23 listopada 2014

Carcariass – E-xtinction [2009]

Carcariass - E-xtinction recenzja okładka review coverZdaje się, że Carcariass pojawiło się pewnie cały jeden raz na łamach naszego bloga, a i to w kontekście jakiejś innej kapeli. Chyba więc najwyższa pora coś z tym zrobić, bo — jakby nie było — francuska grupa swoje lata ma i nawet dorobiła się własnego, całkiem oryginalnego stylu. Sęk w tym, że jest to dość wyjątkowy styl, kontrowersyjny to możne za mocne słowo, ale na pewno nie każdemu podchodzący. Cały myk polega bowiem na tym, że Francuzi grają dość mocno popową odmianę metalu: bardzo przystępną, melodyjną aż do szpiku kości, na poły instrumentalną (żeby nie denerwować babci w sąsiednim pokoju zbyt dużą ilością warczeń i pokrzykiwań), ale jednocześnie wirtuozerską i nieskazitelną pod względem produkcji. Głównym problemem trapiącym zespół jest fakt, że czym młodsze wydawnictwo tym procentowy udział pop-metalowych elementów rośnie zabierając oczywiście z bardziej męskiego grania, jakie zdarzało się kapeli na początku. Zasadniczo jednak podobnie grali przy okazji pierwszego longpleja zatytułowanego "Hell on Earth" i podobnie grają na ostatnim dotychczas wydawnictwie – "E-xtinction". W ciągu dwunastu lat, które dzielą debiut od wspomnianego albumu, w stylu muzyków nie zmieniło się wiele, co z jednej strony sprawia, że wszystkie wydawnictwa brzmią bardzo podobnie i czasami trudno wskazać które są z kiedy, ale z drugiej strony pozwoliło muzykom wyhodować sobie dość wierną rzeszę fanów, którym taki rodzaj uprawiania metalu najwidoczniej pasuje. I o ile w przypadku tych ostatnich taka strategia zdaje się sprawdzać, o tyle dla przeciętnego (ale także dla takiego bardziej wyrobionego) pochłaniacza metalowych wyziewów muzyka Carcariass musi budzić i budzi pewien niedosyt, ujmując rzecz delikatnie. Mniej delikatnie będzie napisać nudzić i irytować, ale pozostańmy przy poprawnej politycznie nowomowie. Wiem to po sobie, bo zabieranie się do któregokolwiek z krążków poprzedza zwykle okres pompowania w siebie znacznych ilości bardziej wymagającego grania, więc Carcariass można potraktować jako przerywnik dający nieco ochłonąć przed kolejną turą mniej przyjemnej i wygładzonej muzyki. Zwykle też, po kilku dniach dość intensywnego słuchania, kapela zaczyna mierzwić i nieopłakiwana wraca na swoje miejsce na półce. Może więc taka jest rola zespołu i za to powinien być doceniony. Może. Znakiem rozpoznawczym Francuzów są brzmiące jak solówki, lecz ciągnące się całymi utworami riffy, które w połowie kapel mogłyby robić za oklaskiwane popisy gitarzysty wiodącego. Na początku przygody z zespołem potrafią zrobić naprawdę piorunujące wrażenie, tym większe, im bardziej człek zapatrzony w gitary, z czasem jednak zaczynają wychodzić na jaw powtarzane w kółko schematy i czar nieco pryska. Zgoda, fajerwerki są niezłe, zwłaszcza przy realizacji tak bezbłędnej jaką serwują muzycy, ale kwestią czasu jest pojawiające się znużenie, a w przypadku dłuższych posiedzeń nad całym dorobkiem – wrażenie déja` vu. Sam album "E-xtinction" to w sumie dwanaście kawałków, z czego cztery to czysto instrumentalne wersje wokalnych kawałów (według oficjalnej wersji), albo na odwrót. Jakby nie było, wokal zdaje się być dodatkiem, bo utwory jego pozbawione czasami brzmią nawet lepiej, zupełnie jakby skrojono je właśnie w takim kształcie i wokal dodano później. Trochę zabrakło, a może nie tyle zabrakło, co się zwyczajnie osłuchały, ewidentnych mega-solówek, które dość gęsto zaludniały poprzedni album. Wciąż jednak, przy odpowiednim nastroju, można dać się porwać muzyce i zapomnieć się w niej. Taka już magia zespołu, nawet po tylu latach. Ocena jest więc wypadkową z dni, kiedy "E-xtinction" wchodzi bez popity i kiedy dałby się człowiek pokroić za zestaw audio z najwyższej półki oraz tych, kiedy lukier wylewa się uszami i jedyne co słychać, to pitolenie dla bab. A są to dość mocno różniące się oceny.


ocena: 7/10
deaf
oficjalna strona: www.carcariass.com
Udostępnij:

0 komentarze:

Prześlij komentarz