Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hard core. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hard core. Pokaż wszystkie posty

20 grudnia 2014

Acrophet – Corrupt Minds [1988]

Acrophet - Corrupt Minds recenzja okładka review coverW ciągu paru ostatnich miesięcy kilkunastokrotnie wybieraliśmy się w podróż w czasie do źródeł metalowego grania, za każdym niemal razem przypominając zapomniane albumy równie zapomnianych zespołów. Nie inaczej będzie dziś, bo na tapetę wędruje debiut amerykańskiego kwartetu Acrophet – zespołu który nagrał zaledwie dwa longlepje, dwa, ale za to jakie. Niestety nie dość często na łamach naszego bloga gości crossover, może więc najwyższa pora coś z tym zrobić – tak, w ramach noworocznych postanowień. Tym bardziej, że — jak dowodzi opisywany dziś krążek — muzyka to często bardzo zacna i będąca przyjemną odmianą od zwykle recenzowanych przez nas albumów. Jest jeszcze jeden powód, dla którego warto zapoznać się akurat z twórczością chłopaków z Wisconsin, a mianowicie taki, że pocinają oni techniczną odmianę tegoż stylu, ba, są nawet jednymi z jego pionierów. Tyle tytułem wstępu. "Corrupt Minds" to nieco ponad pół godziny dość żywiołowej i buńczucznej muzyki brzmiącej jak skrzyżowanie Anthrax z Dark Angel z punkowym feelingiem. Słucha się tego naprawdę przyjemnie, bo muzycy Acrophet stawiają przede wszystkim na — ogólnie pojęte — dobre granie, które bierze się nie skądinąd jak z połączenia żywiołowej motoryki z łatwo wpadającymi w ucho motywami, gdzie techniczne zagrywki zdają służyć się uszlachetnieniu przekazu, podniesieniu jego rangi, ale także urozmaiceniu muzyki i chęci uczynienia jej ciekawszą. Co i rusz zarzucają muzycy riffem, który brzmi jak wyjęty z innej bajki (wszak punk do specjalnie skomplikowanych nie należy), ale robią to z takim wyczuciem i znawstwem, że brzmi to bardzo naturalnie i pasuje do założonej koncepcji. Bardzo ciekawie w takiej konfiguracji instrumentalnej brzmią wykrzykiwane wokalizy, które dodają zespołowi zadziorności oraz buntowniczego szlifu, a także odejmują kilka lat. Zebrane w całość zatytułowaną "Corrupt Minds" wykrzykiwane społecznie zaangażowane teksty, thrashowe tempa i ogólna bezpardonowość oraz techniczne smaczki, gęsto zaścielające trzydziestominutowe wydawnictwo, tworzą ciekawy i dość nieoczywisty twór muzyczny. W przeciwieństwie bowiem do wielu innych crossoverowych aktów, muzycy Acrophet równie wiele uwagi co przesłaniu poświęcają i formie, nie przekombinowując w żadną stronę. Dlatego krążek nie nudzi się zbyt szybko, co jest częstym problemem zespołów tej proweniencji i zasiada się do niego raczej często i raczej na kilka rundek. I choć żaden z kawałków hitem ex definitone nie jest, każda z trzynastu kompozycji oferuje końską dawkę rasowego grania.


ocena: 7,5/10
deaf
Udostępnij:

23 czerwca 2013

The Dillinger Escape Plan – One Of Us Is The Killer [2013]

The Dillinger Escape Plan - One Of Us Is The Killer recenzja okładka review coverBez rewolty, ale z jajami – tak pokrótce można opisać piąty duży krążek The Dillinger Escape Plan, liderów wszystkiego, co załapuje się pod math-core. Chwalenie tego nietuzinkowego zespołu przychodzi mi bez wysiłku, ale nie ma się czemu dziwić, bo po raz kolejny dostarczyli światu solidną porcję kapitalnych utworów. Ba! Piosenek, bo Amerykanie wzorem (?) Mastodon postawili na ogromną przebojowość i niezwykłą przystępność nowej muzyki, czyniąc ją wyraźnie prostszą, taką lajtową i 'listener-friendly'. I wcale nie pierdolę tu od rzeczy, zaślepiony uwielbieniem dla tej kapeli! O ile na poprzednich krążkach ewidentnych hiciorów było w porywach do trzech, to na "One Of Us Is The Killer" przynajmniej połowa kawałków wpada w ucho przy pierwszym przesłuchaniu (a taki 'Nothing's Funny' chwytliwością bije wszelkie rekordy), a po paru kolejnych – takich przebojów wyłania się już osiem. Osiągnięcie to doprawdy imponujące i powinno mieć przełożenie na wyniki sprzedaży, gdyby nie jedno istotne ale. Ta muzyka ciągle jest zbyt ekstremalna i popierdolona (grają prościej, to owszem, ale zważcie z jakiego poziomu zeszli) dla przeciętnego odbiorcy radiowej papki. Natomiast już każdemu średnio zorientowanemu w ostrzejszych dźwiękach człekowi gęba nie będzie się zamykała przy refrenach (warto tu przywołać zwłaszcza doprawiony samplami 'Paranoia Shields', no i oczywiście powalający 'Nothing's Funny'), a radochy z albumu będzie miał po pachy. Do takiego materiału można wracać wciąż i wciąż, pomstując jednocześnie na twórców, że przygotowali go zaledwie 40 minut. Niewiele, ale ile się przez ten czas dzieje! Ile w tym lekkości i zabawy stylami! A jakie cuda z głosem wyczynia Greg Puciato, którego gardło stanowi o sile najbardziej nośnych utworów! Rewelacja! NSA i CIA mi świadkami. Przy całej przebojowości "One Of Us Is The Killer" na płycie zabrakło mi tylko jakiegoś dłuższego klimatycznego odjazdu na wyciszenie, jak to było z pamiętnymi 'Mouth Of Ghosts' i 'Parasitic Twins' – to przesądziło o braku najwyższej oceny, bo więcej zastrzeżeń nie mam i krążka mogę słuchać w kółko jak pojebany.


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.dillingerescapeplan.org

inne płyty tego wykonawcy:






Udostępnij:

14 lutego 2013

Taste The Void – Sun's Heat [2012]

Taste The Void - Sun's Heat recenzja okładka review coverDziś będzie krótko, bo i opisywanego materiału ledwie dwadzieścia minut. Ale to akurat zaleta tej produkcji. A w związku z tym, że mamy dziś Walentynki i chce mi się dzielić bulgocącą we mnie miłością i dobrem, pochylę się nad tym, pożałowania godnym, albumikiem. Więc zaczynam, [czas na fanfary oraz werble] a do odpowiedzi zapraszam Taste The Void – francuski kwartet grający post-hardcore zmiksowany z blackiem i doomem. I pewnie czymś jeszcze więcej, ale ja tego nie znam i nie chcę znać. Coś w sam raz dla mew i emo, jak mniemam. Teraz już nie macie najmniejszych wątpliwości, co o wydawnictwie sądzę. I co wy powinniście sądzić. Kupuję jeszcze to, że dla niektórych takie klimaty mogą wydać się ciekawe, ale na pewno nie kupię, że nawet fani takiej muzy łykną wszystkie słabości i niedoróbki "Sun's Heat". Muzyka prosta jak to tylko się da, żeby w ogóle móc mówić o muzyce a nie o klekotaniu diesla, brzmienie gorsze niż jakość chińskich zabawek z lat 90tych (ale to pewnie kolejny, niedoceniany przeze mnie, środek artystycznego wyrazu), warsztat ustępuje miejsca nawet szopie najbardziej dziadowego chłopa z lubelszczyzny – słowem bida. Ale to może ja się nie znam, może takie cuda to nie dla mnie i pereł rzuconych mi przed oczy nie widzę – bom wieprz. A może to jest jednak aż tak kiepskie. Niech w mojej obronie świadczy również to, że na dwadzieścia minut albumu, niemal czterominutowy utwór to instrumental. Pewnie dlatego, że w głowach Francuzów było tyyyyle pomysłów. Mamy taką niepisaną (już pisaną – przyp. demo) zasadę, że epek raczej nie oceniamy. I niech to też kurwa świadczy o tym, jakim dziełem "Sun's Heat" jest. Ale okładka jest całkiem fajna.


ocena: -
deaf
oficjalna strona: www.tastethevoid.bandcamp.com
Udostępnij:

26 września 2012

Bone Dance – Bone Dance [2012]

Bone Dance - Bone Dance recenzja okładka review coverBone Dance mają fuksa, bo w ekipie Considered Dead to ja mam największą tolerancję na hard core’owe wynalazki. Niewiele to jednak pomogło zespołowi, bo ich materiał straszliwie mnie wymęczył. Trwa to tylko odrobinę ponad 35 minut, jednak i tyle niełatwo wysiedzieć do końca, o zapamiętaniu czegoś fajnego nie wspominając. Wbrew pozorom i tendencjom na scenie Amerykanie nie grają czegoś wyjątkowo zakręconego, nieprzystępnego – co to to nie. Oni grają dla bardzo hermetycznego grona odbiorców, albo po prostu... nieatrakcyjnie. Ja się skłaniam ku tej drugiej opcji, a mam po temu solidne podstawy – każdy numer na selftajtlu "Bone Dance" sprawia wrażenie podobnego do pozostałych, trudno doszukać się w nich jakichś wyróżników, ciekawostek, odrobiny energii, polotu, pierdolnięcia... Monotonna rytmika, jednostajny wokal, średnie tempa – w kółko jedno i to samo, bez sensownych urozmaiceń (w każdym razie drobne elementy sludge nie pomagają). Nudzi się to szybciej niż kolejne odcinki "Mody Na Sukces". Ponadto w paru momentach chłopaki brzmią jakby chcieli nawiązać do Converge, Mastodon czy innych szalonych miotaczy, ale to jest tak bardzo poza ich zasięgiem, że czym prędzej powinni stłamsić w sobie takie pomysły. Nie wykluczam, że w pewnych kręgach muzyka Bone Dance może się spodobać, tylko ja akurat do takich nie należę, co więcej – nie mam zamiaru się za takimi rozglądać. Nawet ewentualne zaangażowanie ideologiczne nic by tu nie dało, bo do przeczytania tekstów powinna zachęcić oprawa dźwiękowa. Takim nudzeniem tego nikt nie dokona.


ocena: 5/10
demo
oficjalna strona: www.bonedance.net
Udostępnij:

5 marca 2012

The Dillinger Escape Plan – Option Paralysis [2010]

The Dillinger Escape Plan - Option Paralysis recenzja okładka review coverJak to miło, gdy wszystko jest tak klarowne, jak w przypadku "Option Paralysis"! Czwarta płyta The Dillinger Escape Plan to strzał w dziesiątkę (w tym taką, jak poniżej), przy czym ta konstatacja nie wymaga nawet jednego pełnego przesłuchania albumu. Amerykanie zaczynają zajebiście już od pierwszych dzikich dźwięków 'Farewell, Mona Lisa', a później ten poziom tylko utrzymują – aż do zaprawionego bluesem 'Parasitic Twins'. Żeby to się chociaż dało do czegoś przypieprzyć, ale nie – wszystko jest tip-top! Jestem przekonany, że spora w tym zasługa przeogromnej przystępności materiału, której w tym wypadku absolutnie nie powinno się utożsamiać z pójściem w prostotę czy wymięknięciem podmiotów grających. Na "Option Paralysis" także te najbardziej zawiłe i ekstremalne fragmenty mają w sobie dość lekkości, żeby je szybko zapamiętać i zwyczajnie się nimi cieszyć. Dzięki temu czas z płytą upływa błyskawicznie – od jednego rajcownego numeru do następnego (i tak przez nieco ponad 40 minut), a my mamy świadomość, że nie obcujemy z byle sezonową popeliną, tylko ambitnym wytworem kilku amerykańskich czubków. Oczywiście krążek nie jest powtórką z poprzednich, bo chłopaki konkretnie zmieniają się w ramach swego stylu. A że jest on na zajebiście szeroki i pojemy, to póki co nie ma mowy o zabrnięciu w ślepy zaułek czy autoplagiacie. Moi mili, The Dillinger Escape Plan to w tej chwili zespół w pełni dojrzały, który potrafi taśmowo tworzyć fajne, dalekie od banału piosenki, w których ekstrema wciąż jest namacalna, a to w mojej opinii wystarczy, żeby nazwać ich bandem wyjątkowym. I pomyśleć, że jeszcze niedawno (na etapie "Ire Works") niektórzy odtrąbili ich detronizację przez — przecież nie tak eklektyczny — The End. Martwi mnie tylko jedna rzecz – niedługo może nastąpić gwałtowny koniec możliwości (i kariery) Grega Puciato, bo nie ma szans, żeby TEN głos mu się długo uchował, kiedy na koncertach drze ryja w sposób ewidentnie inwazyjny. Obym się mylił – zastąpienie go jest obecnie niewykonalne. Wykonalne jest za to katowanie najbliższej okolicy za pomocą "Option Paralysis" – a nuż komuś otworzy uszy na oryginalne dźwięki.


ocena: 10/10
demo
oficjalna strona: www.dillingerescapeplan.org

inne płyty tego wykonawcy:




Udostępnij:

17 lutego 2012

Yog – Half The Sky [2011]

Yog - Half The Sky recenzja okładka review coverJak na ponad dekadę grania, szwajcarski Yog nie może się poszczycić wieloma sukcesami. Eee... jakimikolwiek sukcesami. Opisywany krążek to dopiero ich drugi pełny album, o poprzednim — "Years Of Nowhere" z 2007 — w Polsce słyszały może ze trzy osoby, a i to pewnie przypadkiem, lewym uchem i przez ścianę. "Half The Sky", o czym jestem przekonany, dużo większej popularności im nie przysporzy, choć akurat mogłoby być inaczej, bo to kawałek dobrze brzmiącego (ostro i ciężko) i z wyczuciem zagranego hałasu a’la rozmaite świry z Relapse. To skrajnie działająca na układ nerwowy mieszanka histerycznego hard core z nowoczesnym grindem i paroma technicznymi pojebaństwami, w której ciągle coś się dzieje. Notoryczne zmiany tempa, łamanie rytmów, męcząca schizofrenicznymi riffami gitara, dysonansowe rozjazdy, totalne wahania nastroju i wściekle drący mordę wokalista – tak to się mniej więcej prezentuje. The Dillinger Escape Plan, Converge, Botch, The End, Burnt By The Sun – jeśli nie odstraszają was te nazwy, to spokojnie możecie sięgnąć po Yog. Chłopaki tłuką i krzyczą pod wyraźnym wpływem wymienionych kapel i chociaż to jeeeszcze nie ten poziom, to ich muzyka w dawce zawartej na krążku (niecałe pół godziny) może się naprawdę podobać. Należy przy tym zaznaczyć, że Yog prezentują raczej radykalne oblicze takiego grania i wszelkie zmiękczenia (zaśpiewy czystym głosem, melodyjki, ambientowe plumkania, smutne klimaciki...) są im zdecydowanie obce. Agresywność tego materiału w dużym stopniu nakręca wokalista, który wrzeszczy jakby mu właśnie odmówili kredytu, ale robi to niestety dość jednowymiarowo. Trochę urozmaiceń — choćby jakiś głęboki bulgot w wolniejszych partiach — by nie zaszkodziło, a kawałkom z pewnością nie ubyłoby brutalności. A jak już to poprawią, to powinni pogłówkować nad wypracowaniem czegoś, dzięki czemu staną się w jakiś sposób rozpoznawalni. Na razie jest spoko, ale muszą się pilnować.


ocena: 7/10
demo
oficjalna strona: www.yogrind.com

podobne płyty:

Udostępnij:

8 listopada 2011

Eskeype – Legacy Of Truth [2010]

Eskeype - Legacy Of Truth recenzja okładka review coverKolejny to już raz okazuje się, że mam większe niż demo cojones, albo — jak pewnie powie sam wywołany — mam więcej czasu. Jak by nie było, kolejną perełkę orientalnego grania recenzuję ja. Z tym wszakże, że — podobnie jak w tym starym dowcipie radzieckim — nie perełkę a 'piątaka', nie orientalnego a do bólu szwajcarskiego (powoli zaczyna być to synonim bezpłciowości) i nie grania, tylko w miarę strawnego hałasowania. Czy nie można wziąć przykładu z Coronera, Samaela (choć może Uciekający muzycy mogą być na nich za młodzi) bądź Punisha? Nie da się nagrać czegoś naprawdę dobrego, czegoś co pozostanie w głowie dłużej niż do wybrzmienia ostatniego dźwięku? Odnoszę bowiem wrażenie, że takiego Eskeype’a to teraz jest wszędzie pod dostatkiem, wystarczy na dwie Afryki i cztery Haiti. Nie orientuję się przesadnie w tym nowoczesnym bagienku, ale coś mi się zdaje, że nagrywa się teraz takiego "nowoczesnego" metalu w chuj i jeszcze odrobinę, a efekt jest taki, jak już wspomniałem – płyta się kończy, a człowiek nie jest w stanie przypomnieć sobie choćby jednego utworu. O "Legacy Of Truth" nie mogę powiedzieć dwóch rzeczy – że jest źle zagrane i wyprodukowane. Ale chyba nie chodzi o to, by jedynymi atutami płyty były nie najgorsze umiejętności grajków oraz dobra, solidna realizacja. Zacznę od końca i ujmę to tak – nie wyobrażam sobie, by w dobie dziecinnie łatwego dostępu do profesjonalnego studia nagraniowego, realizacja mogła być na innym, niż dobrym, poziomie. Co się zaś tyczy grania, to mam na myśli przede wszystkim wychwytywalną łatwość posługiwania się sprzętem. Nie przekłada się to niestety na większą niż przeciętną jakość samych kompozycji. Jak to się mówi – na nic babie cycki duże, kiedy habit ma na skórze. Dobrze grać to trzeba mieć co, przede wszystkim. A tak się jakoś składa, że grania jest tu umiarkowanie, ot, kilka solówek, parę ciekawszych riffów, trochę młócki i tyle. Mówiąc krótko jest melodyjnie, ze sporą dawką skandynawskiej szkoły gitarowej, czasami folkowo – taki nowoczesny galimatias, raczej lekko i łatwo. A szkoda, bo pewna część pomysłów jest naprawdę dobra, zaś umiejętności — co już wspomniałem — zachęcają do lepszego ich zagospodarowania. Oj, sorki, przypomniałem sobie o jeszcze jednym plusie – wokalista nauczył się grać na skrzypcach i wykorzystuje to kilkukrotnie, co nawet się sprawdza. Tym niemniej, wrażenia po lekturze tego dość długiego krążka mam mieszane. Niby poprawnie, niby można posłuchać, ale pytanie ciśnie się takie: dlaczego akurat właśnie Eskeype’a? Jest mnóstwo kapel, które potrafią nowoczesne granie zrobić lepiej. Tyle.


ocena: 6/10
deaf
oficjalna strona: www.eskeype.ch
Udostępnij:

29 września 2010

The Dillinger Escape Plan – Ire Works [2007]

The Dillinger Escape Plan - Ire Works recenzja okładka review coverBardzo ciekawie miksowały się moje odczucia względem "Ire Works" podczas pierwszego odsłuchu zaraz po premierze płytki – na zmianę pojawiały się refleksje, że "to już było", które po chwili ustępowały miejsca "a to coś nowego". Czyżby więc The Dillinger Escape Plan zaczęli zjadać swój ogon? Nic podobnego! To po prostu wypracowany i szybko rozpoznawalny styl Amerykanów. Powtarzają się tylko w jednym – ich krążki za każdym razem powalają. Nie inaczej jest z tym albumem – utwory skrzą się od połączenia skrajnie różnych pomysłów, są wyładowane sprzecznymi emocjami i dalekie od banału. Podobnie jak na "Miss Machine", tak i tym razem obok fragmentów ziejących brutalnością zafundowano trochę odjazdów w kierunku muzyki stosunkowo łagodnej. Wszystkie te elementy są jednak tak wymieszane, że nie jestem w stanie nawet w przybliżeniu powiedzieć jakie są proporcje. Cokolwiek by muzycy nie wyczyniali, brzmi to świeżo i cholernie atrakcyjnie. Z wyłapanych nowinek najbardziej do gustu przypadło mi pianino, które w kilku kawałkach odgrywa dość znaczącą rolę, a najlepiej wypada w jazzowym 'Mouth Of Ghosts'. The Dillinger Escape Plan ponownie stworzyli materiał arcyciekawy, wielowątkowy i nieszablonowy, w który każdy miłośnik ambitnej muzy powinien się zaopatrzyć. Pozostaje się tylko cieszyć, że takie granie przynosi zespołowi jakiś sukces komercyjny, zdecydowanie im się to należy. Zatem jeśli The Dillinger Escape Plan są w stanie skretyniałych rodaków nawracać na porządną muzykę, to ja spokojnie mogę im życzyć milionowych nakładów, a za "Ire Works" postawić co następuje...


ocena: 10/10
demo
oficjalna strona: www.dillingerescapeplan.org

inne płyty tego wykonawcy:




Udostępnij:

5 lipca 2010

Mindlag Project – Mindlag Project [2009]

Mindlag Project - Mindlag Project recenzja okładka review coverDziś, zupełnie z partyzanta, debiutancki krążek dzielnych Francuzów z Mindlag Project. "Mindlag Project" — bo tak się nazywa ten album — to solidny kawał (prawie 70 minut) nowoczesnego thrashu (nieco nawet zakombinowanego) obficie czerpiącego z core’owych tradycji oraz melodyjności szwedzkiej sceny death. Ale to nie koniec niespodzianek jakie mają w zanadrzu potomkowie Assurancetourixa – w skład zespołu wchodzi pełnoetatowy wiolonczelista, szkoda tylko, że prawie w ogóle go nie słychać. Niby coś tam chłopak piłuje, stara się jak umie, ale gówno z tego wychodzi, bo instrument ginie pomiędzy pozostałymi (a może jednak w ogóle nie gra...). Pomysł dobry, realizacja niestety dużo słabsza – więc lekcja na przyszłość, chłopaki, by nad produkcją przysiąść i nie skąpić kasy, w końcu nie jesteście ze Szkocji. Za to brzmienie i wyrazistość gitar jest kapitalna, czasami nawet za bardzo, bo tu i ówdzie zjada wokale. Nie jest to wielki problem, gitary są bowiem jedną z mocniejszych stron wydawnictwa, toteż można taki 'mankament' zaakceptować. Szybkie, elektryzujące, skoczne i bardzo melodyjne riffy oraz w pizdu mocarnych solówek – gitary za każdym razem brzmią dobrze i rozkręcają imprezkę. A dzieje się wiele, bardzo wiele. Muzyka jest barwna, różnorodna i bardzo koncertowa, choć zdarzają się także kawałki bardziej stonowane, wolne i lekko zmulone. Moi ulubieńcy to "Noctambule...", "Cerbera" (superowe gitary, aż zwija włosy pod pachami :)), "Charisme egyptien", "Jon de Grimpclat" oraz "Le detour". Zaskoczeniem może być, że płyta nagrana jest po francusku, a — jak wszyscy wiedzą — ten język nadaje się dobrze tylko do kapitulowania. Dlatego jeszcze bardziej zaskakuje, iż jednak trzyma się i nawet pasuje do muzyki. Może dwa, trzy razy jego brzmienie gniecie w uszach i wywołuje łzawienie – poza tymi kilkoma momentami, zupełnie na serio, wytrzymuje w połączeniu z dość agresywną i żywiołową muzyką. Z wokalami jest, niestety, jeden poważniejszy kłopot. Czyste linie. Nie wiem, czy tylko mnie tak mierzwią, ale powiedziałbym, że połowa ścieżek mogłaby zostać wycięta bez utraty ducha muzyki. Nie mówię, że kolega nie potrafi śpiewać — co to, to nie — głos ma zupełnie dobry, nie fałszuje, nawet wyciąga wyższe partie. Kompozycje są jednak takie, że nawet dobry wokal irytuje i przywodzi na myśl przyśpiewki podpitego typka. Jeśli już chłopak ma śpiewać, to niech kompozytor postara się o dobre wykorzystanie jego talentu. I to chyba jedyna uwaga do kompozycji, patrząc całościowo bowiem, są one naprawdę dobre. Jak już bowiem wspomniałem, muzyka jest solidna, bezpośrednia i wchodzi bez popitki. Żeby jednak nie było za słodko – co to za pomysł na 17 kawałków? Tego się nie da na raz, serio. Tym bardziej, że niektóre kawałki są wybitnie doklejone na siłę, włączając wszystkie interludia. Zupełnie bez sensu. Gdyby tak okroić płytę do 40 kilku minut, byłoby cacy, a tak radość ze słuchania maleje, a zajebiostość rozmienia się na drobne. Nad tym też warto pomyśleć. Ogólnie jednak jest dobrze, nawet bardzo dobrze – można dać "Les Bleus" szansę. Mes couilles sur ton nez ;]!


ocena: 8/10
deaf
oficjalna strona: mindlag.free.fr
Udostępnij:

16 czerwca 2010

Animosity – Empires [2005]

Animosity - Empires recenzja okładka review coverŻeby nie trzymać was zbyt długo w niepewności, powiem wprost – przeciętniak w każdym calu. Takich kapel jest na pęczki, kapel, które już nauczyły się grać równo, których brzmienie nie jest garażowe, a wkładka jest w kolorze. Poza tym ciężko znaleźć cokolwiek, co by wyróżniało tych grajków. Nowoczesny death zmieszany z corem – typowy, aż się pachy pocą. Może więc choć teksty mają oryginalne? A gdzież tam – buntownicy, że strach się bać. Że świat jest do dupy, że władza kłamie (no shit, Sherlocks), że pasta do zębów jest za mało miętowa; nic tylko narzekają. Ale za to 'fuck' jest w każdym kawałku, używany wielokrotnie i, jakby, z lubością. Typowa przypadłość młokosów, którzy mając możliwość wykrzyczenia się, klną jak szewcy. Gdyby jeszcze angielski był bogatszy w wulgaryzmy, a tak tylko 'fuck' na prawo i lewo, więc nudą wieje i wrażenia żadnego nie robi. Muzycznie jest także przeciętnie, nie jest źle, ale taaaaak nieoryginalnie. Wokale głównie na deathową modłę, choć wrzaski też się pojawiają – nic nowego. Gitary zupełnie bez wyrazu, tyle że warsztatowo poprawnie. Riffy nawet ujdą, szkoda tylko, że solówek prawie żadnych nie ma. Sekcja jest – nic więcej powiedzieć się nie da. Cieszy za to całkiem solidna dawka napierdówki, nawet łbem ze dwa razy można zakręcić. Generalnie jednak album to stuprocentowy przeciętniacha, z kilkoma lepszymi momentami, kiedy w ogranych motywach można wychwycić jakieś świeższe zagrywki. Zakończę jednak plusem – album trwa poniżej pół godziny, więc od czasu, do czasu można go sobie zapodać. Wsio.


ocena: 5/10
deaf
Udostępnij:

24 marca 2010

The Dillinger Escape Plan – Miss Machine [2004]

The Dillinger Escape Plan - Miss Machine recenzja okładka review coverAmerykańscy popaprańcy przy pierwszym — dodam, że szybkim — kontakcie z "Miss Machine" niczym specjalnym mnie nie zaskoczyli. Dopiero spokojne przebrnięcie przez całość uświadomiło mi fakt, że oto obcuję z wyjątkową płytą. Muzykę na tym albumie określiłbym nieco dziwnym mianem 'free-grind'. Wprawdzie bazą wyjściową jest (choć w sumie cholera wie, co im w tych krótkowłosych łbach siedzi) właśnie grindowy łomot, to fragmentów, gdzie mamy do czynienia z sieką stricte grindowej proweniencji nie ma aż tylu, ilu można by się spodziewać. Upraszczając: nie napierdalają non stop, choć z boku tak to może wyglądać. Dostajemy za to elementy niemal żywcem wyjęte z produkcji hard core, przebojowego rocka, jazzu, czy też... hmm... lajtowej alternatywy (?!), które sprawnie wpleciono w konkretnie popieprzoną, połamaną całość. The Dillinger Escape Plan to zespół świetnych instrumentalistów, którzy w żaden sposób nie mają zamiaru się ograniczać i znakomicie odnajdują się w każdym granym przez siebie gatunku. Wyobraźcie sobie mix Cephalic Carnage i Muse – efekt takiej fuzji musi poniewierać i tak też jest w istocie. Do tego jak się ma takiego wokalistę, jakim jest Greg Puciato, to można spokojnie brać się prawie za wszystko. Nie ukrywam, że jego partie robią spore wrażenie; poniekąd kontynuuje on robotę swego poprzednika, ale dodaje też sporo nowego, szczególnie jeśli chodzi o czyste wokale, które wychodzą mu kapitalnie. W takim 'Setting Fire To Sleeping Giants' wrzeszczy jak pojebany, by po chwili przejść niemal do szeptu, później znów wrzeszczy, a w następującym dalej refrenie (zajebiście chwytliwym!) śpiewa tak, że niejedna tipsomaniaczka zmoczyłaby wyszywane cekinami stringi. 'Unretrofied' to z kolei pewniak na hit radiowy (znowu świetny refren), a nawet telewizyjny, bo chłopaki postarali się o klawy teledysk. Te dwa spokojniejsze i sprawiające wrażenie prostszych kawałki nie powinny jednak nikogo zmylić, bo grania brutalnego jest tu naprawdę dużo, a przy tym jest ono nieszablonowe i powykręcane jak wizje Salvadora Dali. Czy muszę dodawać, że album jest wzorowo wyprodukowany i brzmi wspaniale, niezależnie od tego, co The Dillinger Escape Plan grają w danej chwili? "Miss Machine" to znakomita propozycja dla ludzi lubiących ostre i inteligentne mieszanie w muzyce, ortodoksom za nic w świecie nie wejdzie. W moim mniemaniu jest to jedna z najjaśniejszych perełek 2004 roku.


ocena: 10/10
demo
oficjalna strona: www.dillingerescapeplan.org

inne płyty tego wykonawcy:




Udostępnij:

23 marca 2010

Catastrophic – The Cleansing [2001]

Catastrophic - The Cleansing recenzja okładka review coverCzy ktoś jeszcze pamięta Catastrophic? Zespół został powołany do życia przez Trevora Peresa w okresie niebytu Obituary. Obituary powróciło i zepchnęło w niebyt Catastrophic. W sumie nic dziwnego, bo pomimo, że "The Cleasing" to dobry album, to jednak na tle dokonań Obitków jest zwykłym średniakiem. Zespół co prawda wydał drugi album w 2008, ale czy ktoś w ogóle go zauważył? Nie sądzę. Wracając do debiutu, niewątpliwie to co w nim od razu da się zauważyć, to muzyczne podobieństwo do macierzystej formacji Trevora, chociaż jest tu zdecydowanie więcej naleciałości z rejonów hard core’a i grindu. Hardcore chyba najbardziej da się wyczuć na 'Balacing The Furies' i 'Pain Factor'. Ale jednak i tak w tym wszystkim słychać, że twórcą musi być ktoś z Obituary. Pan Trevor tu i ówdzie powsadzał trochę ciężkich i świdrujących partii gitar znanych nam i lubianych z twórczości Nekrologu. Takie kawałki jak 'Hate Trade', 'Lab Rats', 'The Cleansing' i 'Blood Maidens' mogłyby być ulokowane gdzieś na "Back From The Dead" czy nawet na nowszych produkcjach. Warto wspomnieć o wokaliście, nie można mu odmówić braku werwy i zapału do darcia ryja, ale przy Johnie to jednak cienki bolek. Płyty słucha się przyjemnie, lecz ciągle ma się wrażenie, że to nie do końca to... Na szczęście już od paru lat Obituary jest znowu z nami i "The Cleansing" spokojnie może leżeć na półce nie ruszane. Niemniej jednak dla maniaków Obi polecam zapoznanie się z tym albumikiem.


ocena: 6,5/10
corpse
Udostępnij:

Burnt By The Sun – Burnt By The Sun [2001]

Burnt By The Sun - Burnt By The Sun recenzja okładka review coverBurnt By The Sun zawsze w jakiś nieokreślony sposób przyciągało mnie swoją dość specyficzną nazwą oraz muzykami, którzy tworzą ową grupę. Otóż w jej skład wchodzą założyciele legendy pojechanego grzańska Human Remains. Na tym materiale jest ich dwójka, pałker Dave Witte oraz basman Tedy Patterson. Właśnie ta dwójka tworzy mózg Burnt By The Sun, co bardzo, bardzo wyraźnie słychać w tych — zaledwie — 4 utworach, które zawiera opisywany MCD. W sumie to nawet ilość kawałków jest typowa dla Human Remains :-). Lecz nie o ilość, lecz o jakość tutaj chodzi! A ta jest nieziemska. Osobiście słyszę tu zbliżone granie do pokręconych szlagierów z repertuaru Humanów tj. 'Symptoms Of The New Society', 'Chewed Up & Spit Out' oraz 'Mechanical'. Ci, którzy liznęli te trzy perełki, powinni mieć obraz potrawki przygotowanej przez Burnt By The Sun.


ocena: -
corpse
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/burntbythesun

podobne płyty:
Udostępnij:

Virulence – A Conflict Scenario [2001]

Virulence - A Conflict Scenario recenzja okładka review coverKto słyszał muzykę Virulence, ten wie, że jest to wielki zespół z niesamowitymi pomysłami na granie brutalnej muzyki. Virulence pochodzi z USA, a muzyką którą wykonuje jest techniczny grind/jazz/death. Niezła fuzja, co? Niezła to chyba za mało powiedziane. "A Conflict Scenario" to fenomenalny album, gdzie zawartych jest od chuja i ciut, ciut paraliżujących rozwiązań. Już pierwszy utworów w postaci instrumentalnego intra sugeruje słuchaczowi, że ma do czynienia z bardzo pojebaną muzyką, ale to dopiero malutki zaczątek tego, co dziać się będzie później! W każdym tracku znajdziemy prawdziwe jazzowe wstawki pierwszej klasy. Partie gitar na tym albumie to wyższa szkoła jazdy, piekielnie pojebane, połamane i skomplikowane riffy, które to coraz się zmieniają; to po prostu bombardowanie układu nerwowego. Mnóstwo zmian tempa, za które odpowiada pałker – trzeba powiedzieć, że ma niesamowite wyczucie. Aby jeszcze bardziej umilić nam przyjemność słuchania muzyki, wokalista od czasu do czasu wydaje z siebie kapitalne świńskie bulgoty, które nieraz przybierają postać pewnego dialogu z jego drugim, krzykliwym vokalem. Można by było używać tu pewnych porównań do ATHEIST, który to zostałyby skrzyżowany z grindem, ale to jest bez sensu. To co nagrała amerykańska formacja, to kawał bardzo oryginalnej roboty. I chyba jako pierwsi stworzyli taki materiał. Co tu dużo pisać, jeżeli jesteście fanami technicznego grania, kupujecie to niezwłocznie! Samo słowo techniczne na pewno nie oddaje tego, co się dzieje na "A Conflict Scenario". Jest to jeden z najbardziej pojebanych i zakręconych albumów jakie posiadam. Tak więc, jeżeli uwielbiacie bardzo, ale to bardzo zakręcone, jazzujące, techniczne napierdalanie, kupujcie VIRULENCE niezwłocznie. Jedynym minusem opisywanego materiału jest to, że trwa jedynie niecałe 30 minut, za co obcinam pół punktu. Ale co się dzieje przez te 30 minut!!! Żadna recenzja tego nie opisze.


ocena: 9,5/10
corpse

podobne płyty:

Udostępnij:

Sadist – Lego [2000]

Sadist - Lego recenzja okładka review coverWydawać by się mogło, że na nagranym w 1997 roku mocno dziwacznym, ale wciąż będącym pokłosiem "Tribe" trzecim studyjnym wydawnictwie Włochów zatytułowanym "Crust", Sadist ostatecznie zakończył swą ewolucję. Tak się jednak nie stało i świat ujrzało dzieło totalnie pokraczne i niejadalne, które naówczas okazało się gwoździem do trumny dla zespołu. Już bowiem "Crust" był dla sporej części fanów nie do łyknięcia, ale to właśnie "Lego" pokazał, że poprzednie wydawnictwo to bułeczka z masłem, którą każdy szanujący się (a także nieszanujący się) miłośnik wciągnie prędziutko i poprosi jeszcze o dokładkę. Prawdę powiedziawszy przy "Lego" "Crust" wydaje się całkiem porządnym albumem, którego da się posłuchać bez chęci przełączenia na Disco Relax albo Radio M, czego o tym pierwszym powiedzieć się w żadnej mierze nie da. Tak – jest aż tak źle. 70 minut – uwierzcie, musiałem się zmuszać, by się przez to przegryźć za jednym zamachem; się nie da – jakiegoś szmatławego, prostackiego i niedojebanego numetalu połączonego z niby progresywnym i technicznym graniem. Te dwa ostatnie przymiotniki w ilościach śladowych – taka homeopatia w muzyce. Elementy, z których kiedyś słynął Sadist odeszły w zapomnienie: nietuzinkowe melodie zastąpiły jakieś odpustowe zaśpiewki, umiejętności — które raczej nie wyparowały — odstawiono w kąt na rzecz szarpidructwa i smęcenia, progresywny klimat zastąpił pseudo zakręcony a’la Korn. Zmiany dosięgnęły nawet wkładki, która mogłaby posłużyć wyjątkowo głupiej blacharze (zwróćcie uwagę, że blachara musiałaby być głupia ponad definicyjny stan pojęcia 'blachara') za tło do bloga o koffaniu i słitasieniu. No ja cię pierdolę! Niewiele jest rzeczy, bardzo niewiele, które przyciągają, choćby w najmniejszym stopniu. Nawet mi się nie chce nad nimi myśleć, bo wydaje mi się, że to strata czasu. Jeżeli jest ktoś, kto lubi Korn albo temu podobne Miałkie Bułki, zaprawione sporą ilością elektroniki to niech sobie załatwi wizytę u psychologa. Może też sobie kupić płytę Sadist zatytułowaną "Lego". Mułem nie rzygam tylko dlatego, że zadziałała homeopatia.


ocena: 3/10
deaf
oficjalna strona: www.sadist.it

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

Nyia – Head Held High [2004]

Nyia - Head Held High recenzja okładka review coverBrutalnego wygaru nigdy za wiele! Dobrze to rozumieją muzycy Nyia, bo tym, co zaserwowali na debiucie w barwach Candlelight nie oszczędzają nikogo. Ani siebie, ani tym bardziej słuchaczy. Nie jest to w żadnym wypadku prostackie napierdalanie, bo zawijasów i zmian tempa tu od groma, co przywodzi na myśl szczególnie morderców z Cryptopsy. Z kolei sposób ekspresji kojarzyć się może z innymi szaleńcami – The Dillinger Escape Plan. Inteligencja twórców przejawia się nie tylko w strukturach utworów, ale i w długości krążka (niespełna 25 minut), która dla takiego wyziewu jest optymalna. Kawałki szybko (zbyt szybko?) przewalają się przez głowę, zmuszając do uwagi i skupienia. Oczywiście nie oznacza to, że człowieka przy tym nie ponosi, bo dawka energii jest spora i poszaleć można. Materiał, pomimo technicznego zdziczenia i wściekłych wokali, nie jest jednak jakoś wyjątkowo nieprzyswajalny, bo oto w 'Wherever You’ll Be' mamy kilka fraz wpadających w ucho (inna sprawa, że TDEP nagrali bardzo podobne, wcześniej...). Może nie nadają się do nucenia przy goleniu (muszą za to dobrze wypadać na koncertach), ale to już coś. Zaskakująco dobre jest brzmienie płyty, ja za cholerę bym nie powiedział, że nagrań dokonano dość dawno temu i na dodatek w wyeksploatowanym do cna Selani. Rispekt panowie! Właściwie jedyną wadą "Head Held High" jest jej jednolitość. W muzyce dzieje się co prawda sporo, ale mimo to poszczególne numery mogą się ze sobą zlewać. Brakuje mi tutaj jakiegoś haczyka, indywidualnych rysów, czy obecnej np. u Nasum chwytliwości. Niemniej jednak warto się Nyia zainteresować, bo tak zagranego grind core chyba jeszcze w Polsce nie było. Zero dłużyzn, same konkrety!


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/nyia

podobne płyty:

Udostępnij:

Sunrise – Generation Of Sleepwalkers [1998]

Sunrise - Generation Of Sleepwalkers recenzja okładka review coverSunrise swego czasu potrafił nieźle zmylić – no bo czegóż właściwie można się spodziewać po bandzie niepozornych wegan, którzy wzięli się za tzw. ciężkie granie? Pseudorockowego granka dla niemot? Nie tym razem, bo o ile z ich fascynacjami mi nie po drodze, to taka muzyka jak najbardziej do mnie przemawia. W każdym bądź razie chłopaki podchodzą do tego poważnie, o czym może świadczyć wkładka (utrzymana w marchewkowej kolorystyce...), w której — obok przedstawienia ideologii/myśli przewodniej weganizmu — znajdziemy polskie tłumaczenia tekstów. Pomysł dość ciekawy, a najważniejsze, że dający każdemu możliwość zapoznania się z poglądami chłopaków. Muzyka prezentowana przez ten zbuntowany kwartet to bardzo zróżnicowany grind z wyraźnymi wpływami hard core, który z typowymi przedstawicielami tego gatunku niewiele ma wspólnego. Siłowe walenie po baniakach, nisko nastrojone gitary, wściekły wokal – niby standard, ale odstępstwa wychodzą w szczegółach. Całość bowiem zagrano w średnich tempach (zero blastów) z częstymi zejściami do wolnego (to vibrato!), riffy zaskakują melodyjnością i ciekawą strukturą, a wokalista oprócz wrzasków (w manierze carcassowskiej) urozmaica swoje partie krzykami, szeptami i zwykłą mową (nie mylić ze śpiewaniem!). No i chłopaki pozwalają sobie tu i ówdzie na odrobinę klimatu, co najlepiej słychać w niemal 'balladowym' acz genialnym 'Bloody Tears'. Słucha się tego naprawdę znakomicie, bowiem Sunrise prezentuje bardzo inteligentne spojrzenie na taką muzę, a do tego robi to z pełnym zaangażowaniem, bo każda fragment "Generation Of Sleepwalkers" kipi od emocji. 'Nightmare', 'Landscape Of Decay', 'The Beginning Of The End' czy 'Dead Society' (na Rogatego, toż to slayerowski 'Seasons In The Abyss'!) – nie ma tu słabego numeru, bo każdy posiada to 'coś', co wyróżnia go na tle pozostałych i pozwala szybko zapamiętać. Wszystko to podano w naprawdę solidnej oprawie brzmieniowej – brudnej, aczkolwiek czytelnej. Szczególnie dobre wrażenie robi zajebiście ciężko piłująca gitara, która nie traci mimo to na przejrzystości. Płyta trwa niewiele ponad 27 minut, ale zapewniam was, że jest to dawka wystarczająca, żeby nakręcić słuchacza, ale go nie zamęczyć. Zresztą, ja tam wolę pobiadolić, że jest za krótko, niźli jojczeć, że album ciągnie się w nieskończoność. Lubicie przemyślany hałas o wysokim współczynniku 'słuchliwości'? Jeśli tak, "Generation Of Sleepwalkers" wciągniecie bez problemu.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/sunrise
Udostępnij:

22 marca 2010

The Dillinger Escape Plan – Calculating Infinity [1999]

The Dillinger Escape Plan - Calculating Infinity recenzja okładka review coverUkrywająca się pod nietypową nazwą zgraja niepozornych osobników w typie amerykańskim, swym pierwszym krążkiem w radykalny sposób wypięła gołe poślady na utarte schematy święcące triumfy w otaczającej ich muzyce, lejąc z góry (przyznacie, że z wypiętym dupskiem to niełatwe) na słodkie melodie i przejrzyste struktury. Ba!, posrańce wzięli się za obliczanie nieskończoności! Zadanie karkołomne, więc i muzyczny podkład stworzony przez The Dillinger Escape Plan do najprostszych nie należy. Mało powiedziane, oni w każdej sekundzie albumu udowadniają, że mają najebane jak stąd do potamtąd i jeszcze o rzut beretem hen hen. Chłopaki mają doskonałe umiejętności techniczne i szalenie szerokie horyzonty, więc korzystają z tego, co najdziwniejsze i najbardziej ekstremalne w hard core, jazzie i grindzie, dodając tu i ówdzie jakieś ni to noisowe, ni to ambientowe wtrącenia. Na "Calculating Infinity" panuje pozorny chaos: wszystko jest tak pomieszane, połamane i wykręcone, że momentami można się pogubić w tym, co też tam oni, kurwa!, wyprawiają. Aaale... Mimo wszystko potrafią nad tym zgiełkiem zapanować, a większość numerów posiada ręce i nogi... Hmm... Właściwie same kikuty, ale zawsze to coś. Tak właśnie powinna wyglądać nietuzinkowa i awangardowa, a zarazem bezkompromisowa muzyka, choć niektórym to ostatnie słowo w kontekście The Dillinger Escape Plan nie przejdzie przez usta. Dźwiękowe szaleństwo potęgują wściekłe wrzeszczane wokale – może i w pewnym stopniu są jednorodne, ale ekspresji i sporego wkurwienia Dimitriemu Minakakisowi nie sposób odmówić. Jeśli ktoś jeszcze tego nie załapał, to płyta jest naprawdę trudna, miejscami może nawet denerwować, ale za to wgryzanie się w nią i poznawania kolejnych niuansów sprawia dużo radości. Oczywiście takiej pojebanej radości.


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.dillingerescapeplan.org

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

Immortal Cringe – Undying Fear [2001]

Immortal Cringe - Undying Fear recenzja okładka review coverDziś, w kolejnym odcinku z serii "Poznaj sąsiadów swych hamerykańskich", na tapetę wędruje kapelka o wdzięcznej nazwie Immortal Cringe. Warto jednak zaznaczyć, że panowie nie mają wiele wspólnego ze swoimi ponurymi imiennikami z mroźnej Norwegii. No, może poza tym, że też obrali sobie granie muzyki za grządkę do obrabiania po godzinach pracy. I w tym miejscu należy po raz pierwszy wspomnieć, że panowie wiedzą do czego służą gitary i perkusja. Co więcej, pozwolili sobie panowie poświęcić więcej czasu (który inaczej spędziliby na PIS-owskim grillu lub innych domowych pracach) na szlifowaniu umiejętności instrumentalnych, co doskonale słychać na albumie. "Undying Fear" — bo tak nazywa się ich jedyny dotychczas pełny album — to kawał dobrej, crossoverowej, technicznej muzy. Rozpoczynające płytkę intro nie zapowiada milusiego, półgodzinnego spektakliku muzycznego. Drugi na płycie 'Diminished' to ciekawe ziółko – pierwsza jego część to elegancka jazda z porządnymi riffami i ładnym wokalem, o którym słów kilka za moment, a druga to kapitalna jazzowa wstaweczka rodem z Cynica czy Gordian Knota. Wokale, o których przed linijką wspomniałem, to niespotykane zbyt często w technicznym graniu, skandowane wersy, przypominające bardziej jakieś hip-hopowe klimaty. Jednak Ty, drogi Czytelniku, jesteś zapewne umysłem światłym i zauważysz w tym szaleństwie metodę. Na wyróżnienie zasługuje także kawałek opatrzony tytułem 'BC', który to jest instrumentalnym popisem kapel-członków. Widać, na jego przykładzie, że nie jest im obca wszechstronna znajomość muzycznego rzemiosła i potrafią, bez większego problemu, zagrać latynopodobny kawałek w awangardowym wydaniu. Kolejne kawałki to przykład solidnego, ciekawie skomponowanego i poprawnie zagranego technicznego crossovera. Gitarki pracują rzęsiście, basista ładnie nadgania, czasami wybijając się z jakąś ciekawą nutą na pierwszy plan, bębniarz kombinuje jakby to zaskoczyć swoich kolegów, wokalista coś sobie pokrzykuje i, o dziwo, wszystko się ładnie kupy trzyma. Poza tym, chłopaki, nie raz pokazują, że jazzowo im w duszy, a niektórym nawet klasycznie. Co najlepsze, to fakt, że płytka sama się słucha i po pół godzinie ma się ochotę na kolejne przesłuchanie. Czy są jakieś minusy? Poza okładką, która wybitnie się z wymiotem niektórym kojarzy i niekiedy nie najlepszym dźwiękiem w dolnych partiach, to raczej nie. Tylko się, kurcze, głupio kończy... Ale to hamerykanie – oni nawet nie wiedzą, co to są zakręty.


ocena: 8/10
deaf
Udostępnij: