Wbrew temu, co tu i ówdzie próbowano nam, obywatelom, w mało wybredny sposób wciskać, debiutancki krążek Godslut niczym się na tle lokalnej sceny nie wyróżniał, a bajdurzenie o jego jakiejkolwiek wyjątkowości było naprawdę grubą przesadą. Na swoje szczęście zespół nie podchwycił tej narracji — czy może strategii marketingowej — i nie robił z siebie wizjonerów polskiego death metalu. I słusznie, bo kolejne potwierdzenie tego, że nimi nie są, dostaliśmy na The Art Of Deconstruction – owszem, słychać tu naturalny rozwój, ale na pewno nie zapędy rewolucyjne, choć w pewnych kwestiach chłopakom odwagi nie brakuje.
W ciągu tych trzech lat, jakie upłynęły od „Procreation Of God”, muzycy Godslut zdołali się poprawić praktycznie w każdym elemencie swego rzemiosła, ponadto dookreślili styl (tudzież ograniczyli liczbę inspiracji), uczynili go bardziej zwartym i wewnętrznie spójnym. Stąd też utwory na The Art Of Deconstruction są lepiej przemyślane, dojrzalej zaaranżowane, znacznie więcej się w nich dzieje, a ze względu na fajną motorykę i wplecione z wyczuciem efektowne solówki (Krzysiek Śniadecki brzmi jak nieślubne dziecko Vogga i Jacka Hiro) zdradzają całkiem niezły potencjał koncertowy – no, są po prostu ciekawsze. Niestety, poziomem oryginalności nie odbiegają od tych z debiutu – mnóstwo w nich jawnych zapożyczeń z późnego Decapitated oraz środkowego Banisher (długimi momentami Godslut grają bardziej banisherowo niż Banisher obecnie…), co wprawdzie dobrze świadczy o umiejętnościach chłopaków, ale na dłuższą metę może okazać się nużące/odstraszające dla osób szukających w muzyce czegoś nowego.
Żeby nie było, mimo wieeelu podobieństw do wspomnianych wyżej zespołów Godslut nie są w nie ślepo zapatrzeni i w paru miejscach The Art Of Deconstruction proponują coś niecoś od siebie, co w różnym stopniu wykracza poza formułę wypracowaną przez starszych kolegów. Większość tych, nazwijmy to, eksperymentów dotyczy elementu, który był główną bolączką „Procreation Of God” – wokali. Te „podstawowe”, choć wciąż nie idealne, są zdecydowanie lepiej-pewniej wykonane i już nie wkurwiają, natomiast te „kombinowane”, najczęściej czyst(aw)e, trudno uznać za udane i pasujące do całości. Do całości nie pasuje również kawałek tytułowy, który jest… taką dość ckliwą balladką z gościnnym udziałem wokalistki. Może i nie zaskakuje tak, jak kiedyś „Painful Silence”, ale sensu ma tyle samo co numer Sceptic. Obstawiam, że powstała tylko po to, żeby Krzysiek Śniadecki mógł się wytrzepać także na akustyku.
Godslut nie zmarnowali szansy danej im przez Selfmadegod (kawałkiem „Self-made Gods” zapewnili sobie chyba dożywotni kontrakt) i na The Art Of Deconstruction zrobili wyraźny krok naprzód względem poprzednika. Potencjał mają niemały, niemniej jeszcze dużo pracy przed nimi, żeby można było mówić o zespole bez automatycznego przywoływania i tych, z których twórczości obficie czerpią.
ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/godslut
inne płyty tego wykonawcy:
Czy zespół grający od ponad trzydziestu lat w bardzo hermetycznym stylu (to taki eufemizm na „ciągle to samo”) może jeszcze czymś zaskoczyć na którejśnastej z kolei płycie? Przy okazji
Powrót Anasarca przeszedł niemalże bez echa, więc naprawdę dobry materiał, jakim był
Czekałem, wypatrywałem, upewniałem się, czy aby na pewno Hysteria jeszcze istnieje, czekałem, wypatrywałem… I tak przez kilka ostatnich lat. W końcu z deka leniwi Francuzi wzięli się za siebie i uraczyli fanów krążkiem numer
Nie tak dawno temu Banisher odbębnił dwudziestolecie działalności w branży rozrywkowej, co samo w sobie jest całkiem niezłym wynikiem, jednak gdy przeliczymy czas spędzony na scenie na dorobek płytowy, wygląda to raczej skromnie. Oczywiście, nie ilość się liczy, tylko jakość… Nooo… i tu mamy problem, bo nie dość, że na Metamorphosis zespół zaliczył wyraźny spadek formy, to jeszcze mocno pogubił się stylistycznie – jakby kompletnie nie wiedział, za co się złapać, w jakim pójść kierunku i właściwie dlaczego.
Czy macie może tak, że jakiś zespół lub jakiś utwór są żywcem wycięte z waszego życiorysu? Szczególnie gdy skupicie się na warstwie lirycznej. U mnie to właśnie krakowskie Biesy (a w sumie bies [Osoba biesowa? – przyp. demo] zwany PR) i debiut Noc Lekkich Obyczajów sprawił, że powróciłem pamięcią 20 lat do tyłu, do czasów studiów akurat w Krakowie. Kiedy to człowiek zostawał „Rzucony w przestrzeń”, gdzie w Noc Lekkich Obyczajów „Czerń nas prosi”, a takie hulanki wchodzą nam „W krew” i tak „Każdego dnia” powtarzały się ciężkie „Powroty”.
Worm zasłynął przynajmniej z dwóch rzeczy: z dość oryginalnego podejścia do podziemnego doomu oraz z ogromnych skoków jakościowych między kolejnymi wydawnictwami. Gdy zestawimy ze sobą prymitywny „Evocation Of The Black Marsh” i ambitny „Foreverglade”, możemy łatwo dojść do wniosku, że mamy do czynienia z dwoma różnymi zespołami z zupełnie innej ligi. Przy okazji czwartej płyty robaczywy duet postanowił pójść ze zmianami jeszcze dalej, mocno rozwijając nie tylko samą muzykę, ale i jej otoczkę, całymi garściami czerpiąc z żenującego wizerunku czołowych przedstawicieli niby symfonicznego black metalu z połowy lat 90. XX wieku. Oprawa graficzna, zdjęcia, stroje, teledyski, tytuły – wszystko to nawiązuje do najgorszych klisz znanych z twórczości Dimmu Borgir, Cradle Of Filth, Ancient czy Limbonic Art.
Dla każdego, kto kolekcjonuje płyty i kupuje je w tradycyjny sposób, wiadomym jest, iż wiążą się z tym różne historie. Nieważne czy to CD, winyle, a nawet kasety. Niespodziewany zakup, cudowne objawienie na koncercie czy też udana licytacja po zaniżonej cenie. Mianownik jest jeden: dorwanie w łapska upragnionego krążka. Zaczynając w ten sposób można prosto pomyśleć, że recenzowany Oremus ma jakieś „backstory”. Nic bardziej mylnego. Nie mam pojęcia gdzie i kiedy zakupiłem tę płytę. Mogę jedynie przypuszczać, że musiało być to podczas koncertu Blaze of Perdition, których nie znosiłem, ale był czas, kiedy grali wszędzie gdzie widniał napis „black metal”, poczynając od Wrocławia i kończąc na Rzeszowie. Chcąc-nie-chcąc widziałem ich często. Do zakupu mogła przekonać mnie okładka i pewnie cena, która prawdopodobnie była podobna do kosztu browara.
Wyjątkowo entuzjastyczne przyjęcie debiutu sprawiło, że czterej młodzieńcy z Martyr jeszcze mocniej przyłożyli się do prac nad kolejnym materiałem; tak mocno, że w rezultacie stworzyli jeden z absolutnie najlepszych deathmetalowych krążków, jakie kiedykolwiek powstały w Kanadzie. Krążek, który pomimo upływu ponad 25 lat od premiery nie stracił niczego ze swojej świeżości, i który wciąż zachwyca rozmachem i wizjonerstwem rozwiązań aranżacyjnych. To nie lada wyczyn zważywszy na to, że zespół miał ostro pod górkę – raz, że już na
„It's just one of those days when you don't wanna wake up, / Everything is fucked, everybody sucks.” – Cytat z jednego z utworów Freda Dursta (tak, trauma dziewiczych czasów) tutaj akurat trafia w sedno dzisiejszego albumu. Czy każdy z nas nie ma takiego dnia, że z żony zrobiłby worek treningowy, dzieci połamał jak zapałki, a zwierzaka kopem wysłał na orbitę? Wkurw przyniesiony z pracy, z urzędów czy szpitali, czyli po prostu z życia wzięte. I tutaj w sukurs przybywa nam muzyka (cholera czuję się jakiś przedstawiciel Mango…). U nas metalowców minus + minus daje plus. Na wkurw pomaga nam muzyka emanująca agresją, która u „normalsa” spowodowałaby opętanie przez cały legion demonów. Tak to już z nami, „poyebami”, bywa. A na 666% w moim przypadku. I właśnie tutaj, jako remedium na wkurw pojawia się poznańska black metalowa formacja Strandhogg i ich jedyne dzieło Ritualistic Plague (Evangelical Death Apotheosis).


