9 października 2026

Gorgasm – Orgy Of Murder [2011]

Gorgasm - Orgy Of Murder recenzja reviewDwie wydane w krótkim odstępie czasu znakomite płyty powinny w zupełności wystarczyć, żeby uczynić z Gorgasm światowego formatu gwiazdę brutalnego death metalu. No i cóż, zespół w jakimś tam stopniu zauważono, tu i ówdzie trochę się nawet o nim mówiło, jednak z całą pewnością nie doczekał się tak entuzjastycznych reakcji, na jakie zasługiwał. Innymi słowy: rozczarowanie. Później przyszły problemy z ustabilizowaniem składu i nierzetelnością wytwórni, co przełożyło się na ogólne zniechęcenie Amerykanów do grania i koniec końców doprowadziło do zawieszenia przez nich działalności. Nie na długo. Po niespełna dwóch latach wrócili. Odmienieni.

Przez pierwszą dekadę działalności Gorgasm dorobił się może nie bardzo oryginalnego, ale na pewno w mig rozpoznawalnego stylu, a tymczasem to, co słychać na Orgy Of Murder, sprawia wrażenie nie do końca określonego czy przemyślanego – jakby Amerykanie dopiero próbowali tu znaleźć jakiś pomysł na siebie albo pracowali w dużym pośpiechu. Z trudnych do wytłumaczenia względów między drugim a trzecim krążkiem zespół stracił coś ze swojej tożsamości i wyrazistości. Sam materiał jest wolniejszy, prostszy, mniej brutalny i chwytliwy od dwóch poprzednich, a przy okazji brzmi odczuwalnie słabiej – surowo i undergroundowo, choć niezaprzeczalnie selektywnie.

Mnie najbardziej na Orgy Of Murder boli ograniczenie tych wszystkich technicznych zagrywek, do których od zawsze wzdychałem u Gorgasm – pokręconych riffów, melodyjnych solówek czy nietypowo poprowadzonych partii basu. To nie tak, że nagle te elementy zniknęły z twórczości zespołu, ale występują w zdecydowanie mniejszym natężeniu i w większości nie są tak efektowne, jak jeszcze kilka lat wcześniej. Co gorsza, przestrzenie między nimi zostały „uzupełnione” dość typową brutal-death’ową sieczką/mielonką, którą można przypisać wieeelu innym grupom albo nawiązaniami do klasyków (jak do Deicide w „Silence Follows Dismemberment”). Tak na dobrą sprawę trzeba dwóch kawałków z Orgy Of Murder, żeby wydobyć z nich tyle esencji Gorgasm, ile zawierał jeden numer z „Bleeding Profusely” czy „Masticate To Dominate”…

Narzekam na Orgy Of Murder, jakby Amerykanie nagrali co najmniej niesłuchalnego gniota, a tak bynajmniej nie jest. Ten krótki (29 minut) album oferuje kilka naprawdę udanych i kopiących po dupie utworów, spośród których najokazalej wypada rozbudowany „Exhibit Of Repugnance”. Gdyby cały krążek trzymał taki poziom, o jękach niezadowolenia nie byłoby mowy.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/AnalSkewer

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

4 października 2026

Blood Incantation – All Gates Open: In Search Of Absolute Elsewhere (Original Motion Picture Soundtrack) [2026]

Blood Incantation - All Gates Open: In Search Of Absolute Elsewhere (Original Motion Picture Soundtrack) recenzja reviewNie ukrywam, że z wiekiem coraz trudniej przychodzi mi skupić na czymś uwagę, pewne rzeczy/zjawiska zwyczajnie mi umykają, a pamięć płata figle w najmniej odpowiednich momentach. Mimo wszystko chyyyba nie jest ze mną aż tak źle, żebym nie mógł wychwycić wydarzeń rangi epokowej. Ot, choćby takich, jak osiągnięcie przez Blood Incantation statusu Metallicy. Że co, że niby nic takiego nie nastąpiło? Jak w takim razie wytłumaczyć wydanie All Gates Open: In Search Of Absolute Elsewhere (Original Motion Picture Soundtrack)? Agresywną kampanią promocyjną? Fanaberią? Odklejką? Moja odpowiedź jest następująca: wszystkim po trochu.

Na początek trochę suchych faktów, by w ogóle dookreślić, czym jest to przedziwne wydawnictwo, bo na pierwszy (i drugi, i kolejne…) rzut oka trudno stwierdzić, co tu jest ważniejsze — cedek czy blurej — i co robi za dodatek do czego. All Gates Open: In Search Of Absolute Elsewhere (Original Motion Picture Soundtrack) składa się z dwóch płyt — opcję didżital pominę pełnym pogardy milczeniem — które były uzupełnieniem wypasionej, „artbookowej” wersji „Absolute Elsewhere” – czymś, co miało skłonić największych fanów Blood Incantation do wywalenia za album kilku stówek więcej. Pierwszy krążek, audio, to godzina ambientowych odgłosów, które mają służyć za „muzyczny” podkład przy oglądaniu zawartości drugiego – z filmem dokumentalnym o okolicznościach powstawania „Absolute Elsewhere”. Jako bonus do tego wydanego osobno bonusa dorzucono klipy do „Obliquity Of The Ecliptic”, „Luminescent Bridge” i „The Stargate” oraz peany pochwalne pod adresem zespołu we wkładce.

W multiwersum Blood Incantation czas płynie inaczej i naprawdę niewiele rzeczy trzyma się kupy, więc nikogo nie powinno dziwić, że danie główne tego wydawnictwa, bezwartościowe ambienty [koniec recenzji płyty audio], zostały „skomponowane” i nagrane jeszcze przed wydaniem „Timewave Zero”, gdy sesji „Absolute Elsewhere”, do której mają być tłem, nie było nawet w planach. Film dokumentalny — bo przecież nie jakiś tam przyziemny raport ze studia, oj nie! — został podzielony na pięć części (przygotowania, studio, nagrania, inspiracje, współpraca), w których przybliżono cały proces powstawania i koncept stojący za „Absolute Elsewhere”, co trochę pomaga zrozumieć, czym kierowali się muzycy i czemu ta płyta brzmi tak a nie inaczej, jednak na pewno nie wpływa na jej postrzeganie.

Jak dla mnie za dużo w tym dokumencie pierdolenia o Chopinie (albo Szopenie – niech w Rzeszowie też wiedzą, o kim mowa), zachwytów nad sobą i rozpaczliwego dorabiania ideologii do nietrafionych pomysłów, a za mało rozmów o sprzęcie (tym do grania, nie do wydawania odgłosów) i stronie technicznej przedsięwzięcia. Ponadto wyraźnie widać, że Blood Incantation nie potrafią pogodzić się z chłodnym odbiorem „Timewave Zero”, więc próbują bronić czegoś, czego obronić się nie da, brnąc w coraz to większe hipisowskie brednie. Trawa w połączeniu z przesyconym artyzmem powietrzem Kreuzberga i wegańskim żarciem musi nieźle ryć beret… Komische Musik… taaa, kurwa, jasne… Teledyski jak teledyski, ot miło, że są w jednym miejscu.

Blood Incantation w krótkim czasie stali się jedną z większych sensacji na deathmetalowej scenie, jednak przy obecnym podejściu do fanów i ich portfeli czeka ich szybki i bolesny upadek. All Gates Open: In Search Of Absolute Elsewhere (Original Motion Picture Soundtrack) rzucono luzem na rynek tylko po to, żeby do reszty zmonetaryzować wydany dwa lata temu materiał. Mydlenie ludziom oczu gadką o wszechstronności i wolności artystycznej jest zwykłą kpiną.


ocena: 2,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: facebook.com/BloodIncantationOfficial

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

27 września 2026

First Fragment – Gloire Éternelle [2021]

First Fragment - Gloire Éternelle recenzja reviewWydawać by się mogło, że po tak znakomitym debiucie, jakim był „Dasein”, kariera First Fragment wreszcie wskoczy na właściwe tory, zespół będzie mógł już rozwijać swój potencjał w normalnych warunkach i nadrobi stracony czas. Niestety, nic z tego nie wyszło i po początkowych zachwytach o Kanadyjczykach zrobiło się podejrzanie cicho. Kapela wróciła praktycznie do punktu wyjścia: ciągłych przetasowań w składzie, okazjonalnych koncertów i żmudnego dłubania przy muzyce. W końcu, po pięciu latach zmagań z niesprzyjającymi realiami First Fragment oddali w ręce fanów krążek numer dwa. Krążek dłuższy, bardziej rozbudowany, urozmaicony i efektowny od „Dasein”.

Z oczywistych względów Gloire Éternelle nie robi już tak wielkiego pierwszego wrażenia jak debiut, ale po wgryzieniu się w ten materiał nikt nie powinien mieć wątpliwości, że Kanadyjczycy sporo kwestii tu rozwinęli i udoskonalili – po prostu weszli na następny poziom. Poprzeczka była zawieszona bardzo wysoko, a mimo to First Fragment udało się ją przeskoczyć, wprowadzając do muzyki garść nowych wpływów (choćby flamenco i funky…) i rozwiązań, które, poparte błyskotliwą techniką, uczyniły ją jeszcze ciekawszą, zróżnicowaną i absorbującą. Już sam fakt, że zespół upchnął na Gloire Éternelle około stu (tak, 100!) solówek, daje jakieś pojęcie o skali rozmachu i stopniu złożoności tego krążka.

Jako że tak bogata i skomplikowana muzyka nie może powstać w ciągu miesiąca czy dwóch, to — podobnie jak w przypadku „Dasein” — Phil Tougas wraz z kolegami potrzebowali ładnych kilku lat, żeby poskładać te wszystkie łamańce do kupy (partie niektórych utworów sięgają 2006), dopracować je do maksimum (uwzględniając możliwości nowego składu) i podać z kapitalnym feelingiem, dzięki któremu (no, i melodiom!) całość wchodzi nadspodziewanie lekko. Pomimo mocno rozciągniętego w czasie procesu twórczego album brzmi świeżo, spójnie, naturalnie i atrakcyjnie. Gloire Éternelle słucha się z niesłabnącym zainteresowaniem nawet wtedy, gdy mózg już nie nadąża za zespołem i przegrzewa się od nadmiaru coraz to bardziej szalonych pomysłów, jakie pojawiają się m.in. w „De Chair et de Haine”, „Soif Brulante” czy „Pantheum”.

Nie da się ukryć, że First Fragment postawili na ilość, ale na pewno nie kosztem jakości, bo ta na Gloire Éternelle jest niebotyczna i budzi podziw od pierwszego do ostatniego kawałka. Nie przeczę jednak, że u niektórych objętość płyty (72 minuty), jej stylistyczna rozpiętość i obfitość wszelakich atrakcji może prowadzić do zaburzeń błędnika i przebodźcowania. Szczególnie o to łatwo w przypadku 19-minutowego „In'el”, w którym po paru chwilach trudno się połapać, co jest motywem przewodnim i wokół czego ta zaawansowana trzepanka się kręci, ale i stosunkowo krótki (4 i pół minuty) „Pantheum” też robi solidne zamieszanie pod kopułą, gdy zespół rusza z sekcją 16 solówek. Jeśli więc na Gloire Éternelle miałbym się do czegoś przyczepić — choć raczej w imieniu niewkręconej w takie granie społeczności niż swoim — to tylko do czytelności przepełnionych popisami utworów.

Bez względu na to, jak pokręcone i wymagające dźwięki wychodzą spod palców muzyków First Fragment, doskonale słychać, że sami dobrze się przy tym bawią i nie w głowach im jakiekolwiek ograniczenia. To podejście w jakiś sposób przekłada się na przystępność materiału, który w innym wypadku mógłby być męczący i zwyczajnie niestrawny. Jednym słowem: klasa! Teraz pozostaje nam zadać sobie jedno zajebiście, ale to zajebiście ważne pytanie: jak długo będziemy musieli czekać na kolejną płytę?


ocena: 9/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/FirstFragment/

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

17 września 2026

Left To Die – Initium Mortis [2026]

Left To Die - Initium Mortis recenzja reviewLeft To Die to trzeci, po Gruesome i Living Monstrosity, zmontowany na szybko projekt Matta Harvey’a, którego głównym i jakże, kurwa, altruistycznym założeniem było oddanie hołdu dziedzictwu wczesnego Death – a to wszystko tylko i wyłącznie z myślą o fanach, którzy nigdy nie mieli okazji posłuchać oryginalnych demówek w dobrej jakości (bo nikt nie miał takiej okazji, ha!) ani zobaczyć ich twórców na żywo. Ech… Intencje spiritus movens tego przedsięwzięcia od początku budziły moje wątpliwości, jednak ze względu na obecność w składzie Rozza i Butlera oraz widoczną radochę, jaką sprawia im granie tych kawałków, byłem skłonny do pewnego stopnia usprawiedliwić ten pomysł.

A niech se grają te covery, co mnie to obchodzi, przynajmniej nie przerabiają numerów Death i nie podpisują ich jako swoje – oto całość moich głębokich przemyśleń na temat Left To Die, zanim ci postanowili nagrać album. Później, po zapowiedzi Initium Mortis, sypałem już kurwami i chujami w ilości hurtowej, bo nawet pasożytowanie na dorobku Mantas/Death ma chyba jakieś granice, choć Matt Harvey zdaje się ich nie dostrzegać. W takim (uzasadnionym!) stanie wkurwu podszytego pogardą i obrzydzeniem przystąpiłem do konfrontacji z zawartością Initium Mortis, a wyszedłem z niej… zaskoczony i zadowolony. O dziwo, całkiem miło się tego gówna słucha.

Amerykanie wzięli na warsztat dziesięć kawałków Mantas i Death, które powstały w latach 1983-1985 i które nie miały szczęścia trafić na debiutanckiego longa, solidnie je ociosali, wyszlifowali i ozdobili efektownymi solówkami, i w rezultacie stworzyli materiał zjadliwy dla współczesnego słuchacza. Całość brzmi bardzo ładnie i jest precyzyjnie zagrana, co może i odbiera tym numerom trochę z ich prymitywnego/podziemnego charakteru, ale oldskulowy feeling, pełne banałów aranżacje i wszechobecne zapatrzenie w Slayera pozostały tu nienaruszone. Tak w ogóle, balans między pierwotną prostotą a teraźniejszą starannością jest jednym z większych atutów Initium Mortis; nie ma tu przegięć w żadną ze stron, więc nawet takie starocie jak „Death By Metal” wypadają naturalnie i przekonująco.

Co tu dużo ukrywać, debiut (???) Left To Die nie tylko przerósł moje oczekiwania, ale i okazał się materiałem, do którego raz na jakiś czas będę chciał wrócić. A skoro Amerykanom udało się przekonać do siebie tak wrogo nastawionego sceptyka, jakim byłem ja, to przypuszczam, że Initium Mortis sprzeda się w wystarczającym nakładzie, żeby ze strony Relapse pojawiły się naciski na kolejny krążek. Wszak jeszcze kilka numerów z demówek zostało do zagospodarowania, a i można cudownie odkopać jakieś nieznane rarytasy z okresu „Leprosy”.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/lefttodiedeathmetal

podobne płyty:

Udostępnij:

6 września 2026

Pestilence – Bangkok Bloodshed [2026]

Pestilence - Bangkok Bloodshed recenzja reviewPatrick Mameli nic sobie nie zrobił z żenującej wtopy, jaką okazało się poskładane naprędce wydawnictwo „Levels Of Perception” i, jak gdyby nigdy nic, konsekwentnie prowadzi zespół ku samozagładzie i utracie resztek szacunku – tym razem oddając w ręce fanów produkt livepodobny. Bangkok Bloodshed ma być zapisem koncertu, jaki Pestilence zagrali 16 maja 2025 roku w Mr.FOX Live House wraz z Massacre, Subconscious Terror, Zygoatsis i Straenge, ale czy tak jest w istocie? Ta moja nieufność co do tego, co tu tak naprawdę się znalazło, wynika z braku jakichkolwiek informacji na krążku (nagano w Tajlandii w 2025 – to wszystko), braku jakichkolwiek zdjęć oraz bootlegowej jakości dźwięku. No, ale załóżmy optymistycznie, że to koncertówka z krwi i kości.

Płytka trwa ledwie 50 minut, znalazło się na niej tylko 12 utworów (plus intra do kawałków z „Testimony Of The Ancients”, najwyraźniej doklejone w studiu), co przekreśla nadzieje na jakąś wypasioną, zaskakującą i super przekrojową ucztę z masą hitów, których dawno nie słyszeliśmy. Ba, jest chyba nawet gorzej niż zwykle, bo brakuje tu dwóch numerów z „Exitivm” (nie wzdycham do nich, narzekam na ilość), które od pewnego czasu były częścią standardowego setu Pestilence. Zespół skupił się na największych klasykach z „Consuming Impulse” i „Testimony Of The Ancients” i doprawił je, co dla niektórych może być zaskoczeniem, trzema strzałami z „Resurrection Macabre” oraz „Morbvs Propagationem” z ostatniej płyty. Jak więc widać, jest skromie. A to tylko jedna z bolączek Bangkok Bloodshed.

Kolejną jest, no… tego… specyficznie pojmowana autentyczność tego materiału… Nagranie bowiem dość dobrze oddaje aktualną formę zespołu, a że ta nie jest najwyższa, to momentami ciężko się tego słucha. Razi niechlujne wykonanie starych szlagierów, do szału doprowadzają zmasakrowane solówki, a i wokal potrafi denerwować jakimiś bełkotami w miejscach oryginalnych tekstów. No i baaardzo przeciętne brzmienie ma się nijak do wcale nietaniego sprzętu, jakiego na co dzień używają muzycy Pestilence. Zupełnie jakby sami siebie nie słyszeli albo pozwolili kolesiowi za konsoletą na samowolkę. Nie potrafię tego zrozumieć ani niczym usprawiedliwić.

Pomijając wszystko inne, główną wadą Bangkok Bloodshed jest dla mnie całkowity brak koncertowego klimatu. Nie ma tu choćby szczątkowej konferansjerki, nie słychać też reakcji tajskiej publiki (oprócz dwóch sekund gwizdów na początku „The Secrecies Of Horror”), która (A) słynie z wyjątkowej żywiołowości i (B) powinna przecież szaleć, słysząc pierwszy raz na żywo takie sztosy, jak „Twisted Truth”, „Chronic Infection”, „Land Of Tears” czy „The Process Of Suffocation”. Otwarciu siedemdziesiątej Żabki na osiedlu towarzyszy większy entuzjazm.

Tak na dobrą sprawę Bangkok Bloodshed można kupić wyłącznie dla tych ośmiu klasyków Pestilence, które zawsze, nawet w najpodlejszym wykonaniu, potrafią dostarczyć sporo radości. Jeśli jednak kogoś interesuje jakość, niech się lepiej zastanowi nad przeznaczeniem pieniędzy na „Presence Of The Pest”.


ocena: 4/10
demo
oficjalny profil facebook: www.facebook.com/Pestilenceofficial

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

2 września 2026

Godslut – The Art Of Deconstruction [2026]

Godslut - The Art Of Deconstruction recenzja reviewWbrew temu, co tu i ówdzie próbowano nam, obywatelom, w mało wybredny sposób wciskać, debiutancki krążek Godslut niczym się na tle lokalnej sceny nie wyróżniał, a bajdurzenie o jego jakiejkolwiek wyjątkowości było naprawdę grubą przesadą. Na swoje szczęście zespół nie podchwycił tej narracji — czy może strategii marketingowej — i nie robił z siebie wizjonerów polskiego death metalu. I słusznie, bo kolejne potwierdzenie tego, że nimi nie są, dostaliśmy na The Art Of Deconstruction – owszem, słychać tu naturalny rozwój, ale na pewno nie zapędy rewolucyjne, choć w pewnych kwestiach chłopakom odwagi nie brakuje.

W ciągu tych trzech lat, jakie upłynęły od „Procreation Of God”, muzycy Godslut zdołali się poprawić praktycznie w każdym elemencie swego rzemiosła, ponadto dookreślili styl (tudzież ograniczyli liczbę inspiracji), uczynili go bardziej zwartym i wewnętrznie spójnym. Stąd też utwory na The Art Of Deconstruction są lepiej przemyślane, dojrzalej zaaranżowane, znacznie więcej się w nich dzieje, a ze względu na fajną motorykę i wplecione z wyczuciem efektowne solówki (Krzysiek Śniadecki brzmi jak nieślubne dziecko Vogga i Jacka Hiro) zdradzają całkiem niezły potencjał koncertowy – no, są po prostu ciekawsze. Niestety, poziomem oryginalności nie odbiegają od tych z debiutu – mnóstwo w nich jawnych zapożyczeń z późnego Decapitated oraz środkowego Banisher (długimi momentami Godslut grają bardziej banisherowo niż Banisher obecnie…), co wprawdzie dobrze świadczy o umiejętnościach chłopaków, ale na dłuższą metę może okazać się nużące/odstraszające dla osób szukających w muzyce czegoś nowego.

Żeby nie było, mimo wieeelu podobieństw do wspomnianych wyżej zespołów Godslut nie są w nie ślepo zapatrzeni i w paru miejscach The Art Of Deconstruction proponują coś niecoś od siebie, co w różnym stopniu wykracza poza formułę wypracowaną przez starszych kolegów. Większość tych, nazwijmy to, eksperymentów dotyczy elementu, który był główną bolączką „Procreation Of God” – wokali. Te „podstawowe”, choć wciąż nie idealne, są zdecydowanie lepiej-pewniej wykonane i już nie wkurwiają, natomiast te „kombinowane”, najczęściej czyst(aw)e, trudno uznać za udane i pasujące do całości. Do całości nie pasuje również kawałek tytułowy, który jest… taką dość ckliwą balladką z gościnnym udziałem wokalistki. Może i nie zaskakuje tak, jak kiedyś „Painful Silence”, ale sensu ma tyle samo co numer Sceptic. Obstawiam, że powstała tylko po to, żeby Krzysiek Śniadecki mógł się wytrzepać także na akustyku.

Godslut nie zmarnowali szansy danej im przez Selfmadegod (kawałkiem „Self-made Gods” zapewnili sobie chyba dożywotni kontrakt) i na The Art Of Deconstruction zrobili wyraźny krok naprzód względem poprzednika. Potencjał mają niemały, niemniej jeszcze dużo pracy przed nimi, żeby można było mówić o zespole bez automatycznego przywoływania i tych, z których twórczości obficie czerpią.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/godslut

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

23 sierpnia 2026

Incantation – Unholy Deification [2023]

Incantation - Unholy Deification recenzja reviewCzy zespół grający od ponad trzydziestu lat w bardzo hermetycznym stylu (to taki eufemizm na „ciągle to samo”) może jeszcze czymś zaskoczyć na którejśnastej z kolei płycie? Przy okazji „Sect Of Vile Divinities” okazało się, że tak, jednak na pewno nie było to zaskoczenie, jakiego moglibyśmy sobie życzyć. Świeżo wyprasowane koszulki, starannie rozczesane fryzury i brzmienie wypolerowane do granic możliwości jakoś tak gryzły się z utrwalanym przez dekady wizerunkiem kapeli oddanej podziemiu i prawdziwie obskurnemu death metalowi. Ten dysonans rzucał się w oczy i uszy do tego stopnia, że nawet muzycy Incantation musieli go sobie uzmysłowić i pewnie dlatego Unholy Deification o wiele bardziej trzyma się kupy.

Unholy Deification brzmi naturalniej (tym razem Dan Swanö się przyłożył), jest w miarę spójny i trochę krótszy od poprzednika, więc co do zasady i bez zagłębiania się w szczegóły jest od niego lepszy, choć zaczyna się tak typowo, jak tylko typowo płyta Incantation zacząć się może, co skutecznie rozwiewa wszelkie nadzieje na usłyszenie czegoś nowego czy odczuwalny powiew (no, zefirek) świeżości. Opisywany album nie wyróżnia niczym na tle pozostałych pozycji w dyskografii zespołu, toteż po wysłuchaniu go — a uczciwie trzeba przyznać, że słucha się go naprawdę przyzwoicie — zlewa się w jedną papkę z całą resztą muzyki, jaką Amerykanie stworzyli w ciągu ostatnich lat. W związku z tym odbieram Unholy Deification jako materiał dla najbardziej zatwardziałych fanów Incantation, którzy wszystkie kawałki swoich idoli znają na pamięć i, co ważne, potrafią je od siebie odróżnić – tacy z pewnością docenią go bardziej niż ja.

Unholy Deification jest typowy do bólu i nie ma w sobie nic charakterystycznego tylko dla siebie, co jednak nie oznacza, że jest wewnętrznie jednorodny, pozbawiony urozmaiceń i zagrany na jedno kopyto. Nic podobnego! Występuje tu wyraźny podział na lepsze i gorsze numery, przy czym głównym wyznacznikiem ich fajności jest tempo, w jakim są utrzymane. Mnie najlepiej wchodzą te żwawe i dynamiczne, jak „Concordat (The Pact) I”, „Chalice (Vessel Consanguineous) VIII”, „Invocation (Chthonic Merge) X”, „Exile (Defy The False) II” i „Megaron (Sunken Chamber) VI”, spośród których ten ostatni wydaje mi się najciekawiej, niemal ambitnie zaaranżowany. Na przeciwnym biegunie umieściłbym „Homunculus (Spirit Made Flesh) IX” (część riffów brzmi jak spod ręki Grega Mackintosh’a), „Altar (Unify In Carnage) V” i zwłaszcza „Circle (Eye Of Ascension) VII”, które, a owszem, są wolne i ciężkie, ale przede wszystkim nudnawe i mulące. Cóż, jeśli chodzi o Incantation, najwyraźniej jestem tempistą.

Jak już napomknąłem wyżej, tak ogólnie Unholy Deification jest materiałem lepszym od „Sect Of Vile Divinities”, ale jestem zmuszony ocenić go niżej, bo szybko się o nim zapomina i co gorsza – nie za bardzo chce się do niego wracać. Mnie dwa pierwsze przesłuchania zajęły rok z okładem…


ocena: 6,5/10
demo
oficjalna strona: www.incantation.com

inne płyty tego wykonawcy:




Udostępnij:

15 sierpnia 2026

Anasarca – Achlys [2026]

Anasarca - Achlys recenzja reviewPowrót Anasarca przeszedł niemalże bez echa, więc naprawdę dobry materiał, jakim był „Survival Mode”, został niejako zmarnowany, zaś z odbudowy pozycji zespołu z początku lat dwutysięcznych zupełnie nic nie wyszło. Jako że sukces napędza kolejny sukces, a porażka kolejną porażkę, Niemcy znów przepadli na dłuuugie lata. Teraz wracają, mocno promowani pod skrzydłami Selfmadegod z albumem numer pięć (ponownie koncepcyjnym), który mógłby świetnie ugruntować status kapeli, gdyby nie to, że dla większości słuchaczy będzie to pierwszy z nią kontakt. Pierwszy, ale na pewno nie ostatni.

Bez owijania w bawełnę – Achlys to najlepsza płyta w dorobku Anasarca, choć nie przynosi nic specjalnie zaskakującego czy też nowego, z czym w twórczości zespołu jeszcze byśmy się nie spotkali. Ta lepszość wynika raczej ze stopnia dopracowania materiału, wykonawczej perfekcji, ogólnego poziomu chwytliwości i dobrze dopasowanej do muzyki produkcji. Formuła, której trzymają się Niemcy, jest szalenie prosta: jeden-dwa wyraziste riffy, czepliwa melodia i ogień, zaś dla urozmaicenia – zwolnienie albo średnie tempo co kilka kawałków. Tyle wystarcza, żeby nie było ani nudno, ani jednowymiarowo, a przebrnięcie przez 40 minut deathmetalowej sieczki nie nastręczało najmniejszych problemów.

We wszystkich utworach na Achlys słychać wysokie umiejętności zespołu (acz bez szpanowania – ozdobników jest dosłownie garstka), duże doświadczenie i uzasadnioną pewność siebie. Jest tu też coś jeszcze – wyczuwalna radość z grania, która może trochę zaskakiwać w kontekście tego, jak bardzo Anasarca mieli w ostatnich latach pod górkę, a która pozytywnie wpływa na odbiór materiału i sprawia, że chce się do niego wracać. Całość jest utrzymana na wyjątkowo równym poziomie, co jednak nie oznacza, że nie można sobie wyłapać czegoś do kategorii „ulubione”. U mnie padło na „Basket Of Burdens”, „In Memoriam”, „My Reality” i „Wish You Were Here” – mimo iż jakoś drastycznie nie różnią się od siebie, każdy ma to „coś”.

Trochę to dobijające, że tak solidny i konsekwentny zespół po raz kolejny musi budować swoją reputację praktycznie od zera. Czy tym razem im się uda? Ot, zagadka; tym ciekawsza, że Anasarca coraz bliżej do końca „kariery”. Ja w każdym razie jestem przekonany, że fanów klasycznie pojętego wybuchowego death metalu zawartość Achlys nie zawiedzie.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalna strona: www.anasarca.de

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

8 sierpnia 2026

Hysteria – Heretic, Sadistic And Sexual Ecstasy… [2024]

Hysteria - Heretic, Sadistic And Sexual Ecstasy… recenzja reviewCzekałem, wypatrywałem, upewniałem się, czy aby na pewno Hysteria jeszcze istnieje, czekałem, wypatrywałem… I tak przez kilka ostatnich lat. W końcu z deka leniwi Francuzi wzięli się za siebie i uraczyli fanów krążkiem numer trzy cztery. Wiadomo, że przy okazji długo (zbyt długo!) wyczekiwanych albumów w 99 przypadkach na 100 materiał nie jest w stanie sprostać wymaganiom słuchacza, a co bardziej optymistyczna reakcja po premierze sprowadza się jedynie do beznamiętnego „mogło być lepiej”. Ehhh… Nie, nie skopiuję tu recki poprzedniego albumu, choć pokusa jest naprawdę duża, bo powtórzony opis nie wpłynąłby w istotny sposób na rzetelność tekstu. Znaczy to tylko tyle, że Francuzi znaleźli się na równi pochyłej, a przy okazji potrzebują coraz więcej czasu, żeby zmajstrować coraz słabszy krążek.

Spokojnie, spokojnie, zaraz się rozkręci – wmawiałem sobie podczas pierwszego odsłuchu Heretic, Sadistic And Sexual Ecstasy…; jednak mijały kolejne minuty i nic takiego nie nastąpiło, a oprócz paru fragmentów (liczonych w sekundach!) z przyzwoitym blastowaniem w „My Carnal Desire” i „Armageddon Must Come”, do końca czwartej płyty Hysteria nie zadziało się nic, co by mogło zostawić jakikolwiek trwały ślad w pamięci. Francuzi nagrali album w umiarkowanych tempach, umiarkowanie brutalny i umiarkowanie chwytliwy. Tylko wtórność i przewidywalność tego materiału stoją na ponadprzeciętnym poziomie. Objętościowo Heretic, Sadistic And Sexual Ecstasy… nie odbiega od „Flesh, Humiliation And Irreligious Deviance”, jednak ze względu na rozlazłe i zagrane bez inwencji i przekonania kompozycje dłuży się i zamula. Aż trudno uwierzyć, że prawie ten sam skład (z wyjątkiem basisty) podpisał się pod zabójczym „When Believers Preach Their Hangman’s Dogma”.

Styl zespołu został mocno zanieczyszczony wpływami klimatycznego black metalu (zwłaszcza wokalnie), gdzieś uleciał znany z poprzednich produkcji ciężar, a w miejsce masywnych kataklysmowych riffów pojawiły się łagodne patenty a’la Gojira („Thelema”, tytułowy). Oczywiście, niektóre z tych dodatków same w sobie wcale nie byłyby złe, gdyby je lepiej wkomponowano w całość i zachowano lepszy balans między nimi a stanowiącym podstawę (przynajmniej w teorii) brutalnym death metalem, z którym Hysteria byli przecież kiedyś kojarzeni. A tak – każdy, nawet najspokojniejszy kawałek z poprzedniej płyty ma więcej pierdolnięcia niż cały Heretic, Sadistic And Sexual Ecstasy…. Brzmi to, jakby Francuzi koniecznie musieli coś nagrać, ale nie chcieli się przy tym zbytnio wysilać, więc dla dobra sprawy postawili na oklepane schematy i wszechobecne kompromisy.

Do pewnego momentu bardzo sobie ceniłem twórczość Hysteria i zawsze będę szczególnie chętnie wracał do drugiego krążka, ale wypatrywanie następców Heretic, Sadistic And Sexual Ecstasy… już sobie odpuszczę. Francuzi na własne życzenie rozmieniają się na drobne i trwonią niemały przecież potencjał.


ocena: 6/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/hysteria.deathmetal.lugdunum

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

4 sierpnia 2026

Banisher – Metamorphosis [2026]

Banisher - Metamorphosis recenzja reviewNie tak dawno temu Banisher odbębnił dwudziestolecie działalności w branży rozrywkowej, co samo w sobie jest całkiem niezłym wynikiem, jednak gdy przeliczymy czas spędzony na scenie na dorobek płytowy, wygląda to raczej skromnie. Oczywiście, nie ilość się liczy, tylko jakość… Nooo… i tu mamy problem, bo nie dość, że na Metamorphosis zespół zaliczył wyraźny spadek formy, to jeszcze mocno pogubił się stylistycznie – jakby kompletnie nie wiedział, za co się złapać, w jakim pójść kierunku i właściwie dlaczego.

Przez kilkanaście lat Hubert Więcek wraz z często zmieniającymi się kolegami stopniowo rozwijał swoją wizję (technicznego) death metalu – od zatopionej w chaosie radosnej napierdalanki po stosunkowo dojrzałe granie, acz z nieusuwalnym kompleksem Decapitated. I chociaż nigdy nie nagrał czegoś, bo by mogło łby pourywać, coraz wyższym poziomem kolejnych płyt zagwarantował sobie miejsce gdzieś w czołówce krajowej drugiej ligi. Dlaczego więc teraz postanowił się wypiąć na cały dotychczasowy dorobek Banisher, nagrywając Metamorphosis – album, który rozłazi się w szwach już od pierwszego kawałka?

Piąta płyta Banisher to materiał tak bardzo zróżnicowany, wielobarwny i nietrzymający jakichś konkretnych ram, że już zwyczajnie niespójny i niespecjalnie komunikatywny. Znaną z „Degrees Of Isolation” formułę zespół „urozmaicił” czy raczej przykrył licznymi naleciałościami deathcore’a, groove metalu, jakimiś popłuczynami po Slipknot czy Fear Factory, elektroniką oraz… hammondami. Nic dobrego z tego nie wyszło, bo dosłownie każdy kawałek zawiera któryś z tych cudnych upiększaczy, a w związku z tym żaden nie przekonuje od początku do końca. I na nic okazjonalne dobre riffy, porządne partie perkusji (gościnnie nagrali je Michał Łysejko i Eugene Ryabchenko) czy fajne solówki, skoro uwagę od nich odwracają niepasujące do niczego pomysły z dupy.

No i te wokale… Czy w Polsce naprawdę już nie ma kiepskich wokalistów, że trzeba było takiego importować aż z Belgii? Sposób darcia się Jorgiego jest wybitnie wkurwiający, barwa jego głosu drażni, a czyste zaśpiewy doprowadzają do szału. Gdzie muzyka jeszcze była w stanie sama się obronić, tam Vanhees musiał napaskudzić głosem. Anetka z HRu powinna dostać srogi opierdol za ten angaż.

Może przemawia przeze mnie naiwność, ale wydawało mi się, że na wysokości piątej płyty już wypada mieć jasno sprecyzowaną wizję tego, co i jak chce się grać. Właśnie tej sprecyzowanej wizji, a co za tym idzie konsekwencji oczekiwałem po Hubercie, nie zaś przypadkowych głupot. Produkcja, wykonanie – to wszystko daje radę, natomiast w kompozycjach na Metamorphosis zbyt wiele rzeczy nie pykło.


ocena: 5/10
demo
oficjalna strona: www.banisher.pl

inne płyty tego wykonawcy:




Udostępnij: