23 stycznia 2025

Angelcorpse – Of Lucifer And Lightning [2007]

Angelcorpse - Of Lucifer And Lightning recenzja reviewW ciągu zaledwie trzech lat działalności, w dodatku w niesprzyjających warunkach, Angelcorpse szturmem wdarli się do czołówki gatunku, zyskali ogromny szacunek fanów (i taką se popularność), a dzięki genialnemu „The Inexorable” sięgnęli absolutu. Świat leżał u ich stóp, a miało być tylko lepiej, bo koniunktura na death metal wróciła, a wraz z nią zainteresowanie mediów, wytwórni i promotorów. Tymczasem zespół zaczął się sypać w trakcie trasy z Krisiun i Incantation, by już w 2000 paść na pysk w wyniku wypalenia i niemożliwych do pogodzenia różnic na tle muzycznym. Bywa. Z tak wspaniałym dorobkiem i tak na stałe zapisali się w pamięci fanów.

Niestety, Amerykanie sami postanowili tę pamięć o sobie zszargać, wracając na siłę po kilku latach przerwy z czwartą płytą, która ogólnym poziomem nijak się ma do pierwszych trzech, mimo iż jest utrzymana w podobnym i dość rozpoznawalnym stylu. Jest to o tyle przykre i wkurwiające, że skład — z niewiadomych względów Palubicki i Helmkamp ponownie zaprosili do współpracy Longstreth’a, choć wcześniej i później wieszali na nim psy — z takim potencjałem nawet w chwili słabości i zupełnie od niechcenia powinien stworzyć co najmniej dobry materiał. A tu dupa, Of Lucifer And Lightning nie jest nawet w miarę przyzwoity.

Kambek Angelcorpse sprowadza się do 36 minut skleconego bez przekonania, a zagranego bez polotu umiarkowanego death metalu: wtórnego, pozbawionego energii i śmierdzącego kompromisem. Ta muzyka nie wnosi kompletnie niczego wartościowego do dorobku grupy (o gatunku w ogólności już nie wspominając), jest za to rezultatem trudnego do pojęcia regresu kompozytorsko-technicznego. Amerykanie nie tyle nawet wrócili do korzeni, co cofnęli się do poziomu przeciętnej kapeli demówkowej, która jeszcze nie za bardzo wie, co i jak chce grać. To wrażenie pogłębia płaskie i mocno skompresowane brzmienie, w którym ktoś naiwny mógłby się doszukiwać inspiracji dźwiękiem na „Heretic”, ja bym jednak obstawiał brak konkretnej wizji i skromny budżet.

Na Of Lucifer And Lightning oczywiście pojawiają się elementy występujące od zawsze w muzyce grupy i stanowiące o jej wyjątkowości, ale oprócz charakterystycznych wokali Helmkampa są one albo podane/wykonane na pół gwizdka, albo stanowią jawny autoplagiat („Machinery Of The Cleansing”, ehh). Nie słychać w tym ani dawnej pasji, ani typowej dla starych płyt chwytliwości, ani też prób przesuwania granic ekstremy (a przypominam – bębni tu Longstreth). Ot trzecioligowy death metal jakiego wszędzie pełno i który niczym nie intryguje.

Jak dla mnie Of Lucifer And Lightning jest płytą, do której się wraca tylko w przypływie masochizmu – żeby się wkurwić i później zachodzić w głowę, jakim cudem tak dobry zespół mógł odwalić aż tak dużą, cuchnącą amatorszczyzną fuszerkę. Przypuszczam, że gdyby Angelcorpse zadebiutowali takim materiałem, to ich nazwa nie wyszłaby nawet poza lokalne ziny.


ocena: 5/10
demo

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

17 stycznia 2025

Defeated Sanity – Chronicles Of Lunacy [2024]

Defeated Sanity - Chronicles Of Lunacy recenzja reviewOstatnia dekada upłynęła Defeated Sanity na stopniowym odchodzeniu od tego, czym zasłynęli na początku działalności (a więc brutalnego i technicznego death metalu) i jednoczesnym tworzeniu nowej jakości w znacznie poszerzonych ramach… brutalnego i technicznego death metalu. W krótkich żołnierskich i jakże filozoficznych słowach: grają z grubsza to samo, ale inaczej. O ile jeszcze na „The Sanguinary Impetus” nie byłem w pełni przekonany do zmienionej formuły (co mogło mieć również związek z niepełnym składem), tak kierunek rozwoju zaprezentowany na Chronicles Of Lunacy oceniam już wyjątkowo pozytywnie. Kurwa, to najlepszy materiał tej niemiecko-amerykańskiej ekipy od czasu wybornego „Passages Into Deformity”!

Pisząc o poprzedniej płycie Defeated Sanity, zwróciłem uwagę, że w czołówce takiego grania zrobił się mały tłok. Lille Gruber z kolegami doszli chyba do podobnego wniosku, bo Chronicles Of Lunacy to nawet nie tyle próba zdystansowania konkurencji, co wypracowania własnej niszy, w której nikt im nie będzie bruździł i nic ich nie będzie ograniczało. Nie znaczy to oczywiście (na szczęście!), że zespół poszedł w jakąś awangardę i niezrozumiałe eksperymenty, nie – po prostu nie sprowadza pomysłu na siebie do jawnie disgorge’icznego (i już nieco wyeksploatowanego) napierdolu, a zamiast tego coraz śmielej miesza w strukturach i korzysta z mniej popularnych rozwiązań.

Chronicles Of Lunacy zawiera wszystko, czego można oczekiwać/wymagać od klasowej płyty z brutalnym i technicznym death metalem; są tu zatem i mordercze tempa, i wgniatający ciężar, i mnóstwo technicznych wygibasów, no i okrutnie niskie bulgoty wokalisty. Innymi słowy – klasyka. Od stereotypowego przedstawiciela gatunku (choćby Inherit Disease) Defeated Sanity odróżnia jednak sposób podania tych elementów, bo w wielu fragmentach bohaterowie tej recenzji grają… hmm… brutal death na jazzową modłę albo jazz na brutal death’ową… Stopień zakręcenia wielu partii, ich gęstość, niestandardowe zagrywki, kombinacje z rytmem – to robi wrażenie i przyjemnie urozmaica ogólny wyziew, ale wcale go nie łagodzi. Nie ma tu mowy o kompromisach, Chronicles Of Lunacy wali po ryju od początku do końca, tyle że finezyjnie i z rozmachem.

Do „zrobienia brzmienia” zespół ponownie zatrudnił Colina Marstona, a ten spisał się jeszcze lepiej, niż przy okazji „The Sanguinary Impetus”. Dźwięk jest selektywny, głęboki, przyjemnie przytłaczający i przede wszystkim doskonale dopasowany do muzyki. Ze względu na potężny dół i wysoko (bez przegięcia!) nastrojony werbel rezultat może się kojarzyć z typowo podziemnymi produkcjami, jednak czytelność i balans poszczególnych instrumentów to już zdecydowanie wyższa półka.

Defeated Sanity nigdy nie schodzili poniżej pewnego wysokiego poziomu, ale tak mocnego i zróżnicowanego materiału nie nagrali już od dłuższego czasu. Chronicles Of Lunacy to płyta w swoim stylu zasadzie kompletna – skomplikowana, bezlitosna, a zarazem także zaskakująco lekkostrawna. Nie ma tu przypadkowych dźwięków czy sztucznych wypełniaczy, jest sam konkret. Konkret wart każdej wydanej złotówki.


ocena: 9/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/DefeatedSanity

inne płyty tego wykonawcy:




Udostępnij:

4 stycznia 2025

Heresiarch – Edifice [2024]

Heresiarch - Edifice recenzja reviewDebiut Heresiarch wywołał tu i ówdzie niemałe poruszenie, z zespołu zrobiono nową nadzieję war metalu i upatrywano w nim głównej konkurencji dla ziomków z Diocletian. U mnie, co tu ściemniać, „Death Ordinance” wleciał jednym uchem i wyleciał drugim, nie pozostawiając po sobie znaczącego śladu – ot sprawnie podana i niczym się nie wyróżniająca kupa hałasu, w dodatku niekoniecznie takiego, do którego chciałoby się wracać choćby co miesiąc. Dość powiedzieć, że do premiery Edifice miałem spore problemy ze zlokalizowaniem tej płyty na półce. Na szczęście przyszło nowe, które pozwoliło mi inaczej spojrzeć na ten zespół.

Od pierwszych taktów „Forged Doctrine” daje się odczuć, że w ciągu tych kilku lat dzielących Edifice od „Death Ordinance” Heresiarch dokonali dużych postępów i poprawili się dosłownie w każdym elemencie. Rozwój kompozytorsko-techniczny najlepiej słychać w dobrze przemyślanych i dopracowanych aranżacjach, które mocno wyrastają ponad to, co Nowozelandczycy robili do tej pory. Nowe utwory są bardziej zróżnicowane, wielowątkowe, ciekawsze i o wiele łatwiej zapadają w pamięć. Mniej tu chaosu i jałowego napierdalania ku chwale konwencji, zaś więcej niuansów, dramaturgii i nieoczywistych patentów, które sprawiają, że Edifice odkrywa się z każdym kolejnym przesłuchaniem.

Zespół poszerzył formułę death/warmetalowego grania, odważnie sięgając po doomowe zwolnienia, zaskakująco melodyjne riffy czy też łącząc brutalną sieczkę z posępnym klimatem – a to wszystko przy zachowaniu wcześniejszej intensywności. Chociaż moment… jeśli się zastanowić, to dzięki gęstemu i bardzo urozmaiconemu napieprzaniu nowego perkmana Heresiarch zyskali na wyziewności, a i odrobinę na nieobecnej poprzednio finezji. Kapeli w naturalny, niewymuszony — tak mi się przynajmniej wydaje — sposób udało się w niemal identycznych ramach czasowych zawrzeć znacznie więcej znacznie dojrzalszej muzyki.

Całość spina bardzo masywna, ale i czytelna produkcja, która świetnie sprawdza się zarówno przy „portalowej” zadymie („Mystic And Chaos”), jak i przy mozolnym walcowaniu („Hubris And Decline”). Brzmienie w odpowiednim stopniu uwypukla rozmaite detale zawarte w aranżacjach (choćby basowe) oraz fajnie podkreśla skoki dynamiki, których na Edifice nie brakuje (tu ponownie ukłony dla perkmana). Tym razem nie ma mowy o przytłumionym dźwięku, dudnieniu i zamulaniu.

Trochę im to zajęło, ale muzycy Heresiarch wreszcie zrobili wyraźny krok naprzód i skutecznie odróżnili się od masy kapel grających podobnie jak oni sami na debiucie. Dopiero teraz mogę im szczerze kibicować.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/heresiarchband
Udostępnij:

31 grudnia 2024

Kerry King – From Hell I Rise [2024]

Kerry King - From Hell I Rise recenzja reviewDobrze jest zejść ze sceny niepokonanym, z podniesionym czołem i na własnych warunkach. Fani docenią taką postawę i tłumnie zjawią się na pożegnalnych koncertach, nakupią gadżetów, zrobią pamiątkowe fotki i będzie git. Do czasu, bo później przychodzi dumnie siedzieć na dupie, patrzeć na topniejące zasoby i zżymać się na myśl o górach niezarabianych pieniędzy. W takiej sytuacji znalazł się Kerry King po, tymczasowym, zamknięciu rozdziału pod tytułem Slayer. Wiadomo było, że samym pieprzeniem głupot w wywiadach długo nie utrzyma zainteresowania mediów, potrzebny był mu nowy zespół, z dużymi nazwiskami w składzie i… starą muzyką.

Z ludźmi nie było problemu, wszak w szołbiznesie jest tak, że znani ciągną do znanych, zebrani w kupie nabierają magicznych właściwości, a dzięki temu potencjalny odbiorca jest skłonny przymknąć oko na rozmaite niedostatki końcowego produktu, bo przecież gra tam X czy Y. Natomiast co do muzyki… King nie lubi płyt Slayera nagranych w latach 90. – to wiadomo nie od wczoraj; które zaś ceni najmocniej – to akurat doskonale słychać na From Hell I Rise. Debiutancki materiał jego nowego projektu jest w olbrzymim stopniu nasycony reminiscencjami „God Hates Us All” oraz „Christ Illusion”, co naturalnie moooże wynikać z wyrobionego stylu i utrwalanych latami nawyków kompozytorskich Kerry’ego, ale równie dobrze — i taką opcję bym obstawiał — może chodzić o to, że to właśnie z tych płyt uzbierało mu się najwięcej wartych zagospodarowania odpadów.

Nie ma się co czarować, część utworów podlatuje tu mało subtelnym autoplagiatem, inne brzmią jak alternatywne wersje znanych już hiciorów, z kolei jeszcze inne jakby były sklecone w dużym pośpiechu z nieprzetestowanych patentów. Także tego… Jako że nie ma tu absolutnie niczego zaskakującego czy odkrywczego, czego byśmy w wykonaniu Kinga już nie słyszeli, pozostaje się skupić na poziomie albumu, a ten jest średnio-średni. From Hell I Rise nie daje powodów do zachwytu, ale też nie załamuje, chociaż banalność niektórych rozwiązań i młodzieżowe naiwne teksty nie pasują mi do chłopów dobijających do emerytury. Przypuszczalnie dałoby się wycisnąć z tych numerów więcej, gdyby tylko Kerry nie bał się wyjść poza jedyne znane sobie schematy i dał pozostałym muzykom trochę swobody, a wnoszę to po tym, jak odświeżająco na tle reszty wypadają solówki Demmela.

Zgodnie z oczekiwaniami realizacja From Hell I Rise nie odbiega znacząco od tego, do czego przyzwyczaił nas Slayer, a zatem nie pozostawia wiele do życzenia, ba – dopiero za nią mogę naprawdę szczerze pochwalić zespół i producentów. W każdej sekundzie albumu słychać, że odpowiadają za niego fachowcy z ogromnym doświadczeniem, którzy na graniu i nagrywaniu spędzili mnóstwo czasu i niczego w tej kwestii nie zostawili przypadkowi. Chociaż w tym przypadku wysoki poziom zdaje się być oczywistą oczywistością, to i tak ogromne wrażenie robi zajebiście gęste bębnienie Bostaph’a oraz wściekle agresywne wokale Oseguedy – kto wie, czy obaj nie wspięli się tu na wyżyny swoich możliwości.

Ogólnie debiutu Kerry’ego Kinga słucha się całkiem nieźle, jednak tylko jako całości, bo wśród trzynastu utworów nie trafił się ani jeden, który byłby dobrą wizytówką albumu i który mógłbym jakoś szczególnie polecić. Jeśli Kerry nie nabierze większego zaufania do kolegów, aby wspólnie mogli uwolnić drzemiący w zespole potencjał, o tym projekcie szybko zapomną nawet najwierniejsi fani Slayera.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/KerryKingOfficial

podobne płyty:






Udostępnij:

26 grudnia 2024

Ingurgitating Oblivion – Ontology Of Nought [2024]

Ingurgitating Oblivion - Ontology Of Nought recenzja reviewIngurgitating Oblivion to bezsprzecznie jeden z najbardziej ambitnych zespołów u naszych zachodnich zabor… tego, sąsiadów. Niemcy od lat całkiem udanie poszerzają formułę technicznego death metalu, nie idąc przy tym na łatwiznę ani żadne kompromisy. A, no i nie zważają, czy ktokolwiek spoza zespołu ogarnia te ich pokręcone wizje. Nie powiem, takie aroganckie podejście, ignorujące możliwości i oczekiwania odbiorców, zawsze mi imponuje — tak jak zaimponował mi „Vision Wallows In Symphonies Of Light” — ale i ja czasami osiągam punkt wyrzygu, kiedy spektrum artyzmu jest zbyt szerokie.

Ontology Of Nought to kolejny krok Ingurgitating Oblivion na drodze do wykreowania jeśli nie oryginalnego, to przynajmniej rozpoznawalnego stylu. Idąc po swoje, zespół wyraźnie zredukował tutaj bezpośrednie wpływy Gorguts czy Ulcerate, za to wprowadził więcej zabaw z lajtowymi, choć wcale nie mniej skomplikowanymi dźwiękami, czyniąc materiał baaardzo rozbudowanym i nieprzewidywalnym. Niemcy potrafią z pasją napierać intensywny death metal o zagmatwanych strukturach, by po sekundzie przejść do czarowania damskimi wokalami i klimatami z pogranicza jazzu i fusion. Zwykle te elementy przenikają się tylko w niewielkim stopniu, częściej mamy do czynienia z gwałtownymi przeskokami to w jedną, to w drugą stronę – a to wszystko w ramach jednego utworu. Owszem, grupa z równą swobodą porusza się w obu tych skrajnościach, ale całość byłaby jednak bardziej komunikatywna, gdyby te pomysły rozłożono na osobne (i krótsze) kawałki. Gdyby… bo ewidentnie nie o przystępność tu chodzi…

Jeśli dobrze łapię ideę, Ontology Of Nought pomyślano tak, żeby był albumem niezwykle złożonym i bardzo wymagającym, z którym trzeba się pomęczyć, który powoli odsłania swoje atuty i właściwie nigdy do końca nie daje się rozgryźć. Muzycy Ingurgitating Oblivion zadbali o to, żeby „się działo”, żeby było gęsto, różnorodnie i nieszablonowo — co naturalnie doceniam — bo przez około 55 minut tego materiału dostajemy sporo dowodów ich nieskrępowanej wyobraźni i ogromnych umiejętności. Niemcy potrafią zamieszać tak, że momentami nie wiadomo, co się dzieje, ale robią to z prawdziwą klasą, bo niezależnie od aktualnie uprawianego gatunku, wychodzi im to świetnie.

Tylko tego… jest jeden problem. Ja tu piszę o około 55 minutach, a wyświetlacz pokazuje ich aż 73… Czym zatem są te brakujące minuty? Ano, kurwa jego w dupę zapierdolona mać, niczym: jakiś ambient, przypadkowe dźwięki, gadka-szmatka albo po prostu nic. Dłuuugie fragmenty nica, które sztucznie rozciągają i tak już bardzo długie utwory (weźmy pierwszy z brzegu „Uncreation's Whirring Loom You Ply With Crippled Fingers”, który potrzebuje trzy i pół minuty, żeby w ogóle wystartować) i kompletnie zaburzają spójność płyty. Na „Vision Wallows In Symphonies Of Light” również występowały pewne okołoambientowe przeszkadzajki, ale było ich bez porównania mniej, a przez to tak nie doskwierały. Na Ontology Of Nought tego badziewia jest tyle, że każdorazowo doprowadza mnie do szału i nie pozwala w pełni cieszyć się zawartością „netto” płyty.

Czwarte dzieło Ingurgitating Oblivion brzmi znakomicie, jest cudnie zagrane (Lille Gruber odpierdala takie kosmosy, że kopara nie chce się podnieść z podłogi) i zawiera masę naprawdę kapitalnej muzyki. Niestety, nawet te wszystkie zalety zebrane do kupy nie są w stanie odwrócić mojej uwagi od koszmarnej wtopy z ambientowymi zapchajdziurami. Mogła być z tego płyta roku, tymczasem z bólem serca jestem zmuszony dać jej ledwie 7.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/IngurgitatingOblivionOfficial

Udostępnij:

22 grudnia 2024

Vomit The Soul – Massive Incineration [2024]

Vomit The Soul - Massive Incineration recenzja reviewDo nagrań czwartego krążka muzycy Vomit The Soul przystępowali w poważnie odmienionym (a zarazem wzmocnionym) składzie, stąd też po następcy „Cold” obiecywałem sobie wiele, naprawdę wiele, choć na pewno nie nastawiałem się na coś nowatorskiego. Naiwnością byłoby oczekiwać od zespołu o ustalonej renomie, że w ciągu zaledwie trzech lat przewartościuje swój styl i zerwie z tym, co robił od dawna. To jednak wcale nie oznacza, że Massive Incineration jest przewidywalny od A do Z i w żadnym stopniu nie zaskakuje. Nic z tych rzeczy!

Niedługo po wydaniu bardzo cacanego „Cold” w kapeli doszło do ciekawych przetasowań: basman przeszedł na pozycję drugiego gitarniaka (bo w obsłudze tego instrumentu ma większe doświadczenie, choćby z Bloodtruth), w jego miejsce pojawił się nowy osobnik (z nieodległego stylistycznie Posthuman Abomination), natomiast za garami zasiadł jeden z moich perkusyjnych ulubieńców, Davide Billia. Wydawać by się mogło, że tak dobrana ekipa, z tak potężnym potencjałem sprokuruje wyjątkowo ekstremalny materiał – absurdalnie szybki i szalenie pokręcony. A tu (największa) niespodzianka.

Massive Incineration jest przystępniejszy i bardziej bezpośredni od poprzednika, oparty na dość przejrzystych riffach (w tym wielu zajebiście masywnych) oraz utrzymany gównie w umiarkowanych (jak na brutalny death metal) tempach. Oczywiście Vomit The Soul napierają gęsto jak diabli, ale jednak przy użyciu łatwiejszych do ogarnięcia środków i chyba na większym lajcie. Często odwołują się przy tym do klasyki ekstremalnego łojenia (zwłaszcza Dying Fetus i Suffocation), co sprawia, że całość (a już zwłaszcza „Repulsive Shores Into Oblivion”, „Endless Dark Solstice”, „Beg For Mercy” i ponownie nagrany „Third” z debiutu) sprawia wrażenie — uwaga, druga niespodzianka! — ponadnormatywnie chwytliwej. No i wchodzi gładko.

Brzmienie Massive Incineration jest rezultatem połączonych wysiłków Mk2 Recording (nagrania i mix) oraz studia Hertz (mastering) i w wyraźny sposób nawiązuje do „Apostles Of Inexpression”, co oznacza, że znowu dźwięk jest ciężki, tłusty, nasycony i głęboki. Niestety odbyło się to kosztem czytelności basu, który na „Cold” był znacznie lepiej słyszalny, a i jego wpływ na muzykę był chyba większy. Jak by nie było, to tylko detal, który nie rzutuje na ocenę, bo ogólnie produkcja płyty trzyma naprawdę wysoki poziom i nie przynosi wstydu osobom w nią zaangażowanym.

Vomit The Soul nie zawodzi, co jest o tyle istotne, że zespół nie ogranicza się do klepania w kółko tego samego. Może i różnice między kolejnymi płytami Włochów nie są kolosalne, ale mimo wszystko trudno je z sobą pomylić. Co najważniejsze – z materiałem klasy Massive Incineration trzeba się liczyć.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/vomitthesoulbrutal

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

15 grudnia 2024

Adversarial – Solitude With The Eternal… [2024]

Adversarial - Solitude With The Eternal… recenzja reviewZadziwiająco długo kazali nam czekać na swój trzeci album kanadyjscy nihiliści z Adversarial. Z każdym kolejnym rokiem apetyt na nową muzykę oraz oczekiwania z nią związane rosły, a po dziewięciu latach zrobiły się wręcz niebezpiecznie wysokie. Od początku było wiadomo, że pobić „Death, Endless Nothing And The Black Knife Of Nihilism” będzie im zajebiście trudno, że naprawdę muszą spiąć dupska i dać z siebie wszystko. No i cóż, albo zwieracze już im nie domagają i gdzieniegdzie pojawiają się luzy, albo w tej chwili stać ich tylko na tyle. Tak, Solitude With The Eternal… nie ma startu do poprzednika, choć na pewno nie jest też słabym krążkiem.

Adversarial postawili przede wszystkim na ogień, wyziew i napierdalanie wpadające momentami w brutal death, jednym słowem: intensywność, choć — co trzeba podkreślić — podaną w zaskakująco uporządkowany sposób i ramach dość klarownych struktur. Mimo niemal nieustannej sieczki materiał nie jest jednak aż tak radykalny, jak się tego spodziewałem, bo brakuje mu dzikości, szaleństwa i pierwiastka chaosu, którymi charakteryzowały się poprzednie wydawnictwa. To raz, a dwa jest takie, że Solitude With The Eternal… jest od nich bardziej jednowymiarowy i w rezultacie niektóre utwory zamiast siać spustoszenie pod czaszką, po prostu przelatują, nie pozostawiając po sobie wyraźnego śladu.

Nigdy nie wymagałem od tego zespołu nieszablonowych rozwiązań czy naleciałości z kosmosu, bo zupełnie nie o to chodzi w takim graniu, aaale odrobina urozmaiceń tu i ówdzie, jakieś kontrasty albo okazjonalne wyjście poza schemat zawsze są mile widziane. Na Solitude With The Eternal… muzycy Adversarial pod tym względem nie rozpieszczają słuchaczy, bo do zaoferowania mają jedynie hmm… 40 sekund „nica” (bo nie można tego nawet nazwać ambientem) na początku „Witness To The Eternal Ligh” oraz podlatujące Immolation/Incantation nudnawe zwolnienia w „Crushed Into The Kingdom Of Darknes”. W tym drugim przypadku Kanadyjczycy brzmią raczej jakby brakowało im pary, niż chcieli kogokolwiek zabić ciężarem. Trochę to dziwne, bo wcześniej takich problemów z kreatywnością/wykonaniem nie mieli.

Zdaję sobie sprawę, że zrzędzę niewspółmiernie do poziomu Solitude With The Eternal…, a przez to zamazuję rzeczywisty obraz tej płyty, ale zwyczajnie liczyłem na coś więcej, na coś lepiej, a może i nawet na coś spektakularnego. Pierwszymi płytami Adversarial udowodnili, że ich na to stać, więc głupio im teraz obniżać poprzeczkę. Nie znaczy to jednak, że zespół nagle zapomniał, jak się pisze zapadające w pamięć i konkretnie kopiące po dupie numery. „Fanes At The Engur” czy „Endless Maze Of Blackest Dominion” mają naprawdę spory potencjał i mogą się podobać, chociaż odrobinę odbiegają od tego, co Kanadyjczycy robili przed laty.

Dobra to płyta, taka treściwa i ekstremalna, ale nie wydaje mi się, żeby koniecznie trzeba było o niej mówić z pozycji kolan. Za mało tu uniesień natury jakiejkolwiek.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/AdversarialOfficial
Udostępnij:

12 grudnia 2024

Rudra – Eight Mahavidyas [2022]

Rudra - Eight Mahavidyas recenzja reviewZnamy zespoły antychrześcijańskie, znamy zespoły pro-chrześcijańskie. Niektórzy, jak Orphaned Land zrobili karierę na byciu zgodnym z teorią spiskową o jednej religii, łączącej abrahamowe wierzenia w jedno wielkie gówno. A co ma do powiedzenia hinduizm?

Rudra reprezentuje styl, który nazwała Vedic Metal, czyli opowieści indyjskiej treści (mimo pochodzenia z Singapuru – miasta jak Kraków, tylko z większą ilością psychopatów). Płyta ma koncept – osiem numerów o ośmiu mędrczyniach, które zakasowały władców świata tego, niewielkiego. Wszystko wytłumaczone pięknie w książeczce, można się bawić i uczyć w ramach słuchania metalu.

Tak więc po wyłączeniu Manu Chao puściłem Rudra i powiem po pierwsze, że przypinanie im łatki Black Metalu uważam za chore. Pomijając anty-okultyzm grupy, nie powinno nazywać się czegoś Black Metalem, tylko dlatego, że się dźwięki lekko pobrudziły i niedoprały. Jest to po prostu szorstki, Orientalny Death i tyle mojego bulwersu.

Po drugie, Rudra reprezentuje tzw. trudny styl do polubienia za pierwszym odsłuchem, a który może wręcz zmęczyć. Przypomina mi to coś, co robił Nile, ale bez dominacji szybkiej perkusji, i zdecydowanie grzeczniej. Jest to powolne granie, nastawione na medytacyjność, powtórzenia pewnych fraz i motywów, niemalże w sposób modlitewny. Może stąd wzięła się nazwa gatunku, bo trochę jakby była przeznaczona dla joginów. Utwory się jednak dobrze noszą, mimo długości (średnio po 7 minut). Ale też ciężko wskazać coś ponadprzeciętnego (no może „Renunciation Is Futile” jest bardziej piosenkowy od innych), bo każdy numer ma jakiś pomysł, mniej lub bardziej kreatywny.

Podobało mi się to ogólnie, ale w dużej mierze ze względu na egzotykę. Gdyby to był album o Egipcie, to pewnie bym nie był aż tak miły. Nie jest to album równie wyjątkowy, co początki tego zespołu – większość zespołów ekstremalnych „szczytuje” na pierwszych trzech płytach, ale to wciąż jest jak najbardziej godny reprezentant swojego regionu. Singapur ma wiele ważnych zespołów, ale żaden nie wydał tak wiele płyt co Rudra. I dlatego można sprawdzić z ciekawości. Ja natomiast zastanowię się nad stworzeniem religii piwoszy i miłośników kabanosów w musztardzie miodowej.


ocena: 8/10
mutant
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/RudraBand
Udostępnij:

6 grudnia 2024

Blood Incantation – Absolute Elsewhere [2024]

Blood Incantation - Absolute Elsewhere  recenzja reviewTalent? Szczęście? Negro-syjonistyczny spisek? Co by to nie było, coś musiało być na rzeczy, bo droga Blood Incantation — którzy przecież nie zrewolucjonizowali ani nie wymyślili death metalu na nowo — do czołówki gatunku była wyjątkowo krótka i jak się zdaje bezproblemowa. Z dnia na dzień Amerykanie stali się zespołem, „o którym się mówi”, każde kolejne ich wydawnictwo przyjmowano przy wtórze ochów i achów, zaś na fali ich popularności pojawiła się cała masa kapel chcących grać podobnie. Tak, to jest, kurwa, sukces, w dodatku w pełni zasłużony.

Niestety z sukcesem tak to już bywa, że niektórym od jego nadmiaru odbija palma, tracą kontakt z rzeczywistością i zaczynają robić głupoty. W przypadku Blood Incantation taką głupotą było ambientowe hmm… coś o tytule „Timewave Zero”. Niby to niewarta uwagi bzdura, niby to nieszkodliwa – a owszem, gdyyyby tylko została odpowiednio potraktowana. Tymczasem zatrważająco duża część odbiorców obwołała to coś objawieniem i przejawem geniuszu Amerykanów i w ten sposób zamiast solidną zjebą postawić zespół do pionu, utwierdziła go w poczuciu własnej zajebistości i wszechstronności oraz zachęciła do dalszych eksperymentów. Efekty słychać na Absolute Elsewhere.

Trzecia płyta Blood Incantation jest materiałem niesamowicie ambitnym, progresywnym i nieprzewidywalnym, czerpiącym z różnych stylów i gatunków, a przy tym zapewniającym niespotykane doznania estetyczne… bla, bla, bla… literki. Absolute Elsewhere ma do zaoferowania przyzwoitą (procentowo) dawkę znakomitego death metalu, cała reszta to tak naprawdę pomyłka. Amerykanie władowali w ten krążek wszystko, co tylko przyszło im do głów – od zakręconych, przepełnionych blastami partii, przez rock progresywny i ambient, po wręcz folkowe pitu-pitu. Tu zaleci Nocturnus, tam Opeth, a jeszcze gdzie indziej Mastodon, Akercocke czy rzężąca resztką sił lodówka. Mają rozmach skurwisyny, że zacytuję klasyka.

Na co komu jednak rozmach, kiedy całość zwyczajnie rozłazi się w szwach, ba!, w ogóle nie jest pozszywana. Konstrukcja Absolute Elsewhere — jeśli o jakiejś przemyślanej konstrukcji można tutaj mówić — jest straszliwie naciągana/przekombinowana, o wewnętrznej spójności (czy to „dużych” utworów, czy tylko ich części) należy zapomnieć, o płynnych/logicznych przejściach między kolejnymi fragmentami również. Albo jest jeszcze za wcześnie na tak szeroko zakrojony eklektyzm, albo Blood Incantation po prostu się do tego nie nadają – ja obstawiam opcję numer dwa, bo przez te wszystkie hmm… urozmaicenia najciekawsze i najbardziej wartościowe motywy nie dostają dość czasu, żeby się należycie rozkręcić, są urywane i zastępowane gorszymi, niedeathmetalowej proweniencji.

Jednakowoż właśnie za deathmetalową stronę Absolute Elsewhere należą się muzykom Blood Incantation szczere pochwały, bo chociaż nie robią niczego odkrywczego — a przez nadmiar hype’u tak może im się wydawać — to jest w tym moc, precyzja, świeżość i sporo kapitalnych pomysłów. Zespół wyraźnie poprawił brzmienie (można uznać, że wycieczka do Niemiec się opłaciła), zadbał o czytelniejsze wokale (ale wprowadził też czyste zaśpiewy) i nawet odrobinę zyskał na brutalności, dzięki czemu ta pokręcona sieczka wchodzi naprawdę dobrze. Gdyby Amerykanie ograniczyli się wyłącznie do tak pojmowanego death metalu, pewnie mógłbym się zastanawiać, czy to przypadkiem nie jest ich najlepsza płyta. Niestety, elementów rozpieprzających album od środka, miałkich i niczym nieuzasadnionych, jest zbyt dużo, żeby przejść nad nimi do porządku dziennego.

Czy tak ma wyglądać kraut death metal? Jeśli tak, to ja raczej podziękuję i wrócę do bardziej składnych dźwięków, przy których nie muszę się co chwilę łapać za głowę.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: facebook.com/BloodIncantationOfficial

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

28 listopada 2024

Deus Mortem – Thanatos [2024]

Deus Mortem - Thanatos recenzja reviewAch ten Deus Mortem. Pamiętam jak byłem na jednym z pierwszych koncertów i jak „Emanations of the Black Light” wgniótł mnie w ziemię. „Kosmocide” również miło mną pozamiatał, zatem dowiadując się o nowym dziele wrocławian, musiałem to mieć. Dziś skupię się na najnowszym albumie Thanatos wydanym przez… nikogo. Necrosodom i ekipa sami sobie sterem, żeglarzem i okrętem.

Technicznie dostajemy 8 utworów upchniętych w 45 minut, czyli jest to odpowiednia ilość jak na ten zespół, gdyż Deus Mortem nigdy tandetnym black metalem nie był. A jakim black metalem jest? Aby odpowiedzieć na to pytanie, zapraszam do recenzji.

Album otwiera nam polskojęzyczny „Krwawy Świt” i jest to całkiem miłe zaproszenie do dalszego obcowania z tym dziełem. Nie wgniotło, ale zainteresowało, a to już coś znaczy. „Slow Death” poczęstuje nas powolnym tempem, aby przypierdolić kopem, gdzieś po 3 minucie i zwalnia pod koniec. Ogólnie rzecz biorąc Thanatos bawi się tempem jak i gitarowymi solówkami. Zabawa jest na tyle udana, że nie czujemy się znudzeni.

Zasadniczo jeśli przetrawimy te dwa utwory, to taki „Resurrecting the Pillars of Fire” nie zrobi na nas wrażenia. Jest to dokładnie to, czego byśmy się spodziewali.

Przyznam bez bicia, że napaliłem się na ten album jak Varg na kościoły, a było na co po dwóch wcześniejszych świetnych albumach. I do diaska, mamy tutaj zasadniczo wszystko, co powinno sprawić, że gęsia skórka wystąpi na ramionach… ale czegoś brakuje. „A Lamb in the Arms of a Wolf” jakby potwierdza wcześniejszą opinię. Jest black metal i jest… nudno. Słucha się tego fajnie, ale z bamboszy nie wystrzeli. Ba, bardziej zagorzałych zachęci co najwyżej do przesunięcia utworu.

„W Serce Płomiennej Gnozy” nieco poprawia całość. Jest dynamicznie. Jest ciekawie. Jest… sterylnie? Ot, fajny utwór. Dobrze skomponowany, co zresztą tyczy się to całego albumu.

Zaraza, mamy tutaj połowę albumu, a ja marudzę. Co z „Czarnym Krukiem”, „When the Creation Tastes of Dionysian Wine” i zamykającym „Noesis”? Black metal rozbudowany, nietuzinkowy, nieprzeciętny. Dobrze się tego słucha, ale czy będę wracać do tego albumu? Wróciłem sobie do dwóch pierwszych i nadal bambosze poleciały. Tutaj… jest poprawnie. Bardzo poprawnie. Zakup na pewno nie będzie zakupem zmarnowanym. Polecam. Ostrzegam jedynie, że „Thatatos” czapek z głów nie pourywa.


ocena: 7/10
Lukas
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/deusmortemofficial
Udostępnij: