Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty

18 maja 2020

Brian Slagel – Dla dobra metalu. Historia Metal Blade Records [2020]

Brian Slagel - Dla dobra metalu. Historia Metal Blade Records recenzja okładka review coverW 2017 znana wszystkim wytwórnia Metal Blade obchodziła swoje 35 urodziny i z tej właśnie okazji Brian Slagel, jej założyciel, właściciel i guru, postanowił odkurzyć wspomnienia, uporządkować fakty i podsumować ten czas. Materiału zebrało się dość, żeby złożyć z tego książkę, która, ze stosowym opóźnieniem, trafiła i do nas. Za polską edycję odpowiada wydawnictwo In Rock, które tak dobrze przyłożyło się do pracy, że nawet osoby zupełnie niezainteresowane tematem będą chciały mieć ten elegancki tom na półce.

Cała historia ma swój początek w latach 70. ubiegłego wieku w słonecznej Kalifornii, w momencie, kiedy w życiu małego Briana Slagela nastąpił przełom za sprawą Deep Purple. Wzrastające zainteresowanie ciężką muzyką doprowadziło go wkrótce do Iron Maiden i czegoś, co Anglicy nazwali NWOBHM. Potem poszło już z górki: tape-trading, własny zine, praca w sklepie muzycznym, organizacja koncertów, wytwórnia... Trzeba przyznać, że Slagel wykazywał się olbrzymim zaangażowaniem i z całkiem niezłym skutkiem potrafił pogodzić wszystkie te obszary, a robił to tylko dlatego, gdyż chciał spopularyzować uwielbianą przez siebie muzykę, by jego ulubione zespoły nie popadały w zapomnienie. Oczywiście nie działał sam, bo w tych pierwszych latach bardzo wspierał go John Kornarens, a dodatkowo obaj korzystali z szerokich znajomości pewnego duńskiego gnojka o nazwisku Lars Ulrich, nota bene autora nadęto-luzackiej przedmowy do opisywanej książki.

Z (szybkim) biegiem czasu początkowa chęć promocji NWOBHM na amerykańskiej ziemi przekształciła się u Briana w potrzebę pokazania światu tego, co do zaoferowania ma Kalifornia i okolice – najpierw przez publikacje w brytyjskim "Sounds", a później przez składanki z cyklu "Metal Massacre". A propos wspomnianej kompilacji, uderzają mnie dwie kwestie. Po pierwsze, duża wiara Slagela w potencjał nieistniejącego zespołu Larsa i czekanie do ostatniej chwili, żeby móc go wcisnąć na płytę. Po drugie, podejście amerykańskich zespołów do tematów biznesowych. Spójrzcie zresztą sami: brak sceny, brak struktur, nikomu nieznane kapele złożone z nastolatków bez jakiegokolwiek doświadczenia, a praktycznie wszyscy komunikują się przez menadżerów. Czy to magia Hollywood czy narkotyki?

W jednym z wywiadów zamieszczonych w książce z ust Alexa Webstera padają słowa: "Brian (...) wielokrotnie stawiał kwestie muzyczne przed sprawami biznesowymi". Z boku wygląda to na wazelinę, lecz na stronach tej lektury znajdziemy sporo przykładów, kiedy ideowe nastawienie Slagela do muzyki wygrywało z możliwością zarobienia góry pieniędzy albo przynajmniej nie popadania w finansowe tarapaty: zignorowanie nadejścia ery CD, rozwiązanie umowy z Warnerem i stanięcie po stronie wolności artystycznej Gwar, całkowite pominięcie mody na glam i nu-metal. Ze względu na skromne zaplecze Metal Blade nie byli w stanie pozyskać lub utrzymać paru z czasem wyjątkowo dobrze sprzedających się zespołów. O historiach z Metallicą, Slayer i Megadeth słyszeli chyba wszyscy, ale już o Korn, o którego firma bardzo zabiegała, niekoniecznie, podobnie jak o dwóch niewymienionych tu zespołach – Guns N' Roses oraz Pantera.

Mimo iż Brian Slagel nie popada tu w propagandę własnego sukcesu, liczyłem, że opowieści o nietrafionych inwestycjach będzie ciut więcej, wszak po roku 2000 było ich aż nadto. Spodziewałem się również solidnego wywodu na tematy okołonapsterowe z przełomu wieków, bo firma na pewno poważnie odczuła rosnącą popularność plików MP3, tymczasem o konsekwencjach nielegalnego ściągania płyt wypowiedział się jedynie Kim Bendix Petersen. Sam Slagel, już na koniec, wieszczy (w 2017) straszne rzeczy na temat odchodzenia od produkcji fizycznych nośników i przerzucenia się na platformy streamingowe.

Przy tym, ile miejsca autor poświęcił nieco ekstrawaganckim eksperymentom z komikami, sportowcami i dziadostwem spod znaku metal core (niestety trzeba oddać wytwórni, że udanie ten styl spopularyzowała), zaskakuje, że temat bardziej ekstremalnego grania sprowadzono do ledwie kilku czołowych dla Metal Blade nazw z kręgu death metalu (Canibal Corpse, Six Feet Under, Amon Amarth, Behemoth), zaś o blacku nie wspomniano bodaj wcale. Pewnie do dziś wstydzą się podpisania umowy z Ancient.

Zamieszczone w książce wywiady z (współ)pracownikami Metal Blade i nagrywającymi dla stajni muzykami mogą sprawiać wrażenie laurek dla Briana; wszyscy opowiadają o sielance, pełnym zrozumieniu i rodzinnej atmosferze, co zalatuje jakąś utopią. Jeeednak gdy spojrzymy na jego zasługi (miejscami sam wydaje się być nimi zakłopotany) i to, jak długo poszczególne kapele są związane z wytwórnią, człowiek jest skłonny uwierzyć przynajmniej w część tego słodzenia. Upływ czasu, jak się zdaje, nie zmienił ani zaangażowania Slagela w muzykę ani jego bezpośredniego podejścia do zespołów, więc "Dla dobra metalu" czyta się z zainteresowaniem do ostatniej strony.

Na koniec jeszcze słówko na temat formy wydania książki. "Dla dobra metalu" wygląda naprawdę estetycznie i okazale (jak na niewiele ponad 300 stron): papier jest dobrej jakości, a okładka twarda i grubo pociągnięta lakierem wybiórczym. Tłumaczenie również wygląda dobrze, choć w paru miejscach jest może zbyt dosłowne. Znaczących błędów nie odnotowałem, choć pomniejsze się trafiają, w tym także rzeczowe – w dodatku do polskiego wydania. Mam natomiast problem z większością tekstów wydrukowanych kursywą, bo zdaje się ona pojawiać dość przypadkowo, a z kontekstu nie zawsze idzie stwierdzić, co podkreśla. Całość wzbogacono o kolorową wkładkę ze zdjęciami na papierzu kredowym (oglądanie fryzury Slagela z lat 80. nie należy do najprzyjemniejszych doznań) oraz obszerny — może nawet zbyt obszerny — dodatek z recenzjami wybranych pozycji z katalogu Metal Blade autorstwa kilku mniej lub bardziej znanych polskich dziennikarzy; o dziwo Jaro.Slav Szubrycht w swych typach nie ograniczył się do Slayera.


demo
oficjalna strona wydawcy: inrock.pl
Udostępnij:

31 sierpnia 2011

HR Giger – ARH+ [2005]

HR Giger - ARH+ recenzjaWprawdzie ta książka nie ma nic wspólnego z muzyką, ale już widzę te niezdrowo zainteresowane gęby zwabione nazwiskiem i bezeceństwami na okładce. Przed wami bogato ilustrowana (nie mogło być inaczej!) autobiografia mistrza pogiętych piekielnych wizji, zdobywcy Oscara i miłośnika szelek – Hansa Rudolfa Gigera. Z tej dość krótkiej publikacji zadowoleni będą zarówno ci, którzy chcą się dowiedzieć czegoś ciekawego o tym wybitnym artyście, bo Giger (albo po polskiemu: Gajger – jak ten od licznika promieniowania, hehe) nie szczędzi wspomnień i anegdot, jak i ci, którym zależy tylko na 'obrazkach', bo reprodukcji jego dzieł — obrazów (także w różnych stadiach powstawania), rzeźb, szkiców, itd. — jest tu od groma. Rozczarowanie natomiast spotka każdego, kto nastawia na jakieś sensacyjne studium przypadku, odkrywające przed światem dramatyczne początki zwichrowanej wyobraźni autora. Mały, a później młody Giger miał zupełnie dobre (a jak na połowę XX wieku to nawet doskonałe) warunki, by się swobodnie rozwijać w dowolnie wybranym przez siebie kierunku. Żadnych skandali, traumatycznych wydarzeń – po prostu nic. Nawet nie był porządnie bity. Jednak już jeden rzut oka na jego zdjęcia z dzieciństwa (te oczka – Damien z "Omena" się kłania) wystarcza, by zgadywać, że od najmłodszych lat Hans miał coś z deklem, co musiało wykiełkować na etapie narodzin, albo jeszcze wcześniej. Później w jego życiu pojawiały się elementy wyłącznie wzmacniające to odchylenie: gołe baby, jazz, Lovecraft, Dali, gołe baby... Dowiecie się także, jak niewiele trzeba, by człowiek oskarżany o promowanie pornografii dorobił się własnych tematycznych barów. Nie ma sensu, żebym zdradzał więcej, bo choć "ARH+" to lektura na jeden letni wieczór, to wraca się do niej wyjątkowo często.


demo
wydawca: www.tmc.com.pl
Udostępnij:

23 marca 2010

Mudrain Albert – Wybierając śmierć. Niewiarygodna historia death metalu i grindcore’a [2007]

Mudrain Albert - Wybierając śmierć. Niewiarygodna historia death metalu i grindcore’a recenzjaPodtytuł tej książki brzmi dość poważnie i rozbudza nadzieje na coś naprawdę wielkiego, ale jej objętość boleśnie sprowadza człowieka na ziemię. Idea rzetelnego spisania dziejów tych wspaniałych i jakże inspirujących gatunków jest godna pochwały, choć do ideału w typie kompendium sporo zabrakło. Jednak jako, że jest to chyba pierwsza taka publikacja, można potraktować ją trochę łagodniej. Pisząc o rozwoju obu gatunków, autor skupił się bardziej na biografiach prekursorów grind core’a i death metalu. Owszem, jest tu krótkie wprowadzenie o punku, ale dalej już Albert Mudrain leci kurczowo trzymając się kilku zespołów, które — co nie ulega wątpliwości — znacząco wpłynęły na tą muzykę, ale nie były przecież jedynymi. Dopiero od takich opowiastek robi skoki w bok, w celu przybliżenia konkretnych zjawisk. Ma to swoje plusy. Przede wszystkim taka taktyka pozwala zachować dużą przejrzystość – bez ciągłego skakania po kontynentach tylko po to, żeby nie pominąć żadnej kapeli, która w jakimś garażu brzdąkała w podobnych klimatach. W ten sposób jakąś jedną piątą książki poświęcono Napalm Death, co zresztą zrobiono ciekawie, ubarwiając całość licznymi wypowiedziami muzyków. Niewiele mniej mamy o Carcass i Morbid Angel. Wyraźnie mniej miejsca przeznaczono na Death, Obituary, Entombed, Deicide, Terrorizer czy Cannibal Corpse. Szczegółów, zwłaszcza z początkowych lat działalności w najgłębszym podziemiu, jest sporo (mowa o tych największych nazwach), podano je bardzo przystępnie, więc sporo osób powinno mieć z tego niezłą radochę. Ale... gdy ktoś naprawdę interesuje się losami swoich idoli, to wiele nowego się o nich nie dowie. O ile w ogóle. No i albo mi się wydaje, albo niektóre grupy (ich wkład) zostały potraktowane po macoszemu. Można też odnieść wrażenie — co wynika m.in. z wcześniejszej uwagi — że książka była pisana pod (z pomocą?) konkretne wytwórnie: Earache, Relapse i — w dalszej części — Century Media. Nawet Roadrunner, który swego czasu zrobił dla tej muzyki sporo (chodzi o popularyzowanie, nie o wyciskanie kapel), i którego wydawnictwa były bardzo istotne, wymienia się tu jakby z musu. Może wynika to z mojego bardzo odmiennego gustu i spojrzenia na historię, w co jednak wątpię, więc jeszcze do tego wrócę. Liczne wspomnienia wyciągnięte bezpośrednio od muzyków nie są żadnym zaskoczeniem (nie znaczy to, że można je olać), są nim natomiast wynurzenia ludzi związanych z ciemną stroną biznesu, szczególnie Digby’ego Pearsona i Monte Connera – z których wypowiedzi jasno wynika, że dla kasy można zrobić wiele... Kolejnym urozmaiceniem są ulotki i zdjęcia – niestety sporo z tych drugich to doskonale wszystkim znane fotki promocyjne. Dobre tłumaczenie zapewnił Bartosz Donarski, czyli człowiek, który nie tylko potrafi sprawnie pisać, ale i o temacie ma wiedzę należytą, więc bzdur by nie przepuścił. Ciekawym pomysłem było dorzucenie na końcu płytowego niezbędnika. Chwalę pomysł, bo zawartość tego dodatku jest co najmniej kontrowersyjna. I to w obie strony – brakuje bowiem wielu naprawdę istotnych płyt (a nawet zespołów!), a wymieniono kilka kompletnych nieporozumień (jak choćby Opeth, In Flames, Zyklon). Zatem i w tym miejscu węszyłbym spisek wytwórni. Czas na podsumowanko. Książka wprawdzie nie jest opasła, ale dość przyjemna – taka akurat, żeby sobie coś przypomnieć. No i chyba skierowano ją do młodszych fanów metalu, którzy chcieliby wiedzieć (i potrafią jako tako czytać) o tej muzyce coś więcej, niż to, co poleci w MTV. Tzw. normalnych ludzi odstraszy częste kurwowanie, więc target tej pozycji jest dość wąski. Kto wie, może dzięki niej coś się ruszy i takie publikacje będziemy dostawać co roku.


demo
wydawca: www.kagra.com.pl
Udostępnij: