Powrót Anasarca przeszedł niemalże bez echa, więc naprawdę dobry materiał, jakim był „Survival Mode”, został niejako zmarnowany, zaś z odbudowy pozycji zespołu z początku lat dwutysięcznych zupełnie nic nie wyszło. Jako że sukces napędza kolejny sukces, a porażka kolejną porażkę, Niemcy znów przepadli na dłuuugie lata. Teraz wracają, mocno promowani pod skrzydłami Selfmadegod z albumem numer pięć (ponownie koncepcyjnym), który mógłby świetnie ugruntować status kapeli, gdyby nie to, że dla większości słuchaczy będzie to pierwszy z nią kontakt. Pierwszy, ale na pewno nie ostatni.
Bez owijania w bawełnę – Achlys to najlepsza płyta w dorobku Anasarca, choć nie przynosi nic specjalnie zaskakującego czy też nowego, z czym w twórczości zespołu jeszcze byśmy się nie spotkali. Ta lepszość wynika raczej ze stopnia dopracowania materiału, wykonawczej perfekcji, ogólnego poziomu chwytliwości i dobrze dopasowanej do muzyki produkcji. Formuła, której trzymają się Niemcy, jest szalenie prosta: jeden-dwa wyraziste riffy, czepliwa melodia i ogień, zaś dla urozmaicenia – zwolnienie albo średnie tempo co kilka kawałków. Tyle wystarcza, żeby nie było ani nudno, ani jednowymiarowo, a przebrnięcie przez 40 minut deathmetalowej sieczki nie nastręczało najmniejszych problemów.
We wszystkich utworach na Achlys słychać wysokie umiejętności zespołu (acz bez szpanowania – ozdobników jest dosłownie garstka), duże doświadczenie i uzasadnioną pewność siebie. Jest tu też coś jeszcze – wyczuwalna radość z grania, która może trochę zaskakiwać w kontekście tego, jak bardzo Anasarca mieli w ostatnich latach pod górkę, a która pozytywnie wpływa na odbiór materiału i sprawia, że chce się do niego wracać. Całość jest utrzymana na wyjątkowo równym poziomie, co jednak nie oznacza, że nie można sobie wyłapać czegoś do kategorii „ulubione”. U mnie padło na „Basket Of Burdens”, „In Memoriam”, „My Reality” i „Wish You Were Here” – mimo iż jakoś drastycznie nie różnią się od siebie, każdy ma to „coś”.
Trochę to dobijające, że tak solidny i konsekwentny zespół po raz kolejny musi budować swoją reputację praktycznie od zera. Czy tym razem im się uda? Ot, zagadka; tym ciekawsza, że Anasarca coraz bliżej do końca „kariery”. Ja w każdym razie jestem przekonany, że fanów klasycznie pojętego wybuchowego death metalu zawartość Achlys nie zawiedzie.
ocena: 7,5/10
demo
oficjalna strona: www.anasarca.de
inne płyty tego wykonawcy:
Czekałem, wypatrywałem, upewniałem się, czy aby na pewno Hysteria jeszcze istnieje, czekałem, wypatrywałem… I tak przez kilka ostatnich lat. W końcu z deka leniwi Francuzi wzięli się za siebie i uraczyli fanów krążkiem numer
Nie tak dawno temu Banisher odbębnił dwudziestolecie działalności w branży rozrywkowej, co samo w sobie jest całkiem niezłym wynikiem, jednak gdy przeliczymy czas spędzony na scenie na dorobek płytowy, wygląda to raczej skromnie. Oczywiście, nie ilość się liczy, tylko jakość… Nooo… i tu mamy problem, bo nie dość, że na Metamorphosis zespół zaliczył wyraźny spadek formy, to jeszcze mocno pogubił się stylistycznie – jakby kompletnie nie wiedział, za co się złapać, w jakim pójść kierunku i właściwie dlaczego.
Czy macie może tak, że jakiś zespół lub jakiś utwór są żywcem wycięte z waszego życiorysu? Szczególnie gdy skupicie się na warstwie lirycznej. U mnie to właśnie krakowskie Biesy (a w sumie bies [Osoba biesowa? – przyp. demo] zwany PR) i debiut Noc Lekkich Obyczajów sprawił, że powróciłem pamięcią 20 lat do tyłu, do czasów studiów akurat w Krakowie. Kiedy to człowiek zostawał „Rzucony w przestrzeń”, gdzie w Noc Lekkich Obyczajów „Czerń nas prosi”, a takie hulanki wchodzą nam „W krew” i tak „Każdego dnia” powtarzały się ciężkie „Powroty”.
Worm zasłynął przynajmniej z dwóch rzeczy: z dość oryginalnego podejścia do podziemnego doomu oraz z ogromnych skoków jakościowych między kolejnymi wydawnictwami. Gdy zestawimy ze sobą prymitywny „Evocation Of The Black Marsh” i ambitny „Foreverglade”, możemy łatwo dojść do wniosku, że mamy do czynienia z dwoma różnymi zespołami z zupełnie innej ligi. Przy okazji czwartej płyty robaczywy duet postanowił pójść ze zmianami jeszcze dalej, mocno rozwijając nie tylko samą muzykę, ale i jej otoczkę, całymi garściami czerpiąc z żenującego wizerunku czołowych przedstawicieli niby symfonicznego black metalu z połowy lat 90. XX wieku. Oprawa graficzna, zdjęcia, stroje, teledyski, tytuły – wszystko to nawiązuje do najgorszych klisz znanych z twórczości Dimmu Borgir, Cradle Of Filth, Ancient czy Limbonic Art.
Dla każdego, kto kolekcjonuje płyty i kupuje je w tradycyjny sposób, wiadomym jest, iż wiążą się z tym różne historie. Nieważne czy to CD, winyle, a nawet kasety. Niespodziewany zakup, cudowne objawienie na koncercie czy też udana licytacja po zaniżonej cenie. Mianownik jest jeden: dorwanie w łapska upragnionego krążka. Zaczynając w ten sposób można prosto pomyśleć, że recenzowany Oremus ma jakieś „backstory”. Nic bardziej mylnego. Nie mam pojęcia gdzie i kiedy zakupiłem tę płytę. Mogę jedynie przypuszczać, że musiało być to podczas koncertu Blaze of Perdition, których nie znosiłem, ale był czas, kiedy grali wszędzie gdzie widniał napis „black metal”, poczynając od Wrocławia i kończąc na Rzeszowie. Chcąc-nie-chcąc widziałem ich często. Do zakupu mogła przekonać mnie okładka i pewnie cena, która prawdopodobnie była podobna do kosztu browara.
Wyjątkowo entuzjastyczne przyjęcie debiutu sprawiło, że czterej młodzieńcy z Martyr jeszcze mocniej przyłożyli się do prac nad kolejnym materiałem; tak mocno, że w rezultacie stworzyli jeden z absolutnie najlepszych deathmetalowych krążków, jakie kiedykolwiek powstały w Kanadzie. Krążek, który pomimo upływu ponad 25 lat od premiery nie stracił niczego ze swojej świeżości, i który wciąż zachwyca rozmachem i wizjonerstwem rozwiązań aranżacyjnych. To nie lada wyczyn zważywszy na to, że zespół miał ostro pod górkę – raz, że już na
„It's just one of those days when you don't wanna wake up, / Everything is fucked, everybody sucks.” – Cytat z jednego z utworów Freda Dursta (tak, trauma dziewiczych czasów) tutaj akurat trafia w sedno dzisiejszego albumu. Czy każdy z nas nie ma takiego dnia, że z żony zrobiłby worek treningowy, dzieci połamał jak zapałki, a zwierzaka kopem wysłał na orbitę? Wkurw przyniesiony z pracy, z urzędów czy szpitali, czyli po prostu z życia wzięte. I tutaj w sukurs przybywa nam muzyka (cholera czuję się jakiś przedstawiciel Mango…). U nas metalowców minus + minus daje plus. Na wkurw pomaga nam muzyka emanująca agresją, która u „normalsa” spowodowałaby opętanie przez cały legion demonów. Tak to już z nami, „poyebami”, bywa. A na 666% w moim przypadku. I właśnie tutaj, jako remedium na wkurw pojawia się poznańska black metalowa formacja Strandhogg i ich jedyne dzieło Ritualistic Plague (Evangelical Death Apotheosis).
Wraz z wydaniem
Los bywa przewrotny – mój pierwszy kontakt z Antiversum zakończyłem z mocnym postanowieniem, że więcej kontaktów z Antiversum nie przewiduję. Na „Cosmos Comedenti” z 2017 nie znalazłem kompletnie niczego, co by mnie mogło na dłużej przykuć do głośników albo choćby zmusić do zagłębienia się w tamten materiał. Miała być potęga kosmosu, wyszła pospolita nuda. Przez kolejne kilka lat w ogóle nie zawracałem sobie głowy Szwajcarami, aż w niejasnych okolicznościach trafiłem na De Nemesis Omnes Et Omnia. Zespół dostał zatem drugą szansę; tej już nie zmarnował, aczkolwiek mógł się postarać bardziej.


