14 marca 2014

Noneuclid – The Crawling Chaos [2008]

Noneuclid – The Crawling Chaos recenzja okładka review coverNawet dzisiaj da się nagrać coś nowego i nie-tak-łatwo szufladkowalnego. Wprawdzie opisywana płytka ma już sześć lat, ale i tak wpada w (klasycznym już podziale na do i po 2005 roku) czasy post-metalu, czyli nihil novi i nic dobrego. Tyle tylko, że Noneuclid jest i nowy i dobry. Muszę jednak oddać demo sprawiedliwość, bo chociaż płyta wyraźnie plasuje się w post-metalu, to w żadnym przypadku nie można tego powiedzieć o muzykach, niektórym z nich bowiem czwarta dekada już pękła, a w dodatku na graniu zepsuli już mnóstwo wątroby. Jakby jednak nie było, nie zmienia to faktu, że debiutancki "The Crawling Chaos" to siedem naprawdę niezłych i nieszablonowych kompozycji z pogranicza deathu, thrashu, progu i każdego innego metalu. Oczywistym jest więc, że co, jak co, ale krążek na pewno nie jest nudny bądź przewidywalny. Dzieje się naprawdę sporo, co i rusz utwory odmieniają oblicze i zaskakują zmianą klimatu o internetowe 360º (co ma, zdaniem autorów takich "mondrości", ukazywać totalność przemiany). Można się w muzyce doszukiwać pewnych reminiscencji kanadyjskiego Voivod, chociaż raczej w ogólnym, niźli szczegółowym znaczeniu. Co bardziej wprawne ucho, obyte z czymś więcej niż Orłosiem w Teleexpresie, bez trudu wychwyci jednak znacznie więcej znajomych motywów i stylów. Nie boją się muzycy eksperymentować, zachowują przy tym zdrowy umiar i — często w przypadku podobnych produkcji ginącą — słuchalność. Pojebania jest tyle by zaciekawić, ale nie na tyle by wkurwić i odepchnąć. W utrzymaniu słuchacza przy albumie pomagają zdecydowanie bardzo dobre gitary, które kilkukrotnie jadą riffami tak porywającymi, że nawet najbardziej zatwardziała feministka z ochotą wdzierzgnęłaby się w kwiecisty fartuszek i z uśmiechem na ustach pogalopowała poczynić jakieś pranie lub zmywanie. Tak przekonujące są te riffy. Posłuchajcie zresztą sami. "The Digital Diaspora" z openingiem godnym Grammy (gdyby to oczywiście miało znaczyć jakiekolwiek uznanie i prestiż), "Void Bitch" z nieco groovowym mieleniem (a także ciekawą, orientalną stylistyką refrenu), czy też thrashowy, może Kreatorowy, może a’la Destruction, "Time Raper". Oczywiście jest tego znacznie więcej, bo także pozostałe kawałki nie zaniżają średniej, ale na potrzeby recenzji – ograniczę się do wyżej wymienionych. Pochwała należy się także basiście, bo odwalił kawał porządnej roboty nadążając za wioślarzami, a nadto dodał kilka solówek i garść bardziej pierwszoplanowych riffów. Bez zastrzeżeń radzi sobie także pałker, niby nic specjalnie wielkiego, ale hańby nie przynosi, a double basy ma wręcz przednie. Nie można zapomnieć oczywiście o wokaliście, bo to jego zasługą jest, w znacznej mierze, klimat albumu i jego — wywołane już — popierdolenie. Krótko o samej muzyce. Warto na płytę spojrzeć nieco jak na concept album. Choćby po to, by instrumentalny "Xenoglossy" nabrał nieco sensu, bo samodzielnie wydaje się zbędny. Patrząc jednak na całokształt dzieła, sprawdza się nieźle jako interludium i pasuje do całości. Warto zaprzyjaźnić się z debiutem Noneuclid na dłużej i w oczekiwaniu na drugi krążek – poobcować z trochę mniej sztampową muzyką.


ocena: 8,5/10
deaf
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/noneuclidband

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

0 komentarze:

Publikowanie komentarza