23 stycznia 2014

Juggernaut – Baptism Under Fire [1986]

Juggernaut – Baptism Under Fire recenzja okładka review coverJuggernaut nigdy nie należał do ścisłej czołówki w klasyfikacji uznania, jakim się cieszył. Zupełnie niesłusznie zresztą, bo grana przez zespół muzyka jest zaskakująca i oryginalna nawet teraz, do tego stopnia, że do dzisiaj nie znalazło się zbyt wielu naśladowców, co można poczytać jako znak, że komercji pod publiczkę to jednak nie grali. Można też pomyśleć, że byli tak chujowi, że pies z kulawą nogą się za nimi nie obejrzał, jednak lektura albumu rozwiewa te wątpliwości i nakazuje wrócić do pierwszego z założeń. Należy przygotować się jednak na raczej długi okres adaptacyjny, bo takie np. crossover’owe wokale bądź dziwnie przesterowane gitary nie wpadają w ucho do razu i trzeba się przez nie przegryźć. Nie pomaga także dość szorstkie — rdzawo-szkrzypiące — brzmienie, które wprawdzie niczego nie psuje i nie utrudnia odbioru, ale podbija jeszcze owe dziwne, blaszane przestery, przez co album całkowicie dryfuje w stronę „garażowej” produkcji. Brakuje planów, tym bardziej, że każdy instrument działa autonomicznie, a miedzy muzykami zachodzi sporo interakcji na poziomie lead – rytm – tło. Takie zależności brzmiałyby zdecydowanie ciekawiej, gdyby przesunięto środek ciężkości bliżej centrum, nie zaś zdecydowano się na akcentowanie co wyższych i bardziej skrzekliwych partii. Niemniej jednak, jak już wspomniałem, jest to w pewnym sensie kwestia przyzwyczajenia, bo mankament ten w żadnym stopniu nie dyskwalifikuje muzyki. Oczywistym wydaje się porównywanie Juggernaut do Watchtower, i to nie tylko ze względów geograficznych, lecz w porównaniu tym Juggernaut jest zespołem bardziej ludowym – powszechnym, łatwiejszym w odbiorze i mniej pojechanym, ale za to bardziej zróżnicowanym. Dość często skandowane, jakby rapowane teksty, szersze spektrum emocji oraz temp narracji, a także mniejsza presja na elementy progresywne sprawiają, że album słucha się łatwiej, bez konieczności pełnego zanurzania się w muzykę. Najlepiej oczywiście, kiedy Baptism Under Fire słucha się ze stuprocentowym zaangażowaniem, po to właśnie, by wszystkie te smaczki wychwycić, niemniej jednak nie jest to warunek konieczny podobania się albumu. Utwory mają w sobie pokaźną dawkę bezpośredniej i wolnej od zawiłości przebojowości, na którą mogą się pokusić także ci, którzy od Watchtower stronią. W tym sensie bliżej jest Juggernaut do Toxik bądź Heathen aniżeli do Mekong Delta bądź właśnie Watchtower. Utwory takie jak „Impaler”, „All Hallow’s Eve” tudzież „Hang ’em High” doskonale nadają się na potańcówkę, a nawet na festiwal z okazji Dnia Pszczelarza. Słuchają się same i zachęcają do kolejnej rundy. Tak, jak cały album.


ocena: 8/10
deaf

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

0 komentarze:

Prześlij komentarz