Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty

15 grudnia 2021

Piotr Dorosiński – Rzeźpospolita [2021]

Piotr Dorosiński - Rzeźpospolita recenzja okładka review coverTytuł, objętość i forma wydania tej książki jednoznacznie sugerują coś na kształt monografii dotyczącej rzeźniczych odmian muzyki, jakie w ciągu kilkudziesięciu lat zakorzeniły się na polskiej ziemi, tej ziemi. Jak się jednak okazuje, autor, Piotr Dorosiński, miał trochę inną wizję całości: Rzeźpospolita to podszyty (nieukrywanym) sentymentem, a mimo to rzetelny opis (i przypomnienie), jak kształtowała się polska scena na przestrzeni lat 90. XX wieku. Piotr nie ogranicza się do muzyki, zgrabnie zarysowując równie interesujące tło społeczne – zmiany ustrojowe, gospodarcze bagno czy przenikanie się środowisk metalowców z kibolami. Ani autor ani jego rozmówcy nie próbują nikomu wciskać kitu, że było lekko, łatwo i przyjemnie — zwłaszcza kiedy przychodziło do zderzenia planów i ambicji z realiami wolnego rynku (czy raczej wolnej amerykanki) — a osiągnięcie czegokolwiek wymagało zaangażowania, wytrwałości oraz dużej dozy szczęścia. Ale, ale - bywało też fajnie.

Książka została podzielona na dwie główne części: „rozmowy” oraz „przejdźmy do historii”. Część pierwsza, bardziej rozbudowana (około 560 stron), to zbiór wywiadów z osobami, które współtworzyły scenę tamtych lat i miały na nią realny wpływ: muzykami, wydawcami, edytorami zinów/magazynów, właścicielami sklepów muzycznych czy organizatorami koncertów. Wśród rozmówców znalazły się takie osobistości jak Tomasz Krajewski, Adam Śliwakowski, Piotr Popiel, Mittloff, Piotr Wawrzeniuk, Sławomir Cywaniuk, Mariusz Kmiołek, Piotr Wiwczarek, Jarosław Szubrycht, Piotr Wącisz czy — z zupełnie innej beczki — Robert Fudali. Materiału jest zatem od groma, w większości jest też bardzo ciekawy, choć nie wszyscy przepytywani wykazali się oczekiwaną wylewnością. Albo pamięcią do szczegółów. Pal licho tych, których działalność nie obchodziła mnie kiedyś i nie obchodzi dzisiaj, ale po muzykach Armagedon, Violent Dirge czy Damnation spodziewałem się nieco więcej. W każdym razie największą zaletą tej części jest dla mnie mnogość punktów widzenia – każdy mówi z grubsza o tym samym, ale ze swojej perspektywy, subiektywnie i bez wchodzenia w buty innych. Doskonale to widać na przykładzie kwestii typu „robienie kariery”, życie koncertowe czy moda na norweski black metal. Jednomyślność występuje chyba tylko w jednym temacie – wszyscy gratulują Nergalowi wyczucia koniunktury…

W drugiej części Rzeźpospolitej Piotr Dorosiński wziął na warsztat kilkanaście istotnych dla siebie (sentyment do kwadratu) płyt i demówek – mniej lub bardziej znanych, dostępnych (przynajmniej kiedyś) w sklepach na CD jak i takich, które nie doczekały się oficjalnego wydania nawet na kasecie. Mamy wśród nich debiuty Devilyn, Damnable czy Holy Death, demówki Manslaughter, Condemnation i Convent, słynny ongiś split Lost Soul/Reinless/Dissenter/Night Gallery, a także… „Demonication (The Manifest)” szwedzkiego (choć z polskim mózgiem) Luciferion. Opisy tych wydawnictw oraz wspomnienia autora w paru przypadkach są uzupełnione krótkimi wywiadami, więc w ramach bonusu dowiadujemy się również czegoś o okolicznościach ich powstania, nagrania i ewentualnej promocji. Ostatnie kilka stron Piotr Dorosiński udostępnił gościom (m.in. Rafał Pasoń, Jarosław Giers), którzy w podobny sposób przedstawili swoje typy z tamtych lat – na szczęście nie ma tego dużo, więc spójność książki nie została zaburzona.

Urozmaicona i naprawdę wciągająca treść Rzeźpospolitej — oraz to, w jakiej formie została podana — sprawia, że kolejne rozdziały tego 700-stronicowego tomiszcza chłonie się w ekspresowym tempie, wmawiając sobie, że „to już ostatni na dziś”. Wiedza, warsztat i zaangażowanie autora w temat ułatwia przedarcie się przez wywiady z mniej interesującymi osobnikami – bywa, że więcej informacji wyciągamy z pytań niż z odpowiedzi na nie. Całość jest okazale wydana i bogato ilustrowana archiwalnymi zdjęciami (zarówno oficjalnymi jak i z prywatnych zbiorów) oraz całym mnóstwem reprodukcji okładek, ulotek, plakatów, ofert handlowych i tym podobnego tałałajstwa, którym swego czasu chyba każdy wyklejał zeszyty. Uwag nie mam wiele, w dodatku są małego kalibru. Ot choćby „geograficzny” podział pierwszej części książki – rzecz zbędna i w praktyce nic nie wnosząca. Dobór rozmówców – rzecz subiektywna, choć brakuje mi tu kilku naprawdę duuużych nazwisk. Na tyle dużych i na tyle dużo, że spokojnie można nimi zapełnić drugi tom – czego niniejszym autorowi życzę.


demo
oficjalna strona wydawcy: inrock.pl
Udostępnij:

16 października 2021

Ian Christe – Ryk bestii. Dekady metalu [2021]

Ian Christe - Ryk bestii. Dekady metalu recenzja okładka review coverNa początku byli Black Sabbath, a Black Sabbath byli z Birmingham, i heavy metalem byli Black Sabbath. A 35 lat później Ian Christe postanowił kompleksowo opisać zjawisko, które Brytyjczycy zapoczątkowali. Książka Ryk bestii. Dekady metalu w oryginale ukazała się w 2003 roku, jednak na polskie tłumaczenie trzeba było naprawdę dłuuugo poczekać, bo aż do 2020. Na rocznicę pierwszego wydania wydawnictwo In Rock przygotowało wydanie upiększone, uzupełnione i rozszerzone o bagatela ponad 250 stron. Wizualnie tomisko robi znakomite wrażenie, więc nawet jeśli ktoś będzie zawiedziony zawartą w nim treścią, zawsze może użyć go do szpanowania przed znajomymi tudzież do ubicia upierdliwego sąsiada – w końcu co cegła, to cegła.

Zgodnie z logiką autor opis Dekad metalu rozpoczyna od Wielkiej Brytanii i historii Black Sabbath, by później przejść do Judas Priest, Iron Maiden i Saxon – i ogólnie ruchu NWOBHM. Następnie przenosimy się do USA, gdzie zaczynają się pierwsze zgrzyty, bo w opowieściach dotyczących lat 80. przewija się cała masa zespołów, o których nawet bym nie pomyślał w kontekście metalu – jakieś pudle, glam, itp. wynalazki z różowymi gitarami. Oczywiście Ameryka to ogromny rynek, gdzie można było opchnąć mnóstwo płyt, jednak Christe chyba za bardzo skupił się na wynikach sprzedaży i tym samym przecenił znaczenie wielu nic nie wnoszących do gatunku epigonów, niemal pomijając najważniejsze kapele z Europy (Venom, Bathory, Sodom, Kreator…), które na tym etapie o wielotysięcznych nakładach nie mogły nawet marzyć.

I nastał czas Metallicy… Nie da się ukryć, że większość późniejszych rozdziałów kręci się wokół tego, co aktualnie porabiali Hetfield i Ulrich, plus ewentualnie jakichś tam zjawiskach pobocznych przewijających się w tle – czy to death metal, grind, hard core czy grunge. Nie sposób przecenić znaczenia Metallicy dla metalu, jednak w pewnym momencie jest jej tutaj po prostu za dużo w stosunku do tego, co działo się obok, a działo się przecież sporo. Tylko czy można było z tego wybrnąć inaczej? Na całe szczęście historie dwóch najważniejszych zespołów gatunku (i jeszcze paru, które obsiadły podium) są przedstawione rzetelnie i w taki sposób, że raczej nie nudzą, chociaż przecież czytało się o nich setki razy. Wiadomo, ktoś będzie jojczył, że „ja już to, kurwa, wszystko wiem”, ale ten sam ktoś w przypadku zbyt pobieżnego potraktowania czołowych kapel pewnikiem wytykałby autorowi totalną ignorancję. Tak źle i tak niedobrze.

W każdym razie początki metalu są opisane dość dokładnie, a autor w ramach danego rozdziału zawsze stara się trzymać tytułowego tematu. Wszelkie dygresje, jeśli już się pojawiają, są utrzymane w ryzach na tyle, żeby nie stracić z oczu głównego wątku. Nie ma tu także zbyt dalekiego wybiegania w przyszłość, bo jak się zdaje – na wszystko przyjdzie czas. No i rzeczywiście, czas przychodzi, ale z dostępnym miejscem jest już gorzej. Lata 90. ze względu na mnogość podgatunków i globalny zasięg muzyki wymagały zastosowania szerszej perspektywy, a to niestety oznacza, że pewne szczegóły uległy zamazaniu. Od tego momentu wygląda to, jakby autor musiał się streszczać, więc tylko prześlizguje się po paru zjawiskach, które miały istotny wpływ na rozwój metalu. Pal licho grunge, groove czy nu metal, ale jakieś 60 stron poświęconych na death i black to naprawdę mało.

Podoba mi się za to, że Ian Christe poruszył kilka kwestii związanych z odbiorem metalu przez społeczeństwo, w tym głośne swego czasu przepychanki ze świętoszkowatym PMRC w amerykańskim senacie czy sądowe cyrki z oskarżaniem muzyków o zachęcanie do samobójstw. Równie ciekawy jest opis zmiennego stosunku mediów (zwłaszcza MTV) do muzyki, z całym ich przekonaniem, że wiedzą lepiej, czego oczekują widzowie. No i jeszcze ten nieszczęsny Napster, który kiedyś podzielił fanów, a o którym dzisiaj już mało kto pamięta.

Podstawowy problem z Rykiem bestii polega na tym, że jest to książka… przestarzała. Przynajmniej w podstawowej formie. W swoim czasie miała zapewne — a przynajmniej tak to interpretuję — przybliżyć historię metalu tym, którzy zaczynali od nu metalu czy czegoś w rodzaju „St. Anger”; stanowić zachętę, żeby sięgnąć głębiej, do źródeł tej muzyki. Współczesnego czytelnika zostawia z prawie dwiema dekadami „nica”. Dopisane w 2020 roku — specjalnie dla polskiego wydania — przemyślenia o zmianach, jakie zaszły w metalu w XXI wieku tego „nica” na pewno nie wypełniają, bo to raptem 20 stron. Ja traktuję to jako luźny zbiór truizmów: ktoś umarł, ktoś inny powrócił po latach, powstała Encyclopaedia Metallum, każdy możliwy klip jest na YouTube i ogólnie jest łatwiejszy dostęp do wszystkiego choćby dzięki streamingowi.

Polska część dodatku, swoją drogą nieuwzględniona w spisie treści, robi… objętość i chyba ma skusić posiadaczy pierwszego wydania do ponownego sięgnięcia do portfela. W moim odczuciu wygląda to jak rozwlekła zapchajdziura (z nieco dziurawą korektą), bo i co komu z refleksji Piotra Wiwczarka na temat trzydziestu (pierwszych) latach heavy metalu, które w zasadzie sprowadzają się do wyliczanki płyt i kapel, które były obszernie opisane kilkaset stron wcześniej? Tylko ostatnie trzy strony, poświęcone polskiej scenie, cokolwiek wnoszą — w imię zasady, że jeśli sami o sobie nie powiemy, to nikt nie powie — choć to znowu tylko wyliczanka. Podobnie wrzucone później rankingi najważniejszych płyt – czy to ostatnich dwóch dekad, czy wszech czasów, czy czegokolwiek – bo każdy z autorów zrobił po swojemu. Mnożenie (oraz powtarzanie) bytów tej książce nie służy, jeeednak jeśli jeszcze nie mieliście Ryku bestii w rękach, to zdecydowanie warto to nadrobić.


demo
oficjalna strona wydawcy: inrock.pl
Udostępnij:

12 sierpnia 2021

Ika Johannesson, Jon Jefferson Klingberg – Krew ogień śmierć. Historia szwedzkiego metalu [2015]

Ika Johannesson, Jon Jefferson Klingberg - Krew ogień śmierć. Historia szwedzkiego metalu recenzja okładka review coverIka Johannesson i Jon Jefferson Klingberg podjęli się ambitnej próby opisania historii i fenomenu szwedzkiego metalu i za to na pewno należą im się pochwały, ale… dokonali tego na niewielu ponad 300 stronach, co jak na tak rozległy temat jest dość skromną objętością. Siłą rzeczy autorzy Krew ogień śmierć całe zagadnienie potraktowali powierzchownie, bez wchodzenia w szczegóły (zwłaszcza tam, gdzie to najbardziej wskazane), a skupili się raczej na tych zjawiskach, które mają szansę zainteresować ludzi spoza metalowych kręgów: skandalach i sensacjach. Stąd też poziom książki jest nierówny, bo obok naprawdę ciekawych rozdziałów z wartościowymi informacjami pojawiają się i takie, które wyglądają jak wycięte z drugiej strony jakiegoś tabloidu tudzież gazetki szkolnej.

Autorzy nie starali się trzymać w książce jakiejkolwiek chronologii, więc czegoś o absolutnych początkach ciężkiej muzyki na szwedzkiej ziemi dowiadujemy się dopiero po kilkudziesięciu stronach lektury. Piszę „czegoś”, bo jeśli spodziewacie się szczegółowych kronik z przełomu lat 70. i 80. ubiegłego wieku, to wiele z tego rozdziału nie wyniesiecie. Ja rozumiem, że nie każda kapela z tamtych lat zapisała się złotymi zgłoskami w historii muzyki, jednak można było się pokusić o szersze opisy paru przedstawicieli pokolenia wikingów z Heavy Load. Nawet kultowemu Candlemass poświęcono najwyżej dwa zdania… Podoba mi się za to, że fajnie zarysowano tło społeczne i różnice w zainteresowaniach muzycznych młodych ludzi w zależności od ich pochodzenia – coś, co będzie jeszcze wyraźniejsze w czasie rozkwitu death metalu. Temat początków metalu w Szwecji zamyka osobny rozdział o Bathory, który w dużej mierze oparto na rozmowach z ojcem Quorthona. Wszystkie zawarte tu informacje pochodzą z wiarygodnego źródła, więc to doskonała okazja, żeby sobie uzupełnić wiedzę o mózgu Bathory; tym bardziej, że jest tu sporo ciekawostek, których nie znajdziecie w innych publikacjach – choćby z okresu dzieciństwa Thomasa. Jak dla mnie to jeden z dwóch najciekawszych rozdziałów książki.

Ledwie kilkanaście stron poświęcono rozkwitowi, supremacji i upadkowi szwedzkiego death metalu. Mam świadomość, że ten nurt to tylko część większego zjawiska, ale skrótowość tych opisów woła o pomstę do Sztokholmu. Pada tutaj kilka nazw kapel, kilka nazwisk, jakieś powszechnie znane anegdoty i w zasadzie tyle. Cała wiedza, jaką wyniesie z tej części gospodyni domowa — bo nie wiem, do kogo innego to może być skierowane — sprowadza się do tego, że Nicke Andersson i że Entombed. Swoją drogą Entombed powraca później w osobnym rozdziale, który jest czymś na kształt relacji/reportażu z jednego dnia z trasy, kiedy grali jako support Amon Amarth. Ponownie nie dowiadujemy się niczego konkretnego (piją, śpią, noszą własne graty – po prostu szok i niedowierzanie), więc ten fragment można traktować jako zapchajdziurę. Znacznie mocniej autorzy przyłożyli się do tematu black metalu, bo sensacje + kontrowersje = zainteresowanie czytelnika; już pal licho, że ponad połowa materiału dotyczy Norwegii – sceny obu krajów mocno się tutaj przenikały, więc można im wybaczyć te dygresje. Dostajemy tu skrótowo opisany black metalowy kanon: Euronymous, Vikernes, kółka wzajemnej adoracji, walka o wpływy, popularność i kasę, pogróżki, podpalenia, morderstwa i robienie „kultu”. I szmatowate zachowanie Fenriza w stosunku do muzyków Entombed. Poza tym Ika i Jon zadali sobie trochę trudu, żeby w miarę obiektywnie przybliżyć postać Deada i rzucić trochę światła na jego „pozazespołowy” wizerunek. Szczególnie dużo można się dowiedzieć z rozmów z jego bratem, bo koledzy z Morbid i Mayhem głównie powtarzają znane od dawna historie, choć i z nich da się co nieco wyłuskać. Rozdziały dotyczące muzyki ekstremalnej mogę podsumować słowami mojej polonistki z liceum: ogólniki, ogólniki, ogólniki. Zatem jeśli chcecie czegoś więcej, sięgnijcie po „Szwedzki death metal” Daniela Ekeroth’a i „Black metal. Ewolucja kultu” Dayala Pattersona.

Ozdobą Krew ogień śmierć jest rozdział dotyczący Dissection, mimo iż napisano go bardziej ze względu na przeszłość Jona Nödtveidta niż muzykę. Autorzy z bliska relacjonują powrót zespołu, przygotowania do tras oraz nagrań, a przy okazji starają się także wyciągnąć od muzyków jak najwięcej informacji o ich podejściu do grania, ideologii i otoczce, która im towarzyszy. Czyta się to z dużym zainteresowaniem, bo Nödtveidt, choć oszczędnie w słowa, spokojnie i na chłodno wyjaśnia jaki jest i do czego dąży. A w tym, co robił, był autentyczny do samego końca. I właśnie do tej książki udzielił ostatniego wywiadu przed śmiercią. Przeciwieństwem Jona jest opisany później Niklas Kvarforth (rozdział „Lekcja samobójstwa”), który nie ma ręki do muzyki, ale za to ma dużo do powiedzenia, choć to, co mówi, sprowadza się do narkomańskiego bełkotu i kompletnych kretynizmów. Jak to oceniła jego znajoma: na pokaz i dla efektu. Trzynastolatki, drżyjcie! Galerię postaci ekstremalnych zamyka Erik Danielsson z Watain, który dzielnie podtrzymuje ideały blackowego dualizmu: jeśli my coś robimy, to kult; jeśli inni coś robią, to komercha. Swoją drogą trzeba przyznać, że ogromy sukces zespołu zupełnie go nie zmienił i w wywiadach pierdoli te same głupoty, co piętnaście lat wcześniej – ale na to przymykam oko, bo przynajmniej Watain potrafi zadbać o muzykę.

Krew ogień śmierć uzupełniono jeszcze kilkoma rozdziałami, spośród których tylko te o mediach, pieniądzach i pociesznych bliźniakach z Nifelheim coś wnoszą, bo pozostałe — metal i naziole, metal i kobiety (z jakiegoś powodu jest tu Gaahl i jego coming out…), odrodzenie wąsatego heavy metalu — wrzucono chyba tylko po to, żeby były, a autorzy mogli o sobie powiedzieć, że podeszli do zjawiska z każdej strony. Pomimo mojej krytyki i dość średniego warsztatu Iki i Jona, książka wypada całkiem nieźle jako wprowadzenie do tematu i dla młodszych słuchaczy powinna być punktem wyjścia do dalszych poszukiwań. Mnie po jej przeczytaniu chyba najbardziej uderzył ogromny wpływ KISS na szwedzkich hardrockowców, bo o Amerykanach wspominają prawie wszyscy przepytywani ze swoich inspiracji.


demo
oficjalna strona wydawcy: www.kagra.com.pl
Udostępnij:

20 kwietnia 2021

David Vincent, Joel McIver – Uwolnić furię. I Am Morbid [2021]

David Vincent, Joel McIver - Uwolnić furię. I Am Morbid recenzja okładka review coverSkoro dwudziestoletni piłkarze z naszej pastwiskowej ligi trzaskają autobiografie jak pojebani, to nie widzę nic dziwnego w tym, że — już w wolnym świecie — podejście do takiej książki zrobił ktoś, kto dla odmiany ma w życiu jakieś osiągnięcia. W ten sposób — i z tajemniczym współudziałem wielbionego na Wyspach Brytyjskich Joela McIvera — powstała autobiografia jednego z najbardziej charyzmatycznych i rozpoznawalnych wokalistów w dziejach death metalu – Davida Vincenta. Uwolnić furię opatrzył wstępem znajomy autora – astrofizyk Matt Taylor, członek Europejskiej Agencji Kosmicznej. Za polską edycję odpowiada wydawnictwo In Rock, które zadbało o efektowny wygląd publikacji (twarda oprawa, kolorowa wkłada ze zdjęciami) i minimalny poślizg względem wersji angielskiej.

Warto zwrócić uwagę na podtytuł książki, bo wbrew pozorom jest dość istotny i wpływa na jej odbiór. Dziesięć nauk płynących z ekstremalnego metalu, outlaw country i mocy samostanowienia. Te dziesięć lekcji to nic innego, jak rozdziały dotyczące kolejnych etapów życia artysty – od dzieciństwa i lat szkolnych, przez karierę w Morbid Angel, naukę empatii jako taksówkarz i poszukiwanie zen w górach Karoliny Północnej, po promocję i plany rozwoju Vltimas. Ostatni rozdział to zbiór krótkich i dość ogólnych refleksji na tematy wszelakie – pieniędzy, polityki, religii, podróżowania czy spędzania czasu na świeżym powietrzu. Na zakończenie każdej „lekcji” (z wyjątkiem ostatniej) dostajemy tłumaczenia paru tekstów wraz z opisem ich znaczenia i okoliczności powstania oraz — i tu robi się dziwnie — krótkie podsumowanie w formie złotych myśli, dobrych rad czy gadki motywacyjnej, co pasuje bardziej do jutubowego coacha albo trenera personalnego, nie zaś pogańsko-satanistycznego rebelianta i gwiazdy rocka. Jeśli zatem nie posiedliście tej wiedzy w podstawówce, od Davida dowiecie się, że trzeba jeść owoce i warzywa, nie przesadzać z narkotykami, ostrożnie prowadzić i być pozytywnie nastawionym do życia… Pamiętaj czytelniku, jesteś zwycięzcą!

Zgodnie z oczekiwaniami duża część książki dotyczy działalności Vincenta w i wokół Morbid Angel, dzięki czemu mamy okazję poznać pewne sporne kwestie z jego perspektywy i porównać je z oficjalnymi wersjami, bo przez lata nazbierało się wokół nich trochę niejasności. Ot choćby to, że David wcale się nie palił do tego, żeby zostać wokalistą, czy że to nie on odpowiada za wywalenie Ortegi i Browninga (ale niejako potwierdza, że od początku nie przepadali za sobą z tym drugim). Interesująca jest również otoczka — czy raczej jej brak — pierwszego rozstania Vincenta z zespołem. Ponoć odszedł z własnej woli po wywiązaniu się z zobowiązań promocyjnych, nie zaś został wyrzucony przez nazistowskie sympatie (jak ktoś chce, to i tak może zinterpretować pewne fragmenty) czy sławne „nieodpowiednie” teksty. Szacunek dla Davida, że po latach potrafił się przyznać do przerostu ego i swojego bucowatego zachowania w tamtym okresie, co miało być rezultatem czerpania energii z permanentnego podkurwienia. Wariactwa za starych czasów to jednak pikuś przy kulisach prac nad „Illud Divinum Insanus”. Okazuje się bowiem, że powinniśmy się cieszyć, że płyta wyszła tak, jak wyszła (czyli do dupy), bo mogło być znacznie, znacznie gorzej. Wyłania się z tego nienajlepszy obraz Treya, który najpierw naznosił na próby jakiegoś gówna (w formie dubstepu), a gdy materiał był już nagrany, umył od niego ręce. A potem ręce opadły słuchaczom.

Co znamienne, Vincent wyjątkowo oszczędnie opisuje swoje życie poza muzycznym biznesem, zwłaszcza rodzinne — czy to dzieciństwo czy małżeństwo z Gen — za co w sumie mu chwała, bo nic nam do tego. Pomija także wszelkie krążące o nim plotki (ani słowa o Marku Andersonie) i co bardziej kontrowersyjne tematy, więc jeśli ktoś spodziewał się pikantnych historyjek i publicznego prania brudów, to raczej się zawiedzie. O wiele więcej dowiadujemy się o ewolucji jego światopoglądu, pasjach (instrumentach, polowaniach, starych samochodach, szybkich motocyklach) i kłopotach/zaburzeniach zdrowotnych, z którymi zmaga się do dziś.

Uwolnić furię to bez wątpienia interesująca i dość wciągająca lektura, wszak autor należy do wyjątkowo barwnych postaci i niejednego w życiu spróbował (heh…), choć może nie jest na tyle wylewny, na ile byśmy chcieli. No, chyba że celowo zostawił sobie jakiś „ostrzejszy” materiał na drugą część… Ponadto pewnie nie każdemu przypadnie do gustu poradnikowo-moralizatorska formuła książki z typowo amerykańską propagandą sukcesu (praktycznie nie ma takiej dziedziny, w której autor by sobie świetnie nie radził) i Wujkiem Dobra Rada na czele – taki Osho dla metalowców. Dla mnie najważniejsze jest jednak to, że jest tu mnóstwo treści, które rzadko pojawiały się w normalnych wywiadach tudzież nie poruszano ich wcale. Wyobrażaliście sobie kiedykolwiek Vincenta w Death?…


demo
oficjalna strona wydawcy: inrock.pl
Udostępnij:

18 maja 2020

Brian Slagel – Dla dobra metalu. Historia Metal Blade Records [2020]

Brian Slagel - Dla dobra metalu. Historia Metal Blade Records recenzja okładka review coverW 2017 znana wszystkim wytwórnia Metal Blade obchodziła swoje 35 urodziny i z tej właśnie okazji Brian Slagel, jej założyciel, właściciel i guru, postanowił odkurzyć wspomnienia, uporządkować fakty i podsumować ten czas. Materiału zebrało się dość, żeby złożyć z tego książkę, która, ze stosowym opóźnieniem, trafiła i do nas. Za polską edycję odpowiada wydawnictwo In Rock, które tak dobrze przyłożyło się do pracy, że nawet osoby zupełnie niezainteresowane tematem będą chciały mieć ten elegancki tom na półce.

Cała historia ma swój początek w latach 70. ubiegłego wieku w słonecznej Kalifornii, w momencie, kiedy w życiu małego Briana Slagela nastąpił przełom za sprawą Deep Purple. Wzrastające zainteresowanie ciężką muzyką doprowadziło go wkrótce do Iron Maiden i czegoś, co Anglicy nazwali NWOBHM. Potem poszło już z górki: tape-trading, własny zine, praca w sklepie muzycznym, organizacja koncertów, wytwórnia… Trzeba przyznać, że Slagel wykazywał się olbrzymim zaangażowaniem i z całkiem niezłym skutkiem potrafił pogodzić wszystkie te obszary, a robił to tylko dlatego, gdyż chciał spopularyzować uwielbianą przez siebie muzykę, by jego ulubione zespoły nie popadały w zapomnienie. Oczywiście nie działał sam, bo w tych pierwszych latach bardzo wspierał go John Kornarens, a dodatkowo obaj korzystali z szerokich znajomości pewnego duńskiego gnojka o nazwisku Lars Ulrich, nota bene autora nadęto-luzackiej przedmowy do opisywanej książki.

Z (szybkim) biegiem czasu początkowa chęć promocji NWOBHM na amerykańskiej ziemi przekształciła się u Briana w potrzebę pokazania światu tego, co do zaoferowania ma Kalifornia i okolice – najpierw przez publikacje w brytyjskim „Sounds”, a później przez składanki z cyklu „Metal Massacre”. A propos wspomnianej kompilacji, uderzają mnie dwie kwestie. Po pierwsze, duża wiara Slagela w potencjał nieistniejącego zespołu Larsa i czekanie do ostatniej chwili, żeby móc go wcisnąć na płytę. Po drugie, podejście amerykańskich zespołów do tematów biznesowych. Spójrzcie zresztą sami: brak sceny, brak struktur, nikomu nieznane kapele złożone z nastolatków bez jakiegokolwiek doświadczenia, a praktycznie wszyscy komunikują się przez menadżerów. Czy to magia Hollywood czy narkotyki?

W jednym z wywiadów zamieszczonych w książce z ust Alexa Webstera padają słowa: „Brian (…) wielokrotnie stawiał kwestie muzyczne przed sprawami biznesowymi”. Z boku wygląda to na wazelinę, lecz na stronach tej lektury znajdziemy sporo przykładów, kiedy ideowe nastawienie Slagela do muzyki wygrywało z możliwością zarobienia góry pieniędzy albo przynajmniej nie popadania w finansowe tarapaty: zignorowanie nadejścia ery CD, rozwiązanie umowy z Warnerem i stanięcie po stronie wolności artystycznej Gwar, całkowite pominięcie mody na glam i nu-metal. Ze względu na skromne zaplecze Metal Blade nie byli w stanie pozyskać lub utrzymać paru z czasem wyjątkowo dobrze sprzedających się zespołów. O historiach z Metallicą, Slayer i Megadeth słyszeli chyba wszyscy, ale już o Korn, o którego firma bardzo zabiegała, niekoniecznie, podobnie jak o dwóch niewymienionych tu zespołach – Guns N’ Roses oraz Pantera.

Mimo iż Brian Slagel nie popada tu w propagandę własnego sukcesu, liczyłem, że opowieści o nietrafionych inwestycjach będzie ciut więcej, wszak po roku 2000 było ich aż nadto. Spodziewałem się również solidnego wywodu na tematy okołonapsterowe z przełomu wieków, bo firma na pewno poważnie odczuła rosnącą popularność plików MP3, tymczasem o konsekwencjach nielegalnego ściągania płyt wypowiedział się jedynie Kim Bendix Petersen. Sam Slagel, już na koniec, wieszczy (w 2017) straszne rzeczy na temat odchodzenia od produkcji fizycznych nośników i przerzucenia się na platformy streamingowe.

Przy tym, ile miejsca autor poświęcił nieco ekstrawaganckim eksperymentom z komikami, sportowcami i dziadostwem spod znaku metal core (niestety trzeba oddać wytwórni, że udanie ten styl spopularyzowała), zaskakuje, że temat bardziej ekstremalnego grania sprowadzono do ledwie kilku czołowych dla Metal Blade nazw z kręgu death metalu (Canibal Corpse, Six Feet Under, Amon Amarth, Behemoth), zaś o blacku nie wspomniano bodaj wcale. Pewnie do dziś wstydzą się podpisania umowy z Ancient.

Zamieszczone w książce wywiady z (współ)pracownikami Metal Blade i nagrywającymi dla stajni muzykami mogą sprawiać wrażenie laurek dla Briana; wszyscy opowiadają o sielance, pełnym zrozumieniu i rodzinnej atmosferze, co zalatuje jakąś utopią. Jeeednak gdy spojrzymy na jego zasługi (miejscami sam wydaje się być nimi zakłopotany) i to, jak długo poszczególne kapele są związane z wytwórnią, człowiek jest skłonny uwierzyć przynajmniej w część tego słodzenia. Upływ czasu, jak się zdaje, nie zmienił ani zaangażowania Slagela w muzykę ani jego bezpośredniego podejścia do zespołów, więc Dla dobra metalu czyta się z zainteresowaniem do ostatniej strony.

Na koniec jeszcze słówko na temat formy wydania książki. Dla dobra metalu wygląda naprawdę estetycznie i okazale (jak na niewiele ponad 300 stron): papier jest dobrej jakości, a okładka twarda i grubo pociągnięta lakierem wybiórczym. Tłumaczenie również wygląda dobrze, choć w paru miejscach jest może zbyt dosłowne. Znaczących błędów nie odnotowałem, choć pomniejsze się trafiają, w tym także rzeczowe – w dodatku do polskiego wydania. Mam natomiast problem z większością tekstów wydrukowanych kursywą, bo zdaje się ona pojawiać dość przypadkowo, a z kontekstu nie zawsze idzie stwierdzić, co podkreśla. Całość wzbogacono o kolorową wkładkę ze zdjęciami na papierzu kredowym (oglądanie fryzury Slagela z lat 80. nie należy do najprzyjemniejszych doznań) oraz obszerny — może nawet zbyt obszerny — dodatek z recenzjami wybranych pozycji z katalogu Metal Blade autorstwa kilku mniej lub bardziej znanych polskich dziennikarzy; o dziwo Jaro.Slav Szubrycht w swych typach nie ograniczył się do Slayera.


demo
oficjalna strona wydawcy: inrock.pl
Udostępnij:

31 sierpnia 2011

HR Giger – ARH+ [2005]

HR Giger - ARH+ recenzjaWprawdzie ta książka nie ma nic wspólnego z muzyką, ale już widzę te niezdrowo zainteresowane gęby zwabione nazwiskiem i bezeceństwami na okładce. Przed wami bogato ilustrowana (nie mogło być inaczej!) autobiografia mistrza pogiętych piekielnych wizji, zdobywcy Oscara i miłośnika szelek – Hansa Rudolfa Gigera. Z tej dość krótkiej publikacji zadowoleni będą zarówno ci, którzy chcą się dowiedzieć czegoś ciekawego o tym wybitnym artyście, bo Giger (albo po polskiemu: Gajger – jak ten od licznika promieniowania, hehe) nie szczędzi wspomnień i anegdot, jak i ci, którym zależy tylko na „obrazkach”, bo reprodukcji jego dzieł — obrazów (także w różnych stadiach powstawania), rzeźb, szkiców, itd. — jest tu od groma. Rozczarowanie natomiast spotka każdego, kto nastawia na jakieś sensacyjne studium przypadku, odkrywające przed światem dramatyczne początki zwichrowanej wyobraźni autora. Mały, a później młody Giger miał zupełnie dobre (a jak na połowę XX wieku to nawet doskonałe) warunki, by się swobodnie rozwijać w dowolnie wybranym przez siebie kierunku. Żadnych skandali, traumatycznych wydarzeń – po prostu nic. Nawet nie był porządnie bity. Jednak już jeden rzut oka na jego zdjęcia z dzieciństwa (te oczka – Damien z „Omena” się kłania) wystarcza, by zgadywać, że od najmłodszych lat Hans miał coś z deklem, co musiało wykiełkować na etapie narodzin, albo jeszcze wcześniej. Później w jego życiu pojawiały się elementy wyłącznie wzmacniające to odchylenie: gołe baby, jazz, Lovecraft, Dali, gołe baby… Dowiecie się także, jak niewiele trzeba, by człowiek oskarżany o promowanie pornografii dorobił się własnych tematycznych barów. Nie ma sensu, żebym zdradzał więcej, bo choć ARH+ to lektura na jeden letni wieczór, to wraca się do niej wyjątkowo często.


demo
wydawca: www.tmc.com.pl
Udostępnij:

23 marca 2010

Mudrain Albert – Wybierając śmierć. Niewiarygodna historia death metalu i grindcore’a [2007]

Mudrain Albert - Wybierając śmierć. Niewiarygodna historia death metalu i grindcore’a recenzjaPodtytuł tej książki brzmi dość poważnie i rozbudza nadzieje na coś naprawdę wielkiego, ale jej objętość boleśnie sprowadza człowieka na ziemię. Idea rzetelnego spisania dziejów tych wspaniałych i jakże inspirujących gatunków jest godna pochwały, choć do ideału w typie kompendium sporo zabrakło. Jednak jako, że jest to chyba pierwsza taka publikacja, można potraktować ją trochę łagodniej. Pisząc o rozwoju obu gatunków, autor skupił się bardziej na biografiach prekursorów grind core’a i death metalu. Owszem, jest tu krótkie wprowadzenie o punku, ale dalej już Albert Mudrain leci kurczowo trzymając się kilku zespołów, które — co nie ulega wątpliwości — znacząco wpłynęły na tą muzykę, ale nie były przecież jedynymi. Dopiero od takich opowiastek robi skoki w bok, w celu przybliżenia konkretnych zjawisk. Ma to swoje plusy. Przede wszystkim taka taktyka pozwala zachować dużą przejrzystość – bez ciągłego skakania po kontynentach tylko po to, żeby nie pominąć żadnej kapeli, która w jakimś garażu brzdąkała w podobnych klimatach. W ten sposób jakąś jedną piątą książki poświęcono Napalm Death, co zresztą zrobiono ciekawie, ubarwiając całość licznymi wypowiedziami muzyków. Niewiele mniej mamy o Carcass i Morbid Angel. Wyraźnie mniej miejsca przeznaczono na Death, Obituary, Entombed, Deicide, Terrorizer czy Cannibal Corpse. Szczegółów, zwłaszcza z początkowych lat działalności w najgłębszym podziemiu, jest sporo (mowa o tych największych nazwach), podano je bardzo przystępnie, więc sporo osób powinno mieć z tego niezłą radochę. Ale... gdy ktoś naprawdę interesuje się losami swoich idoli, to wiele nowego się o nich nie dowie. O ile w ogóle. No i albo mi się wydaje, albo niektóre grupy (ich wkład) zostały potraktowane po macoszemu. Można też odnieść wrażenie — co wynika m.in. z wcześniejszej uwagi — że książka była pisana pod (z pomocą?) konkretne wytwórnie: Earache, Relapse i — w dalszej części — Century Media. Nawet Roadrunner, który swego czasu zrobił dla tej muzyki sporo (chodzi o popularyzowanie, nie o wyciskanie kapel), i którego wydawnictwa były bardzo istotne, wymienia się tu jakby z musu. Może wynika to z mojego bardzo odmiennego gustu i spojrzenia na historię, w co jednak wątpię, więc jeszcze do tego wrócę. Liczne wspomnienia wyciągnięte bezpośrednio od muzyków nie są żadnym zaskoczeniem (nie znaczy to, że można je olać), są nim natomiast wynurzenia ludzi związanych z ciemną stroną biznesu, szczególnie Digby’ego Pearsona i Monte Connera – z których wypowiedzi jasno wynika, że dla kasy można zrobić wiele... Kolejnym urozmaiceniem są ulotki i zdjęcia – niestety sporo z tych drugich to doskonale wszystkim znane fotki promocyjne. Dobre tłumaczenie zapewnił Bartosz Donarski, czyli człowiek, który nie tylko potrafi sprawnie pisać, ale i o temacie ma wiedzę należytą, więc bzdur by nie przepuścił. Ciekawym pomysłem było dorzucenie na końcu płytowego niezbędnika. Chwalę pomysł, bo zawartość tego dodatku jest co najmniej kontrowersyjna. I to w obie strony – brakuje bowiem wielu naprawdę istotnych płyt (a nawet zespołów!), a wymieniono kilka kompletnych nieporozumień (jak choćby Opeth, In Flames, Zyklon). Zatem i w tym miejscu węszyłbym spisek wytwórni. Czas na podsumowanko. Książka wprawdzie nie jest opasła, ale dość przyjemna – taka akurat, żeby sobie coś przypomnieć. No i chyba skierowano ją do młodszych fanów metalu, którzy chcieliby wiedzieć (i potrafią jako tako czytać) o tej muzyce coś więcej, niż to, co poleci w MTV. Tzw. normalnych ludzi odstraszy częste kurwowanie, więc target tej pozycji jest dość wąski. Kto wie, może dzięki niej coś się ruszy i takie publikacje będziemy dostawać co roku.


demo
wydawca: www.kagra.com.pl
Udostępnij: