O Ominous Bloodline można śmiało napisać, że z przytupem wieńczy drugi etap kariery Beheaded – te kilka lat od przełomu wieków, kiedy zespół był totalnie zafascynowany nowoczesnym (wówczas) brutalnym death metalem z Ameryki. Maltańczycy nagrali wtedy najmocniejszy materiał na jaki było ich stać, po czym zrobili sobie dłuuugą przerwę, by powrócić w odmienionym składzie i z zupełnie inną muzyką. Czyżby w międzyczasie zabrakło im pary do napierdalania na najwyższych obrotach? Mało prawdopodobne. To może znudził ich taki styl? To akurat całkiem możliwe. Ja jednak jestem przekonany, że po prostu doszli do wniosku, że w jego ramach zrobili już wszystko i później tylko by się powtarzali.
Od pierwszych taktów „Crowned With Repression” słychać, że opisywanym krążkiem Beheaded w praktyce doszli do ściany – raz, że stworzyli album pod każdym względem lepszy od poprzedniego: brutalniejszy, znacznie szybszy, bardziej techniczny, sprawniej wybulgotany i lepiej zrealizowany, a dwa, że dobili do poziomu sławniejszych kapel zza wielkiej wody. Niemal każdy element Ominous Bloodline wpisuje się w kanon wypracowany w okolicach Nowego Jorku i Kalifornii, wszystko jest wykonane w zgodzie z brutal-death’ową sztuką – fachowo, precyzyjnie i z dużą dbałością o szczegóły. Tempa większości utworów są szybkie i bardzo szybkie, choć nie brakuje tu również groove, który przebija się zwłaszcza w ostatnich trzech kawałkach. Ogólnie zespół zadbał o dynamikę, więc o zamulaniu nie ma mowy nawet w tych wolniejszych fragmentach. Moim faworytem jest urozmaicony „Conceived To Dominate” – pewnie dlatego, że zespół zaszalał z rozbudowaną solówką i upchnął w nim dużo wpływów Suffocation.
No właśnie, wpływy… Oprócz wspomnianego Suffocation, na Ominous Bloodline wyraźnie słychać Disgorge, Dying Fetus, Misery Index, Pyrexia czy Deeds Of Flesh. Na tyle wyraźnie, że przy odrobinie nieuwagi można stracić orientację, kogo i jakiej płyty właściwie słuchamy. I to jest dla mnie największy problem tego albumu. Pod względem wykonania i brzmienia nie można mu w zasadzie niczego zarzucić, ale oryginalność… Nie ma tu ani śladu własnej tożsamości i naprawdę trudno odróżnić materiał Beheaded od dziesiątków innych utrzymanych w podobnym stylu. Jedyne, co na siłę można określić jako nietypowe, to podejście do solówek, bo zespół pozwala sobie w nich na odrobinę melodii, a może nawet próbuje robić jakiś klimat. Mało? Zależy dla kogo…
Myślę, że trzeci krążek Beheaded powinien spasować większości fanów brutalnego death metalu, przynajmniej tym, którzy nie oczekują od muzyki niczego rewolucyjnego. Ominous Bloodline to materiał utrzymany na wysokim poziomie, mimo to ma głównie wartość użytkową – odpala się go wtedy, gdy chce się posłuchać czegoś co po prostu rzetelnie napierdala, a doznania estetyczne nie mają specjalnego znaczenia.
ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/BeheadedMT
inne płyty tego wykonawcy:
Dawno temu, gdy internet był w powijakach, były (a czasem wciąż są) niektóre stronki internetowe, co to wrzucały nieraz pełne albumy w kiepskiej jakości. Czy ktoś pamięta taki format pliku „.rm”? Było to coś wręcz okropnego, ale właśnie w takiej wersji usłyszałem po raz pierwszy ten klasyk. I była to niestety angielska wersja z Kupczykiem na wokalu, o której szkoda słów, bo efekt końcowy wyszedł tragicznie.
Zdaje się, że z pomocą drogich czytelników powstał nieoficjalny cykl „Stare-(nie)zapomniane”, czyli albumy (a dokładniej mówiąc jeden album) zespołu mniej znanego, którego dzieła nie powinno się zapomnieć. Dodam, że z wielką chęcią zapoznam się z tymi (rzekomymi) diamentami.
Czy Hellwitch to najbardziej leniwy i zarazem konsekwentny zespół w dziejach death/thrash’u? Nawet jeśli nie — w co ja szczerze wątpię, a o czym wy zaraz się przekonacie — to przypuszczam, że spokojnie łapią się do pierwszej trojki. Po bagatela 14 latach Amerykanie poszerzyli swój skromny katalog o płytę numer trzy. Mimo iż zawartość albumu jest hmm… kontrowersyjna i wywołuje dość ambiwalentne uczucia, Annihilational Intercention warto poświęcić przynajmniej kilka przesłuchań, zanim zespół ponownie zamilknie na dekadę z okładem albo w ogóle rozpadnie się w cholerę.
Swego czasu miałem sobie grypkę (zwyczajną, żadne modne wirusy) i tak sobie wieczorkiem leżałem i nic mi się nie chciało robić. Postanowiłem więc, jak każdy inny normalny człowiek w mojej sytuacji, puścić sobie coś na wieży. Wyboru możecie się chyba domyśleć.
W dwa lata po powalającym debiucie Gorgasm uderzył po raz kolejny i z miejsca dopisał sobie do dyskografii kolejnego klasyka. Masticate To Dominat, podobnie jak
Przedstawiam dzisiaj szacownemu Państwu zespół, który perfekcyjnie łączy Grindcore z Death Metalem, i robi to dłużej niż ktokolwiek inny. Aczkolwiek chętniej wolałbym użyć słów „przypominam o istnieniu takowego zespołu”. Niestety, rzeczywistość skrzypi jak nienaoliwione drzwi i jest jaka jest. Ergo, zapewne wielu z was nigdy nie słyszało o czymś takim jak Blood. Tytułem wstępu muszę więc wytłumaczyć wam, że ta niemiecka grupa jest bodajże jedną z tych starszych ekip (to zresztą moje opus moderandi – przypominanie starego i zapomnianego), bo sięgającą aż roku 1986.
Po dobrze, choć nieprzesadnie entuzjastycznie przyjętym
Mam nadzieję, że ta recka nie będzie odebrana koniunkturalnie, bo gdzieniegdzie zaczyna się robić troszkę głośniej o Dira Mortis, ale patrząc na to, że grupa powstała jeszcze w ’98 r. i robienie kariery zajęło im kilka dekad, to stwierdziłem, że najlepiej przyjrzeć się ich pierwszemu albumowi (choć słowo EP-ka bardziej by tu pasowała) i zadumać nad tym, ile trzeba samozaparcia, aby brnąć w tak niewdzięczną pasję, jak granie Death Metalu.
Anglicy nigdy nie byli potęgą w death metalu. Owszem, posiadają kilka zacnych kapel, które mają wielkie znaczenie historyczne, ale myśląc „scena death metalowa” w głowie mamy głównie scenę amerykańską, szwedzką czy polską. Niemniej jednak są kapele, które warto uratować przed zapomnieniem.


