Przez dobre kilka miesięcy byliśmy zewsząd atakowani tematem pożegnalnej płyty Megadeth i jej znaczenia dla dalszych losów ludzkości. Wiadomo, to przecież taki wzruszający moment, koniec epoki i nieśmiertelne dziedzictwo pozostawione maluczkim – ogólnie podziw i smuteczek bardzo. O będącym w tym samym punkcie „kariery” Monstrosity jest natomiast cicho… Nie ma się bowiem co oszukiwać, przy tak niemożebnie rozciągniętym procesie twórczo-wydawniczym Screams From Beneath The Surface może się okazać ostatnim krążkiem w dorobku tego zasłużonego, acz niezbyt pracowitego zespołu, nawet jeśli Lee Harrison jeszcze nie zdaje sobie z tego sprawy.
Następca wydanego daaawno temu „The Passage Of Existence” powstał po paru istotnych zmianach w składzie, a to dość mocno — i w moim odczuciu niekoniecznie pozytywnie — odbiło się na kształcie tego materiału. Mój główny problem z Screams From Beneath The Surface polega na tym, że cuś tu mało the true Monstrosity w Monstrosity, zwłaszcza takiego, jakie lubię najbardziej. Mimo iż na album trafiło sporo elementów charakterystycznych dla zespołu, a całość jest zaaranżowana z klasą i zagrana po profesorsku, to wyczuwam pewne niedostatki tożsamości. Przejawia się to m.in. w małej ilości naprawdę wyrazistych i zapadających w pamięć riffów, paru podejrzanie zamulających fragmentach czy przesadnych nawiązaniach do Cannibal Corpse, na co ogromny wpływ mają zadziwiająco corpsegrinderowskie wokale Eda Webba (taki „The Colossal Rage” to już Kanibale w wersji premium, ale chyba nie o to chodzi).
Siódma płyta Monstrosity przy pierwszym kontakcie sprawia wrażenie takiej, no… stonowanej jak na to, do czego Amerykanie zdążyli nas przyzwyczaić. Ma to związek z tym, że zespół z sobie tylko wiadomych względów na początek i koniec wrzucił kawałki ociupinkę rozwlekłe, rozkręcające się dość wolno i pozbawione fajerwerków, spinając w ten sposób całość klamrą… nieruchawości. Pomiędzy „Banished To The Skies” a „The Dark Aura” jest już zdecydowanie lepiej, żwawiej i ciekawiej — polecam zwrócić uwagę na „Fortunes Engraved In Blood” i „Blood Works” — jednak wciąż nie na tyle, żeby gdzieś pojawił się efekt WOW, nawet jeśli gęsto poupychane solówki powodują opad kopary. Kto wie, może te utwory w wersjach koncertowych nabiorą surowej siły i większego pierdolnięcia? Chętnie to zweryfikuję.
Na muzykę zawartą na Screams From Beneath The Surface trochę kręcę nosem, ale już do produkcji nie mogę się absolutnie przyczepić, bo właśnie czegoś takiego oczekuję od fachowców, którzy biorą za swoją robotę niemałe pieniądze. Szczególnie cieszy mnie ponowne włączenie w konfigurację ludzko-studyjną Jima Morrisa, Marka Pratora i Morrisound – dzięki ich staraniom krążek brzmi tak, jak powinien brzmieć współcześnie nagrany klasyczny w formie death metal z Florydy. Grubiutki i super czytelny bas jest tylko bonusem, o który nie śmiałem prosić.
Za sprawą Screams From Beneath The Surface Monstrosity dowiedli, że jeszcze do końca nie skapcanieli i ciągle stać ich na udane albumy, jednakowoż nie jestem przekonany, że starczy im sił i czasu na zmajstrowanie kolejnego longa. Nic się nie stanie, gdy padną w międzyczasie – lukę po nich już dzielnie wypełniają Skeletal Remains. 7 i pół to może i mało dla takich weteranów, ale i tak czuję, że ocena jest naciągana.
ocena: 7,5/10
demo
oficjalna strona: www.monstrosity.us
inne płyty tego wykonawcy:



