Stało się, Mustaine posłał Rattleheada do piachu. Nie pierwszy to raz, ale ponoć już definitywnie ostatni. Koniec, kropka, kaplica, więcej płyt Megadeth nie będzie – cała kampania promocyjna Megadeth została oparta właśnie na tym. Nikt się nawet słowem nie zająknął, że to ma być najlepszy album w dorobku zespołu, że może najszybszy, że najcięższy, że najbardziej chwytliwy, że cokolwiek innego – nie, po prostu pożegnalny. Doceniam, że sprawę postawiono uczciwe i nie próbowano mydlić oczu fanom, że oto po ponad 40 latach grania Rudy nagle wzniósł się kompozytorsko na wyżyny. Nie wzniósł, ale i tak będzie miał godne epitafium.
Megadeth spełnia w zasadzie wszystkie oczekiwania, jakie na tym etapie można mieć od płyty Megadeth. Zespół nie udaje, nie kombinuje ani nie porywa się na nic, co by mogło przerastać siły jego założyciela, więc przez większość materiału odwołuje się do tego, czym zasłynął (lata 1985–90) i na czym zarabiał konkretne pieniądze (lata 1992–97). Wyszło z tego coś na kształt opartej na typowych rockowych schematach i wypakowanej efektownymi solówkami wypadkowej „Peace Sells… But Who’s Buying?” i „Countdown To Extinction”. Całość jest o wiele bardziej spójna stylistycznie, zwarta i prostsza od „The Sick, The Dying… And The Dead!”, prezentuje też znacznie równiejszy poziom, który odrobinę zaniża jedynie zalatujący „Youthanasia” „Puppet Parade”. Złośliwie, ale i zgodnie z prawdą, można wspomnieć, że najlepszym utworem jest tu cover „Ride The Lightning”…
Na Megadeth podoba mi się, że pomimo wyjątkowo prostych i przewidywalnych struktur kawałki nie sprawiają wrażenia banalnych i poskładanych według jednego tylko szablonu. Na pewno duża w tym zasługa Dirka, który chociaż także i tym razem nie mógł pokazać pełni swoich możliwości, to odczuwalnie urozmaicił warstwę rytmiczną, nadając muzyce więcej polotu. I kopa, bo krążek jest zaskakująco żwawy, taki cały czas „do przodu”, nawet jeśli nie jest szczególnie szybki. Ponadto na plus zaliczam brak zapędów balladowych i taniego sentymentalizmu, a istniało spore ryzyko, że Megadeth będzie właśnie tym przesycony. Zamiast smętnego pitolonka dostaliśmy porządną dawkę nienagannej technicznie, wysokoenergetycznej trzepanki ze strony obu gitarzystów; kulminacja tych popisów znajduje się w numerze o wiele mówiącym tytule, acz gównianej treści „Let There Be Shred”.
O ile muzyka na ostatniej płycie Megadeth wpada w ucho i broni się sama, tak o tekstach wolałoby się jak najszybciej zapomnieć. Właściwie każdy kawałek zawiera jakieś buńczuczne deklaracje i szczeniackie dyrdymały („I Don't Care”, „Made To Kill”, „I Am War”), od których żołądek się buntuje, a gdy jeszcze sobie przypomnimy, że ich autorem jest chłop po 60-tce, to współpracy odmawia również okrężnica. To jest jakiś trudny do wytłumaczenia dramat, tym bardziej, że nawet na gniotach pokroju „Cryptic Writings” Mustaine potrafił napisać coś głębszego i dającego do myślenia.
Pożegnanie Megadeth z fanami wypadło znacznie lepiej, niż można było się tego spodziewać – z klasą, po męsku i bez gęstych smarków na mankietach. Zespół dostarczył rozsądną dawkę metalowego grzania, które może (ha, na pewno!) nie przejdzie do annałów thrash’u, ale pod żadnym pozorem wstydu mu nie przynosi, zwłaszcza na tle kapel dorównujących mu stażem. Swoją drogą wielu młodych adeptów stylu dałoby się pochlastać za materiał na takim poziomie.
ocena: 7,5/10
demo
oficjalna strona: www.megadeth.com
inne płyty tego wykonawcy:
W Unique Leader już od dłuższego czasu dzieją się rzeczy dla mnie niepojęte, choć może Wydział Dociekliwych ze skarbówki miałaby na ten temat inne zdanie… Z boku wygląda to tak: Amerykanie olewają swoje najlepsze zespoły tylko po to, żeby później ładować kasę w wzięte z dupy deathcore’owe i slamowe nieporozumienia, które jak przypuszczam nie pozwalają im nawet wyjść na zero. W tym pozbawionym nadzoru (Erik Lindmark…) burdelu najbardziej marnowali się Cytotoxin, którzy przy odrobinie rzetelnego wsparcia mogli być już na poziomie Aborted i śmigać po świecie jako headlinerzy wielomiesięcznych tras. Tymczasem po 15 latach grania sami muszą wydawać sobie płyty, zupełnie jak na początku „kariery”.
Po paru latach błądzenia w stylistycznej mgle Fleshgod Apocalypse wreszcie wyszli na prostą i chyba znaleźli optymalną dla siebie niszę, bo Opera to zdecydowanie ich najlepszy, najbardziej przekonujący i dopracowany album od czasu
W ciągu zaledwie dekady Gaerea dorobiła się rozpoznawalności porównywalnej z pastéis de nata, stała się zespołem, „o którym się mówi” i który w pewnych kręgach wywołuje niemałe kontrowersje. Na Coma, płycie numer cztery, Portugalczycy chyba osiągnęli swoją ostateczną formę. Ostateczną (nie mylić ze szczytową!), czyli taką, z jaką jeszcze nie mam problemu, a mógłbym mieć, bo wyczuwam w tych dźwiękach, że muzycy stanęli na rozdrożu i zaczęli powoli kalkulować, co tu dalej zrobić, żeby było dobrze. Nie ulega wątpliwości, że zamaskowany kwintet miał świadomość komercyjnego potencjału, więc pojawiło się pytanie: ile będzie chciał z niego wycisnąć.
Chłopaki z Vitur mogą tego nie pamiętać, ale ćwierć wieku temu death metal był najbardziej rozpoznawalnym na świecie polskim towarem eksportowym zaraz po wódzie i ceramice z Bolesławca, a nasze kapele wespół z amerykańskimi rządziły w rankingach i były stawiane za wzór. Z czasem sytuacja uległa znacznemu pogorszeniu, bo część starych wyjadaczy się wykruszyła, zaś nieliczni młodzi gniewni w większości jakością swych poczynań nie potrafili nawet nawiązać do chlubnych tradycji. Tak doszliśmy do stanu obecnego, kiedy, co przyznaję z bólem, znalezienie wartościowego debiutanta graniczy z cudem. W tych okolicznościach Transcending The Self napawa pewnym, acz nieprzesadnym optymizmem.
Ten irlandzki kwartet z dorobkiem obejmującym zaledwie demo, epkę i debiutancką płytę szybko wyrósł na jednego z czołowych przedstawicieli chaotycznego death/black metalu. Jak dla mnie – trochę na wyrost, bo skupił się bardziej na sprawnym odgrywaniu patentów podpatrzonych u innych, niż na wprowadzeniu do tego stylu czegoś charakterystycznego tylko dla siebie. Sam zespół chyba też doszedł do podobnych wniosków i coś w tym temacie kombinował, bo prace nad następcą „Across Deaths” zabrały mu szmat czasu. Wreszcie, po siedmiu latach trzymania fanów w niepewności, Malthusian objawił się nieco niespodziewanie w Relapse z krążkiem numer dwa.
Zespół Clairvoyance zaistniał w mojej świadomości przy okazji przekopywania katalogu Blood Harvest kilka lat temu, jednak do pierwszego kontaktu z jego muzyką musiało upłynąć trochę czasu. Teraz pluję sobie w brodę, że tak długo zwlekałem, bo Chasm Of Immurement to kawał porządnego gruz-metalu, który wyraźnie, w dodatku z łatwością, wybija się ponad średnią gatunkową, a jest to o tyle duże osiągnięcie, że większość kapel tego nurtu wydaje się robić wszystko, byle tylko od tej średniej w żaden sposób nie odstawać i nie być posądzonym o zdradę ideałów.
Ehhh… lata mijały, rozczarowanie narastało, no i w końcu proroctwo z recenzji
Udany debiut sprawił, że byłem dość pozytywnie nastawiony do młodych obwiesiów z Morbific, ale moje podejście szybko uległo zmianie po wydaniu przez nich koszmarnie brzmiącego „Squirm Beyond The Mortal Realm”. Byłem przekonany, że po takiej wtopie Finowie już się nie podniosą i ze wstydu zakończą działalność gdzieś w pobliskim lesie. Nie zakończyli. Mało tego, wydali trzeci album, który sprawdziłem tylko po to, żeby z typowo polskiej troski upewnić się, że dalej im w życiu nie wychodzi. I nastąpiło zdziwko: zespół cofną się do korzeni, a potem zrobił krok naprzód, tym razem we właściwym kierunku. Dzięki temu znów jest słuchalny.
Wydawać by się mogło, że skoro po wielu latach Diabolizer wreszcie dorobił się debiutu — który w dodatku został ciepło przyjęty — to występujący pod tym szyldem muzycy poświęcą zespołowi więcej czasu i uwagi, spróbują go rozruszać i postarają się wyrobić mu markę na międzynarodowej scenie. Jeeednak równie dobrze Turcy mogli na powrót zająć się swoimi pozostałymi kapelami, z którymi już coś osiągnęli i które dorobiły się przyzwoitej rozpoznawalności. No i cóż, właśnie z tej drugiej opcji skorzystali, stąd też na następcę
Gridlink zakończyli działalność niedługo po wydaniu
Może i jestem niesprawiedliwy w swoich ocenach, ale uważam, że Bloodtruth załapali się na debiut w Unique Leader bardziej dzięki koneksjom z Fleshgod Apocalypse niż ze względu na poziom uprawianej muzyki. Później, przy okazji „Martyrium”, było już z nimi wyraźnie lepiej, jednak, jak się okazuje, nie na tyle, żeby „kariera” zespołu nabrała rozpędu – stąd też na płytę numer trzy przyszło nam czekać aż 7 lat. W międzyczasie konkurencja Włochów — nawet patrząc tylko na ich krajowe poletko — nie spała, więc na pewno nie będzie im łatwo przebić się do głównego nurtu.


