25 kwietnia 2026

Cryptic Shift – Overspace & Supertime [2026]

Cryptic Shift - Overspace & Supertime recenzja reviewPierwszy album Brytyjczyków narobił sporego zamieszania w kręgach wielbicieli technicznego thrash/death jako materiał doskonale zagrany, cechujący się niepowtarzalnym kosmicznym klimatem, a w swej złożoności niemal wizjonerski. Cóż… dobra to była płyta, taka nawet ambitna (choć w oczywistych miejscach zalatywało od niej przerostem formy nad treścią) i do posłuchania, ale stanowczo zbyt przehajpowana. W każdym razie ja nie doszukałem się na „Visitations From Enceladus” tego, co u innych wywoływało tyle podniety. Enyłej, jadąc na tym hajpie, Cryptic Shift załapali się na kontrakt z Metal Blade i to właśnie dla nich po przydługiej przerwie nagrali Overspace & Supertime, materiał również przehajpowany…

W ciągu sześciu lat, jakie upłynęły od wydania debiutu, zespół na pewno okrzepł, dojrzał, rozwinął się pod względem technicznym (co się tyczy szczególnie perkusisty – nadgonił dystans, który dzielił go od kolegów) i poczynił wyraźne postępy w sferze zarządzania klimatem i budowy kompozycji. Ponadto Cryptic Shift nabrali jeszcze większych ambicji, by stworzyć coś epickiego, spektakularnego, coś, o czym się będzie mówić i co zostanie zapamiętane na długo. W rezultacie Overspace & Supertime to pięć szalenie rozbudowanych utworów o ogromnej rozpiętości stylistycznej zamkniętych w niespełna… 80 minutach. Przyswojenie tak kolosalnej dawki dość skomplikowanej, acz niepozbawionej chwytliwości muzyki wymaga od słuchacza niezwykłego skupienia, samozaparcia, a w pewnych fragmentach także cierpliwości. Bez tego można łatwo stracić wątek i szybko się zniechęcić, a to już byłby błąd, bo Overspace & Supertime ma naprawdę dużo do zaoferowania.

Rozwijając styl, Cryptic Shift uczynili go bardziej elastycznym, co z kolei pozwoliło im na w miarę swobodne przeskoki między skrajnościami – od efektownego technicznego death metalu (takiego bez udziwnień i przesadnej nowoczesności – w typie Revocation), przez agresywny progresywny thrash (dobrym punktem odniesienia będzie późny Vektor), po finezyjne zagrywki kojarzone z jazzem i fusion. Warto przy tym dodać, że nieco surowa estetyka debiutu ustąpiła miejsca wysublimowanym, choć niekoniecznie przystępniejszym formom. Z jednej strony muzyka została wygładzona i więcej w niej przestrzeni, z drugiej zaś odznacza się mocniejszym pierdolnięciem niż ta z „Visitations From Enceladus”.

Jeśli chodzi o największy wyróżnik Cryptic Shift, absurdalnie długie (10, 20 i 30 minut) kompozycje, to na tym polu zespół również dokonał pewnych postępów, choć nie na tyle dużych, żeby mnie w pełni do tego pomysłu przekonać. Na pewno Brytyjczycy na Overspace & Supertime sprawniej poradzili sobie z dopasowaniem poszczególnych części, dopilnowali wewnętrznej spójności i ograniczyli jałowe wypełniacze, ale to wciąż sztuka dla sztuki, bo takie kolosy niczemu — poza imersją nic innego nie przychodzi mi do głowy — nie służą. Bez problemu można było wyodrębnić z nich zamknięte sekcje, zwykle około 5-minutowe, które jako samodzielne utwory sprawdziłyby się lepiej i miały więcej sensu, o komunikatywności nie wspominając. Tylko kto by wtedy zwrócił na nie uwagę…

Overspace & Supertime z całą pewnością nie jest tak genialnym albumem, jak to się próbuje tu i ówdzie sugerować, ale bez wątpienia zawiera sporo atrakcyjnej i zajmującej muzyki, która nie nadaje się do słuchania na co dzień, jednak w odpowiednich warunkach potrafi sprawić dużo snobistycznej przyjemności.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/crypticshift

Udostępnij:

19 kwietnia 2026

Kreator – Krushers Of The World [2026]

Kreator - Krushers Of The World recenzja reviewTrochę to trwało, w dodatku nadzieje na to były niewielkie, ale w końcu Kreator odbił się od artystycznego dna i powrócił. Nie, nie do korzeni ani do topowej formy, a po prostu do pisania akceptowalnych piosenek, które nie odrzucają i nie budzą zażenowania już przy pierwszym kontakcie. Może to i nisko zawieszona poprzeczka jak na legendę teutońskiego thrash’u, ale biorąc pod uwagę, w jak głębokim kryzysie znajdował się zespół, trzeba się cieszyć nawet z małych rzeczy, jak to śpiewała Sylwia Grzeszczak. No i Krushers Of The World w jakimś stopniu cieszy, jednak nie na tyle, żeby prorokować Niemcom rychły renesans i lata prosperity.

Mille i spółka nie zmienili niczego w formule grania, więc o wtórność i schematyczność Krushers Of The World z grzeczności lepiej nie pytać (choćby „Blood Of Our Blood” zalatuje moim ulubionym „System Decay”), ale chyba zaczęli potajemnie przyjmować testosteron albo inne utwardzacze, bo materiał jest cięższy i ma znacznie większego kopa niż dwa (co najmniej) poprzednie, a po jego wysłuchaniu nie trzeba przyjmować insuliny wiadrami. Nie chcę przez to sugerować, że szesnasty album Kreator nie jest chwytliwy czy super melodyjny — bo jest! — ale zarówno melodyjność jak i chwytliwość przez większość czasu są utrzymane w granicach rozsądku, zaś na pierwszym planie jest jednak dość agresywny i dynamiczny thrash z — i to jakaś nowość — okazjonalnymi naleciałościami szwedzkiego melodeath’u w typie Arch Enemy (jak w „Satanic Anarchy”, „Tränenpalast”, „Deathscream”).

Ogólne podostrzenie muzyki nie wpłynęło w najmniejszym stopniu na to, co od dłuższego czasu definiuje styl Kreator – łatwe do podłapania refreny. Dosłownie każdy numer zawiera jakieś niewyszukane hasło (czasem tylko bzdurny tytuł – vide „Barbarian”), które przynajmniej w teorii powinno porwać stadiony. I to nawet działa – można dać się ponieść chwili i pokrzyczeć, byle tylko nie wnikać w treść. Wiecie – zanim dotrze do nas, że to bez sensu, bo Mille nie raz i nie dwa wyskakuje z takimi pierdołami, że ręce opadają z niedowierzania. To właśnie dlatego tak mocno doceniam na Krushers Of The World naprawdę udanie wkomponowane partie chórów (m.in. „Seven Serpents”, „Psychotic Imperator”, „Loyal To The Grave”) – nadają kawałkom większej powagi i stanowią niezłą kontrę dla banałów zawartych w tekstach.

Krushers Of The World brzmi pełniej, bardziej szorstko, mięsiście i „koncertowo” od „Hate Über Alles”, co ma związek ze zmianą studia i producenta – Kreator ponownie wybrał się do Fascination Street w Szwecji. Doświadczenia zdobyte przy pracy nad „Phantom Antichrist” i „Gods Of Violence” zaprocentowały dość naturalnym, czytelnym i głębokim dźwiękiem, który nie razi plastikiem ani obsesyjnymi poprawkami, choć oczywiście słychać ogrom pracy włożonej w uzyskanie takiego efektu. W każdym razie brzmienie jest tym elementem albumu, którego najmniej można się czepiać.

Niemcy nagrali materiał, który nie poraża przesadnie ambitnym podejściem do własnej twórczości, mało tego, powiela wiele błędów z poprzednich płyt, ale jako niewymagająca thrash’owa łupanka sprawdza się całkiem nieźle – w sam raz, żeby się przy niej wyszaleć na koncercie. A przy okazji opalić facjatę od pizgającej pirotechniki.


ocena: 6,5/10
demo
oficjalna strona: kreator-terrorzone.de

inne płyty tego wykonawcy:










Udostępnij:

10 kwietnia 2026

Monstrosity – Screams From Beneath The Surface [2026]

Monstrosity - Screams From Beneath The Surface recenzja reviewPrzez dobre kilka miesięcy byliśmy zewsząd atakowani tematem pożegnalnej płyty Megadeth i jej znaczenia dla dalszych losów ludzkości. Wiadomo, to przecież taki wzruszający moment, koniec epoki i nieśmiertelne dziedzictwo pozostawione maluczkim – ogólnie podziw i smuteczek bardzo. O będącym w tym samym punkcie „kariery” Monstrosity jest natomiast cicho… Nie ma się bowiem co oszukiwać, przy tak niemożebnie rozciągniętym procesie twórczo-wydawniczym Screams From Beneath The Surface może się okazać ostatnim krążkiem w dorobku tego zasłużonego, acz niezbyt pracowitego zespołu, nawet jeśli Lee Harrison jeszcze nie zdaje sobie z tego sprawy.

Następca wydanego daaawno temu „The Passage Of Existence” powstał po paru istotnych zmianach w składzie, a to dość mocno — i w moim odczuciu niekoniecznie pozytywnie — odbiło się na kształcie tego materiału. Mój główny problem z Screams From Beneath The Surface polega na tym, że cuś tu mało the true Monstrosity w Monstrosity, zwłaszcza takiego, jakie lubię najbardziej. Mimo iż na album trafiło sporo elementów charakterystycznych dla zespołu, a całość jest zaaranżowana z klasą i zagrana po profesorsku, to wyczuwam pewne niedostatki tożsamości. Przejawia się to m.in. w małej ilości naprawdę wyrazistych i zapadających w pamięć riffów, paru podejrzanie zamulających fragmentach czy przesadnych nawiązaniach do Cannibal Corpse, na co ogromny wpływ mają zadziwiająco corpsegrinderowskie wokale Eda Webba (taki „The Colossal Rage” to już Kanibale w wersji premium, ale chyba nie o to chodzi).

Siódma płyta Monstrosity przy pierwszym kontakcie sprawia wrażenie takiej, no… stonowanej jak na to, do czego Amerykanie zdążyli nas przyzwyczaić. Ma to związek z tym, że zespół z sobie tylko wiadomych względów na początek i koniec wrzucił kawałki ociupinkę rozwlekłe, rozkręcające się dość wolno i pozbawione fajerwerków, spinając w ten sposób całość klamrą… nieruchawości. Pomiędzy „Banished To The Skies” a „The Dark Aura” jest już zdecydowanie lepiej, żwawiej i ciekawiej — polecam zwrócić uwagę na „Fortunes Engraved In Blood” i „Blood Works” — jednak wciąż nie na tyle, żeby gdzieś pojawił się efekt WOW, nawet jeśli gęsto poupychane solówki powodują opad kopary. Kto wie, może te utwory w wersjach koncertowych nabiorą surowej siły i większego pierdolnięcia? Chętnie to zweryfikuję.

Na muzykę zawartą na Screams From Beneath The Surface trochę kręcę nosem, ale już do produkcji nie mogę się absolutnie przyczepić, bo właśnie czegoś takiego oczekuję od fachowców, którzy biorą za swoją robotę niemałe pieniądze. Szczególnie cieszy mnie ponowne włączenie w konfigurację ludzko-studyjną Jima Morrisa, Marka Pratora i Morrisound – dzięki ich staraniom krążek brzmi tak, jak powinien brzmieć współcześnie nagrany klasyczny w formie death metal z Florydy. Grubiutki i super czytelny bas jest tylko bonusem, o który nie śmiałem prosić.

Za sprawą Screams From Beneath The Surface Monstrosity dowiedli, że jeszcze do końca nie skapcanieli i ciągle stać ich na udane albumy, jednakowoż nie jestem przekonany, że starczy im sił i czasu na zmajstrowanie kolejnego longa. Nic się nie stanie, gdy padną w międzyczasie – lukę po nich już dzielnie wypełniają Skeletal Remains. 7 i pół to może i mało dla takich weteranów, ale i tak czuję, że ocena jest naciągana.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalna strona: www.monstrosity.us

inne płyty tego wykonawcy:




Udostępnij: