5 listopada 2013

Insidious Disease – Shadowcast [2010]

Insidious Disease - Shadowcast recenzja okładka review coverInsidious Disease – jeden z wielu death metalowych super projektów, o którym zapewne wielu słyszało... i równie wielu już zapomniało, choć pierwszą — i, nie ma się co oszukiwać, zapewne ostatnią — płytę wydali stosunkowo niedawno, bo w 2010 roku. Zespół/projekt to pod pewnymi względami szczególny, bo nie dość, że ojcowie założyciele (gitarzyści) wywodzą się z hord umiarkowanie blackowych (Dimmu Borgir i Old Man's Child), to gwiazdorskim statusem — przynajmniej w oczach miłośnika gatunku — przebijają ich ludzie, których dobrali sobie do pomocy. Paka to zaiste mocna, bo mamy tu Shane’a Embury na basie, perkusyjnego boga Tony’ego Laureano, no i oczywiście wciągniętego na powrót do brutalnego grania Marc’a Grewe, którego wokale robią za największy rodzynek. Insidious Disease powstał ponoć w celu przypomnieniu światu o tradycyjnym obliczu death metalu – taki "Shadowcast" jest z pewnością: bez dziwactw, technologicznych sztuczek oraz totalnej ekstremy (choć akurat z Laureano mogliby nie schodzić poniżej 300 bpm). Mocne, ciężkie, nieźle brzmiące granie w wykonaniu tej piątki może się podobać, może zaciekawić, ale z głowy ulatnia się dość szybko. Niestety, mimo iż płyta jest odegrana tak, że mucha nie siada, to większych przebłysków na niej nie ma, a nawet jeśli już jakaś lepsza zagrywka się pojawi, to są szybko przykrywają ją patenty rzemieślniczo poprawne. Całości słucha się znośnie, świadomość, że za materiałem stoją znane persony rozmywa się w okolicach trzeciego kawałka, później można sobie kilka razy ziewnąć, a prawdziwe ożywienie przynosi dopiero 'Leprosy', przy którym na chwilę się zatrzymam, choć to bonus. Kurwa! Gdyby tylko został zagrany z lepszym gitarowym feelingiem, można by go uznać za wykonany przez któryś ze środkowych składów Death! Odtwórczy majstersztyk, wokalnie ideał – wielkie brawa dla Marc’a, bo tak bliski maniery Chucka był wieki temu na "The Eternal Fall". Klasyk Death uwypuklił ponadto główny problem autorskich kompozycji Insidious Disease – brak wyrazistych, chwytających za jaja riffów. Silenoz i Jardar może i naprawdę lubią staroświecki death metal, ale na pewno nie czują go w paluchach na tyle, żeby sklecić coś wartego zapamiętania na dłużej. Gdyby nie blackowe wypaczenie, może byliby w stanie lepiej wykorzystać potencjał kolegów.


ocena: 6,5/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/insidiousdisease
Udostępnij:

0 komentarze:

Publikowanie komentarza