Moooże jestem jakiś dziwny, ale rzadko nachodzi mnie ochota na niemrawy trzecioligowy heavy metal. Hmmm… właściwie to nigdy. Jak się jednak okazuje, są i tacy, których takie drętwe pitolonko kręci – ot choćby Piotr Luczyk, który na Death Is Not Enough rozpaczliwie próbuje udowodnić światu — choć może raczej samemu sobie? — że ma coś do powiedzenia na gruncie takiej muzyki. Muzyki, na którą tak naprawdę nie ma zapotrzebowania, zwłaszcza wśród będących na wymarciu fanów Kata – kolejna mierna płyta wydana pod tym szyldem to dla nich jak splunięcie w twarz.
Chowając się za wygodnym tłumaczeniem „powrotu do korzeni”, Piotr Luczyk władował w Death Is Not Enough wszystkie swoje fascynacje rachitycznym heavy metalem z naleciałościami topornego hard rocka, nie bacząc na to, że rok 1981 minął już jakiś czas temu, wymagania się zmieniły i nowatorskie naonczas pomysły bardzo szybko i w dodatku brzydko się zestarzały. Na tym krążku nie ma ani stylu, ani charakteru, ani klimatu Kata (z któregokolwiek etapu, nawet z „Mind Cannibals”), są za to występujące w zastraszających ilościach niezbyt subtelne wariacje na temat przytupów Judas Priest i innych ramoli – proste, wtórne, bez jakiejkolwiek wyrazistości i krzty polotu. Jakby tego było mało, całość została podana w oprawie brzmieniowej na poziomie co najwyżej średniej krajowej; o wypasionej produkcji nie ma tutaj mowy.
Nie ukrywam, że nie jest to moja muzyka i nie znajduję w niej zbyt wiele interesujących elementów, ale przynajmniej jeden jej aspekt potrafię szczerze docenić – w przeciwieństwie do tej z „Without Looking Back” jest nieszkodliwa. Death Is Not Enough przelatuje w tle, nie wzbudza żadnych emocji i szybko się o niej zapomina. Materiał jest szalenie schematyczny, miałki kompozycyjnie i jednowymiarowy do tego stopnia, że różnice między najlepszym a najgorszym kawałkiem — można je wybrać na ślepo, bo i czemu nie — są w zasadzie nieistotne – oba zapewniają taki sam… brak wrażeń. 3-4 sensowne solówki i kilka mocniejszych riffów to stanowczo za mało, żeby utrzymać uwagę słuchacza przez 49 jakże monotonnych minut.
Jako że przez kilka ostatnich lat Piotr Luczyk solidnie sobie nagrabił na krajowym podwórku i smród ciągnie się za nim nieziemski, zupełnie mnie nie dziwi, że skład Kata musiał uzupełniać muzykami z importu (i przypuszczalnie po praniu mózgu). Padło na Brazylijczyków, wokalistę i perkusistę, którzy z powierzonego zadania wywiązali się dobrze, co było o tyle łatwe, że nie postawiono przed nimi wielkiego wyzwania. I o ile o pracy perkusji nie ma sensu się rozpisywać, bo to same proste przytupy, których nie da się spierdolić, tak wokale zasługują na wzmiankę. Guilherme de Siervi panuje nad głosem, trzyma się konwencji i nie wkurwia – już tyle wystarczyło, żeby wytrzeć podłogę poprzednikiem. Żaden to zwalający z nóg performance — także ze względu na teksty, bo trzymają poziom okładki — ale to właśnie jego wysiłki byłbym skłonny uznać za najmocniejszy punkt Death Is Not Enough. Może i jedyny.
O dłuższego czasu mam wyrobioną opinię o działalności Luczyka i ani jego cudowna przemiana (padniecie, jak zajrzycie do dzięksów…), ani zawartość Death Is Not Enough, płyty, o której zapomina się już w momencie wyjmowania jej z pudełka, nie są w stanie niczego w tym temacie zmienić. Za to Piotra donos do YouTube chyba oprawię i powieszę sobie na ścianie.
ocena: 5/10
demo
oficjalna strona: kat-band.com
inne płyty tego wykonawcy:
![Gorod – The Ember Gone [2026] Gorod – The Ember Gone recenzja review](http://img.considered-dead.pl/covers/2026/gorod-the-ember-gone.jpg)
Ha! A miałem napisać o innej płycie tych dwóch leśnych dziadków, ale najnowsze dzieło Norwegów wymaga natychmiastowej interwencji. Pre-Historic Metal to, o ile dobrze liczę, 22-ga pełnowymiarowa płyta, zatem co tu można jeszcze wycisnąć? Zobaczmy… a raczej posłuchajmy.
Słuchając
Dwie wydane w krótkim odstępie czasu znakomite płyty powinny w zupełności wystarczyć, żeby uczynić z Gorgasm światowego formatu gwiazdę brutalnego death metalu. No i cóż, zespół w jakimś tam stopniu zauważono, tu i ówdzie trochę się nawet o nim mówiło, jednak z całą pewnością nie doczekał się tak entuzjastycznych reakcji, na jakie zasługiwał. Innymi słowy: rozczarowanie. Później przyszły problemy z ustabilizowaniem składu i nierzetelnością wytwórni, co przełożyło się na ogólne zniechęcenie Amerykanów do grania i koniec końców doprowadziło do zawieszenia przez nich działalności. Nie na długo. Po niespełna dwóch latach wrócili. Odmienieni.
Nie ukrywam, że z wiekiem coraz trudniej przychodzi mi skupić na czymś uwagę, pewne rzeczy/zjawiska zwyczajnie mi umykają, a pamięć płata figle w najmniej odpowiednich momentach. Mimo wszystko chyyyba nie jest ze mną aż tak źle, żebym nie mógł wychwycić wydarzeń rangi epokowej. Ot, choćby takich, jak osiągnięcie przez Blood Incantation statusu Metallicy. Że co, że niby nic takiego nie nastąpiło? Jak w takim razie wytłumaczyć wydanie All Gates Open: In Search Of Absolute Elsewhere (Original Motion Picture Soundtrack)? Agresywną kampanią promocyjną? Fanaberią? Odklejką? Moja odpowiedź jest następująca: wszystkim po trochu.
Wydawać by się mogło, że po tak znakomitym debiucie, jakim był
Left To Die to trzeci, po Gruesome i Living Monstrosity, zmontowany na szybko projekt Matta Harvey’a, którego głównym i jakże, kurwa, altruistycznym założeniem było oddanie hołdu dziedzictwu wczesnego Death – a to wszystko tylko i wyłącznie z myślą o fanach, którzy nigdy nie mieli okazji posłuchać oryginalnych demówek w dobrej jakości (bo nikt nie miał takiej okazji, ha!) ani zobaczyć ich twórców na żywo. Ech… Intencje spiritus movens tego przedsięwzięcia od początku budziły moje wątpliwości, jednak ze względu na obecność w składzie Rozza i Butlera oraz widoczną radochę, jaką sprawia im granie tych kawałków, byłem skłonny do pewnego stopnia usprawiedliwić ten pomysł.
Patrick Mameli nic sobie nie zrobił z żenującej wtopy, jaką okazało się poskładane naprędce wydawnictwo
Wbrew temu, co tu i ówdzie próbowano nam, obywatelom, w mało wybredny sposób wciskać, debiutancki krążek Godslut niczym się na tle lokalnej sceny nie wyróżniał, a bajdurzenie o jego jakiejkolwiek wyjątkowości było naprawdę grubą przesadą. Na swoje szczęście zespół nie podchwycił tej narracji — czy może strategii marketingowej — i nie robił z siebie wizjonerów polskiego death metalu. I słusznie, bo kolejne potwierdzenie tego, że nimi nie są, dostaliśmy na The Art Of Deconstruction – owszem, słychać tu naturalny rozwój, ale na pewno nie zapędy rewolucyjne, choć w pewnych kwestiach chłopakom odwagi nie brakuje.


