23 marca 2010

Nile – Amongst The Catacombs Of Nephren-Ka [1998]

Nile - Amongst The Catacombs Of Nephren-Ka recenzja okładka review coverKiedy w 1998 świat ujrzał premierowy krążek para-egipcjan z Nile, żadna inna metalowa banda nie grała podobnej muzyki. Owszem, grano i ciężej i bardziej technicznie, ale na pewno nie tak klimatycznie. Bo trzeba sobie jasno powiedzieć – piaszczystej, suchej i stęchłej atmosfery starożytnego Egiptu jest tu od zajebania. W niesamowity sposób przekłada się to na granie, bowiem melodie, w jakiś dziwny sposób, jednoznacznie kojarzą się z ponurymi katakumbami i zakazaną muzyką przedwiecznego kraju faraonów. Także warstwa tekstowa nie pozostawia złudzeń – witamy w świecie mrocznych bogów i okrutnych tortur. Oj, cieszą się dawni bogowie, gdy im Amerykańcy w ich rodzimym języku peany pieją. Gdyby jednak komuś nie wystarczały te zabiegi, Sanders postarał się o kilka niecodziennych patentów. Co prawda nie wiem, co tybetańscy mnisi mieliby robić w Egipcie (Wymiana studencka. – przyp. demo), ale ich śpiewy naprawdę przyprawiają o ciarki i fantastycznie pasują do muzyki. Ot, taka wymiana kulturowa. W kilku utworach pojawiają się także inne cacuszka: bębny z ludzkich czaszek, flety z kości udowych (prawda, że uroczo), tureckie gongi i dumbecki. Wszystkie te bajery świetnie uzupełniają zniszczenie czynione przez sprzęt jak najbardziej współczesny. Gitara mieli solidnie popieprzone riffy, które czasami przypominają odgłosy kaźni, innym znów razem arystokratyczne melodie sal królewskich. Jednak za każdym razem są one w dość poważnym stopniu spaczone i odhumanizowane (co nie powinno dziwić w przypadku kaźni). Rytmicy natomiast udają siepaczy i napierdalają, aż kurz z podłogi się podnosi. Album jest krótki – trwa z okładem 30 minut. W tym jednak czasie udało się zmieścić 11 utworów, które składają się na coś a’la concept album. Kawałki porozdzielane są interludiami, które, zwykle wolniejsze i korzystające ze wspomnianych instrumentów, wpychają słuchacza w coraz głębsze odmęty okrucieństwa. Prawda jest taka, że z każdym dźwiękiem otchłań szaleństwa otwiera się coraz bardziej. Lovecraft byłby zadowolony, gdyby dane mu było słyszeć, jak Nile opisuje starożytny Egipt. Zniszczenie, degeneracja, okrucieństwo – te właśnie odczucia towarzyszą słuchaniu "Amongst...". Estetyka jest więc, przyznacie, dosyć przerażająca, ale pasuje jak ulał. Nie wyobrażam sobie, by można to było zrobić lepiej. Nile’owi udało się stworzyć dzieło wiekopomne, które na stałe zapisało się na kartach ekstremalnych przeżyć muzycznych.


ocena: 9,5/10
deaf
oficjalna strona: www.nile-official.com

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

0 komentarze:

Prześlij komentarz