Słuchając „Coma”, podskórnie wyczuwałem, że muzykę Gaerea niedługo czekają istotne zmiany, być może nawet przesądzające o dalszych losach zespołu. Te przypuszczenia znalazły potwierdzenie już w pierwszych zapowiedziach Loss, w których było dużo mętnego rozprawiania o jakiejś „nowej drodze”, co nigdy nie zwiastuje niczego dobrego. A że to wszystko zbiegło się w czasie z awansem do Century Media… Kto chce, może połączyć sobie kropki; przypuszczalnie wyjdzie mu kutas, żeby nie powiedzieć – chuj. Chuj, który strzeli nieświadomego słuchacza w 90 sekund po odpaleniu płyty.
Oprócz rozwodzenia się o „nowej drodze”, w materiałach poprzedzających Loss sporo miejsca poświęcono tematowi „powrotu do korzeni”, co dawało trochę do myślenia, bo jedno z drugim trudno logicznie pospinać. Cały myk polega na tym, że wspomniane korzenie nie dotyczyły wcale black metalu, a młodzieńczych lat lidera Gaerea i jego ówczesnych fascynacji metal corem. Fascynacji, które postanowił z niewiadomych (tzn. nieprzemawiających do mnie) względów odświeżyć i wymieszać z tym, z czego jego zespół zasłynął. Dobrze widzicie, Loss to jedyny w swoim rodzaju (i oby ostatni!) mariaż ekstremalnego black metalu, metalcore’owych hopsasańców, nu-metalowego zawodzenia i post-metalowego pitolonka, który teoretycznie ma jeszcze większy potencjał komercyjny niż „Coma”, ale w praktyce może skutecznie odstraszyć fanów każdego z tych gatunków.
Nie wykluczam tego, że zaprezentowana na Loss mieszanka jest zrobiona dobrze — bo na pewno jest podana bardzo profesjonalnie — i charakteryzuje się pewną oryginalnością, jednak w tej formie zupełnie do mnie nie przemawia i nie widzę dla niej uzasadnienia. Za dużo tu elementów z różnych stylistyk, które nijak do siebie nie pasują, nie pozwalają się skupić i tylko utrudniają odbiór płyty. O ile wpływy metal core w muzyce Gaerea co do zasady nie są złe (tzn. nie wszystkie, głównie te dotyczące rytmiki – jak „Luminary” czy „Hellbound”), bo w ciekawy sposób ją urozmaicają, to w wokalach (te ugrzecznione wrzaski…) każdorazowo doprowadzają do szału. Jeszcze gorzej robi się, gdy Gaerea zaczynają smęcić, mędzić i stękać na nu-/post-metalową modłę – te partie dla mnie są już kompletnie niezjadliwe.
Najgorsze jest jednak to, że muzycy Gaerea wcale nie zapomnieli o intensywnym graniu — szybkim, agresywnym i wbrew pozorom bogato zaaranżowanym — w którym są naprawdę świetni i którym potrafią zaimponować, ale w skali całego albumu sięgają po nie zdecydowanie zbyt rzadko – do tego stopnia, że ani jeden (!) spośród dziewięciu utworów na Loss nie jest na nim oparty, każdy ma jakieś zmiękczające/zniechęcające mankamenty. Lepiej nie podliczać, jaki procent materiału stanowi czysta sieczka, bo wynik mógłby załamać. Żeby posłuchać czegoś fajnego, trzeba się wykazać cierpliwością i wysoką odpornością na rozmemłane dźwięki; tylko wtedy można docenić fragmenty (fragmenty!) „Hellbound”, „Uncontrolled”, „Submerged”, „Luminary” czy „Phoenix”.
Jeśli rynek pozytywnie zweryfikuje Loss — czego się nie spodziewam, ale mogę się zdziwić i pewnie się zdziwię — i tym samym utwierdzi zespół w słuszności tej „nowej drogi”, będzie to dla mnie sygnał, żeby bez żalu odpuścić sobie kontakt z kolejnymi płytami Gaerea. W tej chwili lubię ich już tylko siłą rozpędu.
ocena: 5/10
demo
oficjalna strona: www.gaerea.com
inne płyty tego wykonawcy:
Dwie wydane w krótkim odstępie czasu znakomite płyty powinny w zupełności wystarczyć, żeby uczynić z Gorgasm światowego formatu gwiazdę brutalnego death metalu. No i cóż, zespół w jakimś tam stopniu zauważono, tu i ówdzie trochę się nawet o nim mówiło, jednak z całą pewnością nie doczekał się tak entuzjastycznych reakcji, na jakie zasługiwał. Innymi słowy: rozczarowanie. Później przyszły problemy z ustabilizowaniem składu i nierzetelnością wytwórni, co przełożyło się na ogólne zniechęcenie Amerykanów do grania i koniec końców doprowadziło do zawieszenia przez nich działalności. Nie na długo. Po niespełna dwóch latach wrócili. Odmienieni.
Nie ukrywam, że z wiekiem coraz trudniej przychodzi mi skupić na czymś uwagę, pewne rzeczy/zjawiska zwyczajnie mi umykają, a pamięć płata figle w najmniej odpowiednich momentach. Mimo wszystko chyyyba nie jest ze mną aż tak źle, żebym nie mógł wychwycić wydarzeń rangi epokowej. Ot, choćby takich, jak osiągnięcie przez Blood Incantation statusu Metallicy. Że co, że niby nic takiego nie nastąpiło? Jak w takim razie wytłumaczyć wydanie All Gates Open: In Search Of Absolute Elsewhere (Original Motion Picture Soundtrack)? Agresywną kampanią promocyjną? Fanaberią? Odklejką? Moja odpowiedź jest następująca: wszystkim po trochu.
Wydawać by się mogło, że po tak znakomitym debiucie, jakim był
Left To Die to trzeci, po Gruesome i Living Monstrosity, zmontowany na szybko projekt Matta Harvey’a, którego głównym i jakże, kurwa, altruistycznym założeniem było oddanie hołdu dziedzictwu wczesnego Death – a to wszystko tylko i wyłącznie z myślą o fanach, którzy nigdy nie mieli okazji posłuchać oryginalnych demówek w dobrej jakości (bo nikt nie miał takiej okazji, ha!) ani zobaczyć ich twórców na żywo. Ech… Intencje spiritus movens tego przedsięwzięcia od początku budziły moje wątpliwości, jednak ze względu na obecność w składzie Rozza i Butlera oraz widoczną radochę, jaką sprawia im granie tych kawałków, byłem skłonny do pewnego stopnia usprawiedliwić ten pomysł.
Patrick Mameli nic sobie nie zrobił z żenującej wtopy, jaką okazało się poskładane naprędce wydawnictwo
Wbrew temu, co tu i ówdzie próbowano nam, obywatelom, w mało wybredny sposób wciskać, debiutancki krążek Godslut niczym się na tle lokalnej sceny nie wyróżniał, a bajdurzenie o jego jakiejkolwiek wyjątkowości było naprawdę grubą przesadą. Na swoje szczęście zespół nie podchwycił tej narracji — czy może strategii marketingowej — i nie robił z siebie wizjonerów polskiego death metalu. I słusznie, bo kolejne potwierdzenie tego, że nimi nie są, dostaliśmy na The Art Of Deconstruction – owszem, słychać tu naturalny rozwój, ale na pewno nie zapędy rewolucyjne, choć w pewnych kwestiach chłopakom odwagi nie brakuje.
Czy zespół grający od ponad trzydziestu lat w bardzo hermetycznym stylu (to taki eufemizm na „ciągle to samo”) może jeszcze czymś zaskoczyć na którejśnastej z kolei płycie? Przy okazji
Powrót Anasarca przeszedł niemalże bez echa, więc naprawdę dobry materiał, jakim był
Czekałem, wypatrywałem, upewniałem się, czy aby na pewno Hysteria jeszcze istnieje, czekałem, wypatrywałem… I tak przez kilka ostatnich lat. W końcu z deka leniwi Francuzi wzięli się za siebie i uraczyli fanów krążkiem numer 


