28 lutego 2026

Vitur – Transcending The Self [2024]

Vitur - Transcending The Self recenzja reviewChłopaki z Vitur mogą tego nie pamiętać, ale ćwierć wieku temu death metal był najbardziej rozpoznawalnym na świecie polskim towarem eksportowym zaraz po wódzie i ceramice z Bolesławca, a nasze kapele wespół z amerykańskimi rządziły w rankingach i były stawiane za wzór. Z czasem sytuacja uległa znacznemu pogorszeniu, bo część starych wyjadaczy się wykruszyła, zaś nieliczni młodzi gniewni w większości jakością swych poczynań nie potrafili nawet nawiązać do chlubnych tradycji. Tak doszliśmy do stanu obecnego, kiedy, co przyznaję z bólem, znalezienie wartościowego debiutanta graniczy z cudem. W tych okolicznościach Transcending The Self napawa pewnym, acz nieprzesadnym optymizmem.

Zespół jest młody, nieumoczony w scenowych układzikach, pojawił się znikąd (czyli z Warszawy) i z miejsca zaskoczył stosunkowo wysokim poziomem i mało ortodoksyjnym podejściem do grania. Vitur upodobali sobie nisko strojony i nieco mechaniczny techniczny death metal w nowoczesnym (a precyzyjnie: współczesnym), doprawionym djentem wydaniu, co raczej nie przysporzy im zwolenników wśród zakochanych (deklaratywnie…) w oldskulu rodaków, ale poza granicami naszego piekiełka na pewno niejeden miłośnik kombinowania spojrzy na Transcending The Self przychylnym okiem. Trzeba przy tym nadmienić, że muzyka grupy ma się tak se do szufladki, do której próbuje wcisnąć ją wydawca (nie wszystko Archspire, co ośmiostrunowe); ja wyłapuję tu więcej punktów wspólnych z lokalsami: Dormant Ordeal, Redemptor czy Shodan. Towarzystwo doborowe, problem w tym, że żadna z tych kapel nie zrobiła u nas kariery…

Co do tego, że chłopaki potrafią grać, nie mam najmniejszych wątpliwości – choć poprzeczkę zawiesili sobie wysoko (Beyond Creation, Virvum, Gojira…), każdy z nich zaprezentował się z dobrej strony i dołożył starań, żeby jego wkład w Transcending The Self był odpowiednio słyszalny. I tu uwaga: żadnej jałowej trzepanki tu nie uświadczycie. Wiadomo, warsztatowo to jeszcze nie ekstraklasa, ale potencjał Vitur mają niemały i warto, żeby go dalej rozwijali, pracując przy okazji nad kształtem kompozycji. O ile album jako całość nie jest w ogóle monotonny, to w utworach trafiają się małe zgrzyty – fragmenty, kiedy brakuje płynności, a może i większego zdecydowania, co do tego, jak je poprowadzić i wykończyć. Innym problemem debiutu są instrumentalne miniatury w liczbie trzech, które niczego konkretnego nie wnoszą, a tylko rozbijają spójność materiału.

Pierwsze poważne wydawnictwo Vitur należy zaliczyć do udanych; zespół bez kompleksów zaznaczył swoją obecność na scenie i dał sporo argumentów, żeby bacznie przyglądać się jego dalszym krokom. Oczekuję, że w przyszłości chłopaki jeszcze się wyrobią i nie popełnią błędów widocznych na Transcending The Self.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/viturofficial
Udostępnij:

18 lutego 2026

Malthusian – The Summoning Bell [2025]

Malthusian - The Summoning Bell recenzja reviewTen irlandzki kwartet z dorobkiem obejmującym zaledwie demo, epkę i debiutancką płytę szybko wyrósł na jednego z czołowych przedstawicieli chaotycznego death/black metalu. Jak dla mnie – trochę na wyrost, bo skupił się bardziej na sprawnym odgrywaniu patentów podpatrzonych u innych, niż na wprowadzeniu do tego stylu czegoś charakterystycznego tylko dla siebie. Sam zespół chyba też doszedł do podobnych wniosków i coś w tym temacie kombinował, bo prace nad następcą „Across Deaths” zabrały mu szmat czasu. Wreszcie, po siedmiu latach trzymania fanów w niepewności, Malthusian objawił się nieco niespodziewanie w Relapse z krążkiem numer dwa.

Czy za sprawą The Summoning Bell Irlandczycy potwierdzili swoją przynależność (a przynajmniej aspiracje) do elity oraz to, że opinie o ich dotychczasowych dokonaniach nie były przesadzone? Nooo, tego… odpowiedź nie jest jednoznaczna. Tak na dobrą sprawę naprawdę odczuwalny postęp dotyczy wyłącznie produkcji, która ogromnie zyskała na jakości – album brzmi potężnie, masywnie i niezwykle selektywnie, dzięki czemu dokładnie słychać, co też dzieje się na przestrzeni tych 54 minut. Sama muzyka od czasu „Across Deaths” nie zmieniła się znacząco — pomijając klimat i większy nacisk położony na dysonanse niż chaos sensu stricto — albo inaczej – zmieniły się pewne jej elementy, ale bilans tych zmian wyszedł hmm… na zero. O przełomie niestety nie ma mowy.

Na albumie nie brakuje urywających łeb partii, kiedy Malthusian napierają gęsto i intensywnie, a jednocześnie precyzyjnie jak nigdy dotąd. The Summoning Bell jest materiałem bardziej technicznym, uporządkowanym, bogatszym i odważniej (nowocześniej?) zaaranżowanym od debiutu, jednak pod względem takiej bezpośredniej ekstremalności wcale mu nie ustępuje. Ba, mógłby robić nawet większy zamęt pod kopułą, gdyby tylko zespołu nie naszło na dużo częstsze operowanie klimatem i partiami wpadającymi w doom. Póki Irlandczycy trzymają się szybkich temp i brutalnych wyziewów, nie mogę się do niczego przyczepić, bo właśnie na taki Malthusian liczyłem – może i nie rewolucyjny, ale konkretnie miażdżący natłokiem dźwięków. Problemem The Summoning Bell są natomiast zwolnienia, bo w porażającej większości rozwalają struktury utworów (to w „Red, Waiting” to jakieś kuriozum) i sprowadzają się do zamulania. Owszem, są ciężkie, ale przy tym dość jałowe; nabijają licznik, podobnie zresztą jak dwa niepotrzebne instrumentale.

Więcej nie zawsze znaczy lepiej i The Summoning Bell jest tego dobrym przykładem. Gdyby okroić ten album z paru zapychaczy i sprowadzić do lunatycznej sieczki, wchodziłby bez porównania lepiej i nikomu nawet przez myśl by nie przeszło, żeby wymagać od Malthusian czegoś ponad to. Ja w każdym razie byłbym kontent.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/malthusianDM

Udostępnij:

11 lutego 2026

Clairvoyance – Chasm Of Immurement [2025]

Clairvoyance - Chasm Of Immurement recenzja reviewZespół Clairvoyance zaistniał w mojej świadomości przy okazji przekopywania katalogu Blood Harvest kilka lat temu, jednak do pierwszego kontaktu z jego muzyką musiało upłynąć trochę czasu. Teraz pluję sobie w brodę, że tak długo zwlekałem, bo Chasm Of Immurement to kawał porządnego gruz-metalu, który wyraźnie, w dodatku z łatwością, wybija się ponad średnią gatunkową, a jest to o tyle duże osiągnięcie, że większość kapel tego nurtu wydaje się robić wszystko, byle tylko od tej średniej w żaden sposób nie odstawać i nie być posądzonym o zdradę ideałów.

Nie chciałbym sugerować, że Clairvoyance na swoim debiucie poszli w eksperymenty albo wyczyniają jakieś niesamowicie oryginalne rzeczy. Nic podobnego, oni po prostu nie powielają ślepo błędów nagminnie popełnianych przez starsze i bardziej uznane grupy. W sumie już tyle by im wystarczyło, żeby zwrócić na siebie uwagę, a oni jeszcze solidnie przyłożyli się do wykonania oraz produkcji albumu, co czyni z Chasm Of Immurement całkiem smakowity kąsek dla wielbicieli syfiastego death metalu, choć może niekoniecznie tego w najbardziej ortodoksyjnym wydaniu. W muzyce doskonale słychać, że chłopaki znają i rozumieją podstawy takiego grania, ale na pewno nie ograniczają się tylko do nich, więc w przyszłości mogą nas jeszcze czymś zaskoczyć. Zanim jednak do tego dojdzie, warto się skupić na opisywanym krążku.

Na Chasm Of Immurement pasuje mi praktycznie wszystko i chyba nie potrafiłbym wskazać tylko jednego wyróżniającego się czy potraktowanego z wyjątkowym pietyzmem elementu. Tu liczy się całokształt, co oznacza, że muzycy i gardłowy Clairvoyance skrupulatnie przemyśleli, jak miał wyglądać ten materiał i niczego nie pozostawili przypadkowi. Począwszy od rozsądnej objętości (34 minuty), poprzez duże wewnętrzne zróżnicowane utworów (monotonii nie stwierdzono), klasowy wokal (dobry dół bez bezpłciowego buczenia), po bardzo selektywne, acz ciągle surowe brzmienie, którym, gloria!, nie musieli maskować niedoskonałości techniczno-kompozycyjnych. Każdy z sześciu dość rozbudowanych kawałków niesie z sobą coś ciekawego, w każdym też znalazło się miejsce dla paru bardziej chwytliwych riffów czy niestandardowych solówek (jak w „Monument To Dread”), które nadają im większej wyrazistości. Dzięki temu płytę łyka się bez popitki, a z przesłuchania na przesłuchanie wyłapuje się z niej coraz więcej.

Jestem pod dużym wrażeniem dojrzałości Clairvoyance zaprezentowanej na Chasm Of Immurement i mam nadzieję, że zespół przynajmniej utrzyma tak wysoki poziom na kolejnych wydawnictwach. To tylko debiut, a z dobrą promocją może sprawić, że kilka kapel z czołówki zacznie z niepokojem oglądać się za siebie. Brawo!


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/clairvoyancedeathmetal

Udostępnij:

5 lutego 2026

Christ Agony – Anthems [2025]

Christ Agony - Anthems recenzja reviewEhhh… lata mijały, rozczarowanie narastało, no i w końcu proroctwo z recenzji „Legacy” zostało wypełnione: nie miałem najmniejszej ochoty/potrzeby sprawdzać, co też znalazło się na kolejnym już powrotnym — tym razem po rekordowo długiej przerwie — materiale Christ Agony. Materiale, który powstawał w zajebiście niesprzyjających okolicznościach przyrody, na raty i w dodatku w dość efemerycznym składzie. To mógł być ostatni gwóźdź do trumny bardzo ważnego dla mnie zespołu, a ja nie chciałem być świadkiem jego wbijania; postanowiłem zatem udawać, że Anthems w ogóle nie istnieje.

Problem w tym, że nie można siebie oszukiwać w nieskończoność, zwłaszcza kiedy instynkt kolekcjonera wie lepiej i podszeptuje do ucha: „kup, kup”. Kupiłem i nie żałuję, bo chociaż Anthems do ideału daleko, to nie potwierdziły się moje obawy (przynajmniej nie wszystkie) związane z tym wydawnictwem. Już samo to, że album zawiera świeższe spojrzenie na muzykę Christ Agonyy i więcej haczyków od dwóch poprzednich wystarcza, żeby dać mu szansę. Z mojej perspektywy najważniejsze jest jednak to, że pomimo pewnych oczywistych nawiązań (m.in. do „Moonlight” w „Sanctuary Of Death” czy dwóch ostatnich w „Throne Of Eternal Silence” i „Nocturnal Dominion”) krążek nie powiela tych najbardziej charakterystycznych i oklepanych motywów z przeszłości, których nagromadzenie ostatnimi czasy doprowadzało mnie do szału.

W miejsce tego, co (aż za) dobrze znane i przemielone już setki razy na Anthems pojawiło się sporo nowych rozwiązań melodycznych, rytmicznych czy „klimatycznych”, które w różnym stopniu odbiegają od tego, z czym ten zespół był dotąd kojarzony, co czyni tę płytę ciekawszą i mniej przewidywalną. I choć nie wszystkie pomysły do mnie trafiają (wołanie na puszczy: didgeridoo to syf i należy się tego wystrzegać!), to poczynione zmiany w ogólnym rozrachunku zadziałały na plus, a taki „Dark Waters”, w którym mamy kumulację tego, co najlepsze, jest prawdziwą perełką i powinien na stałe wejść do kanonu Christ Agony. Trzeba przy tym oddać Cezarowi, co cezarskie, bo niezależnie od tego, z jak nietypowymi zagrywkami (jak na niego) mamy do czynienia, ciągle jest w nich wyczuwalny styl zespołu.

Anthems robi dość dobre wrażenie i w formie, w jakiej trafił do fanów, powinien się podobać, ale jestem przekonany, że można było z niego wycisnąć trochę więcej. Przede wszystkim materiał by zyskał, gdyby go okroić z paru powtórzeń i pozbyć się jałowych wypełniaczy (didgeridoo!), bo stałby się bardziej dynamiczny i komunikatywny, a może nawet i wyrazisty. Drugą kwestią jest skład, a raczej jego brak; zgrany kolektyw ludzi mógłby nadać tym dźwiękom indywidualnego charakteru i mocniej je zniuansować. Po trzecie w końcu, dobrze by było zamknąć proces nagrań w ramach jednej sesji, bo ostateczny mastering nie wyrównał różnic w brzmieniu poszczególnych ścieżek/utworów.

Moje czarnowidztwo w stosunku do Anthems okazało się przesadzone, więc po cichu liczę, że po wyprostowaniu paru istotnych spraw i znalezieniu odpowiednich ludzi będzie już tylko lepiej, a Chrystusowa Agonia potrwa jeszcze kilka lat.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/ChristAgony

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij: