Nie ukrywam, że z wiekiem coraz trudniej przychodzi mi skupić na czymś uwagę, pewne rzeczy/zjawiska zwyczajnie mi umykają, a pamięć płata figle w najmniej odpowiednich momentach. Mimo wszystko chyyyba nie jest ze mną aż tak źle, żebym nie mógł wychwycić wydarzeń rangi epokowej. Ot, choćby takich, jak osiągnięcie przez Blood Incantation statusu Metallicy. Że co, że niby nic takiego nie nastąpiło? Jak w takim razie wytłumaczyć wydanie All Gates Open: In Search Of Absolute Elsewhere (Original Motion Picture Soundtrack)? Agresywną kampanią promocyjną? Fanaberią? Odklejką? Moja odpowiedź jest następująca: wszystkim po trochu.
Na początek trochę suchych faktów, by w ogóle dookreślić, czym jest to przedziwne wydawnictwo, bo na pierwszy (i drugi, i kolejne…) rzut oka trudno stwierdzić, co tu jest ważniejsze — cedek czy blurej — i co robi za dodatek do czego. All Gates Open: In Search Of Absolute Elsewhere (Original Motion Picture Soundtrack) składa się z dwóch płyt — opcję didżital pominę pełnym pogardy milczeniem — które były uzupełnieniem wypasionej, „artbookowej” wersji „Absolute Elsewhere” – czymś, co miało skłonić największych fanów Blood Incantation do wywalenia za album kilku stówek więcej. Pierwszy krążek, audio, to godzina ambientowych odgłosów, które mają służyć za „muzyczny” podkład przy oglądaniu zawartości drugiego – z filmem dokumentalnym o okolicznościach powstawania „Absolute Elsewhere”. Jako bonus do tego wydanego osobno bonusa dorzucono klipy do „Obliquity Of The Ecliptic”, „Luminescent Bridge” i „The Stargate” oraz peany pochwalne pod adresem zespołu we wkładce.
W multiwersum Blood Incantation czas płynie inaczej i naprawdę niewiele rzeczy trzyma się kupy, więc nikogo nie powinno dziwić, że danie główne tego wydawnictwa, bezwartościowe ambienty [koniec recenzji płyty audio], zostały „skomponowane” i nagrane jeszcze przed wydaniem „Timewave Zero”, gdy sesji „Absolute Elsewhere”, do której mają być tłem, nie było nawet w planach. Film dokumentalny — bo przecież nie jakiś tam przyziemny raport ze studia, oj nie! — został podzielony na pięć części (przygotowania, studio, nagrania, inspiracje, współpraca), w których przybliżono cały proces powstawania i koncept stojący za „Absolute Elsewhere”, co trochę pomaga zrozumieć, czym kierowali się muzycy i czemu ta płyta brzmi tak a nie inaczej, jednak na pewno nie wpływa na jej postrzeganie.
Jak dla mnie za dużo w tym dokumencie pierdolenia o Chopinie (albo Szopenie – niech w Rzeszowie też wiedzą, o kim mowa), zachwytów nad sobą i rozpaczliwego dorabiania ideologii do nietrafionych pomysłów, a za mało rozmów o sprzęcie (tym do grania, nie do wydawania odgłosów) i stronie technicznej przedsięwzięcia. Ponadto wyraźnie widać, że Blood Incantation nie potrafią pogodzić się z chłodnym odbiorem „Timewave Zero”, więc próbują bronić czegoś, czego obronić się nie da, brnąc w coraz to większe hipisowskie brednie. Trawa w połączeniu z przesyconym artyzmem powietrzem Kreuzberga i wegańskim żarciem musi nieźle ryć beret… Komische Musik… taaa, kurwa, jasne… Teledyski jak teledyski, ot miło, że są w jednym miejscu.
Blood Incantation w krótkim czasie stali się jedną z większych sensacji na deathmetalowej scenie, jednak przy obecnym podejściu do fanów i ich portfeli czeka ich szybki i bolesny upadek. All Gates Open: In Search Of Absolute Elsewhere (Original Motion Picture Soundtrack) rzucono luzem na rynek tylko po to, żeby do reszty zmonetaryzować wydany dwa lata temu materiał. Mydlenie ludziom oczu gadką o wszechstronności i wolności artystycznej jest zwykłą kpiną.
ocena: 2,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: facebook.com/BloodIncantationOfficial
inne płyty tego wykonawcy:
Czterech niezaprzeczalnie utalentowanych muzyków, tona drogiego sprzętu, rok wytężonych prac… Tyle zachodu tylko po to, żeby zarejestrować trzy, trwające łącznie 68 minut… intra. W ramach eksperymentów, czy na co ich tam naszło pod wpływem tego i owego, Blood Incantation poszli w ambient. Timewave Zero to zestaw ciągnących się w nieskończoność (słowo-klucz?) klawiszowych plam, szumów, plumknięć, kilku smyrnięć akustyka i tym podobnych ambitnych środków artystycznych, które do mnie zwyczajnie nie trafiają.
Śpiewano już o Tolkienie, Lovecrafcie, uniwersum Warhammera, nawet Sapkowskim, najwyższa więc pora było zabrać się za Stevena Eriksona i jego „Malazańską Księgę Poległych”. Kiedy tylko odkryłem, że rzeczywiście coś Eriksonowego nagrano, byłem niemal pewien, że od Summoninga wiele to to różnić się nie będzie. I po raz kolejny moja kobieca intuicja mnie nie zawiodła. Pierwsze przesłanki stanowiły: wielkość kapeli w liczbie dwóch grajków oraz ilość utworów w liczbie sześciu, kolejnych zaś dostarczyły pierwsze sekundy nowo odpakowanego albumu. Innego wyniku niż bombastyczny black metal ze średniowiecznymi naleciałościami nie dało się z tego równania wyprowadzić. Nie, żeby mi to w jakikolwiek sposób przeszkadzało. Ku mojemu zaskoczeniu okazało się jednak, że Caladan Brood nie rżnie ze swoich bardziej znanych kolegów na ślepo, a próbuje konstruktywnie podejść do stylu i w jego dość ciasnych ramach zaproponować coś świeżego i interesującego. Po pierwsze – częste wykorzystanie czystych wokali, co należy traktować jako prztyczek w nos Austriaków, którzy śpiewać wybitnie nie potrafią i pochwalenie się światu, że u nas — w Ameryce — muzykowanie stoi na naprawdę wysokim poziomie. Po drugie – zaskakujące niekiedy zmiany tempa i nastroju w obrębie jednego utworu i jakby bardziej ochocze odwoływanie się do blackowej tradycji – ot choćby występujące na porządku dziennym gitarowe tremolo. Po trzecie zaś – solówki. Słuchając „Wild Autumn Wind” uświadomiłem sobie, że tego mi w Summoningu brakowało. Ogólnie temat ujmując należy stwierdzić, że warsztatowo Caladan Brood jest naprawdę niezły i nie musi uciekać się do tricków z undergroundowym (czyt. chujowym) brzmieniem by zagłuszyć elementarne braki w umiejętnościach. Jest tylko jedno, małe „ale” – programowane gary, a w szczególności blachy. No do chuja parasola, tak spierdolonych i bezsensownych talerzy dawno nie słyszałem. Koszmar i tragedia. Praktycznie każdy kawałek może „poszczycić się” kanonadą bezdźwięcznych, płaskich jak Kate Moss, sztucznych jak cycki Dody i pasujących do całości jak Ben Affleck do roli Batmana hi-hatów, ride’ów i crashy. Do poprawy. Trochę więcej uwagi można było także poświęcić samym utworom, bo kompozycyjnie do Summoninga to czasami dość daleko. Nie twierdzę, że jest źle, ale że może być znacznie lepiej, dojrzalej i spójniej. Kilka fragmentów brzmi jak disco-polo, co absolutnie, kurwa mać, nie powinno się wydarzyć, kilka innych dłuży się i przynudza, jeszcze inne wydają się nie do końca wiedzieć po jakiego chuja tam są. Słowem – zabrakło obycia i osłuchania. Podsumowując uważam jednak, że minusy nie przesłoniły plusów, album — jak na debiut — prezentuje się dobrze, potrafi zaciekawić i nie odrzuca tak często słyszanym na debiutach fatalnym brzmieniem, niepewnością własnych umiejętności i przedwczesnym wydaniem niedopracowanego produktu. Jest dobrze, a wierzę, że będzie lepiej.
Trochę kazali na siebie czekać panowie z Summoning. Pytanie tylko, czy nowy album wart był tego czekania. Odpowiedź jest do bólu życiowa: i tak, i nie. Sprawa wygląda bowiem następująco: Old Mornings Dawn to krążek naprawdę dobry, w kilku miejscach ocierający się o nawet geniusz, inteligentnie nawiązujący do wcześniejszych dzieł, świetnie wyprodukowany i wciąż mający moc przenoszenia do tolkienowskiego Śródziemia. To, co zawsze było sprawą nadrzędną w muzyce Austriaków, czyli klimat, cały czas tam jest, wciąż można poczuć ciarki na plecach, gdy muzyka eksploduje majestatycznymi orkiestracjami, ciągle przed oczami przelatują krajobrazy odległych krain, tak wspaniale zatrzymane na kolejnych okładkach zespołu. To zostało, i chwała muzykom za to. Zabrakło jednak trochę muzyki w tej muzyce. Wałkowałem krążek przez ostatnie kilka dobrych dni niemal na okrągło, a i tak, i to po intensywnym wysiłku intelektualnym, jestem sobie w stanie przypomnieć ledwie dwa kawałki, które muzycznie mnie zachwyciły: tytułowy „Old Mornings Dawn” oraz „Caradhras”. Lepiej niż średnia wypada także „Of Pale White Morns and Darkened Eves”, co nie zmienia niestety ogólnego wrażenia. Pozostałe zlewają się w jedną całość i nie jestem specjalnie w stanie nazwać właśnie słuchanego utworu. Nie twierdzę, że nie mają one nic do zaoferowania, uważam za to, że tylko pierwsze dwa wymienione mogą śmiało konkurować z „The Passing of the Grey Company”, „Over Old Hills”, bądź „Mirdautas Vras”. Jeden dobry riff na utwór to za mało, by docenić nie tylko nastrój utworu, ale także piękno muzyki. Za to sam pomysł z jednym, wiodącym riffem to w sumie ciekawe rozwiązanie i nawiązanie do bardziej blackowej aniżeli ambientowej tradycji, aczkolwiek o blacku trudno mówić. Niemniej jednak uważam, że jest to pomysł wart zachowania – Summoning to w końcu świat widziany oczami bad guys, a w związku z tym blacku nigdy za mało (taki żarcik). Powoli zbliżam się do końca recenzji, czas więc na podsumowanie. Old Mornings Dawn to album solidny, dla fanów pozycja oczywiście obowiązkowa, dla pozostałych kolejne para-blackowe pitu-pitu, muzycznie zaś summoningowa klasyka z kilkoma, niewielkimi zmianami. Niedowiarków raczej nie przekona, przekonanych nie zniechęci; trochę jednak żałuję niewykorzystania potencjału i zepchnięcia wartości muzycznych na dalszy plan. Krążek całościowo dobry, nic więcej. Niestety.
Jeżeli spodziewaliście się zjebki pod adresem ostatniego dziecka (a raczej bękarta) Wilczego Pająka, to musicie uzbroić się w cierpliwość i jeszcze chwilę wytrzymać. W końcu to wiekopomne dzieło zasługuje na recenzję co najmniej Pulitzerową, albo innego Zajdla. A dziś będzie kompletnie z innej beczki: druga strona czarnej, metalowej tęczy, gdzie skrzaty mają wygódkę – symfoniczny black/ambient rodem z Austrii, czyli nie kto inny jak tolkienizujący duet Summoning. Trzy lata po poprawnym
Na skali ocen 0 mamy opisane tylko jako „nie-muzyka”, a powinno być jeszcze „najprawdopodobniej ambient”. Wspominam o tym ze względu na pierwszą część tego chyba-splitu. O Solar Flare nie wiem absolutnie nic, poza tym, że określają to jako zespół – a czy to ma jakiś skład, historię, wcześniejsze dokonania i czy w ogóle stoją za tym ludzie – to już zagadka dla Rutkowskiego i jego speców. Działalność tego czegoś (Solar Flare, nie Rutkowskiego, hehe) uwieczniona na tym nieskładnym materiale polega na wydawaniu co jakiś czas… hmm, odgłosów za pomocą gitary albo basu oraz okazjonalnym mamrotaniu czegoś pod nosem (jeśli dobrze zrozumiałem koncept, są to mroczniaste wiersze tak wybitnie diabelskiego poety, że strach się bać). Takich, wybaczcie nadużycie, kawałków jest aż pięć, co więcej – ktoś, zapewne dla jaj, ponadawał im tytuły. Możecie mi wierzyć lub nie, ale więcej muzyki (i to bardziej różnorodnej!) stworzyłem klepiąc w klawiaturę podczas pisania tej recki. Kpina, ale ci, którym ZUS płaci grube renty za nieuleczalne zaburzenia gustu pewnie będą zachwyceni. Rorcal, w odróżnieniu od kolegów (?), zapodali tylko jeden wałek, ale za to aż 22-minutowy. Nic wielkiego, ba! nawet nic średniego, ale zawsze taki — w szczytowych momentach przeciętny — doom wypada dużo ciekawiej niż przypadkowe smyranie struny w wykonaniu poprzedników. Tylko co to za sztuka być lepszym od jakiegoś Solar Flare, skoro nawet mnie się niechcący udało, choć nie zrobiłem właściwie nic? No właśnie. Do tego mamy tu brzmienie prosto z piwnicy – i to nie są moje mroczne domysły, bo sami z dumą o tym wspominają. Można tą miernotę tłumaczyć sobie tajemniczym klimatem, czy ultra-podziemnością (nawet tą dosłowną), ale z tym nie do mnie ani innych ludzi, tylko do fanów Sunn O))).
Les Ténèbres du Dehors to druga część lucyferiańskiej trylogii autorstwa Francuzów z Elend. Dwa lata upłynęły od wydania części pierwszej, a zarazem debiutanckiego albumu zespołu, a ekipa jak nie znała angielskiego, tak go nie zna nadal. To, że śpiewają po angielsku, nie znaczy oczywiście, że śpiewać po angielsku umieją. Że śpiewać w ogóle umieją – prym wiodą tu faceci, których wokalizy potrafią niekiedy wywołać uśmiech politowania na obliczu. Tym śmieszniejsze jest więc, że lgną do tego angielskiego, jak diabły do smoły. Ma to oczywiście swój urok, więcej nawet – dzięki temu pokracznemu angielskiemu całość zyskuje na arystokratyczności i dystynkcji. Ale tak to chyba jest, kiedy za angielski zabierają się żabojady i doprawiają go swoim akcentem i piekielnym „rh”. Żarty jednak na bok, bo Les Ténèbres du Dehors to coś więcej niż radosna angielszczyzna, to przede wszystkim kawał porządnego, neoklasycznego ambientu, który jest dodatkowo ubogacony (że tak sobie zapożyczę amboniaste powiedzonko) poważną, niewyświechtaną liryką. Mogłem już o tym pisać, ale nie zaszkodzi powtórzyć – mimo całej swojej lucyferycznej ambientowatości, nie jest Elend kapelą dla różnej maści mew i fanów zabawy w zjadanie kotów pod nieobecność rodziców. Co to, to nie – Elend jest kapelą dojrzałą, świadomą własnej dojrzałości i gotową podjąć niełatwy temat. A jeśli już się na coś zdecyduje, to efekt jest fantastyczny. Les Ténèbres du Dehors łatwy nie jest, jest ciężki i niejednokrotnie dołujący, ale emocje towarzyszące lekturze albumu wynagradzają po stokroć czas nań poświęcony i chwile zwątpienia. Tym bardziej, że po dwóch latach przygotowanie kompozycyjne i warsztatowe stoi na znacznie wyższym poziomie i większości mankamentów udało się powiedzieć „au revoir”. Całość jest spójniejsza, lepiej przemyślana i zaaranżowana. Produkcja lekko odstaje, ale śmiem twierdzić, że jest to działanie zamierzone – w końcu historia jest rodem z piekła, a tam są tylko Kasprzaki. Podsumowując należy stwierdzić, że Elend nagrał płytę poważną, zmuszającą do skupienia i wymagającą. Jest to jednak taki rodzaj wymuszenia, które nie tyle nie męczy, lecz wręcz zachęca do skosztowania zawartej na Les Ténèbres du Dehors muzyki.
Jubileuszowe wydawnictwa My Dying Bride zawsze się wyróżniają i zawierają coś zaskakującego, więc nie zaskakuje (sic!) fakt, że tak też jest w przypadku Evinta. Dwupłytowy (gdyby nie opieszałość dystrybutora, pisałbym teraz o wersji składającej się z trzech krążków) cd-book to prawie 90 minut muzyki odwołującej się w poszczególnych utworach do różnych etapów z bogatej historii zespołu. Nie jest to jednak żadna kompilacja (tego nawet najwierniejsi fani mogliby im nie wybaczyć), ani też hiciorski medley, którego spodziewałem się po pierwszych wzmiankach na temat koncepcji tego albumu. Na Evinta składa się dosłownie kilka motywów zaczerpniętych choćby z
Wydany rok po premierze
Z Sandersem to jest tak, że gdy mu się powie, iż dupa z niego a nie Egipcjanin, to ma się gwarantowanego kopa w zęby ciężkim buciorem, z półobrotu. Bez możliwości odwołania. Bo Sanders to Egipcjanin z krwi i kości… tylko jakoś tak wyszło, że go mamusia w Stanach poczęła, a mamusi nie było Kleopatra. Ale dość tych krępujących faktów z życia naszego Numernabisa, czas zająć się debiutem jego solowego projektu. Saurian Meditation to niemal godzina ambientowych aranżacji mocno osadzonych w bliskowschodnich klimatach – głównie egipskich, ale nie tylko. Wszystko począwszy od instrumentów, a skończywszy na konstrukcji utworów dobrane jest tak, by spotęgować odczucie, iż przebywa się w Egipcie – tyle, że nie tym dzisiejszym, z katalogów biur podróży, tłumnie obleganym przez małomiasteczkowych Polaczków na dorobku, ale takim lekko lovecraftowskim. Bliski Wschód Sandersa cuchnie stęchlizną niewietrzonych komór grobowych i korytarzy, pełen jest pustynnego pisaku, który od wieków nie zaznał deszczu – tu aż chce się być zmumifikowanym. Składających się na album dziesięć kawałków krok po kroku wprowadza słuchacza w ten nie do końca odkryty świat – powoli, niczym schodzenie po wąskich schodach w nieskończoną otchłań. Jak na ambient przystało, dzieje się raczej niewiele (w porównaniu z Nile nie dzieje się nic), ale nawet taka skromna ilość dźwięków wystarcza, by pobudzić wyobraźnię i dotrzeć do podświadomych obrazów piramid, sfinksów, kosmitów owe piramidy budujących i innych bliskowschodnich cudów. Niemal czuje się piasek pod stopami i palący żar słońca na twarzy. A wokół rozbrzmiewa zakazana muzyka, bębny wybijają hipnotyczne rytmy, a tradycyjne instrumenty współbrzmią z elektrykami Sandersa. Daje to razem piorunujący efekt – owe dwa światy (antyczny i współczesny) przenikają się i uzupełniają kreując przed słuchaczem posępne wizje. Nie byłoby tego jednak, gdyby nie wokal Mike’a Breazeale i całej plejady gości, którzy wspomogli Sandersa. To one sprawiają, że ten głównie instrumentalny album nabiera dodatkowej głębi i staje się jeszcze bardziej zagadkowy. Zagadkowy w podobny sposób, jak zagadkowe dla XX-wiecznych badaczy były grobowce faraonów – pociągający, ale i niebezpieczny. Saurian Meditation wprowadza u słuchacza niepokój, wzywa go i przywołuje i nie pozwala odetchnąć. Wszelkie zabiegi stylistyczne budują napięcie, potęgują atmosferę grozy – są one bardzo ulotne, toteż niezmiernie ważnym jest oddanie się muzyce. Album puszczony sam sobie wiele traci, przechodzi na dalszy plan i nie pozostawia u słuchacza żadnych emocji. Dopiero postawiony w centrum ukazuje swoje walory. A tych jest bardzo wiele.
Po przygodzie z Nibelungami i Moorcockiem, austriacki duet Summoning powrócił do swojego ulubionego uniwersum – tolkienowskiego Śródziemia. Powrócił w wielkim stylu, bo klimat „ciemnej strony Tolkiena” promieniuje z albumu potężnymi dawkami. I bez wątpienia jest w tym spora zasługa jednego kawałka: „Mirdautas Vras"”. Chciałbym, byście mnie dobrze zrozumieli – nie chodzi mi o to, że pozostałym kawałkom brakuje klimatu, nie, mam na myśli raczej fakt, że wraz z nagraniem „Mirdautas Vras” Summoning osiągnął swoje apogeum. W tylko tym jednym utworze skupiły się wszystkie najlepsze pomysły, jakie pojawiły się i przewinęły przez głowy muzyków od początku ich działalności. Po latach eksperymentów i eksplorowania nowych dziedzin, udało im się nagrać utwór wzorcowy, będący kwintesencją ich muzyki i muzycznej samoświadomości. Trudno jest mi wyobrazić sobie, by byli w stanie nagrać coś, co przyćmiłoby jego mistrzostwo (choć znając ich talent nie jest to wykluczone). Melodia, rytm, nastrój, nawet brzmienie języka – wszystko w tym utworze odnalazło swój ewolucyjny kres i każda, choćby najdrobniejsza, zmiana mogłaby pomniejszyć jego wielkość i znaczenie. „Mirdautas Vras” stał się punktem odniesienia dla gatunku i wyznacznikiem jego cech szczególnych. Nieprzypadkowo wspomniałem także o brzmieniu języka, bowiem do napisania tekstu posłużono się tolkienowską „czarną mową” – językiem bardzo szorstkim, agresywnym i dzikim. W ten sposób wokale nabrały odpowiedniej ekspresji i stały się kolejną częścią układanki, której mogło brakować we wcześniejszych produkcjach. Kolejnym drobiazgiem, elementem, który (w końcu) został porządnie przemyślany, jest właściwe rozplanowanie muzyki i momentów ciszy. I tak ze wszystkim, każdy element został doprowadzony do perfekcji. Na tle tego utworu pozostałe wydają się niekompletne, niepełne. Mając jednak do czynienia z dziełem absolutnym, wszystko wydaje się bledsze i płytsze, choć ani blade ani płytkie nie jest. I tak właśnie jest z Oath Bound, gdzie wielkość jednego utworu dokonała sabotażu na pozostałych. Aż chce się powiedzieć: więcej takich sabotaży!
Czas odetchnąć od łomotu siekących blastów, wrzasku bluźnierczych manifestów i nieustannej akceleracji. Czas zatrzymać się na moment i dać ponieść wyobraźni. Czas na Die Verbannten Kinder Evas. Więc zaparzcie sobie herbatkę, zamknijcie siostrę/żonę/dziewczynę w piwnicy (Trzymamy się austriackich standardów, co? – przyp. demo), wyłączcie komórkę i wygodnie rozsiądźcie się w fotelu. Play… W ciągu najbliższej godziny wasza wrażliwość i poczucie piękna zostaną naładowane potężnymi ładunkami wykwintności i dość ponurawej melancholii. Godzina ta wystarczy na rozluźnienie się i mentalne odpoczęcie. Po niej nawet (całkiem uzasadnione) ujadania wkurzonej siostry/żony/dziewczyny nie będą miały większego znaczenia. W pamięci bowiem wciąż będą się tliły resztki dźwięków i melodii wcześniej usłyszanych. Melodii nienatarczywych, delikatnych i ujmujących. Melodii powstałych po to, by uwznioślać, ale i odprężać. Szlachetnych. Nie wiem, czy taki właśnie zamiar przyświecał twórcom, ale dla mnie Die Verbannten Kinder Evas to esencja spokoju i opanowania. Ich muzyka przypomina mi niekiedy spokojne morze – majestatyczne i bezkresne. Szczególnie silne wrażenie sprawia olbrzymia pustka obecna w każdym utworze. Wydaje się ona kluczowym elementem muzyki, wokół którego budowane są rozliczne, acz ażurowe, byty dźwiękowe. Pojedyncze plamy i delikatne konstrukcje. Chyba dzięki temu właśnie muzyka ta tak silnie oddziałuje na słuchacza – nie napada na niego, nie zmusza do wysiłku. Muzyka jest niezaprzeczalnie obecna, ale dominująca w niej pustka sprawia, że człowiek wycisza się i budzi swoją wyobraźnię. Cały niezagospodarowany obszar zostaje oddany pod władzę słuchacza, który uzupełnia go według własnego uznania. Gdzie nie ma poznania, budzi się wyobraźnia. I to właśnie poczytuję sobie za największą zaletę Die Verbannten Kinder Evas.
Upadek Lucyfera może stać się kanwą także dla dzieł lirycznych — klasycznych — zarówno w swej formie, jak i treści. Przedstawiając historię Gwiazdy Porannej francuskie trio Elend, postanowiło odwołać się do takich właśnie klasycznych wzorców: do miltonowskiego „Raju Utraconego”, do „Małej Pasji” Dürera czy „Le Burg a la croix” Victora Hugo. Zaowocowało to powstaniem albumu na wskroś poetyckiego, mocno zakorzenionego w europejskiej sztuce, a jednocześnie bardzo współczesnego – mrocznego, przytłaczającego i „zakazanego”. I choć próżno tu szukać całej blackowej stylistyki, złowrogich (;]) makijaży i poodwracanych krzyży, nie można przejść obok tego albumu z uśmiechem na twarzy. Muzyka odwołuje się do najciemniejszych zakamarków, najbardziej mrocznych emocji i bluźnierczych myśli. Mimo to jednak, nie jest prostacka ani prymitywna w swym wydźwięku, tak bardzo odległa od całego tabunu, jakże pretensjonalnych, blackowych nawoływań. Słychać w niej wiele rozpaczy, niepewności, ale także złości, gniewu i buntu. Tutaj treść idzie w parze z wokalami, których Francuzi mają kilka w użyciu. Począwszy od męskich, czystych, czasami jakby zafałszowanych linii wokalnych, poprzez kobiece soprany, na (blackowych) krzykach i wrzaskach skończywszy. I chyba największe wrażenie robią te właśnie opętańcze krzyki – są bardzo, ale to bardzo nienawistne, szalone i kipiące od bluźnierstwa. Odrobina wyobraźni i staje przed oczami odgrażający się Bogu Lucyfer, przepełniony gniewem, ale i szukający wolności. Teksty, o których wspomniałem, a które w dużej mierze są fragmentami „Raju Utraconego”, ukazują Lucyfera poszukującego własnego istnienia, który chce się wyzwolić spod bożego panowania. W tym właśnie widać odwoływanie się do europejskiej sztuki, głównie romantyzmu, do klasycznych motywów poszukiwania własnego jestestwa. Jednak także strona muzyczna nacechowana jest wieloma klasycznymi motywami. Takie formy jak: skrzypce z fortepianowym akompaniamentem, miniatury oparte na smyczkach czy partie organowe są dla twórczości Elend podstawowe i to na nich opiera się idea albumu. Opisując wokale wspomniałem o tym, że niekiedy są one jakby zafałszowane, poza kluczem, podobnie jest także w przypadku niektórych melodii, które sprawiają wrażenie źle zagranych. Podchodząc jednak do albumu całościowo, staje się jasnym, że w obu przypadkach są to świadome zagrywki stylistyczne, środki, dzięki którym muzyka staje się jeszcze bardziej nieprzewidywalna i opętańcza. Bardzo minimalne użycie instrumentów, często występujących pojedynczo, tylko uwydatnia ten zabieg i potęguje wrażenie. Powolne, melancholijne klawisze współgrają z zawodzącymi skrzypcami, wiją się i kluczą – ospale i niepokojąco i niekiedy tylko strzelają kanonadą mocniejszych akcentów. Melodie nie są skomplikowane, są raczej łatwe, co nie znaczy, że są tandetne. Cała muzyka żyje gdzieś w tle, na progu słyszalności – jest dodatkiem do wokali, treści i emocji. Tak właśnie prezentuje się „Leçons de Ténebres” – słucha się tego ciężko, mimo pozornej dźwiękowej pustki dzieje się wiele, trzeba się zaangażować i skupić. Na pewno nie jest to muzyka łatwa i przeznaczona dla każdego, jeśli jednak masz ochotę trochę odpocząć od gitarowo-perkusyjnych schematów (co nie znaczy, że odpocząć sensu stricte), to może warto założyć słuchawki na uszy i odpalić „Leçons de Ténebres”.


