facebook
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hard core. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hard core. Pokaż wszystkie posty

20 grudnia 2014

Acrophet – Corrupt Minds [1988]

Acrophet - Corrupt Minds recenzja okładka review cover
W ciągu paru ostatnich miesięcy kilkunastokrotnie wybieraliśmy się w podróż w czasie do źródeł metalowego grania, za każdym niemal razem przypominając zapomniane albumy równie zapomnianych zespołów. Nie inaczej będzie dziś, bo na tapetę wędruje debiut amerykańskiego kwartetu Acrophet – zespołu który nagrał zaledwie dwa longlepje, dwa, ale za to jakie. Niestety nie dość często na łamach naszego bloga gości crossover, może więc najwyższa pora coś z tym zrobić – tak, w ramach noworocznych postanowień. Tym bardziej, że — jak dowodzi opisywany dziś krążek — muzyka to często bardzo zacna i będąca przyjemną odmianą od zwykle recenzowanych przez nas albumów. Jest jeszcze jeden powód, dla którego warto zapoznać się akurat z twórczością chłopaków z Wisconsin, a mianowicie taki, że pocinają oni techniczną odmianę tegoż stylu, ba, są nawet jednymi z jego pionierów. Tyle tytułem wstępu.

23 czerwca 2013

The Dillinger Escape Plan – One Of Us Is The Killer [2013]

The Dillinger Escape Plan - One Of Us Is The Killer recenzja okładka review cover
Bez rewolty, ale z jajami – tak pokrótce można opisać piąty duży krążek The Dillinger Escape Plan, liderów wszystkiego, co załapuje się pod math-core. Chwalenie tego nietuzinkowego zespołu przychodzi mi bez wysiłku, ale nie ma się czemu dziwić, bo po raz kolejny dostarczyli światu solidną porcję kapitalnych utworów. Ba! Piosenek, bo Amerykanie wzorem (?) Mastodon postawili na ogromną przebojowość i niezwykłą przystępność nowej muzyki, czyniąc ją wyraźnie prostszą, taką lajtową i 'listener-friendly'. I wcale nie pierdolę tu od rzeczy, zaślepiony uwielbieniem dla tej kapeli! O ile na poprzednich krążkach ewidentnych hiciorów było w porywach do trzech, to na "One Of Us Is The Killer" przynajmniej połowa kawałków wpada w ucho przy pierwszym przesłuchaniu (a taki 'Nothing's Funny' chwytliwością bije wszelkie rekordy), a po paru kolejnych – takich przebojów wyłania się już osiem.

14 lutego 2013

Taste The Void – Sun's Heat [2012]

Taste The Void - Sun's Heat recenzja okładka review cover
Dziś będzie krótko, bo i opisywanego materiału ledwie dwadzieścia minut. Ale to akurat zaleta tej produkcji. A w związku z tym, że mamy dziś Walentynki i chce mi się dzielić bulgocącą we mnie miłością i dobrem, pochylę się nad tym, pożałowania godnym, albumikiem. Więc zaczynam, [czas na fanfary oraz werble] a do odpowiedzi zapraszam Taste The Void – francuski kwartet grający post-hardcore zmiksowany z blackiem i doomem. I pewnie czymś jeszcze więcej, ale ja tego nie znam i nie chcę znać. Coś w sam raz dla mew i emo, jak mniemam. Teraz już nie macie najmniejszych wątpliwości, co o wydawnictwie sądzę. I co wy powinniście sądzić. Kupuję jeszcze to, że dla niektórych takie klimaty mogą wydać się ciekawe, ale na pewno nie kupię, że nawet fani takiej muzy łykną wszystkie słabości i niedoróbki "Sun's Heat".

26 września 2012

Bone Dance – Bone Dance [2012]

Bone Dance - Bone Dance recenzja okładka review cover
Bone Dance mają fuksa, bo w ekipie Considered Dead to ja mam największą tolerancję na hard core’owe wynalazki. Niewiele to jednak pomogło zespołowi, bo ich materiał straszliwie mnie wymęczył. Trwa to tylko odrobinę ponad 35 minut, jednak i tyle niełatwo wysiedzieć do końca, o zapamiętaniu czegoś fajnego nie wspominając. Wbrew pozorom i tendencjom na scenie Amerykanie nie grają czegoś wyjątkowo zakręconego, nieprzystępnego – co to to nie. Oni grają dla bardzo hermetycznego grona odbiorców, albo po prostu... nieatrakcyjnie. Ja się skłaniam ku tej drugiej opcji, a mam po temu solidne podstawy – każdy numer na selftajtlu "Bone Dance" sprawia wrażenie podobnego do pozostałych, trudno doszukać się w nich jakichś wyróżników, ciekawostek, odrobiny energii, polotu, pierdolnięcia... Monotonna rytmika, jednostajny wokal, średnie tempa – w kółko jedno i to samo, bez sensownych urozmaiceń (w każdym razie drobne elementy sludge nie pomagają).

5 marca 2012

The Dillinger Escape Plan – Option Paralysis [2010]

The Dillinger Escape Plan - Option Paralysis recenzja okładka review cover
Jak to miło, gdy wszystko jest tak klarowne, jak w przypadku "Option Paralysis"! Czwarta płyta The Dillinger Escape Plan to strzał w dziesiątkę (w tym taką, jak poniżej), przy czym ta konstatacja nie wymaga nawet jednego pełnego przesłuchania albumu. Amerykanie zaczynają zajebiście już od pierwszych dzikich dźwięków 'Farewell, Mona Lisa', a później ten poziom tylko utrzymują – aż do zaprawionego bluesem 'Parasitic Twins'. Żeby to się chociaż dało do czegoś przypieprzyć, ale nie – wszystko jest tip-top! Jestem przekonany, że spora w tym zasługa przeogromnej przystępności materiału, której w tym wypadku absolutnie nie powinno się utożsamiać z pójściem w prostotę czy wymięknięciem podmiotów grających. Na "Option Paralysis" także te najbardziej zawiłe i ekstremalne fragmenty mają w sobie dość lekkości, żeby je szybko zapamiętać i zwyczajnie się nimi cieszyć. Dzięki temu czas z płytą upływa błyskawicznie

17 lutego 2012

Yog – Half The Sky [2011]

Yog - Half The Sky recenzja okładka review cover
Jak na ponad dekadę grania, szwajcarski Yog nie może się poszczycić wieloma sukcesami. Eee... jakimikolwiek sukcesami. Opisywany krążek to dopiero ich drugi pełny album, o poprzednim — "Years Of Nowhere" z 2007 — w Polsce słyszały może ze trzy osoby, a i to pewnie przypadkiem, lewym uchem i przez ścianę. "Half The Sky", o czym jestem przekonany, dużo większej popularności im nie przysporzy, choć akurat mogłoby być inaczej, bo to kawałek dobrze brzmiącego (ostro i ciężko) i z wyczuciem zagranego hałasu a’la rozmaite świry z Relapse. To skrajnie działająca na układ nerwowy mieszanka histerycznego hard core z nowoczesnym grindem i paroma technicznymi pojebaństwami, w której ciągle coś się dzieje. Notoryczne zmiany tempa, łamanie rytmów, męcząca schizofrenicznymi riffami gitara, dysonansowe rozjazdy, totalne wahania nastroju i wściekle drący mordę wokalista – tak to się mniej więcej prezentuje.

8 listopada 2011

Eskeype – Legacy Of Truth [2010]

Eskeype - Legacy Of Truth recenzja okładka review cover
Kolejny to już raz okazuje się, że mam większe niż demo cojones, albo — jak pewnie powie sam wywołany — mam więcej czasu. Jak by nie było, kolejną perełkę orientalnego grania recenzuję ja. Z tym wszakże, że — podobnie jak w tym starym dowcipie radzieckim — nie perełkę a 'piątaka', nie orientalnego a do bólu szwajcarskiego (powoli zaczyna być to synonim bezpłciowości) i nie grania, tylko w miarę strawnego hałasowania. Czy nie można wziąć przykładu z Coronera, Samaela (choć może Uciekający muzycy mogą być na nich za młodzi) bądź Punisha? Nie da się nagrać czegoś naprawdę dobrego, czegoś co pozostanie w głowie dłużej niż do wybrzmienia ostatniego dźwięku? Odnoszę bowiem wrażenie, że takiego Eskeype’a to teraz jest wszędzie pod dostatkiem, wystarczy na dwie Afryki i cztery Haiti. Nie orientuję się przesadnie w tym nowoczesnym bagienku, ale coś mi się zdaje, że nagrywa się teraz takiego "nowoczesnego" metalu w chuj i jeszcze odrobinę,

29 września 2010

The Dillinger Escape Plan – Ire Works [2007]

The Dillinger Escape Plan - Ire Works recenzja okładka review cover
Bardzo ciekawie miksowały się moje odczucia względem "Ire Works" podczas pierwszego odsłuchu zaraz po premierze płytki – na zmianę pojawiały się refleksje, że "to już było", które po chwili ustępowały miejsca "a to coś nowego". Czyżby więc The Dillinger Escape Plan zaczęli zjadać swój ogon? Nic podobnego! To po prostu wypracowany i szybko rozpoznawalny styl Amerykanów. Powtarzają się tylko w jednym – ich krążki za każdym razem powalają. Nie inaczej jest z tym albumem – utwory skrzą się od połączenia skrajnie różnych pomysłów, są wyładowane sprzecznymi emocjami i dalekie od banału. Podobnie jak na "Miss Machine", tak i tym razem obok fragmentów ziejących brutalnością zafundowano trochę odjazdów w kierunku muzyki stosunkowo łagodnej. Wszystkie te elementy są jednak tak wymieszane, że nie jestem w stanie nawet w przybliżeniu powiedzieć jakie są proporcje. Cokolwiek by muzycy nie wyczyniali, brzmi to świeżo i cholernie atrakcyjnie.

5 lipca 2010

Mindlag Project – Mindlag Project [2009]

Mindlag Project - Mindlag Project recenzja okładka review cover
Dziś, zupełnie z partyzanta, debiutancki krążek dzielnych Francuzów z Mindlag Project. "Mindlag Project" — bo tak się nazywa ten album — to solidny kawał (prawie 70 minut) nowoczesnego thrashu (nieco nawet zakombinowanego) obficie czerpiącego z core’owych tradycji oraz melodyjności szwedzkiej sceny death. Ale to nie koniec niespodzianek jakie mają w zanadrzu potomkowie Assurancetourixa – w skład zespołu wchodzi pełnoetatowy wiolonczelista, szkoda tylko, że prawie w ogóle go nie słychać. Niby coś tam chłopak piłuje, stara się jak umie, ale gówno z tego wychodzi, bo instrument ginie pomiędzy pozostałymi (a może jednak w ogóle nie gra...). Pomysł dobry, realizacja niestety dużo słabsza – więc lekcja na przyszłość, chłopaki, by nad produkcją przysiąść i nie skąpić kasy, w końcu nie jesteście ze Szkocji.

16 czerwca 2010

Animosity – Empires [2005]

Animosity - Empires recenzja okładka review cover
Żeby nie trzymać was zbyt długo w niepewności, powiem wprost – przeciętniak w każdym calu. Takich kapel jest na pęczki, kapel, które już nauczyły się grać równo, których brzmienie nie jest garażowe, a wkładka jest w kolorze. Poza tym ciężko znaleźć cokolwiek, co by wyróżniało tych grajków. Nowoczesny death zmieszany z corem – typowy, aż się pachy pocą. Może więc choć teksty mają oryginalne? A gdzież tam – buntownicy, że strach się bać. Że świat jest do dupy, że władza kłamie (no shit, Sherlocks), że pasta do zębów jest za mało miętowa; nic tylko narzekają. Ale za to 'fuck' jest w każdym kawałku, używany wielokrotnie i, jakby, z lubością. Typowa przypadłość młokosów, którzy mając możliwość wykrzyczenia się, klną jak szewcy. Gdyby jeszcze angielski był bogatszy w wulgaryzmy, a tak tylko 'fuck' na prawo i lewo, więc nudą wieje i wrażenia żadnego nie robi.

24 marca 2010

The Dillinger Escape Plan – Miss Machine [2004]

The Dillinger Escape Plan - Miss Machine recenzja okładka review cover
Amerykańscy popaprańcy przy pierwszym — dodam, że szybkim — kontakcie z "Miss Machine" niczym specjalnym mnie nie zaskoczyli. Dopiero spokojne przebrnięcie przez całość uświadomiło mi fakt, że oto obcuję z wyjątkową płytą. Muzykę na tym albumie określiłbym nieco dziwnym mianem 'free-grind'. Wprawdzie bazą wyjściową jest (choć w sumie cholera wie, co im w tych krótkowłosych łbach siedzi) właśnie grindowy łomot, to fragmentów, gdzie mamy do czynienia z sieką stricte grindowej proweniencji nie ma aż tylu, ilu można by się spodziewać. Upraszczając: nie napierdalają non stop, choć z boku tak to może wyglądać. Dostajemy za to elementy niemal żywcem wyjęte z produkcji hard core, przebojowego rocka, jazzu, czy też... hmm... lajtowej alternatywy (?!), które sprawnie wpleciono w konkretnie popieprzoną, połamaną całość. The Dillinger Escape Plan to zespół świetnych instrumentalistów, którzy w żaden sposób nie mają zamiaru się ograniczać i znakomicie odnajdują się w każdym granym przez siebie gatunku.

23 marca 2010

Catastrophic – The Cleansing [2001]

Catastrophic - The Cleansing recenzja okładka review cover
Czy ktoś jeszcze pamięta Catastrophic? Zespół został powołany do życia przez Trevora Peresa w okresie niebytu Obituary. Obituary powróciło i zepchnęło w niebyt Catastrophic. W sumie nic dziwnego, bo pomimo, że "The Cleasing" to dobry album, to jednak na tle dokonań Obitków jest zwykłym średniakiem. Zespół co prawda wydał drugi album w 2008, ale czy ktoś w ogóle go zauważył? Nie sądzę. Wracając do debiutu, niewątpliwie to co w nim od razu da się zauważyć, to muzyczne podobieństwo do macierzystej formacji Trevora, chociaż jest tu zdecydowanie więcej naleciałości z rejonów hard core’a i grindu. Hardcore chyba najbardziej da się wyczuć na 'Balacing The Furies' i 'Pain Factor'. Ale jednak i tak w tym wszystkim słychać, że twórcą musi być ktoś z Obituary.

Burnt By The Sun – Burnt By The Sun [2001]

Burnt By The Sun - Burnt By The Sun recenzja okładka review cover
Burnt By The Sun zawsze w jakiś nieokreślony sposób przyciągało mnie swoją dość specyficzną nazwą oraz muzykami, którzy tworzą ową grupę. Otóż w jej skład wchodzą założyciele legendy pojechanego grzańska Human Remains. Na tym materiale jest ich dwójka, pałker Dave Witte oraz basman Tedy Patterson. Właśnie ta dwójka tworzy mózg Burnt By The Sun, co bardzo, bardzo wyraźnie słychać w tych — zaledwie — 4 utworach, które zawiera opisywany MCD. W sumie to nawet ilość kawałków jest typowa dla Human Remains :-). Lecz nie o ilość, lecz o jakość tutaj chodzi! A ta jest nieziemska. Osobiście słyszę tu zbliżone granie do pokręconych szlagierów z repertuaru Humanów tj. 'Symptoms Of The New Society', 'Chewed Up & Spit Out' oraz 'Mechanical'. Ci, którzy liznęli te trzy perełki, powinni mieć obraz potrawki przygotowanej przez Burnt By The Sun.

Virulence – A Conflict Scenario [2001]

Virulence - A Conflict Scenario recenzja okładka review cover
Kto słyszał muzykę Virulence, ten wie, że jest to wielki zespół z niesamowitymi pomysłami na granie brutalnej muzyki. Virulence pochodzi z USA, a muzyką którą wykonuje jest techniczny grind/jazz/death. Niezła fuzja, co? Niezła to chyba za mało powiedziane. "A Conflict Scenario" to fenomenalny album, gdzie zawartych jest od chuja i ciut, ciut paraliżujących rozwiązań. Już pierwszy utworów w postaci instrumentalnego intra sugeruje słuchaczowi, że ma do czynienia z bardzo pojebaną muzyką, ale to dopiero malutki zaczątek tego, co dziać się będzie później! W każdym tracku znajdziemy prawdziwe jazzowe wstawki pierwszej klasy. Partie gitar na tym albumie to wyższa szkoła jazdy, piekielnie pojebane, połamane i skomplikowane riffy, które to coraz się zmieniają; to po prostu bombardowanie układu nerwowego. Mnóstwo zmian tempa, za które odpowiada pałker – trzeba powiedzieć, że ma niesamowite wyczucie.

Sadist – Lego [2000]

Sadist - Lego recenzja okładka review cover
Wydawać by się mogło, że na nagranym w 1997 roku mocno dziwacznym, ale wciąż będącym pokłosiem "Tribe" trzecim studyjnym wydawnictwie Włochów zatytułowanym "Crust", Sadist ostatecznie zakończył swą ewolucję. Tak się jednak nie stało i świat ujrzało dzieło totalnie pokraczne i niejadalne, które naówczas okazało się gwoździem do trumny dla zespołu. Już bowiem "Crust" był dla sporej części fanów nie do łyknięcia, ale to właśnie "Lego" pokazał, że poprzednie wydawnictwo to bułeczka z masłem, którą każdy szanujący się (a także nieszanujący się) miłośnik wciągnie prędziutko i poprosi jeszcze o dokładkę. Prawdę powiedziawszy przy "Lego" "Crust" wydaje się całkiem porządnym albumem, którego da się posłuchać bez chęci przełączenia na Disco Relax albo Radio M, czego o tym pierwszym powiedzieć się w żadnej mierze nie da. Tak – jest aż tak źle.

Nyia – Head Held High [2004]

Nyia - Head Held High recenzja okładka review cover
Brutalnego wygaru nigdy za wiele! Dobrze to rozumieją muzycy Nyia, bo tym, co zaserwowali na debiucie w barwach Candlelight nie oszczędzają nikogo. Ani siebie, ani tym bardziej słuchaczy. Nie jest to w żadnym wypadku prostackie napierdalanie, bo zawijasów i zmian tempa tu od groma, co przywodzi na myśl szczególnie morderców z Cryptopsy. Z kolei sposób ekspresji kojarzyć się może z innymi szaleńcami – The Dillinger Escape Plan. Inteligencja twórców przejawia się nie tylko w strukturach utworów, ale i w długości krążka (niespełna 25 minut), która dla takiego wyziewu jest optymalna. Kawałki szybko (zbyt szybko?) przewalają się przez głowę, zmuszając do uwagi i skupienia. Oczywiście nie oznacza to, że człowieka przy tym nie ponosi, bo dawka energii jest spora i poszaleć można.

Sunrise – Generation Of Sleepwalkers [1998]

Sunrise - Generation Of Sleepwalkers recenzja okładka review cover
Sunrise swego czasu potrafił nieźle zmylić – no bo czegóż właściwie można się spodziewać po bandzie niepozornych wegan, którzy wzięli się za tzw. ciężkie granie? Pseudorockowego granka dla niemot? Nie tym razem, bo o ile z ich fascynacjami mi nie po drodze, to taka muzyka jak najbardziej do mnie przemawia. W każdym bądź razie chłopaki podchodzą do tego poważnie, o czym może świadczyć wkładka (utrzymana w marchewkowej kolorystyce...), w której — obok przedstawienia ideologii/myśli przewodniej weganizmu — znajdziemy polskie tłumaczenia tekstów. Pomysł dość ciekawy, a najważniejsze, że dający każdemu możliwość zapoznania się z poglądami chłopaków. Muzyka prezentowana przez ten zbuntowany kwartet to bardzo zróżnicowany grind z wyraźnymi wpływami hard core, który z typowymi przedstawicielami tego gatunku niewiele ma wspólnego.

22 marca 2010

The Dillinger Escape Plan – Calculating Infinity [1999]

The Dillinger Escape Plan - Calculating Infinity recenzja okładka review cover
Ukrywająca się pod nietypową nazwą zgraja niepozornych osobników w typie amerykańskim, swym pierwszym krążkiem w radykalny sposób wypięła gołe poślady na utarte schematy święcące triumfy w otaczającej ich muzyce, lejąc z góry (przyznacie, że z wypiętym dupskiem to niełatwe) na słodkie melodie i przejrzyste struktury. Ba!, posrańce wzięli się za obliczanie nieskończoności! Zadanie karkołomne, więc i muzyczny podkład stworzony przez The Dillinger Escape Plan do najprostszych nie należy. Mało powiedziane, oni w każdej sekundzie albumu udowadniają, że mają najebane jak stąd do potamtąd i jeszcze o rzut beretem hen hen. Chłopaki mają doskonałe umiejętności techniczne i szalenie szerokie horyzonty, więc korzystają z tego, co najdziwniejsze i najbardziej ekstremalne w hard core, jazzie i grindzie, dodając tu i ówdzie jakieś ni to noisowe, ni to ambientowe wtrącenia.

Immortal Cringe – Undying Fear [2001]

Immortal Cringe - Undying Fear recenzja okładka review cover
Dziś, w kolejnym odcinku z serii "Poznaj sąsiadów swych hamerykańskich", na tapetę wędruje kapelka o wdzięcznej nazwie Immortal Cringe. Warto jednak zaznaczyć, że panowie nie mają wiele wspólnego ze swoimi ponurymi imiennikami z mroźnej Norwegii. No, może poza tym, że też obrali sobie granie muzyki za grządkę do obrabiania po godzinach pracy. I w tym miejscu należy po raz pierwszy wspomnieć, że panowie wiedzą do czego służą gitary i perkusja. Co więcej, pozwolili sobie panowie poświęcić więcej czasu (który inaczej spędziliby na PIS-owskim grillu lub innych domowych pracach) na szlifowaniu umiejętności instrumentalnych, co doskonale słychać na albumie. "Undying Fear" — bo tak nazywa się ich jedyny dotychczas pełny album — to kawał dobrej, crossoverowej, technicznej muzy. Rozpoczynające płytkę intro nie zapowiada milusiego, półgodzinnego spektakliku muzycznego.