Ha! A miałem napisać o innej płycie tych dwóch leśnych dziadków, ale najnowsze dzieło Norwegów wymaga natychmiastowej interwencji. Pre-Historic Metal to, o ile dobrze liczę, 22-ga pełnowymiarowa płyta, zatem co tu można jeszcze wycisnąć? Zobaczmy… a raczej posłuchajmy.
Płyta zawiera 8 utworów składających się na niecałe 42 minuty muzyki. Pośród tych kawałków znajdziemy jeden instrumentalny oraz (co chyba staje się zwyczajem) kolejną część „Eon” o cyfrze 4.
Już sama okładka (podobnie jak na „Astral Fortress”) jest nieco… z dupy? Może bardziej dla beki. Szatański, leśny dziadek z widłami w trakcie składania ofiary z dziewicy (a może to radość po udanym wyczyszczeniu stajni?). W każdym razie, strach się bać.
Album otwiera nam „They Found One of My Graves”. Norwedzy poszli w klimaty heavy metalowe/rockowe, co zresztą sugeruje nazwa albumu. Nóżka nawet zrobi tup-tup. Na słuch rzuca się z pewnością produkcja. Też jest prehistoryczna, przez co utwory brzmią jak dobrze odpicowana demówka. Czy to wada czy zaleta, zależy od słuchacza. Rozumiem zamysł i niech tak będzie. Dla tzw. klimatu, no ale dalej panowie, dalej, niech coś się rozkręci.
Tytułowy „Pre-Historic Metal” to hołd dla pana Kinga Diamonda. „Cudowne” falsety, chyba, Fenriza powodują krwawienie uszu. Na szczęście pojawiają się rzadko. Muzycznie trochę przyśpieszyliśmy, ale nadal bamboszów nam nie wyrwie. No i teledysk…
„Siberian Thaw” to hołd dla Black Sabbath, więc mamy tutaj wolniejsze tempo, które oceniłbym na wręcz usypiające, a sam numer trwa niemal 7 minut… Next. „Deeply Rooted”… jest. Coś tam śpiewają sobie panowie, coś tam brzdąkają… No właśnie, panowie. Fenriz coraz bardziej mnie wkurza wciskaniem swoich wokali. Charakterystyczny śpiew Nocturno jest najmocniejszym punktem albumu, więc mógłby się nie wpierdalać. Tylko chuj z tego, skoro z każdym następnym kawałkiem mam chęć wyłączyć album? Ten styl wolno-rockowo po prostu do mnie nie przemawia. Oczywistym jest, że takowe granie znajdzie swoje grono, ale u mnie Pre-Historic Metal będzie jedynie zbierał kurz na półce, a próbowałem wiele razy znaleźć w tej płycie „to coś”. Niestety bezskutecznie. A utwór „So I Marched to The Sunken Empire”, mam nadzieję, nie zapowiada nam kolejnej płyty w stylu ambientu…
Podsumowując. Widzę pewien (z dupy zapewne wzięty) wzór. Co druga płyta od czasów „Eternal Hails......” jest tą gorszą. „Astral Fortress” była niezła, ale „It Beckons Us All.......” jest od niej lepsza. No i teraz Pre-Historic Metal… Tworzy się tu matematyczna sinusoida. Pozostaje zatem nadzieja, że następna płytka Norwegów będzie przynajmniej dobra. Do tego czasu pozostaje mi kontynuować modły do Rogatego, aby natchnął tych dwóch mroźnych dziadów do grania death metalowego, bo chyba spenetrowali już każdy innych gatunek godny Darkthrone. Nie spodziewam się, że zaczną grać metal gotycki, symfoniczny czy power…
PS. Plusik za okładkę. Jest tak chujowa, że aż dobra!
ocena: 4,5/10
Lukas
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/Darkthroneofficial
inne płyty tego wykonawcy:
Słuchając
Nie ukrywam, że z wiekiem coraz trudniej przychodzi mi skupić na czymś uwagę, pewne rzeczy/zjawiska zwyczajnie mi umykają, a pamięć płata figle w najmniej odpowiednich momentach. Mimo wszystko chyyyba nie jest ze mną aż tak źle, żebym nie mógł wychwycić wydarzeń rangi epokowej. Ot, choćby takich, jak osiągnięcie przez Blood Incantation statusu Metallicy. Że co, że niby nic takiego nie nastąpiło? Jak w takim razie wytłumaczyć wydanie All Gates Open: In Search Of Absolute Elsewhere (Original Motion Picture Soundtrack)? Agresywną kampanią promocyjną? Fanaberią? Odklejką? Moja odpowiedź jest następująca: wszystkim po trochu.
Left To Die to trzeci, po Gruesome i Living Monstrosity, zmontowany na szybko projekt Matta Harvey’a, którego głównym i jakże, kurwa, altruistycznym założeniem było oddanie hołdu dziedzictwu wczesnego Death – a to wszystko tylko i wyłącznie z myślą o fanach, którzy nigdy nie mieli okazji posłuchać oryginalnych demówek w dobrej jakości (bo nikt nie miał takiej okazji, ha!) ani zobaczyć ich twórców na żywo. Ech… Intencje spiritus movens tego przedsięwzięcia od początku budziły moje wątpliwości, jednak ze względu na obecność w składzie Rozza i Butlera oraz widoczną radochę, jaką sprawia im granie tych kawałków, byłem skłonny do pewnego stopnia usprawiedliwić ten pomysł.
Patrick Mameli nic sobie nie zrobił z żenującej wtopy, jaką okazało się poskładane naprędce wydawnictwo
Wbrew temu, co tu i ówdzie próbowano nam, obywatelom, w mało wybredny sposób wciskać, debiutancki krążek Godslut niczym się na tle lokalnej sceny nie wyróżniał, a bajdurzenie o jego jakiejkolwiek wyjątkowości było naprawdę grubą przesadą. Na swoje szczęście zespół nie podchwycił tej narracji — czy może strategii marketingowej — i nie robił z siebie wizjonerów polskiego death metalu. I słusznie, bo kolejne potwierdzenie tego, że nimi nie są, dostaliśmy na The Art Of Deconstruction – owszem, słychać tu naturalny rozwój, ale na pewno nie zapędy rewolucyjne, choć w pewnych kwestiach chłopakom odwagi nie brakuje.
Powrót Anasarca przeszedł niemalże bez echa, więc naprawdę dobry materiał, jakim był
Nie tak dawno temu Banisher odbębnił dwudziestolecie działalności w branży rozrywkowej, co samo w sobie jest całkiem niezłym wynikiem, jednak gdy przeliczymy czas spędzony na scenie na dorobek płytowy, wygląda to raczej skromnie. Oczywiście, nie ilość się liczy, tylko jakość… Nooo… i tu mamy problem, bo nie dość, że na Metamorphosis zespół zaliczył wyraźny spadek formy, to jeszcze mocno pogubił się stylistycznie – jakby kompletnie nie wiedział, za co się złapać, w jakim pójść kierunku i właściwie dlaczego.
Worm zasłynął przynajmniej z dwóch rzeczy: z dość oryginalnego podejścia do podziemnego doomu oraz z ogromnych skoków jakościowych między kolejnymi wydawnictwami. Gdy zestawimy ze sobą prymitywny „Evocation Of The Black Marsh” i ambitny „Foreverglade”, możemy łatwo dojść do wniosku, że mamy do czynienia z dwoma różnymi zespołami z zupełnie innej ligi. Przy okazji czwartej płyty robaczywy duet postanowił pójść ze zmianami jeszcze dalej, mocno rozwijając nie tylko samą muzykę, ale i jej otoczkę, całymi garściami czerpiąc z żenującego wizerunku czołowych przedstawicieli niby symfonicznego black metalu z połowy lat 90. XX wieku. Oprawa graficzna, zdjęcia, stroje, teledyski, tytuły – wszystko to nawiązuje do najgorszych klisz znanych z twórczości Dimmu Borgir, Cradle Of Filth, Ancient czy Limbonic Art.
Od pierwszego zetknięcia z Descent byłem przekonany, że spłodzony na tę okazję tekst będzie raczej formą rozliczenia się z tym, co napisałem na temat
U zespołów parających się muzyką ekstremalnie ekstremalną po paru latach generowania dość jednorodnego hałasu często pojawia się chęć zrobienia czegoś inaczej, wyjścia poza dotychczasową formułę i poeksperymentowania – jakby wyczerpały im pomysły na takie granie albo zwyczajnie się nim znudziły. Właśnie wtedy dają sobie dłuższą chwilę na wymyślenie siebie na nowo, zmianę podejścia do słuchaczy, badania w grupach fokusowych i tym podobne dyrdymały, które później są podciągane pod kategorię „rozwój”. Z radością spieszę donieść, że Mylingar do takich kapel się nie zaliczają, a ich trzeci pełny krążek jest potwierdzeniem konsekwencji w dążeniu do totalnego i niekoniecznie kontrolowanego chaosu.
Jak wiadomo, obserwacja zmienia obiekt obserwowany, toteż od jakiegoś czasu z bezpiecznej odległości śledzę sobie poczynania Aversio Humanitatis i z zadowoleniem stwierdzam, że zespół konsekwentnie rozwija się w pożądanym przeze mnie kierunku, co z kolei sprawia, że z każdym ich kolejnym wydawnictwem gęba coraz bardziej mi się cieszy. Nie inaczej jest w przypadku To Become The Endless Static, który na obecną chwilę jestem skłonny uznać nie tylko za największe osiągnięcie Hiszpanów, ale i jedną z ciekawszych płyt z blackiem, jakie ostatnio dotarły do nas z Półwyspu Iberyjskiego.
Quentin Tarantino to utytułowany amerykański scenarzysta oraz reżyser, znany z nieliniowej narracji, zamiłowania do łączenia różnych gatunków, licznych odwołań do popkultury, rozbudowanych dialogów czy wyjątkowo pomysłowych i krwawych scen przemocy. Jest kultowy, jest podziwiany, ale nie jest święty, bo i jemu zdarzył się gniot okrutny w postaci „Grindhouse: Death Proof”. Czy będący w dobrej formie Exhumed byłby w stanie uratować tamten film? Oj nie sądzę, jednak z Red Asphalt — którego tematyka kręci się właśnie wokół makabrycznych wypadków drogowych — jako soundtrackiem seans na pewno nie byłby aż tak usypiający.
Pierwszy album Brytyjczyków narobił sporego zamieszania w kręgach wielbicieli technicznego thrash/death jako materiał doskonale zagrany, cechujący się niepowtarzalnym kosmicznym klimatem, a w swej złożoności niemal wizjonerski. Cóż… dobra to była płyta, taka nawet ambitna (choć w oczywistych miejscach zalatywało od niej przerostem formy nad treścią) i do posłuchania, ale stanowczo zbyt przehajpowana. W każdym razie ja nie doszukałem się na „Visitations From Enceladus” tego, co u innych wywoływało tyle podniety. Enyłej, jadąc na tym hajpie, Cryptic Shift załapali się na kontrakt z Metal Blade i to właśnie dla nich po przydługiej przerwie nagrali Overspace & Supertime, materiał również przehajpowany…
Trochę to trwało, w dodatku nadzieje na to były niewielkie, ale w końcu Kreator odbił się od artystycznego dna i powrócił. Nie, nie do korzeni ani do topowej formy, a po prostu do pisania akceptowalnych piosenek, które nie odrzucają i nie budzą zażenowania już przy pierwszym kontakcie. Może to i nisko zawieszona poprzeczka jak na legendę teutońskiego thrash’u, ale biorąc pod uwagę, w jak głębokim kryzysie znajdował się zespół, trzeba się cieszyć nawet z małych rzeczy, jak to śpiewała Sylwia Grzeszczak. No i Krushers Of The World w jakimś stopniu cieszy, jednak nie na tyle, żeby prorokować Niemcom rychły renesans i lata prosperity.
Przez dobre kilka miesięcy byliśmy zewsząd atakowani tematem pożegnalnej płyty Megadeth i jej znaczenia dla dalszych losów ludzkości. Wiadomo, to przecież taki wzruszający moment, koniec epoki i nieśmiertelne dziedzictwo pozostawione maluczkim – ogólnie podziw i smuteczek bardzo. O będącym w tym samym punkcie „kariery” Monstrosity jest natomiast cicho… Nie ma się bowiem co oszukiwać, przy tak niemożebnie rozciągniętym procesie twórczo-wydawniczym Screams From Beneath The Surface może się okazać ostatnim krążkiem w dorobku tego zasłużonego, acz niezbyt pracowitego zespołu, nawet jeśli Lee Harrison jeszcze nie zdaje sobie z tego sprawy.
Stało się, Mustaine posłał Rattleheada do piachu. Nie pierwszy to raz, ale ponoć już definitywnie ostatni. Koniec, kropka, kaplica, więcej płyt Megadeth nie będzie – cała kampania promocyjna Megadeth została oparta właśnie na tym. Nikt się nawet słowem nie zająknął, że to ma być najlepszy album w dorobku zespołu, że może najszybszy, że najcięższy, że najbardziej chwytliwy, że cokolwiek innego – nie, po prostu pożegnalny. Doceniam, że sprawę postawiono uczciwe i nie próbowano mydlić oczu fanom, że oto po ponad 40 latach grania Rudy nagle wzniósł się kompozytorsko na wyżyny. Nie wzniósł, ale i tak będzie miał godne epitafium.


