facebook

31 sierpnia 2011

HR Giger – ARH+ [2005]

HR Giger - ARH+ recenzja
Wprawdzie ta książka nie ma nic wspólnego z muzyką, ale już widzę te niezdrowo zainteresowane gęby zwabione nazwiskiem i bezeceństwami na okładce. Przed wami bogato ilustrowana (nie mogło być inaczej!) autobiografia mistrza pogiętych piekielnych wizji, zdobywcy Oscara i miłośnika szelek – Hansa Rudolfa Gigera. Z tej dość krótkiej publikacji zadowoleni będą zarówno ci, którzy chcą się dowiedzieć czegoś ciekawego o tym wybitnym artyście, bo Giger (albo po polskiemu: Gajger – jak ten od licznika promieniowania, hehe) nie szczędzi wspomnień i anegdot, jak i ci, którym zależy tylko na 'obrazkach', bo reprodukcji jego dzieł — obrazów (także w różnych stadiach powstawania), rzeźb, szkiców, itd. — jest tu od groma. Rozczarowanie natomiast spotka każdego, kto nastawia na jakieś sensacyjne studium przypadku, odkrywające przed światem dramatyczne początki zwichrowanej wyobraźni autora.

29 sierpnia 2011

Blind Guardian – Tales From The Twilight World [1990]

Blind Guardian - Tales From The Twilight World recenzja okładka review cover
Trzeci longplej Strażników należy potraktować jako zwieńczenie pewnego rozdziału w ich karierze, rozdziału poszukiwań, tworzenia własnej tożsamości i wychodzenia z wieku młodzieńczego. Dwa lata od wydania pierwszego "Battalions of Fear" wystarczyły, by — doszedłszy do granic stylu — zacząć się zastanawiać nad wyjściem z dość gęsto obsianego poletka niemieckich kapel speed metalowych. Można więc "Tales..." potraktować w dwójnasób, z jednej strony jako koniec pewnej epoki, ale też jako łącznik między własnym dziedzictwem muzycznym, rozpoczętym jeszcze w erze Lucifer's Heritage, a rosnącą samoświadomością. A co to znaczy przetłumaczone na polski? Znaczy to tyle, że tak, jak nie można powiedzieć, że "Tales..." rozpoczynają nowy okres w dziejach kapeli (przyjdzie na to jeszcze poczekać), nie można też powiedzieć, że są 'tylko' albumem speedowym. Pierwsze, na co kieruje się uwaga, to większa ilość wszelkiej maści poza-speedowych elementów, w tym zmian tempa, niebanalnej melodyjności i złożonych struktur.

26 sierpnia 2011

Slayer – Christ Illusion [2006]

Slayer - Christ Illusion recenzja okładka review cover
Nie powiem, żebym miał jakieś ogromne oczekiwania względem "Christ Illusion", bo poprzednim krążkiem Zabójcy mnie nie zabili, a sama obecność Lombardo w składzie przecież "Reign In Blood" jeszcze nie czyni. Spodziewałem się natomiast, że szum wokół tej płyty skupi się na osobie oryginalnego pałkera, nie zaś na muzyce. Toteż z radością przyjąłem fakt, że album wyszedł Slejerkom dużo lepiej niż "Bozia nas nie lubi", choć o powrocie do starych czasów nie mogło być mowy i chyba tylko szaleńcy czekali na powtórkę z rozrywki sprzed 15-20 lat. Jako się rzekło, styl został zachowany. Tak na dobrą sprawę, "Christ Illusion" zaskakuje tylko mnogością wyjątkowo chwytliwych riffów, bo reszta w zasadzie pozostała bez większych zmian.

23 sierpnia 2011

Azarath – Blasphemers' Maledictions [2011]

Azarath - Blasphemers' Maledictions recenzja okładka review cover
Co tu ukrywać, w ogóle mi się nie spieszyło do poznania zawartości "Blasphemers' Maledictions". Raz, że "Praise The Beast" zupełnie mnie nie ruszył, a dwa, że gdzieś na poziomie szóstego zmysłu ustaliłem sobie, iż niczego lepszego od "Diabolic Impious Evil" Azarath już nie nagra. No i nie nagrał, co wcale nie oznacza, że nie ma tu na czym ucha zawiesić. Porządnej death’owej młócki dostajemy pod dostatkiem, bo aż 45 minut. Oczywiście - porządnej, o ile zechce się zaakceptować nowy kierunek zespołu, bo płyta znacząco różni się od poprzednich. "Blasphemers' Maledictions" jest przede wszystkim bardzo oldskulowy, powiedziałbym nawet, że rebeliancki, bluźnierczym duchem bliski pierwszym profesjonalnym nagraniom Possessed i Morbid Angel, tylko o lata świetlne od nich brutalniejszy.

20 sierpnia 2011

Esqarial – Burned Ground Strategy [2008]

Esqarial - Burned Ground Strategy recenzja okładka review cover
Esqarial jest przykładem kapeli, która raz wszedłszy na równię pochyłą, trzyma się jej z uporem maniaka. Bo jak inaczej wytłumaczyć poziom "Burned Ground Strategy" z perspektywy, po pierwsze, "Discoveries", a następnie "Inheritance". Lecą chłopaki na łeb, nie mam co do tego żadnych wątpliwości; pomijam "Klassikę" bo to zupełnie inna para kaloszy – ten i tylko ten album można potraktować inną miarą. "Burned Ground Strategy" trzeba jednak potraktować jako pełnoprawny album tech deathowy. I już w tym miejscu pojawiają się pierwsze lampki ostrzegawcze. Tak coś mi się słyszy, że death Esqariali podpada bardziej pod miękko-rozmokły styl francuski, aniżeli np. amerykański, niemiecki czy kanadyjski. Mam tu na myśli przede wszystkim ogromny nacisk położony na gitary, ich względną prostotę, mocno dmuchane wokale, które bardzo, ale to bardzo chcą być growlem oraz sporą melodyjność.

17 sierpnia 2011

Decapitated – Carnival Is Forever [2011]

Decapitated - Carnival Is Forever recenzja okładka review cover
Przychodzi mi to z wielkim trudem, jak wychodzenie do kibla podczas karnych, ale nic nie poradzę – jestem zmuszony napisać kilka ciepłych słów pod adresem powrotnej płyty Decapitated. Nowy skład i nowe pomysły na muzykę sprawiły, że wreszcie tego zespołu da się słuchać i, co więcej, można czerpać z tego nielichą przyjemność. O bezgranicznym zachwycie z mojej strony nie ma wprawdzie mowy, ale i tak za pomocą "Carnival Is Forever" chłopaki dokonali czegoś, co nie udało się choćby Morbidnym Andżelom – pozytywnie zaskoczyli. Progresja w ramach prezentowanego dotąd stylu oznacza tu przede wszystkim dopuszczenie do głosu wpływów ambitniejszego hard core’a, co przejawia się głównie w wokalach (krzyczano-wrzeszczane, nie każdemu muszą pasować – mnie nie robili poprzedni wokaliści, więc równowaga w przyrodzie została zachowana),

14 sierpnia 2011

Dead Infection – Brain Corrosion [2004]

Dead Infection - Brain Corrosion recenzja okładka review cover
Powrót Dead Infection do czynnego uprawiania krwistej sztuki wielu przyjęło z nieskrywaną radością – wszak to bogowie gore grind, a rozmaici teologowie przekonują, że obecność istot wyższych jest człowiekowi w życiu bardzo potrzebna. Nie pamiętam tylko, czy wspominali cokolwiek o napierdalaniu. Pewnie chcieli, tylko im odwagi brakowało. OK, sprawy wiary odłóżmy na kiedy indziej. Na "Brain Corrosion" białostockie trio rusza z miejsca, w którym skończyli wieki temu na "A Chapter Of Accidents" (oczywiście pomijam milion splitów i składanek!), czyli nadal mamy do czynienia z pozbawionym eksperymentów grzmoceniem po staremu: mocno, brutalnie, prosto i z jajami. Sposób grania nie zmienił się nawet na jotę (radocha przy słuchaniu także), za to brzmienie bardzo. Trochę się bałem łączenia Dead Infection z nowoczesnym soundem (nagrywano w Hertzu),

11 sierpnia 2011

Coroner – R.I.P. [1987]

Coroner - R.I.P. recenzja okładka review cover
Jeszcze do niedawna Szwajcarzy mogli się pochwalić, poza potwornie drogimi zegarkami dla snobów (Patek... fap, fap, fap), serem z dziurami od krów wypasających się na alpejskich stokach oraz turystyką eutanazyjną, zaledwie czterema poważnymi — tak pod względem muzyki, jak i rozpoznawalności — kapelami, a Coroner był oczywiście jedną z nich. Od niedawna kapel jest pięć, mam na myśli Punish, ale nie o nim dzisiaj będzie. A będzie o wspomnianych już Koronerach. Trochę przyszło wam na nich poczekać, ale kapela jest tego warta. Ujmę to tak: przekonanych przekonywać nie trzeba, bo muzykę Szwajcarów zdążyli już poznać i wiedzą, że z byle Vaderem nie mają do czynienia; tych zaś, którym po prawie ćwierćwieczu od pierwszego wydawnictwa nie dzwoni w żadnym kościele, serdecznie zapraszam, by się — dla dobra swojego i innych — publicznie wychłostali.

8 sierpnia 2011

Behemoth – Zos Kia Cultus [2002]

Behemoth - Zos Kia Cultus recenzja okładka review cover
Po tym, jak "Thelema.6" niespecjalnie mnie skopała, po "Zos Kia Cultus" wybierałem się z pewnym ociąganiem (to może też mieć jakiś związek z lenistwem, ale co tam) i bez wielkich nadziei. Szybko się okazało, że niepotrzebnie, a płyta do dziś jest jedną z najlepszych w bogatym dorobku Behemoth. Album ten to kawał solidnego, wymagającego (od słuchacza) i brutalnego death metalu w konwencji nieco odmiennej od średniej gatunkowej, acz baaardzo mocno osadzonego w twórczości takich jednych sławnych z Ameryki. Oczywiście chodzi o Morbid Angel (i głównie krążek "Domination"), którymi fascynacja sięgnęła zenitu właśnie na "Zośce". Ma to swoje plusy, minusy także, ale tych pierwszych jest zdecydowanie więcej – naturalnie jak ktoś lubi ekipę z Florydy.

5 sierpnia 2011

Anorexia Nervosa – Redemption Process [2004]

Anorexia Nervosa - Redemption Process recenzja okładka review cover
Z "Redemption Process" sprawa miała wyglądać wyjątkowo prosto – nazwa, tytuł, a przy ocenie wklepane dziesięć. Jednak pierwsze przesłuchania czwartej płyty umalowanych i wystrojonych Anorektyków (brawa za oryginalny image!) dały mi wyraźnie do zrozumienia, że trzeba będzie się nieco postarać. Po następcy niesamowitego "New Obscurantis Order" oczekiwałem bowiem wulkanu energii i notorycznego, maniakalnego wręcz blastowania, a tu – pewne zaskoczenie. Nie żeby Francuzi nagle przerzucili się na doom (czego im nie życzę), ale nie jest to materiał tak ponaddźwiękowy, jak można było się tego spodziewać i na jaki ich stać. Dostajemy za to krążek na pewno najbardziej podniosły, poważny, w niektórych fragmentach nawet patetyczny (aczkolwiek bez popadania w skrajności – żadnej sztuczności), zaaranżowany z barokowym rozmachem i wielką wyobraźnią,

2 sierpnia 2011

Voice Of Ruin – Voice Of Ruin [2011]

Voice Of Ruin - Voice Of Ruin recenzja okładka review cover
Przeczytałem niedawno na jakimś forum ciekawą myśl. Otóż jeden z dyskutantów stwierdził, że groove metal — a taką muzę ma niby pogrywać bohater dnia – Voice of Ruin — to najgorszy gatunek metalu jaki wymyślono. Na pytanie czemu od razu najgorszy, ze spokojem skonstatował, że przez groove powstały takie gatunki jak: metalcore, deathcore oraz nu metal. Nie wiem, ile koleżka ma lat, ale na browara zasłużył. I o co tyle hałasu, zapytacie. I właśnie o ten hałas się rozbija, bo jak dla mnie Voice of Ruin to nic innego jak "trzy akordy, darcie mordy". Walczę z tym ustrojstwem od jakiegoś czasu i z przykrością muszę stwierdzić, że mnie takie cusik nie przekonuje. Ja wiem, że to nie zawsze o fikuśne kompozycje chodzi, że jest coś więcej niż techniczne połamańce, ale na litość – tak zaserwowana muzyka nie ma w sobie niczego wartościowego.