2 lutego 2013

Vektor – Black Future [2009]

Vektor - Black Future recenzja okładka review coverW ubiegłym tygodniu zaproponowałem Wam bodaj pierwszy tech-thrashowy album w dziejach ludzkości. Mam nadzieję, że jeśli nie mieliście okazji przesłuchać go wcześniej, uczyniliście to teraz. Warto bowiem wiedzieć co było pierwsze: jajko czy kura. Kura. Pozostając w klimatach thrashu dla dorosłych, dziś płytka znacznie młodsza, bo z 2009 roku – debiut amerykańskiej formacji Vektor. Pewną wesołość budzi fakt, że w czasie, kiedy przywołany w pierwszym wersie "Energetic Disassembly" brylował na salonach, część ekipy z Filadelfii miała jeszcze mleko pod nosem, a innych w ogóle nie było na tym świecie. Nie zmienia to jednak faktu, że debiutancki "Black Future" jest jednym z lepszych debiutów ostatniej pięciolatki. To właśnie o nich pisałem przy okazji pierwszego longpleja Hexen i to właśnie w nich upatruję nadzieję na przyszłość thrashu. Dojrzałość krążka budzi moje najwyższe uznanie, co w połączeniu z przemyślanym podejściem do gatunku oraz sensowną realizacją (wszak to debiut!) każe spojrzeć na płytę w kategoriach debiutu roku. Nie zapomniano o niczym, przez co zaczynam się zastanawiać czemu oni mogą, zaś większość pojebuje sprawy znacznie poważniejsze niż własny image bądź strona graficzna wydawnictwa. Z drugiej strony, jeśli większości odpowiada przeciętność, to niech im będzie, będę im to wytykał aż do śmierci, mojej bądź ich. Ale do rzeczy, zacznę od małej uwagi – narzucające się, tak za sprawą logo, jak i, wspomnianego już, kosmicznego image'u, podobieństwo do Voivod, na szczęście jest dość powierzchowne i pewnie dlatego Vektor da się słuchać a Voivod niekoniecznie. Filadelfijczycy postawili na szybki i agresywny prog/tech thrash z wokalami, którym jednak bliżej do blacku niż thrashu. Zresztą chylę czoła przed wokalistą, który spisuje się lepiej niż wielu nominalnie blackowych krzykaczy – tak wysokich wrzasków i pisków szukać ze świecą, a na dodatek umie chłopak utrzymać się w tych rejestrach przez dłuższy czas bez zafałszowania. W niższych partiach też się nie gubi, ale to właśnie góry robią największe wrażenie – coś wspaniałego. Zresztą góry są w ogóle dość mocno zaludnione – a to za sprawą gitar. Sporo niecodziennych przejść, struktury i melodie przywodzące na myśl światy z powieści Lema, dobrych kilka solówek, tak neoklasycznych jak i progowych, a także trochę mechaniczne, drapieżne riffy, które sprawiają, że ma się ochotę pociąć w Motral Kombat. Tak, tak – gitarki pracują żwawo i agresywnie i nie biorą wolnego przez bitą godzinę. Jak na prog/tech przystało, bas wyłuskano z sekcji i należycie podbito, dzięki czemu kolejna linia melodyczna nakurwia słuchacza z zapałem Żyda nakurwiającego Araba (i vice versa). Nie znaczy to oczywiście, że bas nie współgra z perkusją, bo gra, a kiedy zaczynają kooperować, wrażenie podróży przez "suchy przestwór [kosmicznego – przyp. autor] oceanu" jest ogromne. Perkman, czy to wspierany przez basistę czy nie, wybija rytmy dość pokręcone, by zawstydzić świński ogon, niejednokrotnie wychodzi także na pierwszy plan; doskonałym przykładem będzie tu "Hunger for Violence". We czterech udało się stworzyć chłopakom muzykę bardzo kompleksową i rozbudowaną, inspirując się wszystkim, co dobre, a nawet Voivod. Niemniej jednak przy takim pomyśle na siebie nie powinno to dziwić, tym bardziej, że podeszli do swoich idoli w sposób niesamowicie dojrzały i twórczy. Kończąc wypada mi wspomnieć, że krążek wręcz pachnie przestrzenią kosmiczną, science-fiction i cybernetyką z lat 80tych i 90tych. Cieszy mnie to, bo nie wiąże się to z tandetną elektroniką i sterylnością dźwięków – znacznie bliżej Vektorowi do Nocturnus niż The Kovenant. I chwała im za to! Obowiązkowa pozycja dla thrashowców wszelkiej maści i wyznania. Amen.


ocena: 9/10
deaf
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/vektor

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

0 komentarze:

Publikowanie komentarza