W ciągu zaledwie dekady Gaerea dorobiła się rozpoznawalności porównywalnej z pastéis de nata, stała się zespołem, „o którym się mówi” i który w pewnych kręgach wywołuje niemałe kontrowersje. Na Coma, płycie numer cztery, Portugalczycy chyba osiągnęli swoją ostateczną formę. Ostateczną (nie mylić ze szczytową!), czyli taką, z jaką jeszcze nie mam problemu, a mógłbym mieć, bo wyczuwam w tych dźwiękach, że muzycy stanęli na rozdrożu i zaczęli powoli kalkulować, co tu dalej zrobić, żeby było dobrze. Nie ulega wątpliwości, że zamaskowany kwintet miał świadomość komercyjnego potencjału, więc pojawiło się pytanie: ile będzie chciał z niego wycisnąć.
Na Coma Portugalczycy pokazali, że nie boją się zaryzykować. Przez lata każda płyta zespołu logicznie wynikała z poprzedniej, a ewolucja stylu była raczej stopniowa i sprowadzała się do ulepszania warsztatu i rozwijania co ciekawszych patentów albo tych, w których czuli się mocni. Czwarty krążek Gaerea to już wyraźny skok do przodu — albo w bok, jak kto woli — oraz próba wyjścia poza dotychczasowe ramy i otwarcia się na nowych odbiorców… i ich portfele. Próba dość udana, choć nie na tyle, żeby w stu procentach zaangażować wybrednego słuchacza, a już szczególnie fanów ekstremy spod znaku nieustającego tremola i huraganowych blastów.
Objętościowo album nie odbiega od poprzednich dwóch, ale ma to związek ze zmienionym, kompaktowym podejściem do komponowania: utworów może i jest więcej, za to są krótsze (niespełna ośmiominutowy „The Poet’s Ballet” pełni także rolę intra, więc zawyża średnią) i znacznie bardziej zróżnicowane, a przy tym przystępne akurat na tyle, żeby każdy, nawet spoza blackowego grajdołka, znalazł tu coś dla siebie. Przez ponad 50 minut doskonale słychać, że na Coma zespół starał się nadać muzyce głębi i dramaturgii, urozmaicić struktury oraz za wszelką cenę uniknąć schematów, byle tylko kawałki w jak największym stopniu miały indywidualny rys. W tych urozmaiceniach Gaerea niejednokrotnie zapędza się czy to w progresywne, czy w post-blackowe rejony (tak, z czystymi wokalami), a to oznacza stosunkowo dużo lajtowych dźwięków, które na miłośników „Mirage” czy „Limbo” mogą podziałać jak płachta na byka. Na moje ucho proporcje między sieczką a klimatami na przestrzeni całego albumu zostały zupełnie nieźle wyważone, co jednak nie zmienia faktu, że wolałbym więcej intensywnego grzania, bo w tym akurat Portugalczycy są świetni.
Niezależnie od stylu, w jakim w danym momencie porusza się Gaerea, słucha się tego co najmniej dobrze i przez większość czasu ze sporym zainteresowaniem. Jako że na Coma każdy utwór różni się od pozostałych, łatwo wybrać spośród nich swoich faworytów. Ja wskazałbym szczególnie na „The Poet’s Ballet” (jak już się rozkręci, to jest miazga), „Reborn” (szybki, treściwy i bezpośredni), „Coma” (z jednej strony gwałtowny, z drugiej transowy), „Wilted Flower” (skocznie melancholijny – inaczej nie potrafię tego określić), no i oczywiście überhiciorski „Hope Shatters”. Gdyby cały album trzymał styl, melodykę i poziom pierdolnięcia tego ostatniego, bez wahania w miejscu na ocenę wklepałbym 9, bo z tak zajebiście zaaranżowanymi kawałkami w mainstreamowym black metalu rzadko mamy do czynienia.
Wraz z tym, jak kariera Gaerea nabiera tempa, muzyka zespołu powoli traci ze swojej pierwotnej/podziemnej zadziorności, a jednocześnie zyskuje inne, dla mnie niekoniecznie istotne, przymioty. Stąd też Coma już wkrótce może się okazać ostatnim krążkiem Portugalczyków, który w tak dużym stopniu trafia w mój gust.
ocena: 7,5/10
demo
oficjalna strona: www.gaerea.com
Chłopaki z Vitur mogą tego nie pamiętać, ale ćwierć wieku temu death metal był najbardziej rozpoznawalnym na świecie polskim towarem eksportowym zaraz po wódzie i ceramice z Bolesławca, a nasze kapele wespół z amerykańskimi rządziły w rankingach i były stawiane za wzór. Z czasem sytuacja uległa znacznemu pogorszeniu, bo część starych wyjadaczy się wykruszyła, zaś nieliczni młodzi gniewni w większości jakością swych poczynań nie potrafili nawet nawiązać do chlubnych tradycji. Tak doszliśmy do stanu obecnego, kiedy, co przyznaję z bólem, znalezienie wartościowego debiutanta graniczy z cudem. W tych okolicznościach Transcending The Self napawa pewnym, acz nieprzesadnym optymizmem.
Ten irlandzki kwartet z dorobkiem obejmującym zaledwie demo, epkę i debiutancką płytę szybko wyrósł na jednego z czołowych przedstawicieli chaotycznego death/black metalu. Jak dla mnie – trochę na wyrost, bo skupił się bardziej na sprawnym odgrywaniu patentów podpatrzonych u innych, niż na wprowadzeniu do tego stylu czegoś charakterystycznego tylko dla siebie. Sam zespół chyba też doszedł do podobnych wniosków i coś w tym temacie kombinował, bo prace nad następcą „Across Deaths” zabrały mu szmat czasu. Wreszcie, po siedmiu latach trzymania fanów w niepewności, Malthusian objawił się nieco niespodziewanie w Relapse z krążkiem numer dwa.
Zespół Clairvoyance zaistniał w mojej świadomości przy okazji przekopywania katalogu Blood Harvest kilka lat temu, jednak do pierwszego kontaktu z jego muzyką musiało upłynąć trochę czasu. Teraz pluję sobie w brodę, że tak długo zwlekałem, bo Chasm Of Immurement to kawał porządnego gruz-metalu, który wyraźnie, w dodatku z łatwością, wybija się ponad średnią gatunkową, a jest to o tyle duże osiągnięcie, że większość kapel tego nurtu wydaje się robić wszystko, byle tylko od tej średniej w żaden sposób nie odstawać i nie być posądzonym o zdradę ideałów.
Ehhh… lata mijały, rozczarowanie narastało, no i w końcu proroctwo z recenzji
Udany debiut sprawił, że byłem dość pozytywnie nastawiony do młodych obwiesiów z Morbific, ale moje podejście szybko uległo zmianie po wydaniu przez nich koszmarnie brzmiącego „Squirm Beyond The Mortal Realm”. Byłem przekonany, że po takiej wtopie Finowie już się nie podniosą i ze wstydu zakończą działalność gdzieś w pobliskim lesie. Nie zakończyli. Mało tego, wydali trzeci album, który sprawdziłem tylko po to, żeby z typowo polskiej troski upewnić się, że dalej im w życiu nie wychodzi. I nastąpiło zdziwko: zespół cofną się do korzeni, a potem zrobił krok naprzód, tym razem we właściwym kierunku. Dzięki temu znów jest słuchalny.
Wydawać by się mogło, że skoro po wielu latach Diabolizer wreszcie dorobił się debiutu — który w dodatku został ciepło przyjęty — to występujący pod tym szyldem muzycy poświęcą zespołowi więcej czasu i uwagi, spróbują go rozruszać i postarają się wyrobić mu markę na międzynarodowej scenie. Jeeednak równie dobrze Turcy mogli na powrót zająć się swoimi pozostałymi kapelami, z którymi już coś osiągnęli i które dorobiły się przyzwoitej rozpoznawalności. No i cóż, właśnie z tej drugiej opcji skorzystali, stąd też na następcę
Gridlink zakończyli działalność niedługo po wydaniu
Może i jestem niesprawiedliwy w swoich ocenach, ale uważam, że Bloodtruth załapali się na debiut w Unique Leader bardziej dzięki koneksjom z Fleshgod Apocalypse niż ze względu na poziom uprawianej muzyki. Później, przy okazji „Martyrium”, było już z nimi wyraźnie lepiej, jednak, jak się okazuje, nie na tyle, żeby „kariera” zespołu nabrała rozpędu – stąd też na płytę numer trzy przyszło nam czekać aż 7 lat. W międzyczasie konkurencja Włochów — nawet patrząc tylko na ich krajowe poletko — nie spała, więc na pewno nie będzie im łatwo przebić się do głównego nurtu.
Są takie dzieła, które ciężko jednoznacznie ocenić. Zwłaszcza jeśli w czasie naszej podróży, zwanej powszechnie życiem, idee, system wartości czy wyznawane przekonania ulegają, jeżeli nie zmianom, to pewnym modyfikacjom. Cały ten proces ma miejsce dzięki tajemniczemu składnikowi nazwanym doświadczeniem. Dzięki przeżywaniu i doświadczaniu, coś co kiedyś uważaliśmy za arcydzieło, ulega degradacji, a czasami coś, co przez lata uważaliśmy za jakiś średniak, nagle urasta do rangi co najmniej „wow, nie tak to sobie zapamiętałem”. To co tyczy się arcydzieł stanowi magię ich nieśmiertelności. To znaczy, pamiętamy jak usłyszeliśmy jakąś płytę około 20 lat temu i obecnie wzbudza w nas te same pozytywne emocje. Nieważne, że wiemy lepiej, rozumiemy więcej, jesteśmy mądrzejsi (przeważnie), a jakieś dzieło nadal rozwala nas na łopatki. Takie twory chyba spokojnie możemy nazwać arcydziełami. Rzecz jasna arcydziełem dla nas. To bardzo subiektywne spojrzenie, bo zapewne każdy ma inną definicję owego pojęcia. Jest wszelako jeszcze jedna miara, czysto obiektywna. Ciężar historyczny. Przecież nie każda płyta, która wyszła w minionym wieku miała wpływ na swój gatunek. De Mysteriis Dom Sathanas tę wagę posiada. Dlaczego? Dlatego, że debiut Mayhem to nie tylko pierwsza duża płyta Norwegów, ale też płyta naznaczona krwią. Krwią jednego z założycieli nazywającego się Øystein Aarseth ps. Euronymous. Ojca zespołu, który tego debiutu nie dożył. Nie jestem tutaj, by oceniać postacie Euronymousa i Varga, ale to co między nimi się wydarzyło wpłynęło także na De Mysteriis Dom Sathanas, choćby w tym że usunięty z „credistów” został ów Varg odpowiedzialny za bas.


