Czekałem, wypatrywałem, upewniałem się, czy aby na pewno Hysteria jeszcze istnieje, czekałem, wypatrywałem… I tak przez kilka ostatnich lat. W końcu z deka leniwi Francuzi wzięli się za siebie i uraczyli fanów krążkiem numer trzy cztery. Wiadomo, że przy okazji długo (zbyt długo!) wyczekiwanych albumów w 99 przypadkach na 100 materiał nie jest w stanie sprostać wymaganiom słuchacza, a co bardziej optymistyczna reakcja po premierze sprowadza się jedynie do beznamiętnego „mogło być lepiej”. Ehhh… Nie, nie skopiuję tu recki poprzedniego albumu, choć pokusa jest naprawdę duża, bo powtórzony opis nie wpłynąłby w istotny sposób na rzetelność tekstu. Znaczy to tylko tyle, że Francuzi znaleźli się na równi pochyłej, a przy okazji potrzebują coraz więcej czasu, żeby zmajstrować coraz słabszy krążek.
Spokojnie, spokojnie, zaraz się rozkręci – wmawiałem sobie podczas pierwszego odsłuchu Heretic, Sadistic And Sexual Ecstasy…; jednak mijały kolejne minuty i nic takiego nie nastąpiło, a oprócz paru fragmentów (liczonych w sekundach!) z przyzwoitym blastowaniem w „My Carnal Desire” i „Armageddon Must Come”, do końca czwartej płyty Hysteria nie zadziało się nic, co by mogło zostawić jakikolwiek trwały ślad w pamięci. Francuzi nagrali album w umiarkowanych tempach, umiarkowanie brutalny i umiarkowanie chwytliwy. Tylko wtórność i przewidywalność tego materiału stoją na ponadprzeciętnym poziomie. Objętościowo Heretic, Sadistic And Sexual Ecstasy… nie odbiega od „Flesh, Humiliation And Irreligious Deviance”, jednak ze względu na rozlazłe i zagrane bez inwencji i przekonania kompozycje dłuży się i zamula. Aż trudno uwierzyć, że prawie ten sam skład (z wyjątkiem basisty) podpisał się pod zabójczym „When Believers Preach Their Hangman’s Dogma”.
Styl zespołu został mocno zanieczyszczony wpływami klimatycznego black metalu (zwłaszcza wokalnie), gdzieś uleciał znany z poprzednich produkcji ciężar, a w miejsce masywnych kataklysmowych riffów pojawiły się łagodne patenty a’la Gojira („Thelema”, tytułowy). Oczywiście, niektóre z tych dodatków same w sobie wcale nie byłyby złe, gdyby je lepiej wkomponowano w całość i zachowano lepszy balans między nimi a stanowiącym podstawę (przynajmniej w teorii) brutalnym death metalem, z którym Hysteria byli przecież kiedyś kojarzeni. A tak – każdy, nawet najspokojniejszy kawałek z poprzedniej płyty ma więcej pierdolnięcia niż cały Heretic, Sadistic And Sexual Ecstasy…. Brzmi to, jakby Francuzi koniecznie musieli coś nagrać, ale nie chcieli się przy tym zbytnio wysilać, więc dla dobra sprawy postawili na oklepane schematy i wszechobecne kompromisy.
Do pewnego momentu bardzo sobie ceniłem twórczość Hysteria i zawsze będę szczególnie chętnie wracał do drugiego krążka, ale wypatrywanie następców Heretic, Sadistic And Sexual Ecstasy… już sobie odpuszczę. Francuzi na własne życzenie rozmieniają się na drobne i trwonią niemały przecież potencjał.
ocena: 6/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/hysteria.deathmetal.lugdunum
inne płyty tego wykonawcy:
Nie tak dawno temu Banisher odbębnił dwudziestolecie działalności w branży rozrywkowej, co samo w sobie jest całkiem niezłym wynikiem, jednak gdy przeliczymy czas spędzony na scenie na dorobek płytowy, wygląda to raczej skromnie. Oczywiście, nie ilość się liczy, tylko jakość… Nooo… i tu mamy problem, bo nie dość, że na Metamorphosis zespół zaliczył wyraźny spadek formy, to jeszcze mocno pogubił się stylistycznie – jakby kompletnie nie wiedział, za co się złapać, w jakim pójść kierunku i właściwie dlaczego.
Czy macie może tak, że jakiś zespół lub jakiś utwór są żywcem wycięte z waszego życiorysu? Szczególnie gdy skupicie się na warstwie lirycznej. U mnie to właśnie krakowskie Biesy (a w sumie bies [Osoba biesowa? – przyp. demo] zwany PR) i debiut Noc Lekkich Obyczajów sprawił, że powróciłem pamięcią 20 lat do tyłu, do czasów studiów akurat w Krakowie. Kiedy to człowiek zostawał „Rzucony w przestrzeń”, gdzie w Noc Lekkich Obyczajów „Czerń nas prosi”, a takie hulanki wchodzą nam „W krew” i tak „Każdego dnia” powtarzały się ciężkie „Powroty”.
Worm zasłynął przynajmniej z dwóch rzeczy: z dość oryginalnego podejścia do podziemnego doomu oraz z ogromnych skoków jakościowych między kolejnymi wydawnictwami. Gdy zestawimy ze sobą prymitywny „Evocation Of The Black Marsh” i ambitny „Foreverglade”, możemy łatwo dojść do wniosku, że mamy do czynienia z dwoma różnymi zespołami z zupełnie innej ligi. Przy okazji czwartej płyty robaczywy duet postanowił pójść ze zmianami jeszcze dalej, mocno rozwijając nie tylko samą muzykę, ale i jej otoczkę, całymi garściami czerpiąc z żenującego wizerunku czołowych przedstawicieli niby symfonicznego black metalu z połowy lat 90. XX wieku. Oprawa graficzna, zdjęcia, stroje, teledyski, tytuły – wszystko to nawiązuje do najgorszych klisz znanych z twórczości Dimmu Borgir, Cradle Of Filth, Ancient czy Limbonic Art.
Dla każdego, kto kolekcjonuje płyty i kupuje je w tradycyjny sposób, wiadomym jest, iż wiążą się z tym różne historie. Nieważne czy to CD, winyle, a nawet kasety. Niespodziewany zakup, cudowne objawienie na koncercie czy też udana licytacja po zaniżonej cenie. Mianownik jest jeden: dorwanie w łapska upragnionego krążka. Zaczynając w ten sposób można prosto pomyśleć, że recenzowany Oremus ma jakieś „backstory”. Nic bardziej mylnego. Nie mam pojęcia gdzie i kiedy zakupiłem tę płytę. Mogę jedynie przypuszczać, że musiało być to podczas koncertu Blaze of Perdition, których nie znosiłem, ale był czas, kiedy grali wszędzie gdzie widniał napis „black metal”, poczynając od Wrocławia i kończąc na Rzeszowie. Chcąc-nie-chcąc widziałem ich często. Do zakupu mogła przekonać mnie okładka i pewnie cena, która prawdopodobnie była podobna do kosztu browara.
Wyjątkowo entuzjastyczne przyjęcie debiutu sprawiło, że czterej młodzieńcy z Martyr jeszcze mocniej przyłożyli się do prac nad kolejnym materiałem; tak mocno, że w rezultacie stworzyli jeden z absolutnie najlepszych deathmetalowych krążków, jakie kiedykolwiek powstały w Kanadzie. Krążek, który pomimo upływu ponad 25 lat od premiery nie stracił niczego ze swojej świeżości, i który wciąż zachwyca rozmachem i wizjonerstwem rozwiązań aranżacyjnych. To nie lada wyczyn zważywszy na to, że zespół miał ostro pod górkę – raz, że już na
„It's just one of those days when you don't wanna wake up, / Everything is fucked, everybody sucks.” – Cytat z jednego z utworów Freda Dursta (tak, trauma dziewiczych czasów) tutaj akurat trafia w sedno dzisiejszego albumu. Czy każdy z nas nie ma takiego dnia, że z żony zrobiłby worek treningowy, dzieci połamał jak zapałki, a zwierzaka kopem wysłał na orbitę? Wkurw przyniesiony z pracy, z urzędów czy szpitali, czyli po prostu z życia wzięte. I tutaj w sukurs przybywa nam muzyka (cholera czuję się jakiś przedstawiciel Mango…). U nas metalowców minus + minus daje plus. Na wkurw pomaga nam muzyka emanująca agresją, która u „normalsa” spowodowałaby opętanie przez cały legion demonów. Tak to już z nami, „poyebami”, bywa. A na 666% w moim przypadku. I właśnie tutaj, jako remedium na wkurw pojawia się poznańska black metalowa formacja Strandhogg i ich jedyne dzieło Ritualistic Plague (Evangelical Death Apotheosis).
Wraz z wydaniem
Los bywa przewrotny – mój pierwszy kontakt z Antiversum zakończyłem z mocnym postanowieniem, że więcej kontaktów z Antiversum nie przewiduję. Na „Cosmos Comedenti” z 2017 nie znalazłem kompletnie niczego, co by mnie mogło na dłużej przykuć do głośników albo choćby zmusić do zagłębienia się w tamten materiał. Miała być potęga kosmosu, wyszła pospolita nuda. Przez kolejne kilka lat w ogóle nie zawracałem sobie głowy Szwajcarami, aż w niejasnych okolicznościach trafiłem na De Nemesis Omnes Et Omnia. Zespół dostał zatem drugą szansę; tej już nie zmarnował, aczkolwiek mógł się postarać bardziej.
Źle się dzieje w grindzie polskim, a mam tu na myśli jego najstarszych przedstawicieli, bo z bogatego katalogu ekip znanych na całym świecie ostała nam się ich tylko garstka: Squash Bowels, Neuropathia i Epitome, spośród których tylko ci ostatni są jako tako aktywni wydawniczo. Jest źle, a mogło być jeszcze gorzej, bo po wydaniu profetycznie-złowróżbnie zatytułowanego 


