facebook

29 sierpnia 2010

Testament – The Legacy [1987]

Testament - The Legacy recenzja okładka review cover
Testament — wliczając działalność pod szyldem Legacy — wprawdzie nie zaczynał w jednym rzędzie z Metallicą i Slayer i debiutował po tym, jak te kapele swoje opusy miały już za sobą, ale klasy odmówić mu nie można. "The Legacy" nie dorównuje wyżej wymienionym ciężarem, szybkością czy stopniem agresji, ale nadrabia to ogromną melodyjnością i ciekawymi rozwiązaniami aranżacyjnymi. Mnie na tym krążku rozpieprzają przede wszystkim pomysły na kompletnie zajebiste i chwytliwe riffy oraz powalające solówki. Porządna jest również sekcja rytmiczna w osobach Grega Christiana i Louie’go Clemente. Szczególnie ten drugi pokazuje prawdziwą klasę. Klasą samą dla siebie jest natomiast Alex Skolnick – to, co na gitarze wyczynia ten facet imponuje i wprawia w zachwyt. Nieźle wypadają wokale Chucka – stara się śpiewać/wrzeszczeć melodyjnie i z pazurem, bez późniejszego okropnego zawodzenia w melodyjnych partiach.

26 sierpnia 2010

Wolf Spider – Drifting In The Sullen Sea [1991]

Wolf Spider - Drifting In The Sullen Sea recenzja okładka review cover
Trzeci album fenomenalnej polskiej kapeli tech thrashowej Wolf Spider to wydawnictwo, które bez najmniejszych wątpliwości można nazwać wybitnym w skali ogólnoświatowej. Niemcy mają Mekongów, Szwajcarzy – Coronera, Kanadyjczycy – Annihilator, a my, Polacy, mamy Wolf Spider. I ani na krok, na wyciągniętą rękę z tacą, ani na babciny wąs im nie ustępujemy. Szkoda tylko, zajebiście szkoda, że całe to dobro — podobnie jak wiele innych, wyprzedzających sobie współczesnych kapel — nie przetrwało próby czasu i Wolf Spider zakończył swoją działalność niedługo po wydaniu czwartego albumu zatytułowanego "Hue Of Evil" w tym samym zresztą, co "Drifting in the Sullen Sea" roku. Jedyne z czego pozostaje się cieszyć mimo rozpadu, to fakt, że muzyka jest tak kompleksowa, pełna rozmaitych smaczków i ukrytych wymiarów – tak fantastyczna, że jej słuchanie nie nudzi się nawet po setkach sesji.

23 sierpnia 2010

Deicide – Legion [1992]

Deicide - Legion recenzja okładka review cover
"Legion" już w momencie wydania stał się kultem, monumentem, czymś, co cholernie trudno będzie prześcignąć. Deicide przekroczyli tu kolejne bariery szybkości, brutalności i bezkompromisowego bluźnierstwa. To był szok! A że metalowców rajcują takie rzeczy, to sukces był murowany. A dziś, po kilkunastu latach od premiery, "Legion" nadal powoduje u niektórych opad dolnej (a czasem i górnej – kwestia wieku) szczęki. Trudno się temu dziwić, bowiem materiał jest stosunkowo złożony (pod tym względem zespół wpisał się w tendencje panujące na ówczesnej death’owej scenie i skutecznie komplikował sobie życie), inteligentnie zagrany, intensywny (także za sprawą brzmienia), nabuzowany, dziki, a do tego niemiłosiernie zblastowany. Dlaczego zblastowany? Bo właśnie szybkości odgrywają tu ogromną rolę.

20 sierpnia 2010

Death – Symbolic [1995]

Death - Symbolic recenzja okładka review cover
Jak każda szanująca się religia, tak i wyznawcy Schuldineryzmu mają swoje święte ewangelie. A zwą się one (jak nagrano): "Individual Thought Patterns", "Symbolic" oraz "The Sound of Perseverance". Co światlejsi wskazują wprawdzie na "Human", niemniej jednak ma on zwykle status albumu apokryficznego, bliższego co prawda owemu triumwiratowi niż wcześniejszym, ale wciąż zapominanego przez mniej oświeconych. Prawda jest jednak taka, że mamy tu do czynienia raczej z tetrawiratem. I niech to zapamiętane w końcu będzie! Nie ma to wszakże większego znaczenia, albowiem każdy z wymienionych jest dziełem Schuldinerowego geniuszu i każdy jest przepustką do wieczności w Death. Zbierzcie się więc tłumnie i wysłuchajcie z uwagą przekazu skierowanego do was przez samego Chucka, niech będzie po trzykroć zblastowany.

17 sierpnia 2010

Obituary – Cause Of Death [1990]

Obituary - Cause Of Death recenzja okładka review cover
W 1990 roku pewien uberzdolny gitarzysta wstąpił w szeregi pewnego zyskującego na popularności zespołu, by wraz z nim stworzyć powalającą muzykę. Tym gitarzystą był James Murphy, zespołem Obituary, a muzyką potężny, brutalny DEATH METAL! Cóż to za wspaniała płyta! Sprawdzian ze stylu obranego na debiucie zdali na piątkę, a jednocześnie pokusili się o odpowiednio interesujące nowości. No bo czym byłaby ta zatęchła sieka bez dodatku w postaci wirtuoza gitary? Drugim "Slowly..."? Cechy charakterystyczne dla Nekrologu pozostały te same: ciężko i rytmicznie. Tym razem także znacznie bardziej technicznie. I to nie tylko, jeśli chodzi o wiosła, ale również gęsto (choć nie jakoś wielce szybko) nabijającą perkusję. Ponadto wszystkie instrumenty zyskały dużo przestrzeni, dzięki czemu muzyka jest jeszcze przyjemniejsze w odbiorze. Ale bez obaw, pomimo pozornego 'ucywilizowania' i pewnej dawki melodii żadnego pitolenia tutaj nie ma!

14 sierpnia 2010

Mastodon – Blood Mountain [2006]

Mastodon - Blood Mountain recenzja okładka review cover
Nieumiejętność rozpoznania Mastodona dla szanującego się metala jest, mniej więcej, równie wstydliwa, co załapanie swędzenia na jakimś festiwalu gotyckim. Dany osobnik powinien — dla dobra ludzkości — poddać się sterylizacji (żeby swoich durnowatych genów nie dodawał do puli), po czym zgłosić się na ochotnika do akcji kopania wzdłużnego tunelu pod Wisłą, ewentualnie jako królik doświadczalny dla środków przeciwgrzybiczych. Po prostu nie można nie znać tej kapeli, zwyczajnie nie wypada, bo to zwykły brak obycia i kultury. Trzeci longplej Amerykańców dostarcza słuchaczowi porządną dawkę pokręconych, zawiłych jak polskie przepisy, poczynań, przy których połowa członków Mensy powysiadałaby z wyczerpania. Przy "Blood Mountain" nawet "Leviathan" wydaje się jeno dziecinną zabawką — niewinną i prostą — a przecież wszyscy wiemy, że takową nie jest.

11 sierpnia 2010

Slayer – South Of Heaven [1988]

Slayer - South Of Heaven recenzja okładka review cover
Po ogromnym sukcesie "Reign In Blood" Slayer spokojnie mógł stworzyć podobny krążek – kontynuacja na pewno by się spodobała, a i strumień kaski z tego tytułu byłby niczego sobie. Tak się jednak nie stało, bowiem Zabójcy nagrali płytę zupełnie inną – całościowo znacznie wolniejszą i mniej ekstremalną, czy nawet... spokojną. Do głosu doszły fascynacje klasycznym hard rockiem, co w kilku numerach dość wyraźnie — jak dla mnie to nawet za bardzo — rzuca się w uszy. Jak zapewne wiecie – tragedii nie ma, bo "South Of Heaven" to bardzo wartościowy punkt w dyskografii zespołu i jakby nie było – dość oryginalny. Potwierdza to otwierający płytę numer tytułowy – stosunkowo wolny i klimatyczny, ale nadal genialny. Następujący po nim 'Silent Scream' to już zdecydowanie większy wykop, ukazujący w pełni potęgę Dave’a Lombardo, jednocześnie najbardziej ze wszystkich nawiązuje do brutalnych wystrzałów z "Reign In Blood".

8 sierpnia 2010

Neglected Fields – Synthinity [1998]

Neglected Fields - Synthinity recenzja okładka review cover
Dobrze jest wiedzieć, że niemal na całym świecie są ludzie, dla których granie metalu to styl życia. Na całym świecie, czyli także na Łotwie oraz na przykład we Francji, dzięki czemu ten — jakże wspaniały — kraj może nieco spoważnieć i zmężnieć. Pozostaje nam więc trzymać kciuki za francuski metal i za świetlaną przyszłość francuskiego narodu. Do dna, Monsieurs et Madames! Dla nas, jako słuchaczy, ten fenomen metalu jest ważny dlatego, że daje nam możliwość czerpania z niemal bezdennej studni gatunków, stylów i układów choreograficznych. I nawet gdy nasze ulubione kapele ciutkę nam spowszednieją i się przejedzą z deczka, bogactwo metalowej fauny pozwala niemal natychmiast znaleźć jakieś nowe kapele, które będą dla nas nowym źródłem podniet.

5 sierpnia 2010

Annihilator – Alice In Hell [1989]

Annihilator - Alice In Hell recenzja okładka review cover
Annihilator debiutował dość późno, bo w momencie, gdy popularność takiej muzyki wyraźnie malała, a na salony po chamsku wpychał się death metal. Nie przeszkodziło to jednak Kanadyjczykom w stworzeniu materiału wybitnego. "Alice In Hell" powala mnie za każdym razem, zawiera bowiem wszystko, co doskonały thrash’owy album mieć powinien, a co każdy wymagający słuchacz uwielbia. Kawałki zawarte na tym krążku są bardzo dynamiczne, przeważnie szybkie, zróżnicowane, oryginalne, agresywne, pełne technicznych zagrywek, porąbanych solówek i niebanalnych melodii. Jakby tego było mało, dawka energii, jaką pompuje do organizmu te niespełna 40 minut, podniesie ciśnienie nawet stetryczałemu leniwcowi z anemią. Dowodów kompozytorskiego geniuszu Watersa (szybko wypracował sobie charakterystyczne brzmienie gitary, tu obsługuje także bas)

2 sierpnia 2010

Mekong Delta - The Music Of Erich Zann [1988]

Mekong Delta - The Music Of Erich Zann recenzja okładka review cover
Mekong Delta jest tym w historii thrashu, czym w historii literatury grozy było pojawienie się H.P. Lovecrafta – jakościowym przeskokiem tak ogromnym, że podobnego nigdy wcześniej nie zanotowano. Otóż bowiem pojawili się ludzie, którzy obrawszy sobie za podstawę thrash, tak go zmutowali, że nawet rodzona i kochająca matka by go nie poznała. Sam zaś album "The Music of Erich Zann" był dla Mekongów prawdziwym, choć drugim, początkiem. To, co wydobywa się z głośników to istna orgia – nieskrępowana, bezwstydna, niepohamowana żądza ucztowania – muzyczne bachanalia. I choć do absolutu z "Dances of Death" jeszcze trochę brakuje, a niedoskonałości wieku młodzieńczego są wciąż słyszalne, to nie ma najmniejszej wątpliwości, że oto ma się przed oczami prawdziwe cacuszko. Tak w dziejach świata nie grał nikt inny, a i dziś — po ponad dwudziestu latach od premiery — niewielu udało się zbliżyć do tego poziomu.