facebook
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1997. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1997. Pokaż wszystkie posty

23 lutego 2016

Obituary – Back From The Dead [1997]

Obituary - Back From The Dead recenzja okładka review cover
Z perspektywy czasu wychodzi na to, że "Back From The Dead" to najsłabszy krążek Obituary przed zawieszeniem przez nich działalności na kilka długich lat. Nie jest zły, ale na pewno nie tak mocny i udany jak klasyki z początku lat 90-tych. Zaczyna się jednak naprawdę nieźle i obiecująco, bo od dynamicznego i momentalnie wpadającego w ucho 'Threatening Skies'. Ten koncertowy hit wprowadza nas w niespełna czterdziestominutową podróż przez świat zgnilizny, syfu i trupów z okładki. To właśnie ten numer wraz z następującym po nim 'By The Light' (kolejny wypas w wersji lajf) i 'Lockdown' (też dynamiczny i chwytliwy) wymieniłbym jako moje ulubione w odniesieniu do tej płyty. Reszta "Back From The Dead", choć nie najgorsza, może po pewnym czasie nieco nużyć, tudzież zlewać się w jedno.

23 lipca 2014

Hexenhaus – Dejavoodoo [1997]

Hexenhaus - Dejavoodoo recenzja okładka review cover
Chciałbym móc napisać, że takiej kapeli nie trzeba nikomu przedstawiać. Idę jednak o zakład o rękę, nie ryzykując wątpliwej przyjemności podcierania się łokciem, że niestety znakomita większość miłośników metalu nie tylko nie słyszała żadnego albumu, ale wręcz w ogóle nie słyszała o kapeli. Niosąc wiec dziarsko kaganek oświaty, postaram się nieco ten stan rzeczy zmienić. Hexenhaus to szwedzka kapela, która rozpoczęła swoją działalność w drugiej połowie lat 80-tych od speed/thrashowego krążka "A Tribute to Insanity". Krążek żadną rewelacją nie był, ale słuchało się go lepiej niż przyjemnie – ładnie bowiem łączył thrashową motorykę i feeling z mroczną teatralnością Mercyful Fate i King Diamond oraz niemałą dozą gitarowych zawijasów. Z czasem muzyka ewoluowała, dojrzewała, aż osiągnęła swój szczyt na opisywanym dziś "Dejavoodoo". Sporo zmieniło się od czasów pierwszego krążka, ba, sporo zmieniło się od poprzedzającego "Dejavoodoo" – "Awakening".

2 października 2013

Theory In Practice – Third Eye Function [1997]

Theory In Practice - Third Eye Function recenzja okładka review cover
Załamuje mnie to, ale niestety trzeba spojrzeć prawdzie w oczy – Theory In Practice mają u nas branie porównywalne z tureckimi swetrami w romby. Ja rozumiem, że to ogólnie niedoceniany i z niezrozumiałych względów pomijany band, no ale kurwa bez przesady! Przynajmniej ja nie będę miał sobie nic do zarzucenia, jeśli w paru słowach opiszę i polecę wam jeszcze do kompletu debiut tego nietuzinkowego zespołu. Płyta powstała w nienajlepszym dla szwedzkiego death metalu czasie, nikt się wówczas nie zabijał o nowe formacje, a już szczególnie takie, które proponowały ożywcze i techniczne granie. Stąd też wydawcy dla "Third Eye Function" czwórka Szwedów musiała szukać aż w pieprzonym Singapurze. Na szczęście później, po przejściu do Listenable, mieli już trochę lepiej, choć wciąż nie z górki – o czym dobitnie świadczy ich obecny status.

14 marca 2013

Deicide – Serpents Of The Light [1997]

Deicide - Serpents Of The Light recenzja okładka review cover
Perełka wśród płyt Deicide! Fakt, jedna z wielu, ale to nie umniejsza jej ponadprzeciętnej wartości. Zespół wzniósł się na wyżyny swych umiejętności dając dzieło (warto zaznaczyć, iż niektórzy okrzyknęli "Serpents Of The Light" mianem "Reign In Blood" death metalu!), w którym wszystko dopięte jest na ostatni guzik. Mamy tu dziesięć wspaniale chwytliwych, nie tracących nic ze swej brutalności kompozycji – absolutnie nie ma w nich miejsca na dłużyzny (skoro trwający 3 minuty i 38 sekund 'I Am No One' robi za tasiemca...) czy przypadek. Prawdę mówiąc, nie ma się praktycznie do czego dopieprzyć. Z wyjątkiem oczywiście brzmienia, które choć bardzo ostre i czytelne, nie ma w sobie tej brutalności i brudu wcześniejszych produkcji. Jednakże przy odpowiednim natężeniu dźwięków (w końcu prawie zawsze im głośniej = tym lepiej) będzie całkiem dobrze.

2 maja 2012

Vital Remains – Forever Underground [1997]

Vital Remains - Forever Underground recenzja okładka review cover
"Forever Underground" do czasu wydania "Dechristianize" był bez wątpienia największym rodzynkiem w dyskografii Vital Remains, choć pewnie i dziś dla wielu fanów jest szczytowym osiągnięciem Amerykanów. Nie ma się czemu dziwić – wszak zawiera wszystko co najlepsze z "Into Cold Darkness", będąc jednocześnie jego naturalnym rozwinięciem. Więcej tu klimatów typu 'Immortal Crusade', z tym że całość jest (uwaga! lecą banały...) znacznie brutalniejsza, szybsza, bardziej techniczna, rozbudowana, a ponadto okraszona znakomitymi solówkami. Ba! – nawet logo jest lepsze! Ma to oczywiście związek z bardzo istotnymi zmianami w składzie – z ludzi, którzy nagrywali debiut został tylko Tony Lazaro, a Joe Lewis przeszedł na pozycję wokalisty/basisty (choć basu na ten album i tak nie nagrał). Wiadomo – we dwóch wiele by nie zdziałali, więc do kapeli trafił piekielnie utalentowany człowiek-orkiestra, Dave Suzuki, który zarejestrował gary, gitarę solową i akustyczną.

5 lutego 2012

Devin Townsend – Ocean Machine: Biomech [1997]

Devin Townsend - Ocean Machine: Biomech recenzja okładka review cover
Chyba nie będzie zbyt wielkim kłamstwem stwierdzenie, że jest to pierwszy krążek Devina w jego czysto progresywnym wcieleniu. I jedyny taki, który — wbrew temu, co sugeruje nagłówek — powstał w czasach, kiedy nie miał on jeszcze filmu na odmienianie własnego nazwiska przez wszystkie przypadki, łączenia go z przypadkowymi wyrazami typu 'band' albo 'project' i robienia z tego nazwy kapeli. Ostatecznie Devin i tak podpiął wydawnictwo pod własną markę, co — jak mniemam — miało przysporzyć mu więcej chwały; jest to jednak temat na zupełnie inną wieczorynkę. Tym niemniej, krążek może być, i zapewne jest, dla naszego bohatera powodem do chluby, bo, mimo iż nie najlepszy w dorobku, jest on wydawnictwem przełomowym, muzycznie zaś – przebojowym. W przeciwieństwie do muzyki spod znaku SYL, "Ocean Machine: Biomech" jest bardzo spokojny, delikatny wręcz,

17 października 2011

Immortal – Blizzard Beasts [1997]

Immortal - Blizzard Beasts recenzja okładka review cover
Znany wszystkim syndrom trzeciej płyty to niezwykle poważna sprawa – wszak 'trójka' to miernik rzeczywistego potencjału kapeli, dowód na okrzepnięcie prezentowanego stylu i — często — pokaz najwyższej formy. W przypadku Immortal taka gadanina jest gówno warta, bo chociaż "Battles In The North" to krążek dość udany i wstrzelony w odpowiedni czas (mać!), to właśnie czwarty w kolejności "Blizzard Beasts" jest największym osiągnięciem Norwegów. Produkcyjnie może i kuleje na obie nogi (szczególnie z perspektywy czasu), ale za to od strony muzycznej jest niespełna półgodzinnym (w tym intro!) pokazem brutalnej, chaotycznej siły. Zespół popełniał już wcześniej szybkie płyty, ale dopiero na opisywanym krążku szybkości towarzyszą znacznie większa dynamika i bardziej przemyślane aranżacje, a to przekłada się na większą moc oddziaływania na układ nerwowy. Chłopaki (w tym nowy perkman – Horgh) poprawili umiejętności (co nie oznacza, że nagle jest równiutko...),

14 czerwca 2011

Symphony X – The Divine Wings Of Tragedy [1997]

Symphony X - The Divine Wings Of Tragedy recenzja okładka review cover
Aż sam się dziwię, czemu tak długo zajęło mi napisanie tekstu poświęconego jednej z najważniejszych kapel w nurcie progresywnego power metalu, czyli Symphony X. Zwalę to więc na karb zarażenia się bakterią E.Coli (a nie E.Pepsi? - przyp. demo), a w konsekwencji trwającej przeszło dwa tygodnie biegunki. A przecież cacane wydanie albumu "The Divine Wings of Tragedy" pyszni się w mojej kolekcji, niczym Donald chwalący się swoimi "osiągnięciami" (piszę w cudzysłowie, bo mnie na dalsze sranie zbiera, kiedy słyszę o takich sukcesach). Albumu będącego trzecim w dorobku Amerykanów, albumu tak gęsto poupychanego hiciorami, że aż dziw bierze, że RMF wraz Zet-ką nie puszczają przebojów pokroju "Sea of Lies" bądź "The Accolade" na okrągły zegar. A, do kurwy nędzy, powinni! W ramach wstępniaka winienem jeszcze wspomnieć i ostrzec co bardziej chorych na power, że to jednak power, progresywny, ale power.

11 kwietnia 2011

Sadist – Crust [1997]

Sadist - Crust recenzja okładka review cover
Po dwóch genialnych wydawnictwach, Sadist zrobił krok w bok, krok w tył, po czym z lekka się zakręcił. Aż dziw bierze, że przy czymś takim nie pizdnął z hukiem o glebę. Tym właśnie sposobem światło dzienne ujrzał album zatytułowany "Crust". Album, który, z jednej strony, pokazał szerokie horyzonty Włochów, a z drugiej – że nie o takie horyzonty wszak chodzi. Bo za cholerę nie jestem w stanie zrozumieć, czemu taki potencjał marnować na core, w dodatku takich se lotów. "Gdzie się podziały tamte prywatki?" pytał Wojciech Gąsowski, a ja się pytam, gdzie się podziały te wszystkie techniczne cudeńka, kompozycyjne kostki Rubika i ześwirowany, orientalny feeling. No, gdzie? Bo znakomitą większość tego, trwającego niemal 40 minut, albumu zapychają ostro przesterowane gitary i prostawe riffy.

26 grudnia 2010

Neuraxis – Imagery [1997]

Neuraxis - Imagery recenzja okładka review cover
Początki Neuraxis nie są może wielce imponujące, ale i tak trzeba chłopaków pochwalić za to, że chciało im się tłuc brutalny i w zamyśle techniczny death metal w momencie, gdy na świecie szalała jeszcze kretyńska blackowa moda, a główne rynki powoli szturmowały powerowe pedały. Od strony muzycznej "Imagery" prezentuje się dość solidnie, niezbyt odkrywczo — bo słyszalne są wpływy Cannibal Corpse, Cryptopsy i Kataklysm — ale na temat. Jednym słowem: napierducha. Ale to tylko jedna strona medalu, gdyż nie raz i nie dwa młodzieńcy dają znać, że nie tylko napierdalanie im w głowach. W paru miejscach Kanadyjczycy pozwolili sobie na ciekawe zmiany tempa, fajnie poprowadzone melodie, akustyczne gitary czy kawałki instrumentalne. Pomysłów im nie brakowało, ale słychać wyraźnie, że czasem ambicje przerastały umiejętności, przez co niektóre ich poczynania sprawiają wrażenie niedopracowanych, niekompletnych i niespójnych.

2 listopada 2010

Haggard – And Thou Shalt Trust... The Seer [1997]

Haggard - And Thou Shalt Trust... The Seer recenzja okładka review cover
Nieczęsto się zdarza, by zespół już na pierwszym longpleju zaserwował muzykę, którą można porównywać tylko do niej samej, czy wręcz potraktować jako punkt odniesienia dla innych nagrań – nowo powstały kanon. A z taką właśnie sytuacją mamy do czynienia na debiutanckim krążku niemieckiej formacji Haggard, krążku, który stał się podwaliną dla nowego subgatunku w metalu – a mianowicie symfonicznego dm bazującego na melodiach średniowiecza. Krócej chyba się tego nie da ująć nie ujmując jednocześnie zespołowi jego osiągnięcia. A jest się czym chwalić – bez zażenowania, niezasłużonego chodzenia z podniesionym czołem czy fałszywej dumy z własnego dzieła. Debiut marzeń – można powiedzieć. "And Thou Shalt Trust... The Seer" to nieco ponad czterdzieści minut średniowiecznych melodii zmiksowanych z ciężarem jak najbardziej współczesnych gitar,

17 lipca 2010

Psalm – Threshold Of Escape [1997]

Psalm - Threshold Of Escape recenzja okładka review cover
Już wyjaśniam skąd się wzięła na naszym blogu ta kapela – otóż jest ona kolejnym konsumenckim eksperymentem, jaki zrobiłem w moich poszukiwaniach kapel, które można by uznać za spadkobierców Nocturnusów. Eksperymentem średnio udanym. Jak się okazuje (znów), rewelacje głoszone przez sprzedawców ze sklepów sieciowych należy podzielić przez dwa, po czym z wyniku wyciągnąć pierwiastek. Najlepiej trzeciego stopnia. 'Death metal w klimatach Nocturnusów' – tak mniej więcej brzmiał opis aukcji... i jeszcze ten tytuł "Threshold of Escape", który tak mocno zasugerował sprzedawcy podjęcie tematu po amerykańskich madafakerach. Po lekturze albumu mogę bez mrugnięcia okiem powiedzieć, że Psalm ma tyle wspólnego z Nocturnusami, co Francuzi z bohaterstwem. A, zapomniałem dodać – Psalm to Francuzi, może więc w tym tkwi problem...

28 marca 2010

Edge Of Sanity – Infernal [1997]

Edge Of Sanity - Infernal recenzja okładka review cover
Myślę, że "Infernal" można nazwać ostatnim pełnym albumem Edge Of Sanity. Wydany później "Cryptic" został nagrany bez Dana Swano, z kolei wydany 7 lat temu "Crimson II" został skomponowany i zarejestrowany tylko przez Swano. No więc, co zawiera ten ostatni longplay szwedzkiej legendy? Ano chyba nic ciekawego... Jest na pewno zróżnicowanym materiałem, lecz zróżnicowanie nie zawsze jest dobre, czego przykładem jest właśnie "Infernal". Albumik został praktycznie napisany tylko przez dwóch panów, pana Swano i pana Axelssona, co ciekawe — z reguły — każdy z nich w swoich kawałkach objął wokale. Pan S. skupił się głownie na melodyjności, progresji, wprowadzaniu rockowych zagrywek, zaś Pan A. nagrał tradycyjne, surowe szwedzkie death metalowe granie.

24 marca 2010

Hypocrisy – The Final Chapter [1997]

Hypocrisy - The Final Chapter recenzja okładka review cover
Piąty album szwedzkiego trio pokazał, że zespół ma bardzo dużo pomysłów na granie death metalu. Po tak świetnych albumach jak "The 4th Dimension" i "Abducted", Hypo nagrywa następny, tak samo wspaniały jak dwa wyżej wymienione, chociaż duża część fanów uważa, że jest to najlepszy album Petera i spółki. Nic dziwnego: ciężkość, brutalność, zabójcze riffy, świetne melodie i solówki, różnorodne wokale oraz struktury kompozycji muszą zachwycać, a raczej zabijać. Utwory podzielone są na szybkie i wolne, po szybkim jest na ogół wolny, po wolnym szybki. Ale to tylko uproszczona klasyfikacja, ponieważ "The Final Chaper" zawiera prawdziwe bogactwo kompozycji. Można tu znaleźć brutalne wyziewy jak "Last Vanguard", "Inseminated Adoption"; szybkie pełne czadu i agresji kawałki np. "Dominion", bardziej melodyjne kompozycje jak "Adjusting The Sun", "Through The Window Of Time",

23 marca 2010

Broken Hope – Loathing [1997]

Broken Hope - Loathing recenzja okładka review cover
"Loathing" to początek nowej ery w dziejach Broken Hope, ery może i krótkiej, ale z pewnością owocnej. Zmiana stylu na bardziej kompleksowy wyszła zespołowi na dobre i muszę przyznać, że do mnie wyziew tego typu trafia szczególnie łatwo. Wciąż mamy do czynienia z brutalnym, nie biorącym jeńców death metalem; to 'tylko' środki przeprowadzania eksterminacji uległy wyraźnej ewolucji, podobnie świeższe jest podejście do produkcji. Choć pewne zaczątki zmian pojawiły się już na "Repulsive Conception", to tutaj ostatecznie skończyły się jazdy pod stary Carcass i Cannibali. Nowe oblicze muzy Amerykańców to napierducha cholernie techniczna, z wyjątkowo popierdolonymi patentami na gitary, posranymi solówkami,

Brutal Truth – Sounds Of The Animal Kingdom [1997]

Brutal Truth - Sounds Of The Animal Kingdom recenzja okładka review cover
"Sounds Of The Animal Kingdom" w mojej opinii jest dziełem równie wyjątkowym i genialnym jak legendarny debiut nowojorczyków. Jest unikalny nie tylko pod względem muzycznym, ale również pod względem długości trwania. Tak, naprawdę pod tym względem jest rekordzistą świata. Album tworzą 22 utwory o łącznej długości (!!!) 1 godzina, 14 minut i 14 sekund!!! I nie ma tu żadnego przerywnika, który wprowadza kilkunastominutową pustkę przed jakimś ukrytym kawałkiem. No ale po kolei. Wszystkie tracki mają kilka wspólnych cech: brud, zwierzęcość, dzikość i nieziemska gęstość. Można o nich napisać, że są głosem rozpaczy świata zabijanego przez ludzi. Ten krzyk rozpaczy i złości najlepiej oddaje utwór otwierający płytę, notabene jeden z najlepszych w twórczości Brutal Truth, "Dementia", czy następny po nim "K.A.P".

Empyrium – Songs Of Moors And Misty Fields [1997]

Empyrium - Songs Of Moors And Misty Fields recenzja okładka review cover
Zanim Niemce z Empyrium wpadli na pomysł tworzenia muzyki akustycznej, jak na opisywanym już "Weiland" czy poprzedzającym go "Where at Night...", grali coś, co można nazwać blackującym folkiem. Wydaje mi się jednak, że te dwa słowa nie oddają nawet w połowie, tego, co dostarcza nam — w mej skromnej opinii najlepszy ich album — "Songs of Moors and Misty Fields". Ten trwający coś ponad 40 minut longplej to esencja ponuractwa, melancholii i nostalgii, a jednocześnie fantastycznego muzycznego rzemiosła muzycznego. Spokojne, pełne nastrojowości i piękna ucieleśnienie smutku i zadumy. Nie jest to jednak muzyka dla debili, którzy z byle gówna mają ochotę się pociąć – co to, to nie. Jest to raczej muzyka dla tych, którzy chcą się na chwilę zatrzymać i trochę pomyśleć nad sobą.