26 października 2014

Pillory – Evolutionary Miscarriage [2014]

Pillory - Evolutionary Miscarriage recenzja okładka review coverLudzi czekających na powrót Pillory było w Polsce pewnie z siedmiu, w tym moja skromna osoba. Taki stan rzeczy jest poniekąd (i tylko poniekąd) do zrozumienia, wszak od debiutu amerykańskich popaprańców minęło dziewięć długich lat — a nie każdemu starcza cierpliwości tudzież życia, żeby tyle czasu wypatrywać swoich ulubieńców — a sam zespół do specjalnie popularnych nie należał. Tego braku uznania wytłumaczyć jednak nie potrafię, bo kapela już wtedy wycinała pierwszorzędny hałas i powinna być noszona na rękach. Za sprawą "Evolutionary Miscarriage" sytuacja na pewno się nie poprawi, bo to materiał słabiej promowany, a przy tym jeszcze bardziej wymagający od słuchacza. Jeśli komuś zdarzyło się w miarę pilnie śledzić jutubowski kanał Darrena Cesca, ten zapewne kojarzy pierwsze porąbane pomysły przygotowane z myślą o krążku numer dwa. Czas mijał, a ten perkusyjny bóg poszedł w swych wizjach jeszcze dalej. Sam, bo tak się składa, że Pillory to w tej chwili Darren Cesca, albo na odwrót. To on całość skomponował, zagrał, zaśpiewał, nagrał i wyprodukował. W ramach pomocy z zewnątrz otrzymał tylko elektroniczne dodatki, których na szczęście nie ma wiele i które można łatwo zignorować. W każdym razie udowodnił w ten sposób, że jest wielki — a przynajmniej większy niż był — więc fani jego talentu powinni być zawartością "Evolutionary Miscarriage" usatysfakcjonowani. Zalety pracy w pojedynkę — z perspektywy twórcy — słychać na krążku od początku do końca; Darren mógł sobie pozwolić na nawet najbardziej odjechane i karkołomne zagrywki, dzięki czemu płyta jest bardziej popieprzona, połamana i zróżnicowana niż "No Lifeguard At The Genepool" i "A Conflict Scenario" razem wzięte. Tym razem zauważalnie mniej jest bardzo lubianych przeze mnie wpływów grindu i jazzu, ale w ich miejsce pojawiły się choćby elementy ambientu czy... symfonicznego death metalu (zaskoczeni? nie sądzę...), które jednak nie wypaczyły ekstremalnego stylu Pillory. Łanmenbend ma niestety i minusy. Brakuje mi przede wszystkim jakiejś formy kompromisu, wewnątrzzespołowej cenzury, przez którą nie przeszłyby mniej udane i niezbyt pasujące do reszty pomysły. Rezultat totalnej wolności jest dość łatwy do przewidzenia – momentami trudno ogarnąć — nawet za którymś podejściem — co się na "Evolutionary Miscarriage" dzieje. Paradoksalnie najłatwiejsze do przyswojenia są tu fragmenty, kiedy Darren morduje szybkim, brutalnym i technicznym death metalem. Sęk w tym, że takiej jazdy nie ma aż tyle, ile by się chciało, toteż mniej wytrwałych 48-minutowy album może wymęczyć do tego stopnia, że dla relaksu sięgną nawet po Cephalic Carnage... W związku z powyższym nie zaszkodziłoby, gdyby płyta trochę lepiej brzmiała i była ciut bardziej chwytliwa – choćby na podobieństwo "No Lifeguard At The Genepool". Mimo tych uwag uważam powrót Pillory za potrzebny i udany – Darren Cesca ma ogromny potencjał i jeśli tylko dobierze sobie wystarczająco zdolnych kolegów, to następnym krążkiem powinni pozamiatać.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/pages/Pillory/662486047144743

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

0 komentarze:

Prześlij komentarz