7 listopada 2026

Kat – Death Is Not Enough [2026]

Kat - Death Is Not Enough recenzja reviewMoooże jestem jakiś dziwny, ale rzadko nachodzi mnie ochota na niemrawy trzecioligowy heavy metal. Hmmm… właściwie to nigdy. Jak się jednak okazuje, są i tacy, których takie drętwe pitolonko kręci – ot choćby Piotr Luczyk, który na Death Is Not Enough rozpaczliwie próbuje udowodnić światu — choć może raczej samemu sobie? — że ma coś do powiedzenia na gruncie takiej muzyki. Muzyki, na którą tak naprawdę nie ma zapotrzebowania, zwłaszcza wśród będących na wymarciu fanów Kata – kolejna mierna płyta wydana pod tym szyldem to dla nich jak splunięcie w twarz.

Chowając się za wygodnym tłumaczeniem „powrotu do korzeni”, Piotr Luczyk władował w Death Is Not Enough wszystkie swoje fascynacje rachitycznym heavy metalem z naleciałościami topornego hard rocka, nie bacząc na to, że rok 1981 minął już jakiś czas temu, wymagania się zmieniły i nowatorskie naonczas pomysły bardzo szybko i w dodatku brzydko się zestarzały. Na tym krążku nie ma ani stylu, ani charakteru, ani klimatu Kata (z któregokolwiek etapu, nawet z „Mind Cannibals”), są za to występujące w zastraszających ilościach niezbyt subtelne wariacje na temat przytupów Judas Priest i innych ramoli – proste, wtórne, bez jakiejkolwiek wyrazistości i krzty polotu. Jakby tego było mało, całość została podana w oprawie brzmieniowej na poziomie co najwyżej średniej krajowej; o wypasionej produkcji nie ma tutaj mowy.

Nie ukrywam, że nie jest to moja muzyka i nie znajduję w niej zbyt wiele interesujących elementów, ale przynajmniej jeden jej aspekt potrafię szczerze docenić – w przeciwieństwie do tej z „Without Looking Back” jest nieszkodliwa. Death Is Not Enough przelatuje w tle, nie wzbudza żadnych emocji i szybko się o niej zapomina. Materiał jest szalenie schematyczny, miałki kompozycyjnie i jednowymiarowy do tego stopnia, że różnice między najlepszym a najgorszym kawałkiem — można je wybrać na ślepo, bo i czemu nie — są w zasadzie nieistotne – oba zapewniają taki sam… brak wrażeń. 3-4 sensowne solówki i kilka mocniejszych riffów to stanowczo za mało, żeby utrzymać uwagę słuchacza przez 49 jakże monotonnych minut.

Jako że przez kilka ostatnich lat Piotr Luczyk solidnie sobie nagrabił na krajowym podwórku i smród ciągnie się za nim nieziemski, zupełnie mnie nie dziwi, że skład Kata musiał uzupełniać muzykami z importu (i przypuszczalnie po praniu mózgu). Padło na Brazylijczyków, wokalistę i perkusistę, którzy z powierzonego zadania wywiązali się dobrze, co było o tyle łatwe, że nie postawiono przed nimi wielkiego wyzwania. I o ile o pracy perkusji nie ma sensu się rozpisywać, bo to same proste przytupy, których nie da się spierdolić, tak wokale zasługują na wzmiankę. Guilherme de Siervi panuje nad głosem, trzyma się konwencji i nie wkurwia – już tyle wystarczyło, żeby wytrzeć podłogę poprzednikiem. Żaden to zwalający z nóg performance — także ze względu na teksty, bo trzymają poziom okładki — ale to właśnie jego wysiłki byłbym skłonny uznać za najmocniejszy punkt Death Is Not Enough. Może i jedyny.

O dłuższego czasu mam wyrobioną opinię o działalności Luczyka i ani jego cudowna przemiana (padniecie, jak zajrzycie do dzięksów…), ani zawartość Death Is Not Enough, płyty, o której zapomina się już w momencie wyjmowania jej z pudełka, nie są w stanie niczego w tym temacie zmienić. Za to Piotra donos do YouTube chyba oprawię i powieszę sobie na ścianie.


ocena: 5/10
demo
oficjalna strona: kat-band.com

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

0 comments:

Prześlij komentarz