Wydawać by się mogło, że po tak znakomitym debiucie, jakim był „Dasein”, kariera First Fragment wreszcie wskoczy na właściwe tory, zespół będzie mógł już rozwijać swój potencjał w normalnych warunkach i nadrobi stracony czas. Niestety, nic z tego nie wyszło i po początkowych zachwytach o Kanadyjczykach zrobiło się podejrzanie cicho. Kapela wróciła praktycznie do punktu wyjścia: ciągłych przetasowań w składzie, okazjonalnych koncertów i żmudnego dłubania przy muzyce. W końcu, po pięciu latach zmagań z niesprzyjającymi realiami First Fragment oddali w ręce fanów krążek numer dwa. Krążek dłuższy, bardziej rozbudowany, urozmaicony i efektowny od „Dasein”.
Z oczywistych względów Gloire Éternelle nie robi już tak wielkiego pierwszego wrażenia jak debiut, ale po wgryzieniu się w ten materiał nikt nie powinien mieć wątpliwości, że Kanadyjczycy sporo kwestii tu rozwinęli i udoskonalili – po prostu weszli na następny poziom. Poprzeczka była zawieszona bardzo wysoko, a mimo to First Fragment udało się ją przeskoczyć, wprowadzając do muzyki garść nowych wpływów (choćby flamenco i funky…) i rozwiązań, które, poparte błyskotliwą techniką, uczyniły ją jeszcze ciekawszą, zróżnicowaną i absorbującą. Już sam fakt, że zespół upchnął na Gloire Éternelle około stu (tak, 100!) solówek, daje jakieś pojęcie o skali rozmachu i stopniu złożoności tego krążka.
Jako że tak bogata i skomplikowana muzyka nie może powstać w ciągu miesiąca czy dwóch, to — podobnie jak w przypadku „Dasein” — Phil Tougas wraz z kolegami potrzebowali ładnych kilku lat, żeby poskładać te wszystkie łamańce do kupy (partie niektórych utworów sięgają 2006), dopracować je do maksimum (uwzględniając możliwości nowego składu) i podać z kapitalnym feelingiem, dzięki któremu (no, i melodiom!) całość wchodzi nadspodziewanie lekko. Pomimo mocno rozciągniętego w czasie procesu twórczego album brzmi świeżo, spójnie, naturalnie i atrakcyjnie. Gloire Éternelle słucha się z niesłabnącym zainteresowaniem nawet wtedy, gdy mózg już nie nadąża za zespołem i przegrzewa się od nadmiaru coraz to bardziej szalonych pomysłów, jakie pojawiają się m.in. w „De Chair et de Haine”, „Soif Brulante” czy „Pantheum”.
Nie da się ukryć, że First Fragment postawili na ilość, ale na pewno nie kosztem jakości, bo ta na Gloire Éternelle jest niebotyczna i budzi podziw od pierwszego do ostatniego kawałka. Nie przeczę jednak, że u niektórych objętość płyty (72 minuty), jej stylistyczna rozpiętość i obfitość wszelakich atrakcji może prowadzić do zaburzeń błędnika i przebodźcowania. Szczególnie o to łatwo w przypadku 19-minutowego „In'el”, w którym po paru chwilach trudno się połapać, co jest motywem przewodnim i wokół czego ta zaawansowana trzepanka się kręci, ale i stosunkowo krótki (4 i pół minuty) „Pantheum” też robi solidne zamieszanie pod kopułą, gdy zespół rusza z sekcją 16 solówek. Jeśli więc na Gloire Éternelle miałbym się do czegoś przyczepić — choć raczej w imieniu niewkręconej w takie granie społeczności niż swoim — to tylko do czytelności przepełnionych popisami utworów.
Bez względu na to, jak pokręcone i wymagające dźwięki wychodzą spod palców muzyków First Fragment, doskonale słychać, że sami dobrze się przy tym bawią i nie w głowach im jakiekolwiek ograniczenia. To podejście w jakiś sposób przekłada się na przystępność materiału, który w innym wypadku mógłby być męczący i zwyczajnie niestrawny. Jednym słowem: klasa! Teraz pozostaje nam zadać sobie jedno zajebiście, ale to zajebiście ważne pytanie: jak długo będziemy musieli czekać na kolejną płytę?
ocena: 9/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/FirstFragment/
inne płyty tego wykonawcy:




0 comments:
Prześlij komentarz