29 marca 2011

Blind Guardian – Somewhere Far Beyond [1992]

Blind Guardian - Somewhere Far Beyond recenzja okładka review coverPrzez wielu uważany za pierwszy porządny album Blindów, album, na którym w pełni rozwinął się ich niesamowity, unikalny styl znany z późniejszych dokonań. Blind Guardian w wersji 2.0. Gdzieś pomiędzy "Tales from the Twilight World" a "Somewhere Far Beyond" chłopaki zredukowali bieg i nieco odpuścili gaz. Zrobili też jednak coś, czym pokazali, że mają jaja i charakter – przesiedli się z motoru z przyczepką do samochodu. W biegu. To prawda – zwolnili trochę, ale w żadnym wypadku nie można tego uznać za wadę. Wręcz przeciwnie – odpuszczenie sobie wyszło chłopakom na dobre, bo granie na czas ma swoje granice, a granie na jakość kompozycji – nie. Na "Tales From The Twilight World" słychać jeszcze ów dziki pęd na dwóch kółkach (trzech, w sumie), wiatr we włosach i czuć komary na zębach. "Somewhere Far Beyond" to zupełnie nowa jakość, nic nie pozostawiono przypadkowi: bite 43 minuty artyzmu na najwyższym poziomie, a wszystko starannie dopasowane, zgrane i zagrane. I wciąż kopiące. Każdy, kto choć trochę orientuje się w twórczości Bardów, po jednym spojrzeniu na tracklistę, rozpozna po kolei każdy utwór. Tu nie ma kawałków mniej znanych albo gorszych, wszystkie są równie wyczesane i osłuchane. Wstęp do "Time What Is Time" pobrzmiewa echami "... and Justice for All" i "One", drugi na płycie "Journey Through the Dark", podobnie jak "The Quest for Tanelorn" oraz "Ashes to Ashes", to ukłon w stronę wcześniejszych albumów, przy czym "Quest" jest bardziej niż pozostałe melodyjny i epicki, zaś "Ashes" – thrashowy. Prawdziwą perełką, choć balladą, jest "Black Chamber". Kto potrafi lepiej zagospodarować minutę, niech pierwszy rzuci we mnie kamieniem ;]. "Theatre of Pain" utrzymuje wolniejsze tempo poprzedniego utworu, jego świetność można dostrzec jednak w melodiach i nieprzeciętnych wokalizach Hansiego. "The Bard's Song – In the Forest" – tego naprawdę nie zamierzam komentować, bo byłoby to bluźnierstwo. "The Bard's Song – The Hobbit" to mocniejsza wariacja na temat poprzedniego dzieła, okraszona ciekawymi melodiami i aranżacjami. "The Piper's Calling" trwa minutę i grany jest tylko na szkockich dudach (tak barany, dudach, kobza to instrument strunowy). Album kończy się selftajtlem, który — jak na takowy przystało — podsumowuje całość i zbiera w jednym miejscu najlepsze patenty i pomysły. Dorzuca też trochę marszowych rytmów zahaczających lekko o ścieżki filmowe (coś w klimatach "Nieśmiertelnego") i raz jeszcze raczy Szkocj(k)ą. Zakończenie bardzo wytrawne i z klasą.


ocena: 9,5/10
deaf
oficjalna strona: www.blind-guardian.com

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:


Udostępnij:

26 marca 2011

Trauma – Suffocated In Slumber [2000]

Trauma - Suffocated In Slumber recenzja okładka review coverTrauma ma w swoim dorobku kilka wydawnictw, które wygrywają z "Suffocated In Slumber" szybkością, melodyjnością, technicznym zaawansowaniem, brutalnością czy poziomem produkcji, ale mimo to (a może właśnie dzięki temu?) jest to mój ulubiony materiał elbląskiej ekipy. "Suffocated In Slumber" nie jest jednak płytą środka, sporządzoną według zasady "dla każdego coś miłego", jak można by wywnioskować z powyższego. Ten album to po prostu doskonale zbalansowana synteza wszystkich wspomnianych składników – muzyka równie mocna, co przystępna i inteligentna, której absolutnie nie sposób zignorować. Nawet długość krążka jest optymalna – obija solidnie mordę, ale pozostawia dość sił, żeby jeszcze raz wcisnąć 'play' – i tak można w kółko. Death metal mocno zakotwiczony w thrash’u zawsze ma w sobie więcej chwytliwości niż typowa sieczka, a tutaj mamy tego doskonały przykład, bo przebojowość tych utworów przy ich niekwestionowanym pierdolnięciu rozwala – to same koncertowe killery. Tylko tak można nazwać 'Words Of Hate', 'Swallow The Murder', 'A Gruesome Display', 'Tools Of Mutual Harm' czy odświeżony 'Dust (Kill Me)'. Ten 41-minutowy materiał jest wypakowany łatwo zapadającymi w pamięć riffami, cholernie urozmaiconymi basowymi wygibasami, znakomitymi solówkami (najlepsze są w utworze tytułowym), perkusyjną kanonadą (dominują rozważne średnie tempa) oraz czytelnymi wokalami Piotra Zienkiewicza (dokonał dużego postępu od "Daimonion", zwłaszcza jeśli chodzi o angielski), co sprawia, że wraca się do niego bardzo często. W dodatku płyta brzmi zdecydowanie lepiej (profesjonalnie) niż poprzednie wydawnictwa. To właśnie "Suffocated In Slumber" rozsławiła studio Hertz i zapewniła mu niekończące się tabuny klientów. Nie ma w tym nic niezwykłego (choć dobra produkcja niewiele by dała, gdyby grali jak paralitycy), bo bracia odwalili kawał naprawdę dobrej roboty, dzięki czemu dźwięk jest odpowiednio soczysty i super selektywny (doskonale słyszalny bas!). Muzycy Traumy stworzyli porywający materiał, który wraz z "Deathrace King" i "Reality Check" stanowi dla mnie szczyt podanego na świeżo death metalu w ostrym thrash’owym sosie. Wstyd nie mieć go w domu!


ocena: 9,5/10
demo
oficjalna strona: www.trauma.art.pl

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

23 marca 2011

Tenebris – Leavings Of Distortion Soul [2009]

Tenebris - Leavings Of Distortion Soul recenzja okładka review cover"Leavings Of Distortion Soul" to klasyczny materiał po przejściach. Muzykę nagrano w trzyosobowym, niemal agonalnym składzie (z pomocą automatu perkusyjnego) jeszcze w 1999 roku, natomiast wokale powstały dekadę później – już po reaktywacji. Jest rzeczą oczywistą, że zapis tej pierwszej sesji znacznie odbiega od obecnych standardów (choć i wtedy odbiegał), a i zespół od tamtego czasu mocno się zmienił. Toteż jeśli komuś powyższe fakty umknęły i nastawiał się na kontynuację "Melting", to się może nielicho zdziwić, choć raczej nie rozczarować. Stąd pojawia się pytanie, czy odgrzewanie dawno przegniłego kotleta miało jakikolwiek sens? Ano tak, bo chodzi o wydawniczą białą plamę zespołu, który nigdy słabizną się nie splamił. I tu nie ma wyjątku, bo muzyka zawarta na płytce w ogóle się nie zestarzała. Słuchając "Leavings Of Distortion Soul" nie mogę oprzeć się wrażeniu, że gdyby wtedy Tenebris trafił do sprytnej i przede wszystkim kasiastej wytwórni, to dziś miałby status porównywalny z Mastodon. I nie ma w tym żadnej przesady – obie kapele poszły drogą odważnych zmian – w kierunku bardzo przebojowego i dynamicznego progresywnego grania o olbrzymiej przyswajalności, w którym jest mnóstwo przestrzeni, swobody i specyficznej lekkości. Proces transformacji stylu odbył się naturalnie kosztem co ostrzejszych patentów oraz — co już bardziej zaskakujące — przy jednoczesnej rezygnacji z klawiszy. Mimo to, Tenebris nie stracił wiele z kosmicznego klimatu, nastąpiło po prostu przesunięcie akcentów na riffy. A propos kosmosu, kolesie na okładce to na bank Selenici, którzy zwykli kraść brudne skarpetki do celów naukowych. Wiadomo, że z żywym perkusistą muzyka miała by więcej polotu i zyskała na zakręceniu (nie wspominając szerzej o brzmieniu), ale mówi się trudno. Poza tym brakuje mi trochę tych niekonwencjonalnych wokali obecnych jeszcze na "Catafalque". Tu jednak nie można było oczekiwać od Szymona, że będzie chciał powtarzać to, co już zrobił lata temu. Trzydzieści siedem minut "Leavings Of Distortion Soul", przy takiej ilości pomysłów na kawałek, potrafi zarówno porwać, jak i zrelaksować, a rockowy feeling sprawia, że każdy powinien bez problemu przez nie kilka razy przebrnąć. Gdyby nie brzmienie i automat, ocena była by przynajmniej o punkt wyższa.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalna strona: www.tenebris.eu

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

20 marca 2011

Kat – Bastard [1992]

Kat - Bastard recenzja okładka review coverDo tego albumu mam ogromny sentyment. Raz, że był to mój pierwszy KAT, dwa, że radykalnie zmienił moje poglądy na prawdziwą muzykę i skutecznie ukształtował gust. Są też inne powody, dla których ocena jest maksymalna, chociaż w moich oczach i tak zbyt niska – w końcu nie na samych wspomnieniach opiera się wartość tego dzieła. Gatunkowo "Bastard" jest bardzo trudny do zdefiniowania, bo choć trzon materiału stanowi progresywny i niezmiernie techniczny thrash, to nie brakuje też elementów z innych, często odległych stylistyk, dzięki czemu sporo tu kontrastów, niejednoznaczności i tajemnicy. To, co zespół stworzył jest sztuką sztuk! Począwszy od brzmienia, które jest niesamowicie klarowne, ostre, a przy tym cholernie ciężkie i 'suche', przez świetną produkcję (dużo przestrzeni, odpowiednia przejrzystość przy nawet największej gmatwaninie i wspaniale uwypuklone niuanse aranżacyjne), po kapitalną, momentalnie przyciągającą wzrok okładkę. No i same utwory... Niepowtarzalne, zaskakujące, połamane, agresywne, odważne, melodyjne, klimatyczne, piękne i... dziwne. Od samego początku zabijają pomysły i doskonała technika muzyków – tyle się tu dzieje, że trudno się momentami połapać, a już niemożliwe jest dłuższe utrzymanie uwagi na jednym elemencie, bo zewsząd jesteśmy bombardowani innymi, równie ciekawymi. Numery mają zwykle więcej niż pięć minut, więc nic dziwnego, że są bardzo rozbudowane, z wieloma miejscami do popisu i okazjami do odlotu. Dobry przykład takiej popieprzonej jazdy znajdziemy w 'Piwnicznych Widziadłach', w których połowie zespół daje sobie siana z czytelną strukturą i rzuca się w wir solówkowo-klimatycznych zawijasów, by w końcu powrócić do wcześniejszych motywów. Podobne jazdy, ale już w brutalniejszej odmianie, występują też w następnym kawałku – 'W Sadzie Śmiertelnego Piękna'. Ubóstwiany przeze mnie od pierwszego przesłuchania 'Zawieszony Sznur' morduje nie tylko riffami (główny motyw zapada w pamięć na zawsze – po prostu arcydzieło!), ale i solidnie rozciągniętą, pokopaną solówką. Mamy też dwa wyjątki od pokręconego napieprzania: instrumentalną miniaturę 'N.D.C.' (cuś jakby jazzowa improwizacja z fantastycznymi melodiami – cudeńko!), oraz piękną epicką balladę 'Łza Dla Cieniów Minionych', która choć najprostsza w zestawie, również nie jest pozbawiona dobijającego, czy może przygnębiającego klimatu reszty płyty. Każdy z muzyków dał z siebie wszystko, żeby ten materiał starczył słuchaczom na lata – żeby mieli co odkrywać, i czym się radować. "Bastard" to najtrudniejszy w odbiorze i najbardziej techniczny krążek zespołu – większość materiału doskonale udowadnia, że ekipa KATa nie przejmowała się mniej rozgarniętymi odbiorcami i miała na celu przede wszystkim artystyczne spełnienie. Misja się powiodła, bo chociaż dwie następne płyty też są wspaniałe, to do instrumentalnego zaawansowania "Bastarda" sporo im brakuje. Poziom zakręcenia muzyki podbijają naszpikowane cytatami z Micińskiego teksty Romana i jego odważne partie wokalne, w których nie ma miejsca na sztywne reguły. Ta produkcja KATa budzi spore kontrowersje i ma równie wielu wrogów co zwolenników, ja widzę w "Bastardzie" ósmy Cud Świata (albo siódmy – zamiast tego betonowego kloca z Brazylii czy tam z Świebodzina) z jedną tylko, acz przykrą wadą – trwa zaledwie 50 minut, a to przy tak niebotycznym poziomie ciut za mało. Mimo to niczego lepszego, bardziej stymulującego w Polsce nie nagrano – i nie zanosi się, żeby coś się w tej kwestii miało zmienić. Ejmen!


ocena: 10/10
demo
oficjalna strona: >www.kat.com.pl

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

17 marca 2011

Jon Oliva’s Pain – Festival [2010]

Jon Oliva’s Pain - Festival recenzja okładka review coverJeżeli miałbym wybrać tylko jeden album z 2010 roku, jeden jedyny, który mógłbym zachować, to kto wie, czy nie byłby to właśnie "Festival". Po krótkiej, zwieńczonej płytką "Global Warning" wycieczce w okolice bardziej nowoczesnego heavy metalu, Jon postanowił wrócić do klasycznych brzmień i typowo swoich klimatów. Zachował się jednak jak rasowy artysta i nagrał materiał, którym zasygnalizował światu, że takich heavy metalowców za wielu nie ma i że kto jak kto, ale to właśnie on potrafi pieprznąć z grubej (;]) rury, czyli mówiąc krótko – dolać oliwy do ognia. Bo "Festival", moi długowłosi przyjaciele, to nie tylko z nazwy, ale przede wszystkim 55 minut solidnej jak filary toruńskiej rozgłośni jazdy bez trzymanki – prawdziwej, savatage’owej heavy metalowej zawieruchy jakiej świat nie widział. Aż się chce wskoczyć na jakiegoś motóra i pozapierdalać, gdzie oczy poniosą (chciałeś napisać, gdzie droga pozwoli – przyp. demo). W tej muzyce jest tyle pasji, tyle nieokiełznanej siły, tyle przebojowości, że starczyłoby dla kilku pomniejszych kapel pokroju Vader bądź Cradle of Filth. I to pomimo tego, że jest tu kilka ballad. Niezależnie jednak od tego, czy słuchamy ballady czy regularnego numeru, towarzyszy nam przekonanie graniczące z pewnością, że właśnie obcujemy z czymś wyjątkowym. Bowiem styl Jona to już niemal absolut – jakość sama w sobie – który jednak wciąż dojrzewa i nabiera rumieńców. W porównaniu z poprzednim albumem, zdecydowanie większy nacisk położył Jon (co musiało być karkołomnym wyczynem) na jakość partii gitarowych. Są one cudne, fantastyczne, a solówki ocierają się o Beckerowy geniusz. W pierwszej chwili myślałem, że to sam Jason je nagrał – takie są wyjebiste. Bardzo fajnie brzmią też wszystkie chórki i wielogłosowe zaśpiewy wprost przenoszące do najlepszych lat Savatage. Oddzielny akapit można poświęcić zaangażowaniu Jona – tak wokalnie, jak i przy klawiszach. Mówcie sobie, co chcecie, ale w moim prywatnym rankingu muzycznych megamózgów plasuje się on w pierwszej piątce. Klimat, który kreuje za pomocą głosu i pianina wciąga tak mocno, jest tak sugestywny, że co mniej wytrzymałych może doprowadzić do rozstroju serca (lub nawet rozwolnienia – oczywiście z zaangażowania). Instrumentalne intros, mnóstwo przejść, zwolnień, zmian klimatu, karnawałowe akcenty w tytułowym kawałku – wszędzie tam słychać wielkość (;]) Jona. W całej historii ciężkiego grania było tylko kilku muzyków, którzy potrafili komponować i wykonywać tak sugestywną muzykę. Żeby nie być gołosłownym, powołam się na tylko kilka numerów: otwierający album "Lies", "Death Rides A Black Horse", którego solówki nie powstydziłby się Becker, wspomniany już "Festival", fantastycznie zagraną i zaśpiewaną balladę "Looking For Nothing", "The Evil Within". Wymieniłbym i pozostałe, ale nie wypada. W sumie jedynie "I Fear You" nieco odstaje od reszty, ale to owa rysa na diamencie, która przekonuje o realności. Gdyby nie to, można by pomyśleć, że jest się po tamtej stronie muzycznej kurtyny, gdzie chłam niestraszny i komercja nie wkurwia.


ocena: 10/10
deaf
oficjalna strona: www.jonoliva.net

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

14 marca 2011

Empty Playground – Under Dead Skin [2010]

Empty Playground - Under Dead Skin recenzja okładka review coverDotychczas wydawało mi się, że na pustych placach zabaw czają się tylko wyposzczeni księża i inni ulubieńcy jaśnie oświeconego Terlikowskiego, ale nie. Tym razem trafiło się pięciu ujebanych krwią kolesi o podejrzanych fizjonomiach, którzy pocinają wariacje na temat nowoczesnego death metalu. Kiedyś już trochę o chłopakach czytałem – że grind-death, że elektronika, że horrory, gdzieś tam pojawiły się też nazwy Carcass i Slipknot... Czyli w zasadzie diabli wiedzą, czego się po takich delikwentach spodziewać. Tymczasem "Pod Martwym Skinem" (dobre na nazwę knajpy!) kręci się wokół średnio brutalnego death metalu w średnich tempach. Na to nakłada się (i miesza) masa dodatków elektronicznej proweniencji oraz mnogość sampli z rozmaitych horrorów (nawet uczciwie przyznali się, z jakich) – wszystko to popieprza, dudni, tłucze się, charczy i łomocze, niosąc ze sobą dużo industrialnego brudu. To oczywiście tak mniej więcej, bo Empty Playground starają się robić co popadnie, byle tylko ich muzyki łatwo nie zaszufladkować. Stąd też pojawiają się u nich wtrącenia z hard core’a czy nawet 'symfonicznego' black metalu. Grindu natomiast nie odnotowałem, co mnie trochę rozczarowuje, bo koniec końców chłopaki nie grają tak ostro, jak można by — choćby po wizerunku — oczekiwać. To jest do nadrobienia, bo wystarczy tylko mocniej zaakcentować pracę gitar, a także zintensyfikować i urozmaicić partie bębnów, by całość porządnie jebała po mordzie. Ponadto warto popracować nad wyrazistością poszczególnych kawałków i obecnością sampli, bo przy takiej ilości utworów (10 normalnych i 9 interludiów) i sporym nagromadzeniu pozamuzycznych dodatków pewne rzeczy się rozmywają, umykają, a płytka (52 i pół minuty) okazuje się w pewnym momencie przydługa. Najlepsze wrażenie na "Under Dead Skin" zrobiły na mnie ekspresyjne i pewnie wykonane wokale Swampthinga – cały czas brutalne, przepełnione gniewem, stosunkowo różnorodne, a przy tym zaskakująco czytelne i dobrze wstrzelone w muzykę. Chłop sam odwala robotę na poziomie duetu Walker-Steer za najlepszych lat, a to dla niżej podpisanego naprawdę duuuże słowa. Jeśli tylko koledzy instrumentaliści podgonią, to jest szansa, że dorobimy się zdrowo pierdolniętej kapeli. Nie kojarzę innych polskich zespołów poruszających się w podobnych rejonach (i mniejsza o to, że nawet nie próbowałem ich szukać), natomiast ze świata najbardziej nachalnie ciśnie mi się na usta nazwa Meathook Seed i myślę, że komu pasował tamten zespół (szczególnie "Embedded"), a przy okazji ceni sobie klimat obecny w muzyce Fear Factory czy nawet u 'eksperymentalnych' Napalmów, ten sporo dobrego — do tego w mocniejszej wersji — znajdzie dla siebie na debiucie Empty Playground. Mnie na obecnym etapie Poznaniacy nie przekonują w stu procentach, ale ze względu na perspektywiczność i fajną oprawę jestem skłonny nieco naciągnąć ocenę do pełnej siódemki.


ocena: 7/10
demo
oficjalna strona: www.emptyplayground.com

podobne płyty:

Udostępnij:

11 marca 2011

Canvas Solaris – Penumbra Diffuse [2006]

Canvas Solaris - Penumbra Diffuse recenzja okładka review coverJakim pytaniem można przyprawić filozofa o ból głowy (a, za przeproszeniem, filozofkę o ból łokcia)? "Czy ty?" Pytanie równie zawiłe można skierować do muzykologów – czy nie jest tak, że kapele grające instrumentalny prog to ubożsi kuzyni tych wyposażonych w gardłowego? W dalszej części tekstu postaram się udzielić odpowiedzi na to pytanie, zrobię to jednak tak, że ni cholery nie będzie można powiedzieć, jakiej odpowiedzi udzieliłem (trochę jak filozofowie). "Penumbra Diffuse" to drugi longplej amerykańskich instrumentalistów – tak w karierze, jak i opisywany na blogu. Po dwóch latach od debiutu muzyka trio uległa pewnym przeobrażeniom, choć powiedzieć, że jakoś specjalnie się rozwinęła to ciut za wiele. To, co wychwytywalne po pierwszych dziesięciu przesłuchaniach to spuszczenie z progowo-technicznego tonu, co oznacza mniej więcej tyle, że przestali chłopaki pokazywać kto ma jakiego i kto dalej nasika. O ile debiut naszpikowany był instrumentalnymi i kompozytorskimi cudeńkami i potworkami, o tyle "Penumbra..." nieco wyładniała i teraz przypomina już nie nrd-owską pływaczkę a lekkoatletkę. Nie znaczy to oczywiście, że teraz może się za to zabrać byle leszcz, znaczy to jednak tyle, że słucha się tego przyjemniej. A w przypadku takich kapel to spory krok do przodu – jeśli nie ku komercyjnym sukcesom, to przynajmniej jako takiej rozpoznawalności. Jest jeszcze jeden plus takiej metamorfozy – muzyka nabiera cech osobniczych, nie jest już zwykłym popisem i szpanerstwem, a zaczyna mieć w sobie pierwiastek oryginalności. Nawiązując jednak do pytania postawionego we wstępie należy powiedzieć, że najprawdopodobniej tak – kapele grające instrumentalny prog to ubożsi kuzyni tych uwokalnionych. Należy jednak postawić kilka zastrzeżeń. Po pierwsze – nie dotyczy to wszystkich kapel (ot, choćby Behold... the Arctopus), a po drugie – przesłuchawszy już trochę takich projektów można dojść do wniosku, że instrumentale to coś więcej niż tylko większe skomplikowanie: brak wokalisty wymusza porzucenie jakiegokolwiek znanego modelu budowy utworu, jednak porzucenie to nie jest porażką a uwolnieniem z więzów. Z jednej strony wygląda to tak, że instrumentale próbują za wszelką cenę zrekompensować brak wokalisty dzikimi aranżacjami (co doprowadzić może do przesadnego szarpidructwa), z drugiej jednak – potrafią stworzyć coś na kształt nowego podgatunku, stylu, w którym otwierają się nowe wymiary muzyki. Aha, Canvasom zdarza się rżnąć z Cyników.


ocena: 7/10
deaf
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/canvassolaris

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

8 marca 2011

Aborted – The Archaic Abattoir [2005]

Aborted - The Archaic Abattoir recenzja okładka review coverPo znakomitym "Goremageddon" Aborted poszli w technikę i stali się bardziej melodyjni... Nie ma cudów – coś musiało na tym ucierpieć i w tym przypadku jest to poziom brutalności osiągnięty na "The Archaic Abattoir" – o elementach grindu można zapomnieć. Dupy na szczęście w tym względzie nie dali, choć lista gości udzielających się na płycie mogła sugerować różne rzeczy, w tym także tragedię. Nie zrozumcie mnie źle – Mnemic ujdzie w tłoku (o ile duży ten tłok i w bezpiecznej odległości), ale sama myśl o 'soilworkowych' zaśpiewach w Aborted powoduje u mnie dreszcze zgrozy (prawie jak blackmetalówki, hehe). Jednak muzycy obronili się i żadnych podobnych dziwactw (ani blackmetalówek!) tu nie władowali. Brzmienie nie jest tak mocno zbasowane, jak na poprzedniej produkcji, ale ciężaru odmówić mu nie sposób; stało się czystsze i bardziej wyraźne (zasługa Tue Madsena – mistrza kręcenia gałkami w Beneluxie), co ułatwia wychwytywanie rozmaitych smaczków. Pomagają w tym także tempa, bo grania wolnego i na umiarkowanych obrotach mamy tu znacznie więcej, niż na "Goremageddon". Nie ma się czego obawiać, bo o blastach oczywiście Belgowie nie zapomnieli i nadal jest ich sporo, a właściwie to przeważają. Wspomniałem o melodiach – bardzo ułatwiają rozpoznawanie kolejnych numerów, uatrakcyjniają je, występują przy tym w dużej ilości i są naprawdę niezłe (szczególnie te zakręcone – a’la Immolation), jednakże nie wkurwiają swą nachalnością. Ciągoty w kierunku muzy wybitnie chwytliwej (i motorycznej!) najbardziej dają o sobie znać w 'Threading On Vermillion Deception' – gdyby nie wokale (tradycyjnie bulgoczący growl i wrzask) oraz blastująca napierducha, to można by wciskać kit, że to jakiś niepublikowany numer Hypocrisy z okresu "The Final Chapter". Jakby ktoś się uparł, to mógłby nawet być rozczarowanym, ale 'słuchalność' krążka i świetna oprawa graficzna skutecznie wynagradzają zaniki brutalności. Cholera, tak się składa, że mam słabość do takiego grania i jak dla mnie "The Archaic Abattoir" to płyta warta kilkudziesięciu zeta, zaś dla tych, którzy na ołtarzu trzymają "Heartwork" jest już obowiązkiem.


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.goremageddon.be

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:


Udostępnij:

5 marca 2011

Deicide – To Hell With God [2011]

Deicide - To Hell With God recenzja okładka review coverMiło wiedzieć, że po przeszło dwudziestu latach sonicznego hejlowania Sejtena Deicide stać na trochę dystansu do siebie i taki jajcarski tytuł płyty. Na tym punkcie jednak żarty się kończą, bo zawartość "To Hell With God" stoi dość poważnie potraktowanym dopieprzaniem. Oooczywiście kwestie liryczne pozostały właściwie bez zmian. Ba! Powiedziałbym nawet, że Glen postarał się tym razem o jeszcze bardziej bezpośrednie i wulgarne (czytać: niewyszukane) teksty. Co by jednak o nich nie mówić, ta nie najwyższych lotów poetyka nawet nieźle wypada w połączeniu z nieco poprawionymi (wreszcie!), wyraźniejszymi (bardziej krzyczanymi-skandowanymi) wokalami, bo zapewnia ładunek nie do końca kontrolowanej wściekłości na poziomie "Scars Of The Crucifix". Zespół zaprezentował się na "To Hell With God" z zaskakująco — jak na staż, wiek i dokonania — świeżej strony; bez rewolucji i drastycznych zmian, jednak na tyle w ich przypadku odmiennej, że nijak nie można ich oskarżyć o wtórność czy zacofanie. Steve dobrze zrobił, dając większą swobodę wioślarzom – zarówno Ralph jak i Jack dorzucili kilka swoich patentów, a to zaowocowało fajnym zróżnicowaniem. Jednocześnie wszelkich zmian w obrębie muzyki dokonano na tyle rozważnie, by nie stracić kontaktu z deicide’owską rzeczywistością. Różnicę robią choćby pojawiające się tu i ówdzie (np. w kawałku tytułowym, 'Save Your' czy 'Hang In Agony Until You’re Dead') motoryczne partie, które powinny świetnie spisywać się na koncertach. W ogóle, "To Hell With God" sprawia wrażenie zmajstrowanego z przeznaczeniem przede wszystkim do scenicznej prezentacji. Utwory są w większości krótkie, zbite, treściwe i dosadne, a przestoje w nich zawarte najwyraźniej obliczono na złapanie oddechu przed następnym młynkiem. Wszak nie od dziś wiadomo, że Deicide najlepiej wypada w szybkim i nienawistnym repertuarze. Krążek w odbiorze jest podobny do wywołanego już "Scars Of The Crucifix", co oznacza, że nie mamy do czynienia ze szczytem ich songwriterskich możliwości, ale zaprezentowany poziom w zupełności wystarcza, żeby z przyjemnością maltretować nim organy słuchu. Największym problemem "To Hell With God" jest dla mnie zrywające z klasycznymi florydzkimi (żeby było śmieszniej – nagrywano właśnie na Florydzie) kanonami brzmienie oraz zbyt nowocześnie potraktowana, a przez to rozmijająca się z charakterem muzyki produkcja. Odpowiada za to Mark Lewis, czyli koleś zajmujący się dotąd trędowymi wynalazkami pokroju The Black Dahlia Murder, Chimaira czy Trivium, a więc zupełnie niezwiązany z brutalnym graniem. Nie mam pojęcia, czym się Deicide kierowali przy jego wyborze (wytwórnia?...) i czemu nie zareagowali jako współproducenci (wytwórnia?...), bo się nie spisał. Rozumiem selektywność, ale gdy każdy instrument brzmi w oderwaniu od pozostałych — a tak tu bywa — to cusik jest nie tak. Gdyby nie ta dość istotna kwestia, album wypadłby jeszcze lepiej, a już na pewno naturalniej. Powinni to bez trudu nadrobić na koncertach.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/theofficialdeicidemyspacepage

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

2 marca 2011

Nocturnus – Ethereal Tomb [2000]

Nocturnus - Ethereal Tomb recenzja okładka review coverPierwszy z wielu powrotów Nocturnus, a jedyny spuentowany albumem, okazał się dla mnie pewnym rozczarowaniem, bowiem po amerykańskich wizjonerach technicznego death metalu spodziewałem się czegoś niesamowitego, rewolucyjnego i ociekającego zajebistością, tym bardziej, że od genialnego "Thresholds" minął szmat czasu. Po tak długiej przerwie na lepsze powinno zmienić się wszystko — czemu sprzyjał także rozwój technologii — a tu coś w rodzaju zonka... Nie, żeby nagrali słaby krążek, bynajmniej!, to zresztą chyba fizycznie niemożliwe. "Ethereal Tomb" jest po prostu zdecydowanie inny niż klasyczne pozycje, a przez to nie każdego może przekonać do siebie w takim stopniu, jak pierwsze, wybitne dokonania. Album jest przede wszystkim znacznie wolniejszy, mniej brutalny i niezbyt ciężki, a momentami nawet stonowany, jednak jednoznacznie zalatuje Nocturnusem i w tej kwestii pomylić się nie można. Podobno zespół postawił w tym przypadku na klimat, czym poszedł pod prąd nie tylko względem kierunku wyznaczonego na pierwszych płytach, ale również panującym wówczas w death metalu tendencjom do blastowania przez cały album – vide Hate Eternal czy Krisiun. Podobno... "Ethereal Tomb" bez wątpienia jest najbardziej nastrojowym dokonaniem Amerykanów, ale odpowiadające dotąd w największym stopniu za klimat klawisze zostały przesunięte w tło, więc robota Louisa Panzera została po części zmarnowana i w pełniejszy sposób można ją podziwiać praktycznie tylko w wieńczącym płytę instrumentalnym 'Outland'. Wobec powyższego, ciężar wyprowadzenia muzyki w kosmos (albo kosmosu w muzykę) spoczął na duecie gitarowym. Mike Davis i Sean McNenney spisują się oczywiście nienagannie – w ich grze nie brakuje świetnych zaskakujących patentów, wybornych melodii i znakomitych solówek, a wszystko to na poziomie, o którym zastępy gitarniaków mogą jedynie pomarzyć. Jednak o ile na poprzednich płytach mieliśmy do czynienia z masą technicznego wymiatania w zdecydowanie szybkich tempach, to "Ethereal Tomb" wprowadza tu pewne nowości. Że jest wolniej, to już wspomniałem. Większe zaskoczenie budzi natomiast fakt, że jest... prościej, bo i takie zagrywki, do tego w dużych ilościach, pojawiły się w większości kawałków. Ale bez obaw – to ma sens i sprawdza się w praniu. Nowym krzykaczem został nie taki znowu nowy dla Nocturnus Emo Mowery (pojawił się na epce jako basman), który z powierzonego zadania wywiązał się naprawdę nieźle. Bez szału, ale obciachu także nie odnotowano. Nawet czyste wokale — kolejna nowinka — są w większości do przyjęcia, ale dobrze, że z nimi nie przesadził. Największym problemem tej płyty jest — i tu powtarza się historia z początków kariery — niespecjalne brzmienie. Brakuje mu kopa, naprawdę ciężkich wioseł, grzmocącej sekcji i przede wszystkim głośniejszego masteringu. Na plus można odnotować właściwie tylko tyle, że dźwięk jest naturalny i nie razi studyjnymi sztuczkami. Podsumowując, Nocturnus na swym ostatnim (oby!) albumie z jednej strony trochę zaskoczył, z drugiej nieco rozczarował, a z jeszcze kolejnej dostarczył solidnej porcji bardzo przemyślanej, gładko płynącej i wchodzącej muzyki, która potrafi zaciekawić i najzwyczajniej w świecie się podoba. Niestety nie jest to krążek wybitny, a takiego właśnie należało po nich oczekiwać; cóż, osiem numerów – akurat na ósemkę.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/nocturnusofficial

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij: