23 stycznia 2012

Quintessence Mystica – The 5th Harmonic Of Death [2011]

Quintessence Mystica - The 5th Harmonic Of Death recenzja okładka review coverZasiadając do pisania niniejszej recki miałem w głowie kilka pomysłów na jej rozpoczęcie. Każdy z nich miał w telegraficznym skrócie opisać bądź walory wydawnictwa, bądź przedstawić jego drogę na bloga, bądź zaprezentować z czym tak właściwie należy Quintessence Mystica jeść. Po namyśle zdecydowałem się na wstęp opisujący moje zmagania z wyborem właściwego wstępu. Już śpieszę z wyjaśnieniami, dlaczego pozwoliłem sobie na tak tani i tandetny chwyt, jakim jest bezczelne lanie wody mające dodać kilka linijek. Powód jest równie prosty jak przepis na gotowaną wodę – bohatera dzisiejszego tekstu da się opisać w trzech zdaniach. Ukraiński Quintessence Mystica to typowy przedstawiciel symfonicznego black metalu rodem z Norwegii, tak typowy, że masło w lodówce jełczeje od samego patrzenia. Dla zatwardziałych miłośników gatunku to pewnie dobra wiadomość, dla pozostałych – niekoniecznie. "The 5th Harmonic of Death" zawiera wszystkie klasyczne elementy stylu, o których nawet na Wikipedii można przeczytać (pod warunkiem, że akurat nie protestuje przeciw SOPA/ACTA i innemu badziewiu – i kolejnych kilka literek, ale w słusznej sprawie). Jest więc trochę orkiestrowych ozdobników, nieco elektroniki i mnóstwo melodii, nawet dwa mnóstwa. Oczywiście jakość tych ostatnich decyduje o jakości kapeli — przecież o to w końcu w symfonicznym graniu chodzi — a niestety melodie nie są mocną stroną Ukraińców – w znakomitej większości są najwyżej przyzwoite, żadnego drąga u siebie nie odnotowałem. A skoro melodie kuleją, idea symfonicznego blacku pada niczym szkop po serii z krasnoarmiejskiej pepeszy. Jedynym wyjątkiem, utworem dla którego tak w naprawdę nabyłem to wydawnictwo, jest ostatni na płycie "Frankenwald Mystery". Idealny, black-symfoniczny kawałek – perełka, cacuszko i miodzio w jednym. Arcyepicka, bombastyczna melodia, kapitalny skandynawsko-mistyczny klimat i perfekcyjne wykonanie – czegóż można chcieć więcej? Można w sumie od nastawić na ten numer i delektować się do zerzygu. W ostatnich kilku zdaniach opisałem, co mną kierowało przy kupowaniu płytki oraz, co z niej można wycisnąć, na koniec napiszę, jak trafiłem na dzieło naszych wschodnich braci. Oczywiście przypadkiem – byli jako propozycja na YouTube, propozycja grania podobnego do — ubóstwianych przeze mnie — Greków z Transcending Bizarre?. Niestety jedynym kawałkiem dostępnym do odsłuchania był wychwalany przez mnie "Frankenwald Mystery", co nie dawało mi wówczas pełnego obrazu wydawnictwa. Dziś, mimo pewnego rozczarowania ogólnym poziomem albumu, i tak jestem zadowolony z zakupu, właśnie ze względu na ów fantastyczny kawałek. Ocenę wypada więc przyznać dwóm dziełom: albumowi jako całości i boskiemu, olśniewającemu "Frankenwald Mystery". Ocena dla albumu to pięć – przeciętny w każdym calu; ocena kawałka – dycha, piszę to z pełną odpowiedzialnością. Po skomplikowanych i trwających 93 godziny obliczeniach wyszło mi, że najtrafniejszą oceną za całokształt będzie i jest sześć.


ocena: 6/10
deaf
Udostępnij:

0 komentarze:

Prześlij komentarz