15 sierpnia 2022

Cathexis – Untethered Abyss [2021]

Cathexis - Untethered Abyss recenzja reviewAmerykański Cathexis po dekadzie działalności, głównie w oparciu o zasady DIY, doczekał się punktu zwrotnego w swojej karierze, bo właśnie tym jest ich debiut w barwach Willowtip. Zespół miał już w dorobku dwa materiały wydane własnym sumptem — z drugim, „Pillar Of Waste”, miałem nawet dłuższą styczność — ale żaden z nich nie był na tyle udany czy choćby intrygujący, żeby mogli się z nim przebić do świadomości fanów death metalu. Co innego wydany po ośmiu latach przerwy Untethered Abyss – ten można śmiało traktować jako przełom pod względem jakości i wyrazistości muzyki.

O tym, że zespół nie przebimbał ostatnich lat można się przekonać już w trakcie pierwszego utworu, bo progres techniczno-kompozytorski jest więcej niż oczywisty, ponadto wyczuwalna jest również chęć pokazania się z ambitniejszej i mniej oczywistej strony. Na Untethered Abyss szybko na powierzchnię przebijają się mocne fascynacje Gorguts — zwłaszcza z „Obscura”, „From Wisdom To Hate” i „Colored Sands” — które, już w mniejszym stopniu, są uzupełnione wpływami m.in. Immolation czy późnego Hate Eternal. W sensie ogólnym nie jest to wprawdzie nic nowego, ale jak na Teksas, skąd chłopaki pochodzą, to takie połączenie wypada całkiem oryginalnie. Zresztą, inspirowanie się Gorguts to jedno, a umiejętność zagrania jak Kanadyjczycy, to coś zupełnie innego. Cathexis wychodzi to bardzo sprawnie; materiał jest przepełniony dysonansami, urozmaicony rytmicznie i dość wymagający.

Podoba mi się, że w muzyce zachowano balans między czystą brutalnością a technicznymi męczarniami, dzięki czemu uniknięto monotonii wynikającej z przegięcia w jedną stronę. Na plus trzeba również zaliczyć zwartość kompozycji — Untethered Abyss zamknięto w 32 minutach — bo nawet najdłuższy na płycie walcowaty „Library Of Babel” nie jest przeciągnięty, mimo iż może męczyć w typowo „gorgutsowy” sposób. Szkoda tylko, że większości utworów brakuje trochę charakterystycznych motywów i ociupinki jakiejś pojebanej przebojowości. Wyjątkiem jest (prawie) chwytliwy „Harrowing Manifestation” z paroma prostszymi i fajnie bujającymi fragmentami. No, ale nie po to gra się takie wygibasy, żeby dać się rozgryźć po pierwszym przesłuchaniu.

Produkcję Untethered Abyss na pewno docenią fani pewnego kanadyjskiego zespołu na G — swoją drogą odpowiada za nią członek owego zespołu — bo jest naturalna i zajebiście czytelna, choć dla niektórych może być zbyt sucha. Cathexis mają w składzie dwóch gitarzystów grających różne rzeczy, a Colin Marston dopilnował, żeby było to słychać, niezależnie od tego, w jakim tempie wywijają paluchami po gryfach. Podobnie sekcja rytmiczna – każdy instrument ma dość przestrzeni i pracuje wyraźnie.

Untethered Abyss to dla zespołu dobry punkt wyjścia do dalszego rozwoju, bo z takim zapleczem technicznym i wsparciem niezłej wytwórni mogą sobie pozwolić na wiele. Na początek wystarczy, żeby popracowali nad wyróżnikami poszczególnych utworów, później powinno już pójść z górki.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/CathexisTexas

podobne płyty:

Udostępnij:

12 sierpnia 2022

Festerday – Iihtallan [2019]

Festerday - Iihtallan recenzja reviewSłuchałem sobie tej płyty tak trochę na zmianę z nową Toxaemią, jako że obie ekipy są trochę bliźniacze do siebie w tym sensie, że:
– są ze Skandynawii
– w latach ’90 wydali głównie dema
– zaliczyli powrót dopiero po prawie 30 latach.

Ale o ile Toxaemia zaliczyła powrót, który można zaliczyć do udanych, to w przypadku Festerday można mówić co najwyżej o przeciętnym comebacku. Przyznaję się, preferuję inne sceny niż nieco przereklowany zestaw Norwegia/Szwecja/Finlandia, ale też nie jestem jakimś wrogiem tychże i bardzo dużo doceniam i bronię tego, co stamtąd wyszło. Sęk w tym, że wolę poświęcać czas na zdecydowanie ciekawsze produkcje, niż do bólu nudnawe i przewidywalne, jak ta.

Jest to o tyle smutne, bo kto jak kto, ale grupa ta była modelowym przykładem przypadku „co by było, gdyby mieli szansę…”. Najbardziej mnie irytuje ich bezmyślne kopiowanie Carcass, bo w przeszłości potrafili dodać więcej swojej osobowości do grania. Wszystko to jest jakieś bez większej inteligencji, polotu czy nawet zwykłej, chłopskiej radochy z grania. Brzmi to bardzo biurowo, korporacyjnie, robione wg wymaganego „standardu” jakby to była płyta nr 5489 w 2019 do nagrania i spokojnie można by podpiąć pod jakiegoś innego klona i efekt byłby ten sam. Nawet okładka jest leniwa i nie przyciąga uwagi niczym szczególnym. A robił ją sam Moyen.

Żeby była jasność, nie mam pretensji o to, że grupa nie stara się zaskoczyć słuchacza czymkolwiek. Mam żal o to, że tak ciężko jest mi przebrnąć przez cały album, bo tak niewiele się na nim dzieje i nie ma energii. Tu nawet jak grupa gra szybko, to brzmi to mozolnie jak mucha w smole. Jest też zauważalny element Black Metalowy, który najbardziej słychać w ostatnim (bonusowym) tracku. Po co też było rozdzielane “Flowers of Bones” i “Flowers of Stones”, jak to te same piosenki, tylko w innym tempie? To już wiedzą tylko sami twórcy, ale tracków jest ogólnie deczko za dużo.

Wiele razy mi się zdarzało w przeszłości dawać surową ocenę 6/10 (czego potem żałowałem), ale tutaj mam wrażenie, że bym zawyżył notę, tak więc ją skorygowałem. Zdaję sobie sprawę, że pewnie się czepiam, że jest to niezobowiązująca jazda w starym stylu, ale nawet przy tak błahych kategoriach, jak okładka, Toxaemia zjadła Festerday na śniadanie.

Przesłuchać i tak trzeba, choćby z ciekawości, bo możliwe, że się mylę i że jest to tak naprawdę wspaniały album. Ale ja tego nie czuję wcale.


ocena: 5,5/10
mutant
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/festerday/
Udostępnij:

9 sierpnia 2022

Diabolizer – Khalkedonian Death [2021]

Diabolizer - Khalkedonian Death recenzja reviewDiabolizer to grupa, która już od pewnego czasu działa na scenie tureckiego death metalu, jednak dla wielu może okazać czymś kompletnie nowym, bo Khalkedonian Death jest dopiero ich pełnoczasowym debiutem. Mimo iż zespół funkcjonuje nieprzerwalnie od dekady, jego dorobek jest dość skromny i ogranicza się do demówki/singla, epki i opisywanej płyty. Ten stan rzeczy można łatwo wytłumaczyć zaangażowaniem poszczególnych muzyków w kilka innych, o wiele aktywniejszych i lepiej znanych kapel, że wymienię tylko Decaying Purity, Burial Invocation, Engulfed i Hyperdontia.

To właśnie skład Diabolizer sprawia, że początkowo nie do końca wiadomo, czego można się po chłopakach spodziewać, bo na logikę w grę wchodzi albo typowo amerykański brutal death, albo klimatyczna grobowa mielonka z nutką Incantation. Tymczasem zespół proponuje szybki i agresywny death metal w duchu Malevolent Creation, Sinister czy Vomitory – dynamiczny, zróżnicowany i bezpośredni. Turecka ekipa nawet na sekundę nie próbuje odchodzić od klasycznych wzorców, co z jednej strony sprawia, że Khalkedonian Death chłonie się jak materiał znany od lat, a z drugiej, że niczym specjalnym nie zaskakuje i jest przewidywalny. Na tą „drugą stronę” jestem skłonny przymknąć oko, bo i takie granie jest czasem bardzo potrzebne, zwłaszcza kiedy trzyma wysoki poziom i potrafi dostarczyć sporo radochy.

Umiejętności muzyków, co oczywiste, są bez zarzutu, co jednak nie oznacza, że chłopaki mają ciągoty do komplikowania utworów tudzież popisywania się. Wprawdzie Diabolizer mają do zaoferowania stosunkowo długie kawałki (średnia długość wynosi prawie 6 minut), ale są one zbudowane z prostych elementów i z dużą dbałością o dynamikę, natomiast bez technicznego szaleństwa i pozagatunkowych dziwactw – jak klasyka, to klasyka. Do tradycji (choć nowszej – początek lat dwutysięcznych) odwołuje się również brzmienie Khalkedonian Death: mocne, czytelne i przybrudzone tyle, ile trzeba – do takiego grania wprost idealne.

Jedyny poważny minus, jaki przychodzi mi do głowy w związku z Khalkedonian Death, to długość tego materiału – aż 46 minut. W tym stylu optymalne wydaje się 35 minut, Turków natomiast trochę poniosła wena i natrzaskali o wiele więcej. W przypadku Diabolizer nie chodzi nawet o wywalenie któregoś kawałka, co raczej o przycięcie wszystkich, zwyczajne ograniczenie liczby powtórzeń niektórych partii – wtedy płyta zyskałaby na pierdolnięciu, a po wszystkim wywoływałaby niedosyt zamiast pewnej ulgi. Cóż, może następnym razem przygotują bardziej zwarty materiał.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/diabolizer
Udostępnij:

6 sierpnia 2022

Raise Hell – Wicked Is My Game [2002]

Raise Hell - Wicked Is My Game recenzja reviewZespół, którego łatwo można by posądzić o koniunkturalizm, a który tak naprawdę po prostu chciał grać swój ukochany Thrash na różne sposoby, w zależności od humoru. Tak więc, z płyty na płyty ekipa ta flirtowała z różnymi odmianami. Czy to Black/Death, czy to Death 'n' Roll, jak nieco w tym przypadku. Choć można się spotkać z opiniami, że na tym albumie nie brakuje wpływów Power Metalu. Możliwe, nie znam się.

Bądź co bądź, podstawą gatunkową tej grupy jest Thrash, ale zdecydowanie lubujący się w nowoczesnej ostrości, opartej bardziej na Melo-Death, niż na klasycznych Thrashu z lat ‘80. Tym razem zespół poszedł zdecydowanie bardziej w kierunku piosenkowości i melodii, a trzeba im oddać, robią to doskonale, z głową i ze smakiem, więc nawet jeśli kogoś odstraszyłaby łatka stylu hybrydowego, tutaj może odetchnąć z ulgą – album jest stworzony przez ludzi kochających Metal, dla fanów Metalu.

Ciężko jest wyróżnić ulubiony kawałek, bo taki tytułowy numer albo piosenka otwierająca (i zaczynająca płytę od przerobienia motywu z Halloween), zdają się być tymi najlepszymi. Ale z drugiej strony, jakakolwiek inna kompozycja w niczym nie jest gorsza, gdyż album trzyma stały poziom i nie schodzi poniżej 100% miodności.

Może jestem nadmiernie bezkrytyczny, ale rzadko zdarza mi się słuchać muzyki tak pełnej entuzjazmu i zwyczajnej radości z grania. Bardzo imprezowa muzyka, może brakuje czegoś genialnego czy ambitnego, ponadczasowego, ale nie zawsze tego się oczekuje od zespołu. Czasami chce się dostać dawkę porządnej jazdy bez trzymanki, ale zrobionej z głową.


ocena: 9/10
mutant
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/raisehell666
Udostępnij:

3 sierpnia 2022

Coffins – Beyond The Circular Demise [2019]

Coffins - Beyond The Circular Demise recenzja reviewJak to się bardzo ładnie mawia: „Od pierwszych sekund wiadomo, że będzie zajebiście”.

Coffins po raz pierwszy zachwycił cały świat i zwrócił na siebie uwagę dopiero przy wydaniu swojej trzeciej płyty, zwanej „Buried Death” z 2008 r., która nota bene zasłużenie przeszła do kanonu klasyki nowoczesnego Death Metalu, niejako też wyprzedzając epokę tzw. Cavern Death Metalu, który jest obecnie tak bardzo popularny, a który polega na naśladowaniu filozofii Incantation.

I zważywszy na to, że najnowsze dzieło nie wnosi specjalnie nic nowego ani do gatunku, ani tym bardziej nie ma innowacji w stylu zespołu, to wydawać by się mogło, że entuzjazm i odbiór powinien być proporcjonalnie umiarkowany, ale nic podobnego. Moc ciągle jest z Japończykami.

Choć grupa powstała w 1996 r., to ma stosunkowo skromną ilość płyt, bo Beyond the Circular Demise to zaledwie piąty album formacji (aczkolwiek ich dyskografia ma pierdyliard splitów, tak jakby to był rasowy Grindcore). Starannie utrzymani w tradycji Doom/Death, łączą starą szkołę Celtic Frost z europejsko brzmiącym Death Metalem, będącym wypadkową Szwecji i Holandii, o wyjątkowo rozpruwającym flaki przesterze, którego by się nie powstydził sam stary, poczciwy Entombed. I choć wątpię, aby miało to jakieś większe znaczenie dla ludzi w XXI wieku, to w przypadku omawianego albumu nie ma aż tak bardzo punkowych śladów w muzyce (co generalnie często zdarza się różnej maści zespołom w Japonii) i można powiedzieć, że jest to 100% Metal.

Potwierdza się też tutaj nieco stara zasada, że nieważne co grasz, tylko jak to grasz. Coffins nie sili się ani na wirtuozerię, ani na szybkość, ale na potęgę płynącą z gitar. Od początku do końca płyta miażdży i uzależnia swoją atmosferą. Prezentowany Doom Metal wzbogacony jest szczyptą Groove, co też pewnie wpływa na pozytywny odbiór.

Solówki nie są może jakieś wybitne, riffy też nie wybijają się ponad przeciętność, ale tak jak to kopie proszę państwa, to mało kto potrafi. I dlatego też nie ma sensu dłużej gadać, po prostu najlepiej jest sobie zaaplikować dousznie w trybie natychmiastowym kilka razy pod rząd, dla pełnego efektu i kurażu.


ocena: 8,5/10
mutant
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/intothecoffin
Udostępnij:

31 lipca 2022

Suppression – The Sorrow Of Soul Through Flesh [2022]

Suppression - The Sorrow Of Soul Through Flesh recenzja reviewSuppression nie jest nową nazwą na mapie południowoamerykańskiego death metalu, ale ze względu na skromne dokonania (dwa demosy i epka) i niewielki ich zasięg dla większości słuchaczy zapewne będzie czymś świeżym i nieznanym. Pierwszą, skromną dekadę działalności zespół zamyka z przytupem, bo pełnoprawnym debiutem w barwach Unspeakable Axe; niezwykle udanym materiałem, który z miejsca stawia ich w czołówce nowej fali klasycznego death metalu – pośród Skeletal Remains, Rude czy Morfin.

The Sorrow Of Soul Through Flesh to muzyka, która równie dobrze mogłaby powstać w latach 1991-1993 – kiedy większość kultowych kapel miała już odpowiednio rozwinięte umiejętności techniczne, żeby doprowadzić swój styl do perfekcji, a nawet trochę z nim poeksperymentować. Suppression pięknie wstrzelili się w ten okres, jednak wbrew pozorom nie mielą najbardziej oczywistych wpływów na najbardziej oczywisty sposób. Chilijska ekipa bardzo dużo zawdzięcza zespołom, które, mimo iż klasowe, pod względem popularności były co najwyżej w drugiej lidze, i dopiero te inspiracje uzupełnia naleciałościami topowych grup. Dzięki takiej postawie The Sorrow Of Soul Through Flesh nie jest typową kalką muzyki z przeszłości i ma w sobie nieco oryginalności, której kompletnie brakuje choćby Gruesome.

Death metal w wykonaniu Suppression swą intensywnością i technicznym zaawansowaniem przywodzi mi na myśl „dwójkę” Gorguts oraz debiuty Disincarnate i Monstrosity. Ponadto muzyka ma w sobie coś z feelingu Death, dzikości Sadus czy brutalnego bujnięcia Cannibal Corpse, a w spokojniejszych i bardziej przestrzennych fragmentach nawet finezji Cynic i Pestilence z okresu „Spheres”. Zaprawdę mieszanka to wybuchowa, i chociaż na papierze może wyglądać nie do końca spójnie, to w praniu sprawdza się znakomicie – kipi latynoską energią i jest ozdobiona zacnym vandrunenowskim rzygnięciem. Pozytywne wrażenie dopełnia brzmienie The Sorrow Of Soul Through Flesh – z jednej strony surowe (ale bez toporności), a z drugiej należycie selektywne.

Większa część materiału przelatuje w żwawych, acz nieekstremalnych tempach, co nie oznacza, że muzyka jest jednowymiarowa albo nudna. W razie potrzeby Suppression potrafią nieco zwolnić, przyjemnie zamieszać, ubarwić całość solówką czy ciekawie pomykającym basem. Ten ostatni element najmocniej odróżnia ten zespół od podobnych im stylistycznie. Chilijczycy zastosowali ciepło brzmiący bezprogowy bas, który swobodnie faluje między pozostałymi instrumentami i nie daje o sobie zapomnieć, bo jest naprawdę dobrze wyeksponowany.

Nie mam zbyt wielu uwag w stosunku do The Sorrow Of Soul Through Fles, w dodatku są one raczej małego kalibru. Pierwsza dotyczy utworów instrumentalnych. Ten krótszy („Arrowheads”) mógłby zupełnie wylecieć bez szkody dla nikogo – ot akustyczna miniatura jakich wiele. Natomiast dłuższy („Unwinding Harmonies”) chyba powstał na zasadzie „wybierzemy kawałek na chybił trafił i wytnijmy z niego wokal” – basista szaleje, riffy są spoko, ale czegoś tu brakuje, no i próba zbudowania nastroju niezbyt się zespołowi udała. Druga, równie błaha kwestia to rozpoznawalność utworów – wszystkie są niezaprzeczalnie solidne i trzymają wysoki poziom, ale nie ma wśród nich numeru, o któremu można by prorokować, że zostanie hitem – tylko, że to samo mogę napisać o 99,9% młodych kapel.

Jeśli zatem cenicie starannie wyprodukowany (Colin Marston…) i bezbłędnie zagrany death metal starej (amerykańskiej) szkoły, to debiut Suppression jest dla was. Mnie chłopaki bardzo pozytywnie zaskoczyli swoim podejściem do takiego grania i na pewno będę miał na nich oko.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/Suppression.Death.MetalY

podobne płyty:

Udostępnij:

28 lipca 2022

Assorted Heap – Mindwaves [1992]

Assorted Heap - Mindwaves recenzja reviewAssorted Heap był jedną z wielu kapel zaczynających od szczerego i niewymagającego Thrash Metalowego hałasu, aby na swojej drugiej płycie pójść z ówczesnym duchem czasu i zaserwować już konkretny, klimatyczny Death/Thrash.

Można mówić o szybkim skoku jakościowym, jako że od debiutu minął zaledwie rok, a jest ogromna przepaść pod każdym względem. Mindwaves, mimo wciąż mocnego zakorzenienia w Thrash Metalu, śmiało czerpie garściami z dusznego Death Metalu, poprzez perkusję czy brzmienie produkcji. Wokal trzyma się częściej maniery Coroner/Celtic Frost/Messiah, niż typowego mocnego growlu. Innymi słowy, zespół niejako zatrzymał się w połowie drogi, jeśli chodzi o swoją ewolucję.

Jest jednak między oboma prezentowanymi gatunkami balans i style wzajemnie się nie gryzą. Przykładowo, po (nie bójmy się tego słowa) Thrashowej Balladzie „What I Confess”, zespół zręcznie przechodzi w czysto Death Metalowy łomot w „Nice To Beat You”. I jak każdy rasowy album Death/Thrash, należy się spodziewać, że pierwsze dwa utwory konkretnie pokażą kunszt i umiejętności ekipy. Zachwyca również najbardziej ekstremalny numer na płycie – „Hardcore Incorrigible” oraz standardowo epickie, rozbudowane zakończenie albumu w postaci „Artifical Intelligence”. Pojawiają się ponadto syntezatory dla wzmocnienia atmosfery, ale są wystarczająco dyskretne, aby ich nie zauważyć.

Wypada też wspomnieć o re-edycji Vic Records, która standardowo rozpieszcza rzetelnym wydaniem z bonusami i wywiadem z członkami zespołu. W tym wypadku dostajemy nagrania koncertowe, które sugerują, że gdyby zespół się nie rozpadł, to na trzeciej płycie byłby już bezspornie mroczny Death Metal, tak więc zapowiadało się ciekawie, nawet jeśli nie było to ostatecznie nam dane.

Ocena końcowa może wydawać się ciut za wysoka jak na ten zapomniany album, ale chciałbym przypomnieć, że w 1992 r. Thrash Metal był praktycznie na wymarciu, dlatego tym bardziej cieszy fakt istnienia tego albumu, który bądź co bądź, prezentuje tą najlepszą starą szkołę i klasę kompozycyjną, za co chciałbym oddać należny hołd. Fani Protector, Pestilence, Loudblast, Massacra, Sepultura nie będą potrzebować zachęty.


ocena: 8/10
mutant
Udostępnij:

25 lipca 2022

Birth Of Depravity – From Obscure Domains [2017]

Birth Of Depravity - From Obscure Domains recenzja reviewPrzez lata kojarzyłem ten grecki zespół tylko z nazwy i fajnej okładki, bo muzyka na ich debiucie była tak bezpłciowa i mizerna, że nawet jedna jej sekunda nie osiadła mi w pamięci. Mimo wszystko byłem na tyle wyrozumiały — a raczej chciałem ich definitywnie skreślić — że dałem Birth Of Depravity drugą szansę. I, o dziwo!, nie żałuję – między „The Coming Of The Ineffable” a From Obscure Domains jest przepaść i naprawdę trudno uwieżyć, że to ci sami ludzie odpowiadają za oba materiały. Wprawdzie w międzyczasie do składu dokooptowano prawilnego basistę, ale nie sądzę, żeby miał duży wkład w ostateczny kształt kompozycji.

W ciągu tych paru lat dzielących obie płyty Birth Of Depravit nabrali sporo doświadczenia, znacząco poprawili umiejętności techniczne, a także — co nie pozostało bez wpływu na ich styl — podpatrzyli co nieco u swoich kolegów z innych greckich kapel – Mass Infection, Abnormal Inhumane, Murder Made God czy Inveracity. Dzięki temu From Obscure Domains brzmi tak, jak powinien brzmieć rasowy brutalny death metal. Muzyka jest zatem szybka, gwałtowna, intensywna i zaaranżowana w taki sposób, żeby podkreślić jej dynamikę. Znajdziemy tu wszystko, czego brakowało „The Coming Of The Ineffable”: zajebiście gęste i urozmaicone partie perkusji, wyraziste i klasyczne w strukturach riffy, przebijający się nieraz bas oraz mocne i pewnie wykonane wokale. Ponadto całość odznacza się dość dużą chwytliwością, co przy uskutecznianych tempach zapobiega pojawieniu się monotonii.

Zapewniam, że do tak przygotowanego materiału wraca się często i z prawdziwą przyjemnością. Tym bardziej, że jest wyjątkowo krótki i pozostawia spory niedosyt. From Obscure Domains to tylko osiem kawałków o łącznym czasie trwania niespełna 23 minuty. Reszta, czyli 3 i pół minuty, to „wojenne” outro, dzięki któremu całość miała dobić do przyzwoitego formatu. Kiepskie to, bo wydaje mi się, że Greków było stać na jeszcze jeden-dwa normalne utwory. Koniec końców wolę jojczeć, że płyta jest za krótka niż za długa i wymuszona.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/birthofdepravity/

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

22 lipca 2022

Toxic Bonkers – Seeds Of Cruelty [2004]

Toxic Bonkers - Seeds Of Cruelty recenzja reviewSwego czasu byłem niemalże psychofanem tej formacji z Łodzi i śledziłem wszelkie ich poczynania, a nawet miałem okazję coś poznać osobiście. Każdy element ich dyskografii znałem od podszewki i dosłownie wszystko mi u nich odpowiadało, może za wyjątkiem samej nazwy, która brzmiała dla mnie zbyt niepoważnie i może przez to też wiele osób ich olewało, myśląc, że to jakiś gówniany, żartobliwy Grindcore. Jak to zazwyczaj w Polsce bywa, najlepsze zespoły mają zazwyczaj mało wysublimowane nazwy (Acid Drinkers, Dead Infection, Vader, to o was mówię).

Choć Łodzianie sami siebie nie klasyfikowali ideologicznie jako Metal i bardziej widzieli się po stronie Punkowej, to muzycznie już jak najbardziej jest to pochodna Napalm Death, Bolt Thrower i Sepultury w najlepszym obliczu i okresie świetności tych kapel.

No, ale wróćmy do początku. Seeds of Cruelty jest trzecim albumem w dorobku grupy i jednocześnie ostatnim, w którym ręce maczał Konrad Sobierajski (RIP 2000). Co prawda, nic nie nagrał osobiście na ten album, ale napisał riffy, które zostały wykorzystane, co zresztą słychać, gdyż późniejsze płyty Toxic Bonkers mają już nieco inny charakter, bez obecnego tu luzu i z większą pompą. Ten oto majstersztyk został wydany przez Selfmadegod Records za czasów, kiedy można było bardzo łatwo ich znaleźć w empikach, gdzie też zresztą młody ja miał okazję sobie ich capnąć za 15 zeta.

Pomimo widocznych wpływów, które wymieniłem wcześniej, nie nazwałbym tego bezmyślnym naśladownictwem, a bardziej punktem odniesienia, gdyż grupa stara się mieć swój własny wkład (i nie mówię tu o ambientowych intrach) oraz dba o to, aby mieć rozpoznawalny styl. Natomiast na największą pochwałę zasługuje tutaj talent kompozytorski. Mam cichą nadzieję, że „Seeds of Cruelty”, „Weep” oraz „Poisoned” na stałe wpisały się do kanonu gatunku.

Reszta płyty też trzyma poziom, choć gdzieniegdzie słychać, że na próbach musiało występować lekkie przemęczenie materiału. Nie ma to jednak żadnego wpływu na odbiór, ponieważ skromne 30 minut szaleńczej jazdy nie pozwala się nudzić.

Większość reakcji jakie widziałem u ludzi po starciu z tą płytą, była typu „dlaczego ja wcześniej o nich nie słyszałem?”. Cóż, nawet jeśli nie udało mi się was przekonać do końca, to przynajmniej mam nadzieję, że sama nazwa wam utknie w głowach, co już jest samo w sobie by było plusem. Do słuchania marsz!


ocena: 9,5/10
mutant
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/toxicbonkers
Udostępnij: