Przez pierwsze kilka (dziesięć?) lat działalności muzykom Qrixkuor nie udało się zainteresować zespołem przesadnie szerokiego audytorium, więc można było dojść do wniosku, że żaden przełom w „karierze” nie jest im pisany i podzielą los typowej obskurnej kapeli z fanklubem liczącym siedemnaście osób rozsianych po całym świecie. Tymczasem wraz z wydaniem debiutanckiego „Poison Palinopsia” w 2021 ich akcje gwałtownie wystrzeliły, bo było to coś świeżego, zaskakującego, niezwykle ambitnego, no i wciągało jak diabli. Nietypowe podejście Brytyjczyków do death metalu sprawiło, że zaczęto się im przyglądać z dużym zainteresowaniem, ale i z pewną obawą, czy przypadkiem nie staną się kapelą jednej, powtarzanej do wyrzygania sztuczki. Otóż nie stali się!
Na wybornej epce „Zoetrope” Qrixkuor jednoznacznie dowiedli, że mają pomysł na siebie i nie boją się pójść do przodu, w dodatku w niekoniecznie oczywistym kierunku, zaś na The Womb Of The World, że oryginalność jest ich mocną stroną i w ogóle nie muszą się niczym ograniczać, bo wokół jest zbyt wiele ciekawych inspiracji, żeby tak po prostu z nich zrezygnować. Stąd też druga płyta zespołu nie tylko w atrakcyjny sposób poszerza dotychczasową formułę, ale też przenosi muzykę na zupełnie nowy poziom pod względem gęstości, chwytliwości i klimatu. Styl Brytyjczyków stał się bardziej pojemny i trudniejszy do zdefiniowania, acz paradoksalnie łatwiejszy w odbiorze. W dużym uproszczeniu i naginając fakty można go sprowadzić do symfonicznego death metalu albo — i to chyba lepsza opcja — wypadkowej ponurego death metalu i soundtracku do filmu grozy z lat odległych – czegoś, o czym fani Necrophagia mogli dotąd tylko śnić.
The Womb Of The World odznacza się wyjątkowo złożonymi i bogatymi aranżacjami, w których jak rzadko kiedy wszystkie elementy poszczególnych utworów, jak i same utwory doskonale się ze sobą łączą i przenikają, zaś całość po prostu płynie bez najmniejszych zgrzytów i przestojów. Tu nie ma miejsca na sztywne, banalne czy oklepane schematy, bo dramaturgia muzyki, mnogość poukrywanych smaczków oraz częste zmiany tempa i klimatu sprawiają, że album utrzymuje uwagę i czujność słuchacza od pierwszej do ostatniej minuty – ciągle dzieje się coś nowego i nieprzewidywalnego, a mimo to materiał wcale nie sprawia wrażenie przekombinowanego. Szczególny podziw budzi to, jak gładko Qrixkuor wkomponowali wszelkie orkiestracje i chóry, które nie są jakimś tam dodatkiem w tle, a stanowią integralną część muzyki, dynamizują ją i znacząco wpływają na jej niepowtarzalny klimat.
Qrixkuor odpuścili sobie, przynajmniej na razie, komponowanie 24-minutowych kawałków, co jednak nie znaczy, że te zawarte na The Womb Of The World są krótkie – oj, nie są, ale… równie dobrze zespół mógł ich w ogóle nie wyodrębniać, bo granice między nimi są raczej umowne. To dlatego traktuję ten 50-minutowy album jako niepodzielny monolit, który najlepiej sprawdza się słuchany w całości, w trakcie jednego posiedzenia i w oderwaniu od innych czynności – właśnie wtedy można się weń należycie zatopić, by zadziałał na wyobraźnię z pełną mocną i sprowadził wizje rodem z koszmarów.
The Womb Of The World zachwyca muzyką i konceptem, jednak wrodzona czepliwość nakazuje mi zwrócić uwagę na pewne niedostatki produkcji, a konkretnie – umiarkowaną czytelność, zwłaszcza w momentach największego młynu, gdy instrumenty zaczynają się ze sobą zlewać. Gdyby nie ten szczegół, ocena byłaby jeszcze wyższa, bo Qrixkuor stworzyli materiał, który na długo zostaje w pamięci. I w odtwarzaczu.
ocena: 9/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/qrixkuor
Pierwszy album Brytyjczyków narobił sporego zamieszania w kręgach wielbicieli technicznego thrash/death jako materiał doskonale zagrany, cechujący się niepowtarzalnym kosmicznym klimatem, a w swej złożoności niemal wizjonerski. Cóż… dobra to była płyta, taka nawet ambitna (choć w oczywistych miejscach zalatywało od niej przerostem formy nad treścią) i do posłuchania, ale stanowczo zbyt przehajpowana. W każdym razie ja nie doszukałem się na „Visitations From Enceladus” tego, co u innych wywoływało tyle podniety. Enyłej, jadąc na tym hajpie, Cryptic Shift załapali się na kontrakt z Metal Blade i to właśnie dla nich po przydługiej przerwie nagrali Overspace & Supertime, materiał również przehajpowany…
Pomimo wielu przeciwności losu, osobistych i biznesowych, My Dying Bride brną przed siebie i z jako taką regularnością wydają kolejne płyty, choć równie dobrze mogli się rozpaść przynajmniej dekadę temu. W ten sposób tylko oszczędziliby sobie nerwów, wewnętrznych konfliktów i zawirowań w składzie. A fanom licznych rozczarowań, bo umówmy się – to, z czym mamy do czynienia od
W czasach obecnych upałów (gdy piszę te słowa jest 35 stopni) sposobów na ochłodzenie jest kilka. Na przykład można się zapakować do lodówki lub zdjąć z siebie skórę. Można też zapuścić w głośnikach nuty, które zmrożą nam krew w żyłach. I właśnie ten trzeci sposób postanowiłem wykorzystać, wracając niejako do trochę zakurzonego kącika zespołów i albumów wartych zapoznania się i zrecenzowania.
Zaledwie rok wystarczył muzykom Benediction, żeby dokonać olbrzymiego postępu i z kapeli topornej i z lekka nieporadniej przekształcić się w sprawnie miażdżącą maszynkę do deathmetalowego mięsa, którą można stawiać w jednym szeregu z Massacre i Grave. W dużym stopniu wynika to z tego, że Anglicy nauczyli się wreszcie grać na miarę swoich ambicji i świadomie operują dźwiękami, nie zostawiając niczego przypadkowi. Poza tym nie bez znaczenia jest to, że trafili na całkiem sensowne studio i producenta, który dobrze czuje ciężkie granie.
Młody człowiek bywa czasem bardzo powierzchowny – jako gówniak, będąc wielkim fanem malarstwa niejakiego Dana Seagrave’a, obczajałem każdą płytę, której okładkę Pan Dan ozdabiał swoim niezwykłym talentem. I tak natrafiłem na Hydra Vein, której After the Dream jest notabene jedną z jego najwcześniejszych prac. Nie należy oczywiście oceniać książki po okładce, ale nie oszukujmy się, dobra oprawa potrafi nieraz wpłynąć na nasz wybór zabójcy czasu.
Zacznijmy od oczywistości. Legendarna grupa, która nie kalała się złymi płytami. Nawet jeśli przestali się rozwijać gdzieś tak w połowie dyskografii, to zawsze potrafili robić dobre, niewymuszone utwory. I oczywiście fakt, że choć mieli materiał na jeszcze jeden album przed rozpadem, którego nie wydali, bo uznali go za słaby, również dodaje grupie pewnej estymy.
Zdaje się, że z pomocą drogich czytelników powstał nieoficjalny cykl „Stare-(nie)zapomniane”, czyli albumy (a dokładniej mówiąc jeden album) zespołu mniej znanego, którego dzieła nie powinno się zapomnieć. Dodam, że z wielką chęcią zapoznam się z tymi (rzekomymi) diamentami.
Anglicy nigdy nie byli potęgą w death metalu. Owszem, posiadają kilka zacnych kapel, które mają wielkie znaczenie historyczne, ale myśląc „scena death metalowa” w głowie mamy głównie scenę amerykańską, szwedzką czy polską. Niemniej jednak są kapele, które warto uratować przed zapomnieniem.
Wielka Brytania nigdy nie imponowała ilościowo w żadnym podgatunku Metalu. Co innego, jeśli chodzi o jakość – tutaj można się nieraz za głowę chwycić, ileż to jest ukrytych diamentów, o których praktycznie cały świat zapomniał. Czasem sami muzycy nie zdają sobie też z tego sprawy.
Końcówka lat 90. XX wieku to na Wyspach Brytyjskich okres wymierania ekstremalnych odmian muzyki. Klasycy pokroju Napalm Death, Bolt Thrower czy Benediction wyraźnie obniżali loty albo działali na mniejszą niż przed laty skalę, zaś młodych po prostu nie było. Jakimś światełkiem w tunelu miała być działalność Akercocke, Infestation i opisywanego właśnie Gorerotted. Miała, bo tylko ci pierwsi przebili się na dłużej do świadomości słuchaczy. Pozostali niestety albo szybko zwinęli żagle, albo popadli w zapomnienie – sama wartościowa muzyka nie wystarczyła.
VIC records wznawia różnej maści obskurne grupy jak Asphyxiator, pewnie ze względu na fakt posiadania przez te zespoły pełni praw autorskich do swojej twórczości. Nie jest to narzekanie z mojej strony, gdyż cenię sobie tego typu inicjatywy, gdyż pokrywają się z moją misją życiową nagromadzenia dużej ilości Death Metalu z lat ‘90. Zwłaszcza, że recenzowana płyta niekoniecznie była prosta do znalezienia w internecie przed re-edycją (nie mówiąc już o jakości).
Album przejściowy? Hmm. Przekrojowy? Hmm. Esencjonalny? Hmm. Niepotrzebny? O to, to, to! Words From The Exit Wound najlepiej pasuje mi właśnie do tej ostatniej kategorii. Tym krążkiem Napalm Death kończą pewny etap kariery — w dodatku taki, o którym spora część fanów chciałaby zapomnieć — ale bez wielkiej świadomości czy pewności, co zrobią z sobą później. Skończył się czas eksperymentów — w tym sensie, że nie ma tu żadnych dziwactw, których byśmy już wcześniej w ich wykonaniu nie słyszeli — a wróciła chęć ponapierdalania, choć jeszcze nie na tyle silna, żeby zespół zrezygnował z rozwiązań będących akurat na czasie.
Desecration obijają się po angielskim undergroundzie już od wielu lat, doświadczenia im nie brakuje, no i mogą się pochwalić całkiem bogatym katalogiem nagrań. Gorzej z poziomem muzyki, bo ten rzadko kiedy ocierał się o przeciętność. Przynajmniej mnie każda propozycja Anglików, z jaką miałem styczność, zwyczajnie odpychała nieporadnością ocierającą się niemal o amatorszczyznę. Do czasu, bo w końcu nadszedł Cemetery Sickness, który może służyć za podręcznikowy przykład wyjątku od reguły – dobry album konsekwentnie kiepskiego zespołu. Zapewne pierwszy i ostatni, bo nie przypuszczam, żeby byli w stanie utrzymać tę jakość w przyszłości.
Powrót Carcass, zgodnie z moimi oczekiwaniami, okazał się porażką.
Obstrukcja bardzo! Aż ośmiu lat potrzebowali muzycy Grave Miasma, żeby wreszcie wydusić z siebie następcę gorąco przyjętego debiutu. I chociaż w międzyczasie „jakieś coś” się u nich działo — epka i zmiany w składzie — to można było mieć pewne obawy, co do kreatywności i przyszłości zespołu. Jednocześnie, niezależnie od wszystkiego, niebezpiecznie rosły wymagania w stosunku do ewentualnego następcy „Odori Sepulcrorum”, bo na tamtym albumie Anglicy zawiesili sobie poprzeczkę naprawdę wysoko, więc każdy fan obleśnego death metalu chciałby więcej takiego grania. Tylko może podanego trochę inaczej…
Zdążyliśmy już niestety przywyknąć do tego, że Wielkie Zespoły lubią w jakiś czas po premierze płyty wydać tzw. materiał „uzupełniający”, będący w istocie odpadami z sesji longpleja. Carcass nie są tu żadnym chlubnym wyjątkiem. W chwilę po nieudanym
Debiut My Dying Bride w barwach Nuclear Blast nie zapowiadał się zbyt optymistycznie – problemy rodzinne Aarona, sypiący się skład i ogólna niepewność, co dalej z zespołem. Oliwy do ognia dolały wypowiedzi wokalisty, który deklarował chęć uproszczenia muzyki, uczynienie jej bardziej komercyjną, czytelną i przystępną dla przeciętnego klienta nowego wydawcy. To naprawdę nie wyglądało dobrze, więc cholernie się cieszę, że The Ghost Of Orion nie jest materiałem tak mizernym, jak przypuszczałem. Marna to jednak pociecha wobec faktu, że i tak dostałem najsłabszy krążek, jaki Anglicy kiedykolwiek nagrali.
Cancer powrócił na poważnie, w dodatku w oryginalnym składzie. To już nie tylko wspominkowe koncerty w ramach promocji reedycji, ale i nowa płyta, która w tym całym zamieszaniu jest przecież najważniejsza, i która właściwie przeszła bez echa. No cóż, nie znam nikogo, kto by pokładał w tym zespole jakieś większe nadzieje, a to z tej prostej przyczyny, że ich poprzedni „wielki powrót”" zakończył się potworną kupą w postaci „Spirit in Flames” – płytą, którą każdy, kto miał z nią styczność, w miarę możliwości starał się wymazać z pamięci.
Napalmowych eksperymentów część druga. Druga i w zasadzie ostatnia, bo w paru miejscach na Inside The Torn Apart pojawiają się jaskółki (europejskie, bez obciążenia) zwiastujące rychły powrót zespołu do grania szybkiego i brutalnego. Jednocześnie z kolejnymi utworami Brytole dają jasno do zrozumienia, że nie należy się po nich spodziewać powtórki ze 


