facebook

29 marca 2011

Blind Guardian – Somewhere Far Beyond [1992]

Blind Guardian - Somewhere Far Beyond recenzja okładka review cover
Przez wielu uważany za pierwszy porządny album Blindów, album, na którym w pełni rozwinął się ich niesamowity, unikalny styl znany z późniejszych dokonań. Blind Guardian w wersji 2.0. Gdzieś pomiędzy "Tales from the Twilight World" a "Somewhere Far Beyond" chłopaki zredukowali bieg i nieco odpuścili gaz. Zrobili też jednak coś, czym pokazali, że mają jaja i charakter – przesiedli się z motoru z przyczepką do samochodu. W biegu. To prawda – zwolnili trochę, ale w żadnym wypadku nie można tego uznać za wadę. Wręcz przeciwnie – odpuszczenie sobie wyszło chłopakom na dobre, bo granie na czas ma swoje granice, a granie na jakość kompozycji – nie. Na "Tales From The Twilight World" słychać jeszcze ów dziki pęd na dwóch kółkach (trzech, w sumie), wiatr we włosach i czuć komary na zębach. "Somewhere Far Beyond" to zupełnie nowa jakość, nic nie pozostawiono przypadkowi: bite 43 minuty artyzmu na najwyższym poziomie, a wszystko starannie dopasowane, zgrane i zagrane. I wciąż kopiące.

26 marca 2011

Trauma – Suffocated In Slumber [2000]

Trauma - Suffocated In Slumber recenzja okładka review cover
Trauma ma w swoim dorobku kilka wydawnictw, które wygrywają z "Suffocated In Slumber" szybkością, melodyjnością, technicznym zaawansowaniem, brutalnością czy poziomem produkcji, ale mimo to (a może właśnie dzięki temu?) jest to mój ulubiony materiał elbląskiej ekipy. "Suffocated In Slumber" nie jest jednak płytą środka, sporządzoną według zasady "dla każdego coś miłego", jak można by wywnioskować z powyższego. Ten album to po prostu doskonale zbalansowana synteza wszystkich wspomnianych składników – muzyka równie mocna, co przystępna i inteligentna, której absolutnie nie sposób zignorować. Nawet długość krążka jest optymalna – obija solidnie mordę, ale pozostawia dość sił, żeby jeszcze raz wcisnąć 'play' – i tak można w kółko. Death metal mocno zakotwiczony w thrash’u zawsze ma w sobie więcej chwytliwości niż typowa sieczka, a tutaj mamy tego doskonały przykład, bo przebojowość tych utworów przy ich niekwestionowanym pierdolnięciu rozwala – to same koncertowe killery.

23 marca 2011

Tenebris – Leavings Of Distortion Soul [2009]

Tenebris - Leavings Of Distortion Soul recenzja okładka review cover
"Leavings Of Distortion Soul" to klasyczny materiał po przejściach. Muzykę nagrano w trzyosobowym, niemal agonalnym składzie (z pomocą automatu perkusyjnego) jeszcze w 1999 roku, natomiast wokale powstały dekadę później – już po reaktywacji. Jest rzeczą oczywistą, że zapis tej pierwszej sesji znacznie odbiega od obecnych standardów (choć i wtedy odbiegał), a i zespół od tamtego czasu mocno się zmienił. Toteż jeśli komuś powyższe fakty umknęły i nastawiał się na kontynuację "Melting", to się może nielicho zdziwić, choć raczej nie rozczarować. Stąd pojawia się pytanie, czy odgrzewanie dawno przegniłego kotleta miało jakikolwiek sens? Ano tak, bo chodzi o wydawniczą białą plamę zespołu, który nigdy słabizną się nie splamił. I tu nie ma wyjątku, bo muzyka zawarta na płytce w ogóle się nie zestarzała. Słuchając "Leavings Of Distortion Soul" nie mogę oprzeć się wrażeniu, że gdyby wtedy Tenebris trafił do sprytnej i przede wszystkim kasiastej wytwórni, to dziś miałby status porównywalny z Mastodon.

20 marca 2011

Kat – Bastard [1992]

Kat - Bastard recenzja okładka review cover
Do tego albumu mam ogromny sentyment. Raz, że był to mój pierwszy KAT, dwa, że radykalnie zmienił moje poglądy na prawdziwą muzykę i skutecznie ukształtował gust. Są też inne powody, dla których ocena jest maksymalna, chociaż w moich oczach i tak zbyt niska – w końcu nie na samych wspomnieniach opiera się wartość tego dzieła. Gatunkowo "Bastard" jest bardzo trudny do zdefiniowania, bo choć trzon materiału stanowi progresywny i niezmiernie techniczny thrash, to nie brakuje też elementów z innych, często odległych stylistyk, dzięki czemu sporo tu kontrastów, niejednoznaczności i tajemnicy. To, co zespół stworzył jest sztuką sztuk! Począwszy od brzmienia, które jest niesamowicie klarowne, ostre, a przy tym cholernie ciężkie i 'suche', przez świetną produkcję (dużo przestrzeni, odpowiednia przejrzystość przy nawet największej gmatwaninie i wspaniale uwypuklone niuanse aranżacyjne),

17 marca 2011

Jon Oliva’s Pain – Festival [2010]

Jon Oliva’s Pain - Festival recenzja okładka review cover
Jeżeli miałbym wybrać tylko jeden album z 2010 roku, jeden jedyny, który mógłbym zachować, to kto wie, czy nie byłby to właśnie "Festival". Po krótkiej, zwieńczonej płytką "Global Warning" wycieczce w okolice bardziej nowoczesnego heavy metalu, Jon postanowił wrócić do klasycznych brzmień i typowo swoich klimatów. Zachował się jednak jak rasowy artysta i nagrał materiał, którym zasygnalizował światu, że takich heavy metalowców za wielu nie ma i że kto jak kto, ale to właśnie on potrafi pieprznąć z grubej (;]) rury, czyli mówiąc krótko – dolać oliwy do ognia. Bo "Festival", moi długowłosi przyjaciele, to nie tylko z nazwy, ale przede wszystkim 55 minut solidnej jak filary toruńskiej rozgłośni jazdy bez trzymanki – prawdziwej, savatage’owej heavy metalowej zawieruchy jakiej świat nie widział.

14 marca 2011

Empty Playground – Under Dead Skin [2010]

Empty Playground - Under Dead Skin recenzja okładka review cover
Dotychczas wydawało mi się, że na pustych placach zabaw czają się tylko wyposzczeni księża i inni ulubieńcy jaśnie oświeconego Terlikowskiego, ale nie. Tym razem trafiło się pięciu ujebanych krwią kolesi o podejrzanych fizjonomiach, którzy pocinają wariacje na temat nowoczesnego death metalu. Kiedyś już trochę o chłopakach czytałem – że grind-death, że elektronika, że horrory, gdzieś tam pojawiły się też nazwy Carcass i Slipknot... Czyli w zasadzie diabli wiedzą, czego się po takich delikwentach spodziewać. Tymczasem "Pod Martwym Skinem" (dobre na nazwę knajpy!) kręci się wokół średnio brutalnego death metalu w średnich tempach. Na to nakłada się (i miesza) masa dodatków elektronicznej proweniencji oraz mnogość sampli z rozmaitych horrorów (nawet uczciwie przyznali się, z jakich) – wszystko to popieprza, dudni, tłucze się, charczy i łomocze,

11 marca 2011

Canvas Solaris – Penumbra Diffuse [2006]

Canvas Solaris - Penumbra Diffuse recenzja okładka review cover
Jakim pytaniem można przyprawić filozofa o ból głowy (a, za przeproszeniem, filozofkę o ból łokcia)? "Czy ty?" Pytanie równie zawiłe można skierować do muzykologów – czy nie jest tak, że kapele grające instrumentalny prog to ubożsi kuzyni tych wyposażonych w gardłowego? W dalszej części tekstu postaram się udzielić odpowiedzi na to pytanie, zrobię to jednak tak, że ni cholery nie będzie można powiedzieć, jakiej odpowiedzi udzieliłem (trochę jak filozofowie). "Penumbra Diffuse" to drugi longplej amerykańskich instrumentalistów – tak w karierze, jak i opisywany na blogu. Po dwóch latach od debiutu muzyka trio uległa pewnym przeobrażeniom, choć powiedzieć, że jakoś specjalnie się rozwinęła to ciut za wiele. To, co wychwytywalne po pierwszych dziesięciu przesłuchaniach to spuszczenie z progowo-technicznego tonu, co oznacza mniej więcej tyle, że przestali chłopaki pokazywać kto ma jakiego i kto dalej nasika. O ile debiut naszpikowany był instrumentalnymi i kompozytorskimi cudeńkami i potworkami, o tyle "Penumbra..." nieco wyładniała i teraz przypomina już nie nrd-owską pływaczkę a lekkoatletkę.

8 marca 2011

Aborted – The Archaic Abattoir [2005]

Aborted - The Archaic Abattoir recenzja okładka review cover
Po znakomitym "Goremageddon" Aborted poszli w technikę i stali się bardziej melodyjni... Nie ma cudów – coś musiało na tym ucierpieć i w tym przypadku jest to poziom brutalności osiągnięty na "The Archaic Abattoir" – o elementach grindu można zapomnieć. Dupy na szczęście w tym względzie nie dali, choć lista gości udzielających się na płycie mogła sugerować różne rzeczy, w tym także tragedię. Nie zrozumcie mnie źle – Mnemic ujdzie w tłoku (o ile duży ten tłok i w bezpiecznej odległości), ale sama myśl o 'soilworkowych' zaśpiewach w Aborted powoduje u mnie dreszcze zgrozy (prawie jak blackmetalówki, hehe). Jednak muzycy obronili się i żadnych podobnych dziwactw (ani blackmetalówek!) tu nie władowali. Brzmienie nie jest tak mocno zbasowane, jak na poprzedniej produkcji, ale ciężaru odmówić mu nie sposób; stało się czystsze i bardziej wyraźne (zasługa Tue Madsena – mistrza kręcenia gałkami w Beneluxie), co ułatwia wychwytywanie rozmaitych smaczków.

5 marca 2011

Deicide – To Hell With God [2011]

Deicide - To Hell With God recenzja okładka review cover
Miło wiedzieć, że po przeszło dwudziestu latach sonicznego hejlowania Sejtena Deicide stać na trochę dystansu do siebie i taki jajcarski tytuł płyty. Na tym punkcie jednak żarty się kończą, bo zawartość "To Hell With God" stoi dość poważnie potraktowanym dopieprzaniem. Oooczywiście kwestie liryczne pozostały właściwie bez zmian. Ba! Powiedziałbym nawet, że Glen postarał się tym razem o jeszcze bardziej bezpośrednie i wulgarne (czytać: niewyszukane) teksty. Co by jednak o nich nie mówić, ta nie najwyższych lotów poetyka nawet nieźle wypada w połączeniu z nieco poprawionymi (wreszcie!), wyraźniejszymi (bardziej krzyczanymi-skandowanymi) wokalami, bo zapewnia ładunek nie do końca kontrolowanej wściekłości na poziomie "Scars Of The Crucifix". Zespół zaprezentował się na "To Hell With God" z zaskakująco — jak na staż, wiek i dokonania — świeżej strony; bez rewolucji i drastycznych zmian, jednak na tyle w ich przypadku odmiennej, że nijak nie można ich oskarżyć o wtórność czy zacofanie.

2 marca 2011

Nocturnus – Ethereal Tomb [2000]

Nocturnus - Ethereal Tomb recenzja okładka review cover
Pierwszy z wielu powrotów Nocturnus, a jedyny spuentowany albumem, okazał się dla mnie pewnym rozczarowaniem, bowiem po amerykańskich wizjonerach technicznego death metalu spodziewałem się czegoś niesamowitego, rewolucyjnego i ociekającego zajebistością, tym bardziej, że od genialnego "Thresholds" minął szmat czasu. Po tak długiej przerwie na lepsze powinno zmienić się wszystko — czemu sprzyjał także rozwój technologii — a tu coś w rodzaju zonka... Nie, żeby nagrali słaby krążek, bynajmniej!, to zresztą chyba fizycznie niemożliwe. "Ethereal Tomb" jest po prostu zdecydowanie inny niż klasyczne pozycje, a przez to nie każdego może przekonać do siebie w takim stopniu, jak pierwsze, wybitne dokonania. Album jest przede wszystkim znacznie wolniejszy, mniej brutalny i niezbyt ciężki, a momentami nawet stonowany, jednak jednoznacznie zalatuje Nocturnusem i w tej kwestii pomylić się nie można.