłów im nie brakowało, ale słychać wyraźnie, że czasem ambicje przerastały umiejętności, przez co niektóre ich poczynania sprawiają wrażenie niedopracowanych, niekompletnych i niespójnych. Z przywołanym wcześniej Kataklysm "Imagery" może się kojarzyć w dwóch kwestiach. Po pierwsze, wokale są równie dzikie i chaotyczne co na takim "Temple Of Knowledge", choć podane w trochę innych barwach (czasami wpadają w grindowe rejestry), po drugie, brzmieniowo starano się podciągnąć krążek pod dokonania ich rodaków, za co odpowiada sam Jean-François Dagenais. I o ile z wokalami wszystko jest spoko, to już produkcja pozostawia wiele do życzenia i stanowi najsłabszy punkt albumu. Za dużo tu różnic w poziomach między gitarami i perkusją, a efekt tego jeden: brak spójności i wyraźnie zaznaczonego środka. Wspomniałem, że same kompozycje nie są tip top – taki niekiedy rozjechany dźwięk wcale im nie pomaga. Rewelacji tu nie ma (bo na to przyjdzie pora na późniejszych płytach), ale mnie się te pół godzinki hałasu podoba, nawet bardziej, niż to wynika z oceny.


ocena: 6/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/neuraxis

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

2 listopada 2010

Haggard – And Thou Shalt Trust... The Seer [1997]

Haggard - And Thou Shalt Trust... The Seer recenzja okładka review coverNieczęsto się zdarza, by zespół już na pierwszym longpleju zaserwował muzykę, którą można porównywać tylko do niej samej, czy wręcz potraktować jako punkt odniesienia dla innych nagrań – nowo powstały kanon. A z taką właśnie sytuacją mamy do czynienia na debiutanckim krążku niemieckiej formacji Haggard, krążku, który stał się podwaliną dla nowego subgatunku w metalu – a mianowicie symfonicznego dm bazującego na melodiach średniowiecza. Krócej chyba się tego nie da ująć nie ujmując jednocześnie zespołowi jego osiągnięcia. A jest się czym chwalić – bez zażenowania, niezasłużonego chodzenia z podniesionym czołem czy fałszywej dumy z własnego dzieła. Debiut marzeń – można powiedzieć. "And Thou Shalt Trust... The Seer" to nieco ponad czterdzieści minut średniowiecznych melodii zmiksowanych z ciężarem jak najbardziej współczesnych gitar, garów i potężnych growli. Miks dobrze wyważony, bez zbędnych wycieczek w orkiestrowy patos ani bezkształtnych gitarowych popierdywań. Z jednej strony rasowy death pełną gębą, a jednocześnie bardzo zwiewny i ulotny. I jest to niewątpliwie jedna z większych zalet debiutu Niemców – fakt, że umieli pogodzić te dwa światy w sposób tak inteligentny, że muzyka wydaje się jednocześnie krucha i cicha oraz ciężka i destrukcyjna. Owe dwie emocje wzajemnie się przeplatają i uzupełniają i dają słuchaczowi możliwość zagłębienia się w świat niesamowitych doznań akustycznych. Na szczególne wyróżnienie zasługuje brzmienie oraz wyczucie gitar, które ostro wżynając się w strukturę utworów zapewniają jednocześnie porządną dawkę energii i wspomnianego ciężaru. Kwestia wokali to temat na osobny rozdział, gdyż ich różnorodność oraz sposób zaprezentowania są zdumiewająco obfite, a jednocześnie stanowią oś, wokół której tworzona jest tkanka numeru, a w większej skali – albumu. To w głównej mierze właśnie one odpowiadają za emocjonalną stronę nagrań. Bo Haggard to przede wszystkim emocje i wyobraźnia. Jest to rodzaj muzyki zdecydowanie wymagający skupienia, zainteresowania się nią w stopniu większym niż mp3-kowym. Wchodząc na coraz subtelniejsze poziomy muzyki, rzeczy takie jak nie najlepsza jakość nagrania bądź amatorskie brzmienie przestają interesować. Ba, nawet przeszkadzać. Nie zmienia to jednak faktu, że lepsza realizacja jeszcze nikomu na złe nie wyszła. Ale nie to się liczy – ważne jest to, że "And Thou Shalt Trust... The Seer" jest albumem, który dobrze się słucha, sprawia słuchaczowi mnóstwo frajdy i — co bardzo ważne — nie wkurza bezmyślnym odtwórstwem.


ocena: 8,5/10
deaf
oficjalna strona: www.haggard.de

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

17 lipca 2010

Psalm – Threshold Of Escape [1997]

Psalm - Threshold Of Escape recenzja okładka review coverJuż wyjaśniam skąd się wzięła na naszym blogu ta kapela – otóż jest ona kolejnym konsumenckim eksperymentem, jaki zrobiłem w moich poszukiwaniach kapel, które można by uznać za spadkobierców Nocturnusów. Eksperymentem średnio udanym. Jak się okazuje (znów), rewelacje głoszone przez sprzedawców ze sklepów sieciowych należy podzielić przez dwa, po czym z wyniku wyciągnąć pierwiastek. Najlepiej trzeciego stopnia. 'Death metal w klimatach Nocturnusów' – tak mniej więcej brzmiał opis aukcji... i jeszcze ten tytuł "Threshold of Escape", który tak mocno zasugerował sprzedawcy podjęcie tematu po amerykańskich madafakerach. Po lekturze albumu mogę bez mrugnięcia okiem powiedzieć, że Psalm ma tyle wspólnego z Nocturnusami, co Francuzi z bohaterstwem. A, zapomniałem dodać – Psalm to Francuzi, może więc w tym tkwi problem... Tak czy siak, muzyka Żabojadów ma się nijak do dokonań Amerykańców, bowiem to, co serwują nam winożłopy to wprawdzie death metal, ale nie ma w nim za grosz instrumentalnej wirtuozerii ani kompozycyjnego nowatorstwa. "Threshold of Escape" to taki o, industrialny dm, z jednym wszakże bajerem – ogarniają temat bez zbędnego elektronicznego szmelcu. Teraz będą trzy pochwały. Jakby na to nie spojrzeć, pewnego kunsztu wymaga takie zaoperowanie przesterami, które pozwala stworzyć odpowiednio zindustrializowaną atmosferę bez uciekania się do klawiszy. Jest w gitarach coś cybernetycznego, mają one posmak lekko podrdzewiałych przekładni. Podobnie jest z growlem, którego brzmienie jest bardzo nienaturalne – mechaniczne, o wyraźnie metalicznym zabarwieniu. Przypomina nieco głosy podkurionych robotów z niskobudżetowych filmów horror sf z lat 80-tych. Kończąc to dobre, wspomnę jeszcze kompozycje, które mimo iż bez szału, są jednak odpowiednio industrialne – zwarte, monotonne i głuche. Niby żaden plus, bo to industrial w końcu, ale tu nawet czuć cały ten zrobotyzowany klimat. Na zakończenie recenzji, wypada mi wrócić jeszcze na chwilę do uwag natury ogólnej z początku tekstu. Muszę się przyznać, że Psalm stał się dziś dla mnie pretekstem do zasygnalizowania jednego, bardzo ważnego tematu – durnowatych sprzedawców. Niby dostęp do sieci pozwala sprawdzić każdą informację, jednak nie dosłownie każdą. Efekt jest później taki, że trzeba się kierować czyimiś wytycznymi, a to oznacza, że się niekiedy łazi po omacku. W związku z tym, należy się liczyć, że zamiast klimatów Nocturnusowych dostajemy klimaty znad Sekwany.


ocena: 5,5/10
deaf
Udostępnij:

28 marca 2010

Edge Of Sanity – Infernal [1997]

Edge Of Sanity - Infernal recenzja okładka review coverMyślę, że "Infernal" można nazwać ostatnim pełnym albumem Edge Of Sanity. Wydany później "Cryptic" został nagrany bez Dana Swano, z kolei wydany 7 lat temu "Crimson II" został skomponowany i zarejestrowany tylko przez Swano. No więc, co zawiera ten ostatni longplay szwedzkiej legendy? Ano chyba nic ciekawego... Jest na pewno zróżnicowanym materiałem, lecz zróżnicowanie nie zawsze jest dobre, czego przykładem jest właśnie "Infernal". Albumik został praktycznie napisany tylko przez dwóch panów, pana Swano i pana Axelssona, co ciekawe — z reguły — każdy z nich w swoich kawałkach objął wokale. Pan S. skupił się głownie na melodyjności, progresji, wprowadzaniu rockowych zagrywek, zaś Pan A. nagrał tradycyjne, surowe szwedzkie death metalowe granie. Niestety ani w jednym, ani; w drugim nie ma dawnego ducha Edge Of Sanity. Nie przekonują mnie ani rockowe zapędy, ani oklepane pitu pitu. Może 3-4 kawałki zasługują na miano niezłych, a reszta trzyma raczej średni poziom. Cóż, rzadko sięgam po tą płytę.


ocena: 6/10
corpse

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

24 marca 2010

Hypocrisy – The Final Chapter [1997]

Hypocrisy - The Final Chapter recenzja okładka review coverPiąty album szwedzkiego trio pokazał, że zespół ma bardzo dużo pomysłów na granie death metalu. Po tak świetnych albumach jak "The 4th Dimension" i "Abducted", Hypo nagrywa następny, tak samo wspaniały jak dwa wyżej wymienione, chociaż duża część fanów uważa, że jest to najlepszy album Petera i spółki. Nic dziwnego: ciężkość, brutalność, zabójcze riffy, świetne melodie i solówki, różnorodne wokale oraz struktury kompozycji muszą zachwycać, a raczej zabijać. Utwory podzielone są na szybkie i wolne, po szybkim jest na ogół wolny, po wolnym szybki. Ale to tylko uproszczona klasyfikacja, ponieważ "The Final Chaper" zawiera prawdziwe bogactwo kompozycji. Można tu znaleźć brutalne wyziewy jak "Last Vanguard", "Inseminated Adoption"; szybkie pełne czadu i agresji kawałki np. "Dominion", bardziej melodyjne kompozycje jak "Adjusting The Sun", "Through The Window Of Time", czy też wolniejsze i spokojniejsze utwory: "Request Denied", "The Final Chapter", "Lies". Nad tym wszystkim czuwa ponadto wszechobecny mroczny klimat związany chyba każdy wie, z czym lub z kim. Razem mamy tu znów sporo utworów, bo aż 12, z czego jeden cover o tytule "Evil Invaders", najlepiej odegrany cover jaki słyszałem. "The Final Chapter" spokojnie zaspokoi potrzeby najbardziej wybrednego słuchacza.


ocena: 10/10
corpse
oficjalna strona: www.hypocrisy.tv

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

23 marca 2010

Broken Hope – Loathing [1997]

Broken Hope - Loathing recenzja okładka review cover"Loathing" to początek nowej ery w dziejach Broken Hope, ery może i krótkiej, ale z pewnością owocnej. Zmiana stylu na bardziej kompleksowy wyszła zespołowi na dobre i muszę przyznać, że do mnie wyziew tego typu trafia szczególnie łatwo. Wciąż mamy do czynienia z brutalnym, nie biorącym jeńców death metalem; to 'tylko' środki przeprowadzania eksterminacji uległy wyraźnej ewolucji, podobnie świeższe jest podejście do produkcji. Choć pewne zaczątki zmian pojawiły się już na "Repulsive Conception", to tutaj ostatecznie skończyły się jazdy pod stary Carcass i Cannibali. Nowe oblicze muzy Amerykańców to napierducha cholernie techniczna, z wyjątkowo popierdolonymi patentami na gitary, posranymi solówkami, ostrymi zmianami tempa i masą zakręconych motywów 'okołomelodycznych', co daje jak na death metal twór stosunkowo oryginalny i na pewno dostatecznie ekstremalny. Czego jak czego, ale pomysłów na riffy nie można im odmówić. Kawałki są nimi upakowane do maksimum, nie ma nawet chwili na złapanie oddechu, a nawet jeśli się uda, to najwyżej zaciągniecie się fetorem zgnilizny i fekaliów. Jakby tego było mało, "Loathing" podczas słuchania powoduje odczucia porównywalne do wbijania szpilek pod paznokcie i przecinania pęcherzy po oparzeniach – aż się miło robi, prawda? Żeby było przyjemniej, to chłopaki z Broken Hope mordują tak prawie 40 minut. Jedyne, co nie uległo znaczącej przemianie to kwestie wokalno-tekstowe. Joe Ptacek utrzymał poziom swego ryku-bulgotu, świetnie się przy tym wpasował w rytmiczne łamańce kolegów instrumentalistów. Teksty to już wyższa szkoła podupczenia i poronionych 'gorowych' pomysłów, choć i dla tematów miłosnych standardowo znalazło się trochę miejsca: 'Reunited' (tu akurat chodzi o miłość rodzinną), 'Skin Is In', 'He Was Raped' – warto je poczytać jako rozgrzewkę przed dobranocką. Świetny krążek dla fanów popieprzonego, technicznego młócenia i wszelakich chorych klimatów (w tym także grindersów) – na swój perwersyjny sposób rajcuje, dzięki czemu chce się do niego często wracać.


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.brokenhope.com

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

Brutal Truth – Sounds Of The Animal Kingdom [1997]

Brutal Truth - Sounds Of The Animal Kingdom recenzja okładka review cover"Sounds Of The Animal Kingdom" w mojej opinii jest dziełem równie wyjątkowym i genialnym jak legendarny debiut nowojorczyków. Jest unikalny nie tylko pod względem muzycznym, ale również pod względem długości trwania. Tak, naprawdę pod tym względem jest rekordzistą świata. Album tworzą 22 utwory o łącznej długości (!!!) 1 godzina, 14 minut i 14 sekund!!! I nie ma tu żadnego przerywnika, który wprowadza kilkunastominutową pustkę przed jakimś ukrytym kawałkiem. No ale po kolei. Wszystkie tracki mają kilka wspólnych cech: brud, zwierzęcość, dzikość i nieziemska gęstość. Można o nich napisać, że są głosem rozpaczy świata zabijanego przez ludzi. Ten krzyk rozpaczy i złości najlepiej oddaje utwór otwierający płytę, notabene jeden z najlepszych w twórczości Brutal Truth, "Dementia", czy następny po nim "K.A.P". Bezkompromisowy, mechaniczny, dziki grind. Wśród gęstej grindowej napierdalany, są też kawałki, z których przebijają się dziwaczne, świdrujące połamańce, przypominające odrobinę Human Remains. Owe połamańce pojawiają się m.in. w "Dead Smart", "Sympathy Kiss" czy "Pork Farm". W tym ostatnim są jeszcze kapitalne riffy otwierające, ciężkie jak dźwięk silników bombowca B-29. Podobne wrażenie ryków nadlatujących powietrznych fortec wywołuje u mnie "Machine Parts". Po tym kawałku jest tajemniczy 4:20, a co w nim jest? nic, cisza przed burzą... Po nim wolny, pełen krzyków "Unbaptized", a potem finał: najdłuższy grindowy nadupcz pt. "Prey". Ten kawałek tak naprawdę jest wykrojony z numeru siódmego "Avarage People". "Prey"  pokazuje, że nie trzeba układać skomplikowanych riffów, nie trzeba wplatać chorych odgłosów, aby stworzyć totalnie psychodeliczny track. Wystarczy banalny pomysł, prosty, ciężki riff, blast i fenomenalne gardło Sharpe’a, wykrzykujące jedno słowo PREY! I tak w kółko przez prawie 22 minuty! Można dostać stanów lękowych, choroby lokomocyjnej lub żółtej febry słuchając tego czegoś! Niszczy psychę! Zresztą "Sounds Of The Animal Kingdom" niszczy wszystko!


ocena: 9/10
corpse
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/brutaltruth

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

  • GROINCHURNFink
Udostępnij:

Empyrium – Songs Of Moors And Misty Fields [1997]

Empyrium - Songs Of Moors And Misty Fields recenzja okładka review coverZanim Niemce z Empyrium wpadli na pomysł tworzenia muzyki akustycznej, jak na opisywanym już "Weiland" czy poprzedzającym go "Where at Night...", grali coś, co można nazwać blackującym folkiem. Wydaje mi się jednak, że te dwa słowa nie oddają nawet w połowie, tego, co dostarcza nam — w mej skromnej opinii najlepszy ich album — "Songs of Moors and Misty Fields". Ten trwający coś ponad 40 minut longplej to esencja ponuractwa, melancholii i nostalgii, a jednocześnie fantastycznego muzycznego rzemiosła muzycznego. Spokojne, pełne nastrojowości i piękna ucieleśnienie smutku i zadumy. Nie jest to jednak muzyka dla debili, którzy z byle gówna mają ochotę się pociąć – co to, to nie. Jest to raczej muzyka dla tych, którzy chcą się na chwilę zatrzymać i trochę pomyśleć nad sobą. Rewelacyjna do słuchania wieczorem, kiedy nikt nie będzie przeszkadzał kretyńskimi pytaniami czy prośbami. Więc słuchawki na uszy i słuchać. "Songs..." zaczyna się spokojnie, nawet jak na i tak spokojny album, akustycznie, usypiająco. Ale wraz z pierwszymi nutami "The Blue Mists of Night" robi się żywiej, co w przypadku Empyrium oznacza, iż robi się wolno. I chociaż w tle pobrzmiewa podwójna stopa, należy ją jednak potraktować jako ozdobnik, coś nadzwyczajnego, bo zaprawdę – nie podwójnymi stopami "Songs..." stoi. Empyrium bowiem to mistrzowie kolażu akustycznych instrumentów i motywów (które dadzą potem początek ich nowemu image) oraz ponurych elektryków. To dzięki nim właśnie album zyskał tyle rzeczonego ponuractwa i nastrojowości – każdy utwór ma fantastycznie skomponowane motywy gitarowe, który choćby w takim "Ode to Melancholy" zabijają. Wspomnieć jeszcze należy o rewelacyjnych solówkach, które wręcz ociekają melodyjnością i genialną prostotą niczym kinder-metale błotem na Przystanku Woodstock. Krążek wieńczy "The Ensemble Of Silence", którego początek — delikatna gitara, flet i szepczący wokal — powala mnie na kolana, a który sam w sobie jest fenomenalnym utworem, gdzie można usłyszeć wszystkie mistrzowskie patenty zespołu. Kapitalny koniec dla genialnego albumu. Szkoda tylko, że już zakończyli swoją działalność.


ocena: 10/10
deaf
oficjalna strona: www.empyrium.de

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij: