„The Orb”, pomimo wielu niezaprzeczalnych zalet, okazał się materiałem nieco rozmytym i rozstrzelonym stylistycznie, stąd też trudno było prorokować, w jakim kierunku zespół pójdzie na kolejnej płycie – czy wróci do tego, co znane, sprawdzone i bezpieczne, czy może jednak da się ponieść fantazji i zaszaleje z eksperymentami. Bez względu na to, którą opcję kto obstawiał, po kontakcie z The Ember Gone spotkała go niespodzianka – ta płyta nie wpisuje się bowiem w żaden z tych scenariuszy. Francuzi nagrali album, który choć jeszcze osadzony w stylu Gorod, jest wyraźnie inny od wszystkiego, co dotychczas stworzyli: stonowany, wyważony i refleksyjny.
Ósmy krążek zespołu zawiera muzykę przede wszystkim progresywną, a dopiero gdzieś na dalszym miejscu techniczną czy… deathmetalową, a to w znaczący sposób wpływa na jej odbiór, zwłaszcza w kontekście tego, z czym Gorod był zawsze kojarzony. Tym razem Francuzi dużo większy nacisk położyli na emocje i nastrój niż na pirotechnikę i efektowne rozwiązania (no, może za wyjątkiem „Forgiveness”…). Wiadomo, że tak doświadczeni i utalentowani muzycy poniżej pewnego poziomu wirtuozerii już zejść nie potrafią i nawet te pozornie najprostsze partie w ich wykonaniu niosą ze sobą coś nieoczywistego, jednak częściej skłaniają one do zerknięcia w teksty aniżeli machania baniakiem. Innymi słowy: grają na uspokojenie, a nie podniesienie ciśnienia.
Na The Ember Gone inaczej niż zwykle rozłożono akcenty oraz zmieniono ogólne podejście do dramaturgii muzyki, w związku z czym większość utworów — w których nie raz i nie dwa pobrzmiewa późna Gojira czy nawet Mastodon z okresu „Crack The Skye” — służy temu, by stopniowo i raczej bez fajerwerków budować napięcie przed nadejściem punktu kulminacyjnego, którym jest krótki, jedyny na 43 minuty, wybuch blastów w wieńczącym płytę znakomitym „Remains”. Takie podejście do aranżacji niewątpliwie odstraszy/rozczaruje część fanów tej brutalniejszej strony Gorod, ja jednak nie mam z tym problemu (czym sam jestem zaskoczony) i The Ember Gone wchodzi mi naprawdę dobrze, choć skłamałbym, pisząc, że lepiej niż poprzednie krążki.
Podczas ostatniej trasy z ust Juliena niejednokrotnie padało zdanie, że są już starym zespołem i dlatego grają wolniej i łagodniej, ale traktowałem to jako kolejny z jego scenicznych żartów, bo materiał z The Ember Gone na żywo sprawdził się bez zarzutu. Niestety, z płyty nie angażuje aż tak mocno, co pewnie wynika z faktu, że w nowym obliczu Gorod jest ciut za mało nie-tak-znowu-starego Gorod. Wiecie, tego, który potrafił solidnie dołożyć do pieca i zakręcić tak, że nie wiadomo było, jaki mamy dzień tygodnia. Teraz do premiery następnego albumu będę się zastanawiał, czy zawartość The Ember Gone to rezultat podporządkowania muzyki tekstom, czy jednak faktycznie z zespołu żar uleciał…
ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/GorodOfficial
inne płyty tego wykonawcy:
Ha! A miałem napisać o innej płycie tych dwóch leśnych dziadków, ale najnowsze dzieło Norwegów wymaga natychmiastowej interwencji. Pre-Historic Metal to, o ile dobrze liczę, 22-ga pełnowymiarowa płyta, zatem co tu można jeszcze wycisnąć? Zobaczmy… a raczej posłuchajmy.
Słuchając
Dwie wydane w krótkim odstępie czasu znakomite płyty powinny w zupełności wystarczyć, żeby uczynić z Gorgasm światowego formatu gwiazdę brutalnego death metalu. No i cóż, zespół w jakimś tam stopniu zauważono, tu i ówdzie trochę się nawet o nim mówiło, jednak z całą pewnością nie doczekał się tak entuzjastycznych reakcji, na jakie zasługiwał. Innymi słowy: rozczarowanie. Później przyszły problemy z ustabilizowaniem składu i nierzetelnością wytwórni, co przełożyło się na ogólne zniechęcenie Amerykanów do grania i koniec końców doprowadziło do zawieszenia przez nich działalności. Nie na długo. Po niespełna dwóch latach wrócili. Odmienieni.
Nie ukrywam, że z wiekiem coraz trudniej przychodzi mi skupić na czymś uwagę, pewne rzeczy/zjawiska zwyczajnie mi umykają, a pamięć płata figle w najmniej odpowiednich momentach. Mimo wszystko chyyyba nie jest ze mną aż tak źle, żebym nie mógł wychwycić wydarzeń rangi epokowej. Ot, choćby takich, jak osiągnięcie przez Blood Incantation statusu Metallicy. Że co, że niby nic takiego nie nastąpiło? Jak w takim razie wytłumaczyć wydanie All Gates Open: In Search Of Absolute Elsewhere (Original Motion Picture Soundtrack)? Agresywną kampanią promocyjną? Fanaberią? Odklejką? Moja odpowiedź jest następująca: wszystkim po trochu.
Wydawać by się mogło, że po tak znakomitym debiucie, jakim był
Left To Die to trzeci, po Gruesome i Living Monstrosity, zmontowany na szybko projekt Matta Harvey’a, którego głównym i jakże, kurwa, altruistycznym założeniem było oddanie hołdu dziedzictwu wczesnego Death – a to wszystko tylko i wyłącznie z myślą o fanach, którzy nigdy nie mieli okazji posłuchać oryginalnych demówek w dobrej jakości (bo nikt nie miał takiej okazji, ha!) ani zobaczyć ich twórców na żywo. Ech… Intencje spiritus movens tego przedsięwzięcia od początku budziły moje wątpliwości, jednak ze względu na obecność w składzie Rozza i Butlera oraz widoczną radochę, jaką sprawia im granie tych kawałków, byłem skłonny do pewnego stopnia usprawiedliwić ten pomysł.
Patrick Mameli nic sobie nie zrobił z żenującej wtopy, jaką okazało się poskładane naprędce wydawnictwo
Wbrew temu, co tu i ówdzie próbowano nam, obywatelom, w mało wybredny sposób wciskać, debiutancki krążek Godslut niczym się na tle lokalnej sceny nie wyróżniał, a bajdurzenie o jego jakiejkolwiek wyjątkowości było naprawdę grubą przesadą. Na swoje szczęście zespół nie podchwycił tej narracji — czy może strategii marketingowej — i nie robił z siebie wizjonerów polskiego death metalu. I słusznie, bo kolejne potwierdzenie tego, że nimi nie są, dostaliśmy na The Art Of Deconstruction – owszem, słychać tu naturalny rozwój, ale na pewno nie zapędy rewolucyjne, choć w pewnych kwestiach chłopakom odwagi nie brakuje.
Czy zespół grający od ponad trzydziestu lat w bardzo hermetycznym stylu (to taki eufemizm na „ciągle to samo”) może jeszcze czymś zaskoczyć na którejśnastej z kolei płycie? Przy okazji 


