Trochę to trwało, w dodatku nadzieje na to były niewielkie, ale w końcu Kreator odbił się od artystycznego dna i powrócił. Nie, nie do korzeni ani do topowej formy, a po prostu do pisania akceptowalnych piosenek, które nie odrzucają i nie budzą zażenowania już przy pierwszym kontakcie. Może to i nisko zawieszona poprzeczka jak na legendę teutońskiego thrash’u, ale biorąc pod uwagę, w jak głębokim kryzysie znajdował się zespół, trzeba się cieszyć nawet z małych rzeczy, jak to śpiewała Sylwia Grzeszczak. No i Krushers Of The World w jakimś stopniu cieszy, jednak nie na tyle, żeby prorokować Niemcom rychły renesans i lata prosperity.
Mille i spółka nie zmienili niczego w formule grania, więc o wtórność i schematyczność Krushers Of The World z grzeczności lepiej nie pytać (choćby „Blood Of Our Blood” zalatuje moim ulubionym „System Decay”), ale chyba zaczęli potajemnie przyjmować testosteron albo inne utwardzacze, bo materiał jest cięższy i ma znacznie większego kopa niż dwa (co najmniej) poprzednie, a po jego wysłuchaniu nie trzeba przyjmować insuliny wiadrami. Nie chcę przez to sugerować, że szesnasty album Kreator nie jest chwytliwy czy super melodyjny — bo jest! — ale zarówno melodyjność jak i chwytliwość przez większość czasu są utrzymane w granicach rozsądku, zaś na pierwszym planie jest jednak dość agresywny i dynamiczny thrash z — i to jakaś nowość — okazjonalnymi naleciałościami szwedzkiego melodeath’u w typie Arch Enemy (jak w „Satanic Anarchy”, „Tränenpalast”, „Deathscream”).
Ogólne podostrzenie muzyki nie wpłynęło w najmniejszym stopniu na to, co od dłuższego czasu definiuje styl Kreator – łatwe do podłapania refreny. Dosłownie każdy numer zawiera jakieś niewyszukane hasło (czasem tylko bzdurny tytuł – vide „Barbarian”), które przynajmniej w teorii powinno porwać stadiony. I to nawet działa – można dać się ponieść chwili i pokrzyczeć, byle tylko nie wnikać w treść. Wiecie – zanim dotrze do nas, że to bez sensu, bo Mille nie raz i nie dwa wyskakuje z takimi pierdołami, że ręce opadają z niedowierzania. To właśnie dlatego tak mocno doceniam na Krushers Of The World naprawdę udanie wkomponowane partie chórów (m.in. „Seven Serpents”, „Psychotic Imperator”, „Loyal To The Grave”) – nadają kawałkom większej powagi i stanowią niezłą kontrę dla banałów zawartych w tekstach.
Krushers Of The World brzmi pełniej, bardziej szorstko, mięsiście i „koncertowo” od „Hate Über Alles”, co ma związek ze zmianą studia i producenta – Kreator ponownie wybrał się do Fascination Street w Szwecji. Doświadczenia zdobyte przy pracy nad „Phantom Antichrist” i „Gods Of Violence” zaprocentowały dość naturalnym, czytelnym i głębokim dźwiękiem, który nie razi plastikiem ani obsesyjnymi poprawkami, choć oczywiście słychać ogrom pracy włożonej w uzyskanie takiego efektu. W każdym razie brzmienie jest tym elementem albumu, którego najmniej można się czepiać.
Niemcy nagrali materiał, który nie poraża przesadnie ambitnym podejściem do własnej twórczości, mało tego, powiela wiele błędów z poprzednich płyt, ale jako niewymagająca thrash’owa łupanka sprawdza się całkiem nieźle – w sam raz, żeby się przy niej wyszaleć na koncercie. A przy okazji opalić facjatę od pizgającej pirotechniki.
ocena: 6,5/10
demo
oficjalna strona: kreator-terrorzone.de
inne płyty tego wykonawcy:
Przez dobre kilka miesięcy byliśmy zewsząd atakowani tematem pożegnalnej płyty Megadeth i jej znaczenia dla dalszych losów ludzkości. Wiadomo, to przecież taki wzruszający moment, koniec epoki i nieśmiertelne dziedzictwo pozostawione maluczkim – ogólnie podziw i smuteczek bardzo. O będącym w tym samym punkcie „kariery” Monstrosity jest natomiast cicho… Nie ma się bowiem co oszukiwać, przy tak niemożebnie rozciągniętym procesie twórczo-wydawniczym Screams From Beneath The Surface może się okazać ostatnim krążkiem w dorobku tego zasłużonego, acz niezbyt pracowitego zespołu, nawet jeśli Lee Harrison jeszcze nie zdaje sobie z tego sprawy.
Stało się, Mustaine posłał Rattleheada do piachu. Nie pierwszy to raz, ale ponoć już definitywnie ostatni. Koniec, kropka, kaplica, więcej płyt Megadeth nie będzie – cała kampania promocyjna Megadeth została oparta właśnie na tym. Nikt się nawet słowem nie zająknął, że to ma być najlepszy album w dorobku zespołu, że może najszybszy, że najcięższy, że najbardziej chwytliwy, że cokolwiek innego – nie, po prostu pożegnalny. Doceniam, że sprawę postawiono uczciwe i nie próbowano mydlić oczu fanom, że oto po ponad 40 latach grania Rudy nagle wzniósł się kompozytorsko na wyżyny. Nie wzniósł, ale i tak będzie miał godne epitafium.
W Unique Leader już od dłuższego czasu dzieją się rzeczy dla mnie niepojęte, choć może Wydział Dociekliwych ze skarbówki miałaby na ten temat inne zdanie… Z boku wygląda to tak: Amerykanie olewają swoje najlepsze zespoły tylko po to, żeby później ładować kasę w wzięte z dupy deathcore’owe i slamowe nieporozumienia, które jak przypuszczam nie pozwalają im nawet wyjść na zero. W tym pozbawionym nadzoru (Erik Lindmark…) burdelu najbardziej marnowali się Cytotoxin, którzy przy odrobinie rzetelnego wsparcia mogli być już na poziomie Aborted i śmigać po świecie jako headlinerzy wielomiesięcznych tras. Tymczasem po 15 latach grania sami muszą wydawać sobie płyty, zupełnie jak na początku „kariery”.
Po paru latach błądzenia w stylistycznej mgle Fleshgod Apocalypse wreszcie wyszli na prostą i chyba znaleźli optymalną dla siebie niszę, bo Opera to zdecydowanie ich najlepszy, najbardziej przekonujący i dopracowany album od czasu
W ciągu zaledwie dekady Gaerea dorobiła się rozpoznawalności porównywalnej z pastéis de nata, stała się zespołem, „o którym się mówi” i który w pewnych kręgach wywołuje niemałe kontrowersje. Na Coma, płycie numer cztery, Portugalczycy chyba osiągnęli swoją ostateczną formę. Ostateczną (nie mylić ze szczytową!), czyli taką, z jaką jeszcze nie mam problemu, a mógłbym mieć, bo wyczuwam w tych dźwiękach, że muzycy stanęli na rozdrożu i zaczęli powoli kalkulować, co tu dalej zrobić, żeby było dobrze. Nie ulega wątpliwości, że zamaskowany kwintet miał świadomość komercyjnego potencjału, więc pojawiło się pytanie: ile będzie chciał z niego wycisnąć.
Chłopaki z Vitur mogą tego nie pamiętać, ale ćwierć wieku temu death metal był najbardziej rozpoznawalnym na świecie polskim towarem eksportowym zaraz po wódzie i ceramice z Bolesławca, a nasze kapele wespół z amerykańskimi rządziły w rankingach i były stawiane za wzór. Z czasem sytuacja uległa znacznemu pogorszeniu, bo część starych wyjadaczy się wykruszyła, zaś nieliczni młodzi gniewni w większości jakością swych poczynań nie potrafili nawet nawiązać do chlubnych tradycji. Tak doszliśmy do stanu obecnego, kiedy, co przyznaję z bólem, znalezienie wartościowego debiutanta graniczy z cudem. W tych okolicznościach Transcending The Self napawa pewnym, acz nieprzesadnym optymizmem.
Ten irlandzki kwartet z dorobkiem obejmującym zaledwie demo, epkę i debiutancką płytę szybko wyrósł na jednego z czołowych przedstawicieli chaotycznego death/black metalu. Jak dla mnie – trochę na wyrost, bo skupił się bardziej na sprawnym odgrywaniu patentów podpatrzonych u innych, niż na wprowadzeniu do tego stylu czegoś charakterystycznego tylko dla siebie. Sam zespół chyba też doszedł do podobnych wniosków i coś w tym temacie kombinował, bo prace nad następcą „Across Deaths” zabrały mu szmat czasu. Wreszcie, po siedmiu latach trzymania fanów w niepewności, Malthusian objawił się nieco niespodziewanie w Relapse z krążkiem numer dwa.
Zespół Clairvoyance zaistniał w mojej świadomości przy okazji przekopywania katalogu Blood Harvest kilka lat temu, jednak do pierwszego kontaktu z jego muzyką musiało upłynąć trochę czasu. Teraz pluję sobie w brodę, że tak długo zwlekałem, bo Chasm Of Immurement to kawał porządnego gruz-metalu, który wyraźnie, w dodatku z łatwością, wybija się ponad średnią gatunkową, a jest to o tyle duże osiągnięcie, że większość kapel tego nurtu wydaje się robić wszystko, byle tylko od tej średniej w żaden sposób nie odstawać i nie być posądzonym o zdradę ideałów.
Ehhh… lata mijały, rozczarowanie narastało, no i w końcu proroctwo z recenzji 


