30 grudnia 2025

Mayhem – De Mysteriis Dom Sathanas [1994]

Mayhem - De Mysteriis Dom Sathanas recenzja reviewSą takie dzieła, które ciężko jednoznacznie ocenić. Zwłaszcza jeśli w czasie naszej podróży, zwanej powszechnie życiem, idee, system wartości czy wyznawane przekonania ulegają, jeżeli nie zmianom, to pewnym modyfikacjom. Cały ten proces ma miejsce dzięki tajemniczemu składnikowi nazwanym doświadczeniem. Dzięki przeżywaniu i doświadczaniu, coś co kiedyś uważaliśmy za arcydzieło, ulega degradacji, a czasami coś, co przez lata uważaliśmy za jakiś średniak, nagle urasta do rangi co najmniej „wow, nie tak to sobie zapamiętałem”. To co tyczy się arcydzieł stanowi magię ich nieśmiertelności. To znaczy, pamiętamy jak usłyszeliśmy jakąś płytę około 20 lat temu i obecnie wzbudza w nas te same pozytywne emocje. Nieważne, że wiemy lepiej, rozumiemy więcej, jesteśmy mądrzejsi (przeważnie), a jakieś dzieło nadal rozwala nas na łopatki. Takie twory chyba spokojnie możemy nazwać arcydziełami. Rzecz jasna arcydziełem dla nas. To bardzo subiektywne spojrzenie, bo zapewne każdy ma inną definicję owego pojęcia. Jest wszelako jeszcze jedna miara, czysto obiektywna. Ciężar historyczny. Przecież nie każda płyta, która wyszła w minionym wieku miała wpływ na swój gatunek. De Mysteriis Dom Sathanas tę wagę posiada. Dlaczego? Dlatego, że debiut Mayhem to nie tylko pierwsza duża płyta Norwegów, ale też płyta naznaczona krwią. Krwią jednego z założycieli nazywającego się Øystein Aarseth ps. Euronymous. Ojca zespołu, który tego debiutu nie dożył. Nie jestem tutaj, by oceniać postacie Euronymousa i Varga, ale to co między nimi się wydarzyło wpłynęło także na De Mysteriis Dom Sathanas, choćby w tym że usunięty z „credistów” został ów Varg odpowiedzialny za bas.

Moja prywatna droga z tym albumem jest burzliwa niczym związki Ridge’a z „Mody na Sukces.” Od uwielbienia (to jedna z pierwszym zakupionych płyt) po odrzucenie i zapomnienie na lata. Teraz postanowiłem odkurzyć ten materiał i przynajmniej spróbować jak najbardziej obiektywnie sprawdzić, czy historycznemu ciężarowi tego krążka dorównuje muzyka.

Okładkę przedstawiającą katedrę w Nidaros na niebiesko-czarnym tle zna chyba każdy tytułujący się metalowcem człowiek. Osiem utworów składa się na 46 minut muzyki.

Przywita nas „Funeral Fog”. Wrzynające się gitary i rytmiczna perkusja nastrajają na nadciągający mrok. Grubo po ponad minucie wejdzie wokal Węgra Attily. Myślę, że jest to pewnego rodzaju ściana. Od tego wokalu można się odbić. Trudno ten śpiew nawet opisać. Jęk przez zaciśnięte zęby? Coś co lata temu mi przeszkadzało i do dziś mnie nie przekonuje. Muzyka tak doskonale mi znana, niemal jak pamięć mięśniowa, nadal iskrzy z wokalem. „Freezing Moon” to czysty klasyk. Początku, aż wstyd nie znać. Nie będę się rozpisywać nad kolejnymi kultowym utworami, bo bym się powtarzał. Muzyka majstersztyk, wokal raz lepiej, raz gorzej. Nie przekonam się do niego zapewne nigdy. Co prawda na najnowszych dziełach Mayhem zacząłem się z Attilą i jego śpiewem „dogadywać”, ale zapewne to wynik wieku wokalisty i tego, że lata potrafią zmieniać ton, barwę czy styl śpiewu. Skupię się zatem na całości De Mysteriis Dom Sathanas. Bez wątpienia jest to płyta głęboka. Musimy poświęcić jej czas. Odpalenie jej za dnia podczas np. mycia podłogi, żeby leciała w tle to czystej krwi bluźnierstwo. Cisza, mrok wokół, ew. zapalone świece dla klimatu to odpowiednie nastawienie. De Mysteriis Dom Sathanas odwdzięczy się nam świetną, mroczną i klimatyczną oprawą, a kto wie może i się wokal spodoba? Przecież to odczucie czysto subiektywne. Milionom ludzi się podoba, więc coś w tym musi być. Warto też zaznaczyć zaangażowanie Węgra. Oglądając program o powstaniu tej płyty wspominał, że nagrywając wokale zamykał się w pokoju nagrań, odpalał czarne świece i chłonął mrok by móc go „oddać” w liniach wokalnych.

Zatem jak ocenić tę płytę? Powrót po latach utwierdził mnie w przekonaniu, że jest ona z pewnością dobra. Nie jest dla mnie arcydziełem, bo takowe już wcześniej u nich powstało, o czym na końcu krótko napiszę. Ocena według mnie nie powinna być niższa niż ta szatańska, szemrana szóstka. Za oddanie czarnych serc przy nagraniach, za wagę historyczną albumu, za przelaną krew, ale też za wyśmienite utwory muzyczne, które weszły do kanonu black metalu. Czy można płycie dać 10? I to jeszcze jak! De Mysteriis Dom Sathanas ma wszelkie ku temu zadatki i tylko nad nas zależy, czy pochłonie nas mrok całkowicie.

Osobiście uważam, że Euronymous byłby zadowolony z debiutu. A tym bardziej ze statusu jaki Mayhem ma w tej chwili. Ja jednak, jak napisałem wyżej, za arcydzieło uważam wydaną rok wcześniej koncertówkę „Live in Leipzig”. Dlaczego? Z prostej przyczyny. Wokal. To jednakże opowieść na inny czas. Cytując i modyfikując nieco klasyka filmowego: „Who’s Dead? – Dead is dead, baby. Dead is dead”.


ocena: 7/10
Lukas
oficjalna strona: www.thetruemayhem.com

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

26 grudnia 2025

Warbringer – Wrath And Ruin [2025]

Warbringer - Wrath And Ruin recenzja reviewWarbringer już od ponad dekady znajduje się u mnie w czołówce współczesnego thrash’u, choć tak naprawdę przez całą swą karierę zespół nie zrobił niczego przełomowego, wizjonerskiego czy choćby zaskakującego, aby w takiej czołówce się znaleźć. Amerykanom wystarczyło umiejętnie połączyć to, co w tym gatunku najlepsze, zadbać o odpowiednią produkcję i wysoki poziom wykonania – niby to takie proste, a jednak niewielu zespołom to się udaje. Warbringer udało się po raz kolejny, bo Wrath And Ruin to dowód ich konsekwencji i następna mocna pozycja w dyskografii; płyta, która tą najlepszą/ulubioną pewnie nie zostanie, ale tak na dobrą sprawę nie ma jej czego zarzucić.

Odkąd zespół wypracował swój charakterystyczny styl, nie eksperymentuje i nie dokonuje już większych/istotnych zmian w jego obrębie – tak też jest w przypadku Wrath And Ruin. Jasne, czasem chłopaki zagrają bardziej epicko („Cage Of Air”), czasem bardziej melodyjnie („Through A Glass, Darkly”), ale trzonem muzyki pozostaje intensywna thrash’owa młócka: żwawe tempa, ostre riffy, efektowne solówki i agresywny wokal. Warbringer dysponują dość szerokim arsenałem środków, więc pomimo upływu lat nie wyczerpali tej prostej formuły, o czym najlepiej świadczy to, jak gładko „The Sword And The Cross” i „Neuromancer” wtopiły się w aktualną setlistę zespołu – to nie tylko kawałki, które Amerykanie grają, bo są nowe i czymś trzeba promować album, ale również dlatego, że szybko chwyciły i publika się ich domaga. Chyba właśnie to przesądza o sukcesie i wyjątkowości tej kapeli: potrafi pisać hity.

Co istotne, na Wrath And Ruin nie trafiły tylko dwa porządne utwory, które miały odwrócić uwagę od całej reszty przypadkowych wypełniaczy, bo właściwe wszystkie mają równy potencjał, żeby zostać koncertowymi szlagierami. Nie oznacza to jednak, że wszystkie zbudowano w oparciu o ten sam przewidywalny schemat. Każdy kawałek ma tutaj sporo do zaoferowania (zwłaszcza te najdłuższe i najbardziej urozmaicone, choćby „The Last of My Kind”), każdy też jest inny i wyróżnia się na tle pozostałych, ale nie na tyle, żeby jakimiś głupimi zagrywkami rozpieprzyć spójność albumu. Takie podejście do kompozycji sprawia, że materiał skupia uwagę od początku do końca i nie pozostawia miejsca na nudę.

Warbringer przez lata przyzwyczaili fanów do porządnego, pozbawionego udziwnień brzmienia wykręconego wespół z takim czy innym uznanym fachowcem, więc fakt, że Wrath And Ruin brzmi porządnie i bez udziwnień nie zaskakuje. Zaskakuje natomiast to, że za produkcję odpowiada Mark Lewis, a więc człowiek, który czasem przy robocie lubi odwalić manianę. Tym razem się przyłożył i jakość dźwięku naprawdę trzyma wysoki poziom, a za super czytelny bas należy mu się nawet pochwała. Obraz całości psuje jedynie… obraz na okładce; zresztą nie pierwszy to raz. Przy całym szacunku dla dorobku Andreasa Marschalla, Warbringer powinni się trzymać od niego z daleka – to już trzecie nieudane podejście, więc wystarczy.

Amerykanie nie są już tak aktywni wydawniczo, jak na początku działalności i mocniej skupiają się na życiu w trasie, jednak gdy już wysmażą coś nowego, to zdecydowanie jest na czym ucho zawiesić. Co prawda za sprawą takich krążków jak Wrath And Ruin żaden przełom w ich karierze już się nie dokona, ale wciąż mogą liczyć na poszerzenie grona odbiorców.


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: www.warbringermusic.com



Udostępnij:

17 grudnia 2025

Quadvium – Tetradōm [2025]

Quadvium - Tetradōm recenzja reviewSteve DiGiorgio i Jeroen Paul Thesseling – dwóch magików czterech (domyślnie) strun, którzy trwale — choć w różnych okolicznościach przyrody — zmienili postrzeganie roli bezprogowego basu w ekstremalnym metalu. Gdyby nie oni, scena technicznego, a już zwłaszcza progresywnego death metalu wyglądałaby zapewne zupełnie inaczej, zaś wielu spośród wielbionych dziś muzyków w ogóle nie sięgnęłoby po instrument. Zasługi oraz umiejętności tej dwójki są niepodważalne, a za to, co zrobili w swoich karierach, należy im się szacunek i może jakaś „czerwona” data w kalendarzu.

Zdaję sobie sprawę, że ten wstęp zalatuje benefisem czy akademią ku czci, ale po prostu potrzebowałem jakiegoś pozytywnego akcentu w tej recenzji, choćby tego jednego, bo Quadvium i jego debiutancki Tetradōm to jak dla mnie porażka i nie zmienią tego nawet wypasione CV osób zaangażowanych w to przedsięwzięcie. Żeby nie było – sama idea stojąca za tym projektem wcale nie jest taka głupia i daje nadzieje na sporo nieszablonowego, rozsadzającego mózg grania, jednak wykonanie pozostawia wieeele do życzenia i w zasadzie przekreśla sens wydawania tak przygotowanej płyty.

Na Tetradōm trafiło 36 minut (naciągany plus za objętość) rozmemłanego i pozbawionego jakiejś myśli przewodniej progresywnego pitolonka, z którego dla słuchacza nie wynika nic, oprócz wszechogarniającego znużenia. Kolejne kawałki snują się głównie w umiarkowanych tempach, od jednego przypadkowego i niezbyt wyrazistego motywu do następnego, jakby składały się z samych jałowych wypełniaczy. Na pewno jest to muzyka techniczna, skomplikowana, efektowna (choć bez przesady) i w miarę ambitna, tylko problem w tym, że zionie z niej straszna pustka. Jeśli ktoś, jak ja, oczekiwał ekscytującego instrumentalnego szaleństwa, przekraczania barier i zapadających w pamięć zagrywek – debiut Quadvium srogo go rozczaruje.

W materiałach prasowych na temat Quadvium muzycy dużo miejsca poświęcili tłumaczeniu, czym ten projekt nie jest, czego chcieli uniknąć itd. Zapomnieli natomiast wspomnieć, o co konkretnie im chodziło – niewykluczone, że z braku spójnej koncepcji. Czy Tetradōm to płyta dla fanów? A może dla profesjonalnych muzyków? Mnie się wydaje, że tylko dla DiGiorgio i Thesselinga…


ocena: 4/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/quadviumofficial





Udostępnij:

8 grudnia 2025

Beheaded – Għadam [2025]

Beheaded – Għadam [2025] recenzja reviewNie sądziłem, że po średnim jak na Beheaded „Only Death Can Save You” zespół będzie w stanie mnie jeszcze czymś zaskoczyć, aż pojawiły się pierwsze informacje o jego następcy: teksty po maltańsku, folkowo-horrorowe inspiracje, hołd dla lokalnego dziedzictwa kulturowego… ohoho, ambitnie… to się nie może dobrze skończyć. A tu proszę – nie odchodząc zbyt drastycznie od charakterystycznego dla siebie stylu, grupa wpuściła do muzyki trochę świeżego powietrza, uczyniła ją nieco bardziej uniwersalną i mniej przewidywalną.

Na Għadam zespół rozszerzył repertuar typowych dla siebie środków o kilka dość nieoczywistych rozwiązań (klawisze, akustyki, marszowe rytmy, czyste wokale) i wpływów (m.in. Ulcerate, Mithras, Hath czy God Dethroned) oraz większy nacisk położył na klimat i posępne melodie niż na jakąś nadzwyczajną brutalność czy techniczne wygibasy, z którymi przez lata był kojarzony. Na płycie dominuje nienagannie zagrany i soczyście brzmiący (to akurat duża poprawa w stosunku do poprzednika) deathmetalowy wygar, który muzycy Beheaded umiejętnie zdynamizowali częściej niż zwykle pojawiającymi się zwolnieniami i spokojniejszymi partiami instrumentalnymi. Niby to nic wielkiego, ale dzięki temu utwory zyskały na wyrazistości (wybija się zwłaszcza tytułowy!), a całość – na spójności. Jednocześnie trudno oprzeć się wrażeniu, że tym razem zespół podporządkował muzykę konceptowi zawartemu w tekstach i to do nich dopasowywał niezbędne dźwięki. Na specjalną wzmiankę zasłużył Frank Calleja, bo aż takiego urozmaicenia w jego partiach nie było nigdy dotąd: klasyczne ryki, szepty, chórki, a nawet natchnione zaśpiewy a’la Vincent w Vltimas – a to wszystko w specyficznym języku Mordoru.

Na Għadam trafiło sporo rzeczy, co do których miałem obiekcje już na wysokości zapowiedzi i które mogłyby pogrążyć ten materiał, gdyby nie potraktowano ich z należytą uwagą. Tu właśnie wyszło doświadczenie i dojrzałość kompozytorska Beheaded – ta świadomość, że i owszem, warto eksperymentować, ale trzeba się przy tym pilnować, żeby obcymi elementami nie wypaczyć rdzenia muzyki. W przypadku tej płyty wszystkie nowości, nawet jeśli pojawiły się tylko jednorazowo, gładko stopiły się z firmowym death metalem grupy, więc nie ma mowy o wysilonych hybrydach czy utracie tożsamości.

Siódmą płytą Beheaded udowodnili, że po wielu latach na scenie, paru korektach stylu i mini kryzysie wciąż mają coś ciekawego do przekazania w swojej niszy, a przy okazji, że potrafią się wyróżnić na tle innych kapel bez uciekania się do tanich zagrywek.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/BeheadedMT

inne płyty tego wykonawcy:




Udostępnij:

2 grudnia 2025

Igorrr – Amen [2025]

Igorrr - Amen recenzja reviewZ roku na rok coraz mniej jest kapel, na których nowe płyty czeka się ze szczególnym napięciem, a nawet jeśli już któraś rozbudzi nadzieje na coś naprawdę spektakularnego, rozczarowuje w momencie premiery. Igorrr jest tu chlubnym wyjątkiem, bo nie dość, że od momentu przedzierzgnięcia się z solowego projektu w zespół z krwi i kości regularnie podnosi i tak już wysoki poziom muzyki, to jeszcze za każdym razem potrafi zaskoczyć czymś zupełnie niespodziewanym. Amen jest tego doskonałym potwierdzeniem, chociaż pewne obawy mogły budzić zmiany w składzie, zwłaszcza te dotyczące wokalistów. Jak się okazało – niesłusznie; odświeżona ekipa zaprezentowała się na Amen z jak najlepszej strony.

Gautier Serre przygotował trzy kwadranse szalenie urozmaiconej i pozbawionej jakichkolwiek ograniczeń muzyki, w której roi się od kontrastów, nieoczywistych wpływów, odważnych pomysłów i absurdalnych na pozór rozwiązań. Sama różnorodność klimatów przyprawia o zawrót głowy. Lider Igorrr ponownie zestawił ze sobą elementy, które w teorii nijak nie powinny do siebie pasować, a które na Amen z jakiegoś powodu nabierają sensu, w związku z czym między „Blastbeat Falafel”, „ADHD”, „Infestis” czy „Ancient Sun” nie ma żadnych zgrzytów. Ta zabawa gatunkami i konwencjami budzi podziw, bo cały materiał sprawia mnóstwo frajdy i z przyjemnością się do niego wraca, nie jest zaś tylko sztuką dla sztuki czy rezultatem eksperymentatorstwa na siłę. Co istotne, Gautier nieco inaczej rozłożył akcenty i odczuwalnie większy nacisk położył na walory koncertowe nowych utworów, toteż większość z nich powinna się świetnie sprawdzać na żywo.

Awangardowy duet Le Prunenec-Lunoir, który zachwycał fanów Igorrr przez kilkanaście lat, niedługo po wydaniu „Spirituality And Distortion” został wymieniony na inny, znacznie bardziej przyziemny, Alexandre-Le Bail, co natychmiast odbiło się na brzmieniu zespołu. O ile znany ze Svart Crown JB wszedł do składu bez kompleksów, za to z doświadczeniem i odpowiednią sceniczną charyzmą, tak Marthe wydawała się pomyłką w procesie rekrutacji: zagubiona i niepewna. Z czasem nowa wokalistka zrobiła postępy i nieco się rozkręciła, choć nie na tyle, żeby choćby zbliżyć się do poziomu Laure – to absolutnie nie ta skala talentu (i chyba wrażliwości). Trzeba jej natomiast oddać, że w materiale skrojonym stricte pod jej umiejętności spisała się naprawdę dobrze: lekko i naturalnie; wisienką na torcie są pojawiające się w paru utworach (m.in. w „Daemoni”) nawiedzone partie.

Jako że na Amen nie mam za bardzo do czego się przyczepić — bo jak się nietrudno domyśleć, również produkcja płyty jest dopieszczona do najmniejszego detalu — zwrócę uwagę na dwie rzeczy, których, w imię zachłanności, życzyłbym sobie więcej. Po pierwsze: głupawe elementy (w tym także pochodzenia zwierzęcego), które w jednej sekundzie potrafią zmienić nastrój utworu albo wywołać napad śmiechu. Po drugie: barok. Rozumiem, że ograniczenie takich wpływów akurat może być podyktowane możliwościami wokalistów (JB potrafi tylko drzeć japę), ale np. klawesyn tu i ówdzie by nie zaszkodził.

Amen jest tak inny od „Spirituality And Distortion”, że nawet nie podejmuję się oceny, czy jest od niego lepszy, czy gorszy. To zresztą bez znaczenia, bo jedno jest pewne – Igorrr ponownie nie zawiódł. Gautier skomponował kapitalny, a przy tym dość mroczny materiał, który każdego miłośnika ambitnych dźwięków na długie godziny przykuje do głośników.


ocena: 9/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/IgorrrBarrroque










Udostępnij:

19 listopada 2025

Hate – Bellum Regiis [2025]

Hate - Bellum Regiis recenzja reviewPrzez długi czas byłem na diecie pisowskiej i często-gęsto karmiłem się Nienawiścią, aż na wysokości „Tremendum” nastąpił przesyt i mi się ulało. Tych ciągłych powtórzeń to już nawet dla mnie było za dużo, potrzebny był detoks, więc późniejsze kontakty z Hate, nie licząc staroci, sprowadziłem do epizodów, z których jednak jasno wynikało, że żadna rewolucja mi nie umyka. Gdybym odpuścił Bellum Regiis, też wiele bym nie stracił – ten album nie wnosi do dorobku zespołu praktycznie niczego poza kolejnym numerem katalogowym.

Nie przeczę, że dla kogoś, kto z Hate nie miał nigdy styczności albo ma ją raz na (evil) dekadę (of hate), Bellum Regiis może być nie lada kąskiem. Poziom muzyki, wykonania i oprawy jest naprawdę wysoki i nie budzi najmniejszych wątpliwości, że to robota fachowców, którzy już dawno temu nauczyli się grać, doskonale wiedzą, do czego dążą i jakimi środkami to osiągnąć. W zawiązku z tym każdy z utworów jest dobrze przemyślany (wykalkulowany?) i precyzyjnie skonstruowany z dużą dbałością o aranżacyjne szczegóły i spinający całość klimat. Tu nie ma miejsca na taniochę, przypadek czy elementy w jakikolwiek sposób zaburzające przyjętą konwencję.

Trochę inaczej Bellum Regiis wygląda z perspektywy kogoś, kto śledzi poczynania Hate od ponad ćwierć wieku, a płyt zespołu ma na półce kilkanaście. To dobry, ładnie wyprodukowany (mix i mastering robiono w Szwecji) materiał, którego wiele aspektów można pochwalić/docenić, aaale ze względu na wszechobecne schematy jest dość drętwy (neutralny?) w odbiorze: niczym nie zaskakuje, niczym nie ekscytuje, ani też nie zapada wyjątkowo w pamięć. Warszawiacy szlifują ten styl od „Erebos” i siłą rzeczy doszli w nim do jakiejś perfekcji, tyle że po drodze wytracili spontan i wyzbyli się zadziorności charakterystycznej dla wczesnych nagrań. Na tym problemy Bellum Regiis niestety się nie kończą.

Poprzedni krążek był dość kompaktowy, w dodatku w paru miejscach pojawił się na nim powiew czegoś świeżego, w czym upatrywałem zapowiedzi głębszych zmian. Naiwny ja! Bellum Regiis to powrót typowej dla Hate stylistyki, a co za tym idzie – przydługich utworów z całą masą zbędnych powtórzeń. W każdym kawałku pojawia się jakiś naprawdę zabójczy motyw, który aż się prosi o uwypuklenie, o rozwinięcie, jednak zwykle jest skutecznie obudowany i wytłumiony mielonymi po wielokroć zagrywkami z najbardziej bazowego repertuaru zespołu. Zamiast zestawu wyrazistych numerów o wysokim współczynniku zajebistości dostajemy nieco jednowymiarowy monolit, z którego trudno wyodrębnić ewidentne hajlajty.

Dla mnie Bellum Regiis to całkiem udana płyta, ale raczej z tych do postawienia na półce w ramach uzupełnienia kolekcji niż do namiętnego słuchania w każdej wolnej chwili. Na pewno jeszcze nie raz dostanie swoją szansę, jednak miejsca na hejtowym podium jej nie wróżę.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/HATEOFFICIAL

inne płyty tego wykonawcy:




Udostępnij:

11 listopada 2025

Ominous Ruin – Requiem [2025]

Ominous Ruin - Requiem recenzja reviewOminous Ruin zadebiutowali w nimbie „nowej nadziei technicznego death metalu” i chociaż było w tym duuużo przesady, krążek „Amidst Voices That Echo In Stone” zasłużył sobie na ciepłe przyjęcie. I został ciepło przyjęty, jednak z jakichś względów po zespole szybko słuch zaginął, zaś pieniądze wydane na promocyjne banialuki poszły się jebać. Jak się okazało, Amerykanie wcale nie przepadli na amen, nie wrócili też do macierzystych kapel, tylko bez szumu przygotowali materiał na drugi krążek oraz przeprowadzili jedną dość istotną/kontrowersyjną zmianę w składzie.

Wydany po czteroletniej przerwie Requiem z jednej strony potwierdza niemały potencjał zespołu, a z drugiej nie robi aż tak dobrego wrażenia jak debiut. Przyczyn tego stanu rzeczy jest kilka, a najbardziej istotne wydaje mi się to, że muzycy Ominous Ruin trochę się zamotali kompozytorsko, mimo iż w podejściu do grania tak naprawdę zbyt wiele nie zmienili. I tak np. kombinują tam, gdzie w ogóle nie ma takiej potrzeby (co się tyczy w zasadzie wszystkich akustycznych i progresywnych wstawek), zaś do fragmentów, które aż proszą się o jakieś przełamanie i większe urozmaicenie, podchodzą zachowawczo i bez inwencji (jak w stanowczo przeciągniętym „Architect Of Undoing”).

Mnie Requiem wchodzi najlepiej, kiedy grupa trzyma się typowego kalifornijskiego technicznego death metalu charakterystycznego dla Deeds Of Flesh, Inanimate Existence czy Arkaik, jak to ma miejsce w „Staring Into The Abysm”, „Divergent Anomaly” i kawałku tytułowym. O oryginalności i wyrazistości można wtedy zapomnieć, ale przynajmniej wszystkie elementy tej muzyki znajdują się na właściwych miejscach, dynamika jest odpowiednia, a poziom brutalności i efekciarstwa w sam raz. Ta formuła sprawdziła się dobrze na „Amidst Voices That Echo In Stone”, więc nie rozumiem, dlaczego Amerykanie akurat teraz postanowili przy niej dłubać. Czyżby na siłę chcieli pokazać, że się rozwijają? Ojjj, nie tędy droga…

Przy okazji debiutu muzycy Ominous Ruin na każdym kroku podkreślali, jakim to wyjątkowym wokalem dysponuje Adam Rosado, ale odbiorcy, w tym ja, chyba nie do końca poznali się na jego talencie. Po czasie, czyli po konfrontacji z jego następczynią, jestem skłonny przyznać, że koleś naprawdę dawał radę. Niejaka Crystal Rose do tej roboty się nie nadaje – raz, że jej popisy są dość bełkotliwe, dwa, że zdradza irytujące deathcore’owe ciągoty, a trzy, że w tak złożonej muzyce zwyczajnie nie wyrabia. Parytetom w technicznym death metalu mówię stanowcze: nie!

Requiem to niezły krążek w swojej kategorii, jednak na pewno nie na miarę oczekiwań, jakie rozbudził „Amidst Voices That Echo In Stone”. W związku z tym obstawiam, że szybko przepadnie pośród dziesiątek podobnych płyt, a i sam zespół może mieć problem z utrzymaniem się na powierzchni.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/OminousRuin

inne płyty tego wykonawcy:




Udostępnij:

3 listopada 2025

Sadist – Something To Pierce [2025]

Sadist - Something To Pierce recenzja reviewSadist ma swój rozpoznawalny styl, który w pewnych okresach zachwycał fanów, zaś wszelkie odstępstwa od niego były przyjmowane hmm… w najlepszym razie bez entuzjazmu. Nie powstrzymało to jednak zespołu przed zapuszczaniem się w grząskie rejony, co dawało oczywiste rezultaty. Koniec końców muzycy najwyraźniej zrozumieli, w czym są mistrzami (czytaj: są akceptowani) i od jakiegoś czasu grają to, co trzeba, czy tego chcą, czy nie. W związku z tym Something To Pierce jest bezpiecznie sadistowy i zupełnie niczym nie zaskakuje, więc nie ma obaw, że takim materiałem Włosi komuś się narażą. Wiadomo, do topowych pozycji z dyskografii sporo mu brakuje, ale z tymi słabszymi nie ma nic wspólnego.

Dziesiąty album Sadist nie jest tak bardzo obciążony dużymi nazwiskami, jak to było w przypadku „Firescorched”, toteż i wymagania w stosunku do niego były automatycznie mniejsze. No i co? Nowa, dość anonimowa sekcja rytmiczna (obaj z Fate Unburied) stanęła na wysokości zadania i bez zarzutu wywiązała się z powierzonych obowiązków. Ba! Wydaje się, że chłopaki dali od siebie nawet więcej niż ich sławni poprzednicy, co słychać szczególnie w gęściej zaaranżowanych partiach perkusji (rytmy są ciekawsze, a blasty występują w większości kawałków) oraz finezyjnie powplatanych tu i ówdzie basowych solówkach – właśnie czegoś takiego oczekiwałem po Thesselingu i Goulonie.

Pod względem ogólnego pomysłu Something To Pierce nie odbiega od „Firescorched”, a co za tym idzie – sprowadza się przede wszystkim do kolażu znanych, lubianych i przestarzałych (klawisze…) patentów z mniej lub bardziej odległej przeszłości zespołu. Nie ma w tym nic odkrywczego ani wyjątkowo ambitnego, ale wysoki poziom instrumentalistów i spójność materiału sprawiają, że słucha się tego całkiem nieźle, chyba nawet lepiej niż poprzednika. Nie ma przestojów, dynamika jest w porządku, a melodie nieprzesłodzone. Hitów z tego raczej nie będzie, ale jako wypełniacze setu utwory z Something To Pierce powinny się sprawdzić nie najgorzej, zwłaszcza te doprawione blastami (choćby numer tytułowy albo „One Shot Closer”) albo z mocniej zaakcentowanym groove („The Best Part Is The Brain”). Dołuje tylko straszliwie mdły instrumental na zakończenie podstawowej wersji płyty – ani on klimatyczny, ani wirtuozerski, ot pitolenie bez konkretnego celu.

Produkcja Something To Pierce, choć lepsza od tej z „Firescorched”, jak dla mnie wciąż jest daleka od idealnej dla Sadist; brakuje mi mięcha w gitarach i tej zajebistej masywności znanej m.in. z „Season In Silence”. Z drugiej strony selektywność brzmienia budzi uznanie, co się tyczy nade wszystko bardzo wyraźnie pracującego basu.

Nie mam wątpliwości, że Sadist od poprzedniej płyty uskutecznia plan wydawniczo-emerytalny i kolejne płyty, o ile takowe powstaną, będą utrzymane w podobnym klimacie i na podobnym poziomie. Something To Pierce to dobry materiał, jednak traktuję go raczej jako pretekst do jeżdżenia w trasy niż sztukę, przez którą zespół chce coś głębszego przekazać.


ocena: 7/10
demo
oficjalna strona: www.sadist.it

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

26 października 2025

Betrayer – Calamity [1994]

Betrayer - Calamity recenzja reviewMamy przynajmniej kilka kapel z przełomu lat 80. i 90., które dorobiły się u nas kultowego statusu i których nagrania do dziś są wspominane z łezką w oku. Wśród tych nazw często wymienia się również Betrayer, choć w mojej ocenie – zdecydowanie na wyrost. Zespół zaczynał przygodę z metalem w 1989 od thrash’u, a już dwa lata później, po obowiązkowej radykalizacji muzycznej, wydał demówkę „Necronomical Exmortis”, dzięki której wyrósł na nadzieję polskiej sceny death. Jednak pomimo dużego ciśnienia ze strony fanów na swój debiut kazał czekać aż do 1994, kiedy nakładem Morbid Noizz ukazał się krążek Calamity.

Pierwszy album Betrayer to niewiele ponad pół godziny sprawnie zagranego, acz pozbawionego jakichkolwiek fajerwerków death metalu mocno osadzonego w tradycji Morbid Aangel oraz w mniejszym stopniu Deicide. To w skrócie oznacza, że muzyka jest dość szybka, agresywna i diabelska, ale także przewidywalna i niezbyt odkrywcza. Poza oczywistym barkiem oryginalności sporym problemem Calamity wydaje mi się jego zapóźnienie w stosunku do tego, co już robiły inne kapele, zwłaszcza na zachodzie. W związku z tym materiał nie zaskakuje ani nie robi większego wrażenia, bo składa się z samych znanych-osłuchanych patentów, w dodatku podanych w przeciętnej oprawie i okraszonych z lekka nieskoordynowanymi albo zaaranżowanymi bez pomysłu wokalami.

Nie trzeba się zbyt intensywnie wsłuchiwać w Calamity, żeby wyłapać, że Betrayer najlepiej odnajduje się w graniu szybkim i bezpośrednim, kiedy perkman napieprza (dla niego szczególne słowa uznania), a riffy śmigają naprawdę gęsto. Już pal licho te zbyt jednoznaczne zapożyczenia, słucha się tego dobrze i z zainteresowaniem. Niestety, zespołowi zbyt często zdarza się zwalniać albo kombinować ponad swoje możliwości, czego efekty są opłakane – od razu robi się drętwo, a całość zamula. Już nieznaczne zmniejszenie tempa — jak w „Down With Gods” czy „Wrathday” — sprawia, że numer wytraca moc, zamiast zyskiwać na dynamice. Osobliwym przypadkiem jest natomiast „Before Long You Will Die” – nie wiem, czy należy go traktować jak normalny numer, czy jak eksperyment pod Meathook Seed, ale to nieważne, bo niezależnie od interpretacji jest koszmarnie nieudany, a rozciągnięcie go do 4 minut było grubą przesadą.

Jak łatwo wywnioskować z powyższego tekstu, Calamity mnie niespecjalnie rusza, a za klasyk (naciągany) mogę go uznać co najwyżej z racji metryki, bo nawet nie przez sentyment. Z entuzjastami Betrayer zgadzam się tylko w jednym: materiał z „Necronomical Exmortis” jest lepszy i bardziej spójny od debiutu.


ocena: 5,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/BetrayerOfficialPL/

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

16 października 2025

Imperial Triumphant – Goldstar [2025]

Imperial Triumphant - Goldstar recenzja reviewPrzyznam szczerze, że umknął mi moment, kiedy Imperial Triumphant stał się dużym i rozpoznawalnym zespołem — przypuszczalnie miało to miejsce w momencie przejścia pod skrzydła Century Media — ale najważniejsze jest to, że wraz ze wzrostem popularności w twórczości Amerykanów nie pojawiły się żadne kompromisy. Muzyka tego specyficznego trio wciąż ewoluuje w nieprzewidywalnych kierunkach i nie przestaje zaskakiwać, a Goldstar jest tego najlepszym przykładem. To płyta, która z jednej strony logicznie uzupełnia i rozwija dyskografię grupy, a z drugiej znacząco odbiega od tego, co już znamy w jej wykonaniu.

To, co najbardziej uderza w konfrontacji z „Goldstar”, to absurdalna wręcz przystępność tego materiału w kontekście tego, jak pojebane dźwięki nań trafiły. Imperial Triumphant od zawsze słynęli z pokręconych patentów podanych w pokręcony sposób — wszak etykieta awangardy nie wzięła się z niczego — i Goldstar niczego w tym względzie nie zmienia, bo zespół robi młyn aż miło, swobodnie łącząc ze sobą rozmaite stylistyczne skrajności. Czymś zupełnie nowym jest natomiast to, że materiał jest wyjątkowo komunikatywny, przyjemny w odbiorze i wchodzi gładko już od pierwszego przesłuchania – jakoś tak podejrzanie łatwo się w nim połapać, zaś niektóre fragmenty (zwłaszcza „Hotel Sphinx” – toż to hit!) są po prostu… no… chwytliwe, a mimo to nie traci nic z ekstremalności.

Niski próg wejścia przy Goldstar po paru (a w zasadzie wszystkich) naprawdę wymagających krążkach trochę mnie zastanawia, bo muzycy Imperial Triumphant na etapie nagrań zapewniali, że właśnie składają do kupy swoje najbardziej złożone dzieło. Kto wie, może Amerykanie osiągnęli już taką dojrzałość kompozytorską, że nawet maksymalnie chaotyczne i odjechane pomysły potrafią zaaranżować w niemal piosenkowej formie – poszczególne utwory mają swoją osobowość, a jednak dobrze łączą się z pozostałymi i tworzą z nimi spójną (o dziwo!) całość. „Eye Of Mars” czy „Lexington Delirium” nie można pomylić z „Rot Moderne” albo „Industry Of Misery” – każdy ma do zaoferowania coś innego, choć spina je podobny klimat. Swoją drogą nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Goldstar — świadomie lub nie — został podzielony za pomocą „NEWYORKCITY” i „Goldstar” na dwie części. Ta pierwsza jest bardziej lajtowa i więcej w niej formalnych nowości, natomiast druga jest bliższa rozbudowanym i przytłaczającym łamańcom, jakie Imperial Triumphant serwowali przez ostatnie lata.

Na podkreślaną już nie raz przystępność muzyki wpływa również bardzo czytelna produkcja, dzięki której do uszu słuchacza dociera więcej aranżacyjnych smaczków i detali, zwłaszcza tych pochodzenia niemetalowego. Zespół wespół z Colinem Marstonem wypracował brzmienie, które masywnością, ciężarem i przestrzennością wyróżnia Goldstar na tle poprzednich, zbyt cicho nagranych płyt, a jednocześnie ciągle jest charakterystyczne tylko dla Imperial Triumphant.

Amerykanie pozamiatali w swojej niszy! Nie pierwszy to już raz i oby nie ostatni, bo odważnej, ambitnej i perfekcyjnie zagranej muzyki nigdy zbyt wiele. Goldstar to doskonały materiał, szczególnie dla tych, którzy już kiedyś próbowali liznąć Imperial Triumphant, ale odbili się od szalonych wizji zespołu – tym razem mają szansę się wkręcić.


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.imperial-triumphant.com







Udostępnij: