Nie ukrywam, że z wiekiem coraz trudniej przychodzi mi skupić na czymś uwagę, pewne rzeczy/zjawiska zwyczajnie mi umykają, a pamięć płata figle w najmniej odpowiednich momentach. Mimo wszystko chyyyba nie jest ze mną aż tak źle, żebym nie mógł wychwycić wydarzeń rangi epokowej. Ot, choćby takich, jak osiągnięcie przez Blood Incantation statusu Metallicy. Że co, że niby nic takiego nie nastąpiło? Jak w takim razie wytłumaczyć wydanie All Gates Open: In Search Of Absolute Elsewhere (Original Motion Picture Soundtrack)? Agresywną kampanią promocyjną? Fanaberią? Odklejką? Moja odpowiedź jest następująca: wszystkim po trochu.
Na początek trochę suchych faktów, by w ogóle dookreślić, czym jest to przedziwne wydawnictwo, bo na pierwszy (i drugi, i kolejne…) rzut oka trudno stwierdzić, co tu jest ważniejsze — cedek czy blurej — i co robi za dodatek do czego. All Gates Open: In Search Of Absolute Elsewhere (Original Motion Picture Soundtrack) składa się z dwóch płyt — opcję didżital pominę pełnym pogardy milczeniem — które były uzupełnieniem wypasionej, „artbookowej” wersji „Absolute Elsewhere” – czymś, co miało skłonić największych fanów Blood Incantation do wywalenia za album kilku stówek więcej. Pierwszy krążek, audio, to godzina ambientowych odgłosów, które mają służyć za „muzyczny” podkład przy oglądaniu zawartości drugiego – z filmem dokumentalnym o okolicznościach powstawania „Absolute Elsewhere”. Jako bonus do tego wydanego osobno bonusa dorzucono klipy do „Obliquity Of The Ecliptic”, „Luminescent Bridge” i „The Stargate” oraz peany pochwalne pod adresem zespołu we wkładce.
W multiwersum Blood Incantation czas płynie inaczej i naprawdę niewiele rzeczy trzyma się kupy, więc nikogo nie powinno dziwić, że danie główne tego wydawnictwa, bezwartościowe ambienty [koniec recenzji płyty audio], zostały „skomponowane” i nagrane jeszcze przed wydaniem „Timewave Zero”, gdy sesji „Absolute Elsewhere”, do której mają być tłem, nie było nawet w planach. Film dokumentalny — bo przecież nie jakiś tam przyziemny raport ze studia, oj nie! — został podzielony na pięć części (przygotowania, studio, nagrania, inspiracje, współpraca), w których przybliżono cały proces powstawania i koncept stojący za „Absolute Elsewhere”, co trochę pomaga zrozumieć, czym kierowali się muzycy i czemu ta płyta brzmi tak a nie inaczej, jednak na pewno nie wpływa na jej postrzeganie.
Jak dla mnie za dużo w tym dokumencie pierdolenia o Chopinie (albo Szopenie – niech w Rzeszowie też wiedzą, o kim mowa), zachwytów nad sobą i rozpaczliwego dorabiania ideologii do nietrafionych pomysłów, a za mało rozmów o sprzęcie (tym do grania, nie do wydawania odgłosów) i stronie technicznej przedsięwzięcia. Ponadto wyraźnie widać, że Blood Incantation nie potrafią pogodzić się z chłodnym odbiorem „Timewave Zero”, więc próbują bronić czegoś, czego obronić się nie da, brnąc w coraz to większe hipisowskie brednie. Trawa w połączeniu z przesyconym artyzmem powietrzem Kreuzberga i wegańskim żarciem musi nieźle ryć beret… Komische Musik… taaa, kurwa, jasne… Teledyski jak teledyski, ot miło, że są w jednym miejscu.
Blood Incantation w krótkim czasie stali się jedną z większych sensacji na deathmetalowej scenie, jednak przy obecnym podejściu do fanów i ich portfeli czeka ich szybki i bolesny upadek. All Gates Open: In Search Of Absolute Elsewhere (Original Motion Picture Soundtrack) rzucono luzem na rynek tylko po to, żeby do reszty zmonetaryzować wydany dwa lata temu materiał. Mydlenie ludziom oczu gadką o wszechstronności i wolności artystycznej jest zwykłą kpiną.
ocena: 2,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: facebook.com/BloodIncantationOfficial
inne płyty tego wykonawcy:
Czterech niezaprzeczalnie utalentowanych muzyków, tona drogiego sprzętu, rok wytężonych prac… Tyle zachodu tylko po to, żeby zarejestrować trzy, trwające łącznie 68 minut… intra. W ramach eksperymentów, czy na co ich tam naszło pod wpływem tego i owego, Blood Incantation poszli w ambient. Timewave Zero to zestaw ciągnących się w nieskończoność (słowo-klucz?) klawiszowych plam, szumów, plumknięć, kilku smyrnięć akustyka i tym podobnych ambitnych środków artystycznych, które do mnie zwyczajnie nie trafiają.
Rok 1999: o kurwa, Metallica z orkiestrą! Rok 2020: meh, Metallica z orkiestrą. Ponoć nie da się dwa razy wejść do tej samej rzeki, Amerykanie jednakowoż spróbowali, ponownie spiknęli się z San Francisco Symphony, a my, cóż, dostaliśmy powtórkę z rozrywki. Ładnie i z rozmachem zrealizowaną, ale jednak powtórkę. Przez 20 lat świat metalu — niekoniecznie nawet mainstreamowego — poszedł do przodu, z orkiestrami nagrywa każdy, kto tylko ma ochotę, element nowości dawno uleciał, a o jakąkolwiek ekscytację coraz trudniej. Nic więc dziwnego, że i S&M 2 nie ekscytuje, to po prostu solidna koncertówka i w sumie niewiele ponadto.
Za sprawą Messe Noire Behemoth zamyka rozdział pod tytułem
Drugie dvd Obituary było niezłą okazją do uzupełnienia ewentualnych braków
Drugie oficjalne dvd My Dying Bride to bardzo solidny materiał, choć oczywiście pozostawia pewien niedosyt. Ale o tym za chwilę. Trzon wydawnictwa to dość długi (jakieś 86 minut) występ z listopada 2003 roku z Antwerpii. Pewnym zaskoczeniem/ciekawostką może być to, że większość stanowią numery stosunkowo nowe, przede wszystkim z „The Dreadful Hours” i nadchodzącego
Nevermore w szczytowej formie i na bogato – tak w skrócie można opisać to dvd. Dość powiedzieć, że już pierwsza płyta powinna w zupełności nasycić wszystkich fanów ekipy z Seattle, a przecież pod nią kryje się jeszcze druga z tak zwanymi dodatkami, których, lekko licząc, jest w pizdu. The Year Of The Voyager to zapis wyczerpującego (dwie godziny!) koncertu, który Nevermore zagrali w październiku 2006 w Bochum (to gdziesik w Niemczech) w ramach trasy promującej ich najlepszy krążek – genialny
Sprawa jest prosta jak metalówka-inteligentka – odświeżona wersja For Darkest Eyes to obowiązkowa pozycja dla wszystkich fanów My Dying Bride! Może i koncert z Krakowa jest wszystkim doskonale znany (swego czasu nawet kilka razy wyemitowała go telewizja publiczna!), ale zapewniam, że zawsze ogląda się go z prawdziwą przyjemnością. Faktem jest, że realizacja odbiega nieco od dzisiejszych standardów, ale jakichś większych zgrzytów nie ma i da się spokojnie dotrwać do końca, szczególnie że warto. Dobór kawałków jest doskonały, mamy tu największe hity zespołu z trzech płyt i epki: „A Sea to Suffer In”, „The Cry of Mankind”, „Your River”, „Your Shameful Heaven”, a na zakończenie solidny wyziew w postaci „The Forever People”. Już dla samego koncertu warto to dvd nabyć. A są jeszcze dodatki! I tu chyba przesadzili, bo jest ich ponad dwie godziny!! Ale mawiają, że od przybytku głowa nie boli, co najwyżej żołądek. Na początek wszystkie (jest ich sześć) teledyski z lat 90-tych, od epkowego „Symphonaire Infernus Et Spera Empyrium” po „For You” z „Like Gods Of The Sun”. Kapitalnie prezentuje się sekcja z archiwaliami. Władowano tam m.in. świetny i profesjonalnie zarejestrowany występ z Dynamo Open Air z 1995 (po dwa numery z drugiej i trzeciej płyty – pyszności!) oraz niezły rodzynek w postaci całego (!) koncertu z Willem II z 1993. Szczególnie ten drugi, choć wybitnie niedoskonały pod względem technicznym (tragiczne brzmienie werbla), stanowi solidną prezentację zespołu z wcześniejszej fazy działalności. O takim szczególiku jak galeria zdjęć (w tym kilka wyjątkowo głupawych) i grafik szerzej wspominać nie trzeba. Czyli wszystko jasne – For Darkest Eyes to łakomy kąsek dla wielbicieli Brytyjczyków, także tych bardziej ortodoksyjnych, dla których po wydaniu „34.788%… Complete” zespół się skończył.
Na myśl o drugim oficjalnym dvd Behemoth fani zacierali łapska już od kilku lat, oczekiwania były ogromne, presja, bla, bla, bla… Moi niemili, zawartość Evangelia Heretika nie ma prawa zawieść żadnego z was! Podstawa wydawnictwa to dwa wyczerpujące koncerty: pierwszy z 2009 z Warszawy, a drugi z paryskiego La Locomotive z 2008, który swą premierę w wersji audio miał na koncertówce „At The Arena Ov Aion – Live Apostasy”. Występ ze Stodoły zdecydowanie zasługuje na miano show, bo dopracowano go z każdej strony: są odpowiednie światła, scenografia, pirotechnika – na scenę, niezbyt przecież imponujących rozmiarów, władowano tyle, ile tylko można było, więc oprawa jest naprawdę zadowalająca. Świetnie prezentuje się dźwięk, ale tu akurat nie ma żadnego zaskoczenia, bo nie po to robi się taki koncert, żeby brzmiał do dupy. Trochę gorzej jest z obrazem, bo za dużo w nim szumów, a powinien być ostry jak żyleta. Mimo to i tak jest nieźle, bo dopakowano go rozmaitymi efektami i zmontowano w sposób wybitnie dynamiczny – nie wiem czy to kwestia wieku, ale momentami nie nadążałem za tym, co się dzieje na ekranie. Epileptycy mają przejebane! Sztuka z Paryża ma bardziej surową oprawę, ale już jakość obrazu jest wyraźnie lepsza. A co się dziej na scenie? Pełne zawodowstwo, godna pozazdroszczenia energia, wysoka precyzja i dobry kontakt z publiką – i tyczy się to obu koncertów. Lata doświadczeń, ot co. Hiciorów naturalnie nie brakuje, wszak to niemal podwójne „the best of”, ale jak dla mnie kawałki z
Któż by pomyślał, że Obitki na kraj realizacji swego pierwszego dvd wybiorą nasz polski, niezbyt przecież piękny kurwidołek? A jednak cuda się zdarzają! Przystojni inaczej Amerykanie nawiedzili Warszawę i co tu dużo mówić – pozamiatali! Efekty ich niecnych poczynań można obejrzeć na Frozen Alive. Wśród dwudziestu zagranych tamtego wieczoru kawałków mamy takie wspaniałości jak „Chopped In Half”, „Internal Bleeding”, „Find The Arise”, „Threatening Skies”, „Back To One”… ta wyliczanka jest naprawdę długa. Oprócz nich jest tu mocna, bo aż siedmioutworowa reprezentacja
Wiele można o Therion powiedzieć, ale na pewno nie to, że brak im pomysłów na kolejne wydawnictwa, toteż płodzą je na potęgę. Najgorsze — z perspektywy fana — jest jednak to, iż wszystkie te cuda wianki są tak wysokiej jakości, że nie pozostaje nic innego, jak tylko je kupować. I tym razem warto wycisnąć z portfela trochę (umownie…) kasy, bo okazja jest naprawdę niczego sobie. The Miskolc Experience (zestaw: dvd + 2 cd) to trzecia w ciągu ostatnich pięciu lat koncertówka zespołu, więc musiała zawierać coś specjalnego, jakiś haczyk, który uzasadniałby jej wydanie i mógł przyciągnąć kupujących. I tak jest w istocie, bo zarejestrowany występ jest czymś, czego każdy fan kapeli (a przynajmniej jej działalności od „Theli”) chciałby zakosztować – Therion w towarzystwie orkiestry symfonicznej i prawdziwego chóru. To nie koniec atrakcji, bo na początek dostajemy „Clavicula Nox” zagrany wyłącznie przez orkiestrę, a potem spada na nas klasyczny repertuar – dobrze znane fragmenty dzieł Mozarta, Dvoraka, Saint-Saensa, Verdiego i Wagnera, z których najwięcej miejsca — co nie jest żadnym zaskoczeniem — poświęcono temu ostatniemu. Ale po kolei. Po przesłuchaniu tego, co zrobiono z utworami czterech pierwszych Mistrzów, człowiek zaczyna żałować, że to tylko ich krótkie części, bo w takiej rockowo-metalowej wersji ostro kopią i rozbudzają nielichy apetyt. Tym większa szkoda, że nie pokusili się o interpretacje Liszta, Griega, Bacha czy Vivaldiego… W przypadku Wagnera pozwolono sobie na bardziej rozbudowane partie, z odpowiednim potraktowaniem tych najbardziej podniosłych – nie ma co, z takiej potęgi brzmienia byłby dumny. Choć nie tylko on, bo wszystkie fragmenty w tej części koncertu zagrano wiernie, ale z takim uderzeniem, rozmachem i pompą, że ci kompozytorzy pewnie z radochy się w grobach przewracają. Druga część (albo płyta audio) to autorskie kawałki Therion w wersjach takich, jakie znajdują się na płytach, a więc dopracowanych do najdrobniejszego szczegółu. Nie ma w tym nic zaskakującego (może z wyjątkiem precyzji), ale nie musi być, bo oglądanie/słuchanie tych utworów w takim wykonaniu sprawia ogromnie dużo przyjemności. Setlistę dobrze przemyślano, choć oczywiście pewnych powtórek względem poprzedniej „Live Gothic” nie można było uniknąć, a ja dałbym deafowi głowę (jego) uciąć, żeby zobaczyć „To Mega Therion” w orkiestralnym full-wypasie. Ale i tak jest super, a „Eternal Return”, „Draconian Trilogy” i „Via Nocturna” robią tu spore wrażenie. Klimat rockowego koncertu udzielił się nawet solistkom, które podczas znakomitego „The Rise Of Sodom And Gomorrah” oddały się przytupom i gibaniu, co dało wyjątkowo komiczny efekt. Zabawnie obserwuje się także reakcje profesjonalnych muzyków na entuzjastyczny odzew publiki. Warto jeszcze wspomnieć o ważnej kwestii. Ten koncert to nie Therion plus plumkająca w tle orkiestra i nucący pod nosem chór. W tym układzie Szwedzi nie robią z siebie głównej atrakcji tak, jak Kiss czy Metallica (do których, zdaje się, Christofer — aka Wielka Mucha — pije w książeczce) podczas swoich „symfonicznych” występów. Tu wszystko bardzo dobrze zbalansowano, a momenty, w których zespół siedzi cicho, tudzież ogranicza się do prostego tremola nie należą do rzadkości. OK, więcej rozwodzić się nie muszę, bo i tak pewnie większość z was już wysyła zamówienia. Nie zawiedziecie się!


