Hour Of Penance zawsze wydawali mi się zespołem, który lubi być w ciągłym biegu, wokół którego musi się coś dziać, a tu proszę – na następcę „Misotheism” przyszło nam czekać prawie pięć lat, mimo iż materiał był gotowy do wydania już w pierwszej połowie 2023. Ktoś tu ostro pokpił sprawę, a tropy prowadzą do Polski… Zaś co do Włochów, czy po dość istotnej zmianie na stanowisku perkusisty skupili całą swoją energię na stworzeniu jak najlepszego materiału? Nawet jeśli tak, to nie do końca im to wyszło, bo Devotion — choć stanowi dowód ich żelaznej konsekwencji w krzewieniu deathmetalowej zagłady — nie dorównuje poprzednikowi.
Stylistycznie wszystko się zgadza, bo Hour Of Penance dalej wymiatają tak, jak lubię: blast goni blast (Giacomo Torti przywędrował z Bloodtruth więc napierdalanie ma obcykane), gitary robią gęstą mielonkę, a wokalista ryczy z pełnym zaangażowaniem. Nie brakuje tutaj zarówno efektownych technicznych zagrywek a’la Nile, jak i charakterystycznych dla zespołu melodii – po prostu klasyka w ich wykonaniu. Niestety poziom utworów na Devotion nie jest aż tak wysoki, jakby się chciało (co nie znaczy, że nie jest wysoki!), a i ogólną fajnością/przebojowością trochę odstają one od tych najlepszych.
Z całą pewnością muzykom Hour Of Penance nie brakuje ani energii, ani pomysłów, ani też odwagi, co słychać zwłaszcza w pojawiających się w paru numerach (szczególnie w „The Ravenous Heralds” i „Spiralling Into Decline”) chórach i elementach symfonicznych. Nie ma ich dużo, nie są też przesadnie wyeksponowane, ale gdy już się pojawiają, robią dobrą robotę – dzięki nim niektóre fragmenty nabierają zajebistej podniosłości, podnoszą adrenalinę i dają większego kopa, a sama płyta zyskuje na klimacie i świeżości. Poza tym patent z epickimi wstawkami sprawdza się jako kontrast dla ekstremalnie szybkiej sieczki – zespół ma kolejne fajne urozmaicenie i przy okazji unika monotonii.
O przewadze „Misotheism” nad Devotion w kwestii poziomu kompozycji już wspomniałem, a to nie wszystko, bo pewien problem widzę jeszcze w produkcji albumu. Ogólnie jest dobra i charakterystyczna dla Hour Of Penance, jednak w brzmieniu jest trudne do zdefiniowania „mglące” coś, co sprawia, że między słuchaczem a muzyką powstaje jakaś bariera i w związku z tym dźwięk nie wali w pysk z pełną mocą. Niby to nic wielkiego ani trudnego do wyeliminowania w procesie masteringu, ale z jakiegoś powodu nic z tym nie zrobiono – ot, zagadka.
Dziewiąta płyta Hour Of Penance na pewno nie zmienia układu w „topie” tego zespołu i do ideału sporo jej brakuje, jednak warto jej poświęcić trochę czasu. Ja bym ją postawił na równi z „Cast The First Stone”, co oznacza, że jest całkiem atrakcyjnym deathmetalowym kąskiem.
ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/hourofpenance
inne płyty tego wykonawcy:
Po nagraniu dwóch znakomitych acz kompletnie od siebie różnych płyt muzycy Brutal Truth wykonali kolejny pewny (?) krok w sobie tylko znanym (?) kierunku i stworzyli Kill Trend Suicide – dziesięcioutworową epkę, która przy pierwszym kontakcie całkiem nieźle udaje pełnoprawnego longa. Po wgłębieniu się w temat materiał okazuje się dość krótki (raptem 23 minuty), a mimo to równie wartościowy, co dwa poprzednie. Zapewnia też równie szeroki wachlarz niepowtarzalnych doznań.
Marketing to rzecz święta, więc choćby miał przyjmować najgłupszą formę, trzeba działać według jego zaleceń, zwłaszcza kiedy cyferki w excelu na koniec roku mają się zgadzać. To właśnie dlatego starano się wypromować Apophys jako zespół członków God Dethroned, Prostitute Disfigurement i zupełnie nieistotnego, acz z jakimś tam dorobkiem, Detonation. Niby nic dziwnego, wszyscy tak robią, ale myk polega na tym, że owi członkowie tych rozpoznawalnych kapel to… perkusista Michiel van der Plicht. Dla porządku wypada jedynie dodać, że jest tu jeszcze gitarniak Detonation, ale nim akurat trudno byłoby się podpierać, bo nie miał nazwiska, za to spory wpływ na muzykę.
Nieważne jak o tobie mówią, ważne by mówili i nie przekręcali nazwiska – chyba z takiego założenia wyszedł Kummerer przy okazji promocji A Sonication – płyty, która nie ma wiele do zaoferowania, poza kontrowersjami natury prawnej. Szambo wybiło wraz z premierą pierwszego singla – byli członkowie zespołu, Christian Münzner i Alex Weber, doszukali się w nim swoich pomysłów, choć mieli ze Steffenem dżentelmeńską umowę, że ich nie wykorzysta, a już na pewno, że nie podpisze ich swoim nazwiskiem. No i cóż, później było tylko ciekawiej, a z każdym kolejnym dniem los Obscury stawał się coraz bardziej niepewny.
Za sprawą bardzo udanego acz skromnego objętościowo debiutu muzycy Noctambulist zyskali uznanie wśród wielbicieli ambitnego death metalu, co w prostej linii doprowadziło ich do podpisania papierków z Willowtip. Dzięki umowie z tak prestiżowym wydawcą Amerykanie dostali szansę rozwoju, awansu w hierarchii i dotarcia do większej liczby słuchaczy, jednak po wydaniu The Barren Form do żadnego wybuchu popularności nie doszło, bo nie dość, że zespół powielił wcześniejsze błędy, to uczynił z nich istotną część tego materiału.
Wydawać by się mogło, że po ponad trzydziestu latach w biznesie (w tym jako wydawca) i stosie nagranych albumów Henri Sattler ma dość wiedzy i doświadczenia, by uniknąć pewnych błędów… A tu proszę: z najdłuższego, najsłabszego i najmniej reprezentatywnego kawałka uczynił numer tytułowy, wrzucił go na początek płyty i w dużej mierze właśnie na nim oparł jej promocję. Rozumiem, że należy to traktować jako kolejną niezbyt wyszukaną formę wyjścia do ludzi-normików, bo dla wieloletnich fanów God Dethroned — a już zwłaszcza tych, którzy byli zawiedzeni zbyt stonowanym
Powrót Massacre z Kamem Lee jako frontmanem zgodnie z oczekiwaniami okazał się artystyczną klapą, a i pod względem czysto komercyjnym najwyraźniej również nie zrobił furory — i to pomimo naprawdę widocznej promocji — czego najlepszym dowodem jest spadek zespołu z Nuclear Blast do Agonii. Lee może sobie coś tam bredzić, że bliskie są mu wartości podziemia i w związku z tym Agonia to dla niego idealna wytwórnia, ale prawda jest boleśnie prosta: rynek negatywnie zweryfikował
Niewiele zjawisk na polskiej scenie przeszło mi tak bardzo koło pięciu liter, jak Батюшка, jej schizma i późniejsze sądowe cyrki między jej pomysłodawcami, toteż nigdy bym się nie spodziewał, że pewnego dnia następca odnogi „krysiukowej”, Патриархь, trafi w moje ręce. A trafił. I to wcale nie był koniec zaskoczeń, bo trafił również w mój gust. Kto wie, może to jeden ze zwiastunów objawionego prorokowi Eliaszowi Klimowiczowi przez boga końca świata?
Czasy mamy takie, że gdzie się nie obejrzeć, tam wyskakuje kolejny super-gwiazdorski projekt, który poza rozpoznawalnymi nazwiskami (a i to nie zawsze) nie ma nic wartościowego do zaoferowania. Do rzadkości należą natomiast sytuacje, żeby w jednym zespole spotkały się AŻ takie osobistości, jak to ma miejsce w przypadku Akurion, a rezultat ich współpracy, choć nie idealny, był naprawdę godny uwagi. Nie bez znaczenia jest także to, że muzyka z Come Forth To Me nie jest aż tak oczywista, jak by to w prostej linii wynikało ze składu, mimo iż wydawca ma na ten temat inne zdanie i promuje ją w niewyszukany sposób.
Dobrego grindu ci u nas niedostatek, więc i takie, skromne objętościowo płytki przyjmuję z dużą radością. W dwudziestą rocznicę powstania zespołu i dziesiątą wydania „Degenerate” Ass To Mouth uraczyli nas krążkiem numer trzy. Krążkiem, który chociaż w żaden sposób nie jest przełomowy, potwierdza wysoką pozycję kapeli na europejskiej scenie. Zdawać by się mogło, że z powodu tak długiej przerwy chłopaki będą potrzebowali trochę czasu i paru mniejszych wydawnictw na należyte rozruszanie kończyn i dojście do optymalnej dyspozycji, ale nic bardziej mylnego.


