15 sierpnia 2019

Prion – Aberrant Calamity [2019]

Prion - Aberrant Calamity recenzja okładka review coverPoprzedni album Prion odkładałem na półkę w przekonaniu, że argentyńskie trio już raczej nic lepszego z siebie nie wykrzesze. Minęło kilka lat i co się okazało – na "Uncertain Process" panowie wcale nie powiedzieli ostatniego słowa. Nowa produkcja zespołu przewyższa poprzedni krążek pod każdym względem, więc oddaję honor.

Żebyśmy się dobrze zrozumieli – to nadal nie jest — i zapewne już nigdy nie będzie — pierwsza liga latynoskiego death metalu, zespół nie przeszedł nie wiadomo jakiej rewolucji, ale stał się po prostu ciekawszy. "Aberrant Calamity" robi na tyle dobre wrażenie, że naprawdę warto dać mu szansę. Muzycy Prion niczego nie pozostawili przypadkowi, więc od początku do końca mamy do czynienia z przemyślaną napierduchą w stylu, do którego zespół zdążył już przyzwyczaić.

W kwestii głównych inspiracji nic się specjalnie u Prion nie zmieniło, pojawiło się natomiast kilka pobocznych. Obok typowego grzańska "po brazylijsku" mamy tu bowiem trochę naleciałości brutal death oraz, i to jest ciekawe, czegoś a’la Six Feet Under. O ile ten pierwszy dodatek jest łatwy do wytłumaczenia, to drugi już niekoniecznie, a chodzi o dość proste, rytmiczne i bardzo koncertowe nawalanie, w którym rządzi groove, czego najlepszy tego przykład mamy w 'Irreversible Ways' – jeśli Argentyńczykom zabraknie sił na kolejne lata blastowania, to spokojnie odnajdą się właśnie w takim skocznym graniu.

Na wstępie chlapnąłem, że "Aberrant Calamity" jest lepszy od "Uncertain Process", teraz wypadałoby to jakoś uzasadnić. Oprócz wspomnianych wyżej urozmaiceń najbardziej w uszy rzuca się intensywność materiału. Prion napierają zdecydowanie szybciej i brutalniej niż w przeszłości, przy okazji może i również bardziej technicznie, ale to akurat szczegół. Duża w tym zasługa nowego perkusisty, który gra żwawiej, gęściej i z większą swobodą niż Marcelo Russo. Mam wrażenie, że dopiero z nim Prion będą w stanie zaprezentować swój pełny potencjał. Na tę chwilę zasłużyli na mocne, niczym nienaciągane 7.


ocena: 7/10
demo
oficjalna strona: www.priondeath.com.ar

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

7 sierpnia 2019

Beheaded – Only Death Can Save You [2019]

Beheaded - Only Death Can Save You recenzja okładka review coverJestem po kilkudziesięciu starciach z "Only Death Can Save You" i muszę przyznać, że nie zostałem przez tę płytę zmieciony. Może obiecywałem sobie po tym materiale zbyt wiele, a może maltańskie komando zaliczyło drobny spadek formy. Obawiam się, że w grę wchodzi ta druga opcja, bo w szybkiej konfrontacji z "Beast Incarnate" nowy krążek nie robi aż tak dobrego wrażenia. To nie tak, że Beheaded nagrali gniota, bo mamy tu całkiem solidny ochłap death metalu mięcha, ale zgubili coś ze swojej tożsamości i mini-oryginalności. Innymi słowy taki album mogły nagrać setki kapel z całego świata.

W dużym stopniu jest to wina bardzo typowego brzmienia na poziomie "średnia krajowa", przy czym chodzi o nasz kraj, nie o Maltę. Całość nagrywał u siebie Davide Billia, jednak ostatecznej obróbki dokonano w Hertzu, stąd też rezultat przypomina wiele naszych zespołów, które w Białymstoku zjawiały się bez sprecyzowanej wizji i z nie za dużym budżetem. Naturalnie jest w tym ciężar, jest dużo dołu, ale selektywność całości pozostawia dużo do życzenia, a cykające-trzeszczące talerze skutecznie irytują.

Ubytki tożsamości słychać niestety również w samej muzyce. Jasne, Beheaded nigdy nie byli wizjonerami, ale z czasem dorobili się paru charakterystycznych dla siebie patentów. Natomiast na "Only Death Can Save You" w kilku miejscach dość poważnie zapędzili się z obcymi wpływami. Rozrzucone po całym materiale naleciałości Nile (ze środkowego etapu) mogę jakoś przeboleć, jednak zalatujący wstępem do 'O Father O Satan O Sun!' 'Gallows Walk' nieco mnie już drażni. Stężenie zapożyczeń mamy w 'Embrace Your Messiah', który w większej części aż za mocno przypomina walce w wykonaniu Cannibal Corpse. Tak na dobrą sprawę o tym, że mamy do czynienia z Beheaded, przypomina jedynie rozpoznawalny wokal Franka Calleja i dosłownie kilka riffów w stylu znanym z dwóch poprzednich krążków. Trochę to mało jak na tak doświadczony zespół.

Nie zmienia to faktu, że liderzy maltańskiego death metalu postarali się o kilkadziesiąt minut zawodowo zagranego łomotu – szybkiego, gęstego i brutalnego jak należy. Wspomniane już wyżej "setki kapel z całego świata" mogłyby być dumne z takiej płyty, w przypadku Beheaded pozostaje jednak niedosyt.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/BeheadedMT

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

3 sierpnia 2019

Mass Infection – Shadows Became Flesh [2018]

Mass Infection - Shadows Became Flesh recenzja okładka review coverBędę szczery, nie miałem zbyt dużych wymagań co do następcy "For I Am Genocide". Jak dla mnie Grecy mogli ponownie nagrać ten sam materiał tylko ze zmienioną kolejnością utworów i innymi tytułami. Ogólna zajebicha, jaką Mass Infection osiągnęli na trzecim albumie, w mojej ocenie naprawdę nie wymagała zmian czy poprawek. Zespół już do końca swego żywota mógł grać w kółko to samo, a ja nie zgłaszałbym żadnych zastrzeżeń. Tymczasem już na wstępie "Shadows Became Flesh" dostałem w pysk dającym do myślenia elementem zaskoczenia. 'Ominous Prevision' rozpoczyna się bowiem jazdą całkowicie w stylu... Ulcerate. Czyżby Greków wzięło na aż tak daleko idące zmiany?

Ano nie. Po 40 sekundach Mass Infection odpalają typową dla siebie death metalową petardę, za którą pokochały ich tłumy. No, przynajmniej te kilkaset (obym się mylił i jednak chodziło o tysiące) osób, które skusiły się na poprzednie krążki. "Shadows Became Flesh" nikomu nie powinien dać powodów do narzekań, choć jego skróconą charakterystykę w porównaniu do poprzedniego albumu skróciłbym o jeden "wygar". Dobrze widzicie, mimo iż trudno w to uwierzyć, ale naprawdę nie napierdalają blastów pod każdy możliwy riff. Zespół uczynił krok w stronę większej różnorodności i oprócz wspomnianych wpływów Ulcerate (także w 'To The Lords Of Revulsion') dorzucił kilka fragmentów w średnich tempach. Przyczyn nieznacznego zwolnienia obrotów można by się doszukiwać w zmianie na stanowisku perkusisty, ale... Po pierwsze odbyło się to bez wpływu na ogólny poziom partii garów, zaś po drugie wystarczy zerknąć, gdzie jeszcze udziela(ł) się Giulio Galati. Po kilku sekundach riserczu nie mamy najmniejszych wątpliwości, że Mass Infection grają wolniej (niekiedy!), bo tak chcą, a nie dlatego, że szybciej nie mogą. Mogą – i korzystają z tego przez jakieś pół godziny.

Wszystkie drobne zmiany/nowości w obrębie wypracowanego stylu — które jak już zaznaczyłem, wcale nie były niezbędne — sprawiają, że "Shadows Became Flesh" jest produktem bardzo atrakcyjnym i równie szybko wpadającym w ucho co "For I Am Genocide". Mam tylko jedną uwagę – 'Spiritual Entropy' mimo swego potencjału nie rozwija się w pełnoprawny kawałek i żywot kończy jako interludium. Poza tym szczegółem Grecy po raz kolejny udowodnili, że mają talent do gwałtownego i wybitnie chwytliwego napierdalania, więc należy im życzyć więcej tak udanych krążków.


ocena: 8,5/10
demo
oficjalna strona: massinfection.net

inne płyty tego wykonawcy:


podobne płyty:

Udostępnij:

25 lipca 2019

Nocturnus AD – Paradox [2019]

Nocturnus AD - Paradox recenzja okładka review coverSpójrzmy prawdzie w oczy, the true Nocturnus, ten wizjonerski, oryginalny i w pełni zejebisty, skończył się na "Thresholds". Bez Browninga w składzie Amerykanie już nigdy nie nawiązali do poziomu pierwszych płyt i choć materiały wydane po 1992 roku nie były przecież złe, to brakowało im (nie tak) dawnego klimatu i pierdolnięcia. Co ciekawe, dla samego Mike’a koniec Nocturnus nastąpił jeszcze zanim oficjalnie wyrzucono go na zbity pysk, bo w chwilę po debiucie – gdy pozostali muzycy całkowicie przejęli kontrolę nad kapelą, załatwiając sobie m.in. wyłączne prawa do nazwy.

Kolejne kilka lat to dla Browninga tułaczka po rozmaitych mniej lub bardziej znanych załogach i powołanie do życia After Death, z którym dość długo próbował szczęścia, ale jak koniec końców nie odniósł wymiernego sukcesu. Liczne próby powrotu jako Nocturnus — a później Nocturnus AD — były torpedowane przez byłych kolegów (za granie pod tym szyldem groziło mu ekspresowe zaproszenie do sądu), więc wszystko wskazywało na to, że nowej płyty zespołu na N już się nie doczekamy.

A tu niespodzianka, trzymam w łapach digipak (grrr) "Paradox" After Death przerobionego na Nocturnus AD i nie mogę wyjść z podziwu, bo w 95% zawiera dokładnie to, czego wielbiciel wczesnej twórczości Nocturnus mógłby sobie życzyć: rozpoznawalne zadziorne wokale, rozbudowane partie klawiszy, dziko śmigające gitary, milion solówek na kawałek, znajomą kompozycję okładki... Warto zatem wysupłać trochę grosza, tym bardziej że następnego razu może nie być. Szósty zmysł podpowiada mi bowiem, że niedługo prawnicy dobiorą się Browningowi do dupy i cała zabawa w muzykowanie rychło się dla niego skończy.

Póki co cieszmy się, bo Amerykanie na "Paradox" nie pozostawiają miejsca na jakiejkolwiek domysły i od pierwszej minuty 'Seizing The Throne' naparzają kosmiczny death metal będący w prostej linii kontynuacją "The Key". No, nie do końca to tak wygląda... Zaryzykowałbym stwierdzenie, że krążek brzmi bardziej jak etap przejściowy między demówkami a debiutem, z całkowicie świadomym pominięciem tego, co się działo na "Thresholds". Może właśnie tak miał wyglądać pierwotnie "The Key"? To całkiem prawdopodobne, wszak mamy tu mnóstwo nawiązań w riffach, tekstach i strukturach utworów. Oczywiście całość charakteryzuje się znacznie potężniejszym dźwiękiem i jest wykonana z rozmachem właściwym dla doświadczonych muzyków, ale skojarzenia są jednoznaczne. Na pewne uwstecznienie względem debiutu wskazuje również dość wysoki poziom brutalności i brak jakoś szczególnie wybijających się melodii. Mamy tu zatem baaardzo klasyczny Nocturnus, tylko w surowszej, solidnie doprawionej blastami i mniej przebojowej wersji.

Wiadomo, jest w tym trochę grania na sentymentach, niemniej jednak tak podany death metal zawsze trafia w mój gust, a na "Paradox" upchnięto go aż 52 minuty. Tyle w zupełności wystarcza, żebym był kupiony. W obliczu 'The Antechamber', 'Apotheosis' (ten ultraprzezajebisty riff od 3:29!), 'Paleolithic' czy instrumentalnego 'Number 9' nie można kręcić nosem na intencje zespołu. Nocturnus AD stworzyli kawał świetnej muzyki i nawet ciągłe reminiscencje znanych od lat szlagierów nie są w stanie tego zmienić. Brakuje mi tylko jednego – duetu Davis-McNenney z ich szybkimi paluchami i doskonałym wyczuciem melodii. Belial Koblak i Demian Heftel, obecni gitarniacy, w każdym utworze dają popis swoich niemałych umiejętności, ale odnoszę wrażenie, że akurat finezja nie jest ich najmocniejszą stroną. Mimo wszystko to drobnostka, nad którą bez trudu potrafię przejść do porządku dziennego.


ocena: 8,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/NocturnusAD/

podobne płyty:

Udostępnij:

15 lipca 2019

Kat – Without Looking Back [2019]

Kat - Without Looking Back recenzja okładka review coverOd czego tu zacząć, żeby za szybko nie rzucać kurwami... Może tak. Jeśli wierzyć informacjom zawartym we wkładce "Without Looking Back", materiał został nagrany w 2016, a rok później dokonano mixów, masteringu i innych upiększeń. Z premierą natomiast zwlekano aż do tegorocznych wakacji... Tylko czy na pewno zwlekano? Nie żebym się tu bawił w dziennikarza śledczego rodem z Faktu, ale ta dwuletnia przerwa śmierdzi mi niemożnością znalezienia wydawcy. Jakiś się w końcu trafił – Pure Steel Records, czyli label specjalizujący się przede wszystkim w trzecioligowym heavy-power na rynek niemiecki. No i cóż, w porównaniu z 'kolegami' z wytwórni Kat wcale nie wygląda źle, jednakowoż na tle swoich klasycznych dokonań wypada zawstydzająco blado. Ba, z kolejnymi utworami okazuje się, że również poziom "Mind Cannibals" jest dla zespołu nie do przeskoczenia.

Nie wiem, czy ktokolwiek oczekiwał od Kata przeciętnego heavy metalu zaprawionego topornym hard rockiem, ale właśnie takiego potworka dostaliśmy na "Without Looking Back". Płyta jest szalenie nierówna, zadziwiająco nijaka, nierozsądnie rozciągnięta, a dzięki wokalom także męcząca. Pomimo dziesiątek przesłuchań nie udało mi się znaleźć na tym materiale jakiejkolwiek wyraźniej zarysowanej myśli przewodniej, haczyka czy czegoś, co w logiczny sposób spajałoby wszystkie kawałki i czyniło z nich monolit. Strasznie dużo tu niepotrzebnych powtórzeń, całkowicie chybionych pomysłów (zwłaszcza hammondy są potrzebne jak Gargamelowi jednorożec) i wciśniętych na siłę ozdobników.

Zespół dużo śpiewa o ogniu, jednak w muzyce wiele tego ognia nie znajdziecie. 'Black Night In My Chair' (niewypał na otwarcie), 'The Race For Life' (w sam raz na czołówkę "Barw szczęścia") czy 'Let There Be Fire' (parodia Deep Purple) to w ogóle proste i niemrawe przytupy, które ratują jedynie solówki Piotra Luczyka. Naprawdę dobrym numerem wydaje mi się tylko 'More', bo jako jedyny ma w sobie dość życia, żeby utrzymać uwagę od początku do końca, najmniej w nim aranżacyjnych bzdur, no i jest najlepiej zaśpiewany. W pozostałych utworach fragmenty sensownego grania można natomiast policzyć na palcach jednej ręki (choć tyle, że nie stolarza z 30-letnim doświadczeniem), więc okazji do podniety na "Without Looking Back" nie ma zbyt wiele. W tym gronie szczególnie ciekawym przypadkiem jest ballada 'The Promised Land', która po 4 minutach nudy (akustyków, smyczków i płaczliwego zawodzenia) przechodzi w największy konkret na płycie – rasowe riffy i solidne popierdalanie. Przez te niespełna 2 minuty Kat udowadnia, że gdy tylko chce, to jest w stanie zagrać tak, jak wszyscy oczekują - szybko, agresywnie i z jajami. A czemu nie chce tak grać – oto jest pytanie!

Teraz słów kilka o człowieku, który na "Without Looking Back" wydaje odgłosy paszczą. Nie mam zielonego pojęcia skąd się wziął i czym przekonał do siebie Piotra, ale co do tego, że do metalu się nie nadaje, nie mam najmniejszych wątpliwości. Jakub Weigel śpiewa na jakieś 40 sposobów (bywa, że każdy wers inaczej), ale koniec końców gówno z tego, skoro może ze 2-3 z nich nie wywołują odruchu wymiotnego. Trudno mi to nazwać wszechstronnością, raczej niezdecydowaniem albo kiepskim panowaniem nad głosem. Ponadto nie dość, że — tak ogólnie — dysponuje dość irytującą barwą, pozwala sobie na dużo niczym nieuzasadnionych ozdobników (w tym 'jeahowania'), które wymagają naturalnego luzu w głosie, bo inaczej wypadają sztucznie. U Jakuba wypadają bardzo sztucznie. Pozostaje jeszcze kwestia tekstów — Qbek nie miał na nie wielkiego wpływu, na swoje szczęście — co do których mam dwie hipotezy. Albo są wypakowane idiomami i super skomplikowanymi związkami frazeologicznymi i dlatego ich nie ogarniam, albo to pozbawione konkretnej treści pieprzenie o niczym w sam raz dla pierwszej lepszej domokulturowej kapelki. Hmmm...

Kat tym materiałem powinien pokazać światu, że wciąż ma sporo do powiedzenia i należy się z nim liczyć, tymczasem "Without Looking Back" można się czepiać w tylu punktach, że to aż przestaje być śmieszne. Zespół miał kilkanaście lat na przygotowanie urywającej dupę i przede wszystkim dopracowanej płyty, a oto co mamy: przeciętna muzyka z niewielkimi przebłyskami, niepasujący do niczego wokal, słabiutkie teksty i potraktowana po macoszemu oprawa (recycling na okładce, brak polskich znaków diakrytycznych w użytych fontach). Broni się jedynie klasowe brzmienie, choć nie dorównuje ciężarem temu z "Mind Cannibals". Nie chciałbym niczego sugerować (a co mi tam, chciałbym), ale to chyba dobry moment, żeby się poważnie zastanowić nad sensem dalszego grania pod tą nazwą.


ocena: 5/10
demo
oficjalna strona: kat-band.com

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij: