26 lutego 2014

Cynic – Kindly Bent To Free Us [2014]

Cynic - Kindly Bent To Free Us recenzja okładka review coverDruga płyta Cynic ukazała się w 2008 roku i z miejsca rozczarowała słuchaczy zakochanych w doskonałym i przede wszystkim nowatorskim debiucie. Fala krytyki była zasłużona, jednak to nie dało do myślenia Masvidalowi, który zamiast pójść po rozum do głowy i zakończyć ten kabaret z elementami groteski, wziął się za regularne wydawanie pod tą legendarną nazwą jeszcze większych i jeszcze bardziej dobijających zapchajdziur-wysysaczy kasy. Tak dotarliśmy do chwili obecnej, do longpleja numer trzy, który bez wysiłku i naprawdę szczerze można pochwalić wyłącznie za oprawę graficzną autorstwa nieżyjącego już niestety Roberta Venosy. Muzycznie mamy ciąg dalszy załamującego zjazdu na dupie po równi pochyłej w odmęty efemerycznego, rozmemłanego nie wiadomo czego i nie wiadomo dla kogo. Ponoć istnieją tacy, którzy dokopali się na „Traced In Air” jakichś pierwiastków death metalu, co mnie nie było dane. Teraz ci sami ludzie mogą mieć problem z doszukaniem się na Kindly Bent To Free Us czegokolwiek wpadającego w metal czy nawet ostrzejszego rocka. W tym miejscu nie mam nawet zamiaru czepiać się obranego stylu, wszak każdy może się rozwijać (albo „rozwijać”) w kierunku, jaki mu pasuje – czy to mięknąć czy radykalizować się. Aaale! Niechże to, kurwa, ma ręce i nogi! Niech stoi za tym jakiś pomysł! Masvidal z niezrozumiałych, przynajmniej dla mnie, powodów z całych sił pcha się w bezpłciowy, grząski i potwornie nudny progresywny rock alternatywny, który — jak mniemam — fani takiej muzyki w normalnym wydaniu przyjmą z zażenowaniem, albo w najpewniej ogóle oleją sprawę. Niestety, obecnie wyznacznikami nośnego progresywnego grania — takiego, które może spokojnie pogodzić słuchaczy rocka i metalu — są ostatnie płyty Mastodon, od których postreunionowe dokonania Cynic dzieli głęboka przepaść, zasieki i pole minowe. Strona instrumentalna albumu — choć absolutnie nie porywa — i tak momentami jeszcze jakoś się broni (szczególnie w „Gitanjali”, który jest prawie dobry), wszak mamy tu Seana Reinerta i Seana Malone’a, a oni do technicznych ułomków nie należą. I to właśnie pracę sekcji rytmicznej należy zaliczyć na plus, mimo iż brzmieniowo niekiedy brakuje jej spójności. Gorzej, że są jeszcze wokale spiritus movens tego przedsięwzięcia. Nie wiem, kto nagadał Paulowi, że potrafi śpiewać, ale uczynił światu straszne świństwo, bo ten najwyraźniej w to uwierzył. I śpiewa — bo „śpiewać każdy może” — czym potrafi doprowadzić człowieka do rozstroju nerwowego, zwłaszcza w karykaturalnych, nieprzemyślanych refrenach. To przez jego nieskoordynowane i wstrzelone od czapy zawodzenie przebrnięcie przez dwa pierwsze kawałki zajęło mi trzy dni! Jeśli już chłop przypadkiem zagra coś sensownego (choćby solówki), to zaraz wysiłek swój i kolegów masakruje tym koszmarnym głosem, zabijając wszelki nastrój. To w zupełności wystarcza, żeby mieć problemy z utrzymaniem skupienia (i nerwów na wodzy) do końca albumu. Następny denerwujący element to niezbyt zwarta produkcja – może tu chodziło o podkreślenie indywidualnych umiejętności, ale efekt jest taki, że instrumenty często grają obok siebie, nie zazębiają się, nie tworzą monolitu. W takich warunkach trzeba naprawdę dużo samozaparcia, żeby brnąć przez kolejne rozwlekłe utwory. Samozaparcia albo porządnego znieczulenia.


ocena: 4/10
demo
oficjalna strona: www.cyniconline.com

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

0 komentarze:

Prześlij komentarz