Po paru latach błądzenia w stylistycznej mgle Fleshgod Apocalypse wreszcie wyszli na prostą i chyba znaleźli optymalną dla siebie niszę, bo Opera to zdecydowanie ich najlepszy, najbardziej przekonujący i dopracowany album od czasu „Labyrinth”, a zatem od ponad dekady. Włosi naturalnie nie dokonali tu żadnych rewolucyjnych zmian w stosunku do poprzednich krążków, ale po prostu przestali kombinować tam, gdzie to w ogóle nie było konieczne i udawać, że robią coś ambitniejszego, niż to było w rzeczywistości, natomiast mocniej skupili się na wyrazistości i chwytliwości kompozycji. Tym samym stworzyli krążek, który można sobie z przyjemnością zapętlić.
Pomimo z lekka wyrobionej formuły cały materiał brzmi zaskakująco świeżo, jest dość zwarty (43 minuty), mniej schematyczny i nieco nowocześniej zaaranżowany (to może być zasługą gitarniaka z Deceptionist), a jednocześnie sporo w nim klasycznych naleciałości, zwłaszcza barokowych (choćby w „Matricide 8.21”). Współpraca na linii death metal-symfonika (wspomagana chórami) działa bez zarzutu (a to u Fleshgod Apocalypse nie jest regułą); elementy tych odmiennych stylistyk dobrze się uzupełniają i zazębiają, więc nie ma wrażenia przeginania w którąś ze stron czy łączenia ich za wszelką cenę. Warto przy okazji zaznaczyć, że Opera nie jest aż tak, no… operowa, jak to sugeruje tytuł płyty, a w większym stopniu ma vibe… popowy, co wbrew pozorom wcale nie jest jej wadą.
Między „Veleno” a „Opera” doszło do paru zmian w składzie, spośród których najistotniejszą było porzucenie zespołu przez wokalistę/basistę Paolo Rossiego, a więc jednego z założycieli, który miał duży acz kontrowersyjny wpływ na brzmienie Fleshgod Apocalypse. W zaistniałej sytuacji za bas chwycił wszechstronny Francesco Paoli (jak się zdaje, po wypadku jeszcze nie wrócił do pełnej formy), zaś wszystkimi czystymi wokalami zajęła się, już jako pełnoprawna członkini, Veronica Bordacchini. I to właśnie ona była strzałem w dziesiątkę! Jak się okazało, wachlarz możliwości Veroniki obejmuje nie tylko wysokie operowe rejestry, bo potrafi także świetnie śpiewać normalnym głosem („I Can Never Die”, „Till Death Do Us Part”), a nawet ordynarnie drzeć („Morphine Waltz”). Wpływ wokalistki na ostateczny kształt Opera jest niebagatelny i na pewno przesądza o zróżnicowaniu i przystępności tego materiału. Dla kontry – Eugene Ryabchenko zadbał, żeby było odpowiednio gęsto i ekstremalnie.
Opera nie jest albumem, jakiego mógłbym się spodziewać po dość niestabilnym w ostatnich latach Fleshgod Apocalypse, stąd też pozytywnie mnie zaskoczył. To trzy kwadranse dobrze zbalansowanej, bardzo urozmaiconej i pozbawionej dłużyzn/zapychaczy muzyki, która wchodzi z dużą łatwością i pozostawia po sobie ślad w pamięci. Oby tylko tak dalej!
ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/fleshgodapocalypse
inne płyty tego wykonawcy:
W ciągu zaledwie dekady Gaerea dorobiła się rozpoznawalności porównywalnej z pastéis de nata, stała się zespołem, „o którym się mówi” i który w pewnych kręgach wywołuje niemałe kontrowersje. Na Coma, płycie numer cztery, Portugalczycy chyba osiągnęli swoją ostateczną formę. Ostateczną (nie mylić ze szczytową!), czyli taką, z jaką jeszcze nie mam problemu, a mógłbym mieć, bo wyczuwam w tych dźwiękach, że muzycy stanęli na rozdrożu i zaczęli powoli kalkulować, co tu dalej zrobić, żeby było dobrze. Nie ulega wątpliwości, że zamaskowany kwintet miał świadomość komercyjnego potencjału, więc pojawiło się pytanie: ile będzie chciał z niego wycisnąć.
Chłopaki z Vitur mogą tego nie pamiętać, ale ćwierć wieku temu death metal był najbardziej rozpoznawalnym na świecie polskim towarem eksportowym zaraz po wódzie i ceramice z Bolesławca, a nasze kapele wespół z amerykańskimi rządziły w rankingach i były stawiane za wzór. Z czasem sytuacja uległa znacznemu pogorszeniu, bo część starych wyjadaczy się wykruszyła, zaś nieliczni młodzi gniewni w większości jakością swych poczynań nie potrafili nawet nawiązać do chlubnych tradycji. Tak doszliśmy do stanu obecnego, kiedy, co przyznaję z bólem, znalezienie wartościowego debiutanta graniczy z cudem. W tych okolicznościach Transcending The Self napawa pewnym, acz nieprzesadnym optymizmem.
Ten irlandzki kwartet z dorobkiem obejmującym zaledwie demo, epkę i debiutancką płytę szybko wyrósł na jednego z czołowych przedstawicieli chaotycznego death/black metalu. Jak dla mnie – trochę na wyrost, bo skupił się bardziej na sprawnym odgrywaniu patentów podpatrzonych u innych, niż na wprowadzeniu do tego stylu czegoś charakterystycznego tylko dla siebie. Sam zespół chyba też doszedł do podobnych wniosków i coś w tym temacie kombinował, bo prace nad następcą „Across Deaths” zabrały mu szmat czasu. Wreszcie, po siedmiu latach trzymania fanów w niepewności, Malthusian objawił się nieco niespodziewanie w Relapse z krążkiem numer dwa.
Zespół Clairvoyance zaistniał w mojej świadomości przy okazji przekopywania katalogu Blood Harvest kilka lat temu, jednak do pierwszego kontaktu z jego muzyką musiało upłynąć trochę czasu. Teraz pluję sobie w brodę, że tak długo zwlekałem, bo Chasm Of Immurement to kawał porządnego gruz-metalu, który wyraźnie, w dodatku z łatwością, wybija się ponad średnią gatunkową, a jest to o tyle duże osiągnięcie, że większość kapel tego nurtu wydaje się robić wszystko, byle tylko od tej średniej w żaden sposób nie odstawać i nie być posądzonym o zdradę ideałów.
Ehhh… lata mijały, rozczarowanie narastało, no i w końcu proroctwo z recenzji
Udany debiut sprawił, że byłem dość pozytywnie nastawiony do młodych obwiesiów z Morbific, ale moje podejście szybko uległo zmianie po wydaniu przez nich koszmarnie brzmiącego „Squirm Beyond The Mortal Realm”. Byłem przekonany, że po takiej wtopie Finowie już się nie podniosą i ze wstydu zakończą działalność gdzieś w pobliskim lesie. Nie zakończyli. Mało tego, wydali trzeci album, który sprawdziłem tylko po to, żeby z typowo polskiej troski upewnić się, że dalej im w życiu nie wychodzi. I nastąpiło zdziwko: zespół cofną się do korzeni, a potem zrobił krok naprzód, tym razem we właściwym kierunku. Dzięki temu znów jest słuchalny.
Wydawać by się mogło, że skoro po wielu latach Diabolizer wreszcie dorobił się debiutu — który w dodatku został ciepło przyjęty — to występujący pod tym szyldem muzycy poświęcą zespołowi więcej czasu i uwagi, spróbują go rozruszać i postarają się wyrobić mu markę na międzynarodowej scenie. Jeeednak równie dobrze Turcy mogli na powrót zająć się swoimi pozostałymi kapelami, z którymi już coś osiągnęli i które dorobiły się przyzwoitej rozpoznawalności. No i cóż, właśnie z tej drugiej opcji skorzystali, stąd też na następcę
Gridlink zakończyli działalność niedługo po wydaniu
Może i jestem niesprawiedliwy w swoich ocenach, ale uważam, że Bloodtruth załapali się na debiut w Unique Leader bardziej dzięki koneksjom z Fleshgod Apocalypse niż ze względu na poziom uprawianej muzyki. Później, przy okazji „Martyrium”, było już z nimi wyraźnie lepiej, jednak, jak się okazuje, nie na tyle, żeby „kariera” zespołu nabrała rozpędu – stąd też na płytę numer trzy przyszło nam czekać aż 7 lat. W międzyczasie konkurencja Włochów — nawet patrząc tylko na ich krajowe poletko — nie spała, więc na pewno nie będzie im łatwo przebić się do głównego nurtu.
Są takie dzieła, które ciężko jednoznacznie ocenić. Zwłaszcza jeśli w czasie naszej podróży, zwanej powszechnie życiem, idee, system wartości czy wyznawane przekonania ulegają, jeżeli nie zmianom, to pewnym modyfikacjom. Cały ten proces ma miejsce dzięki tajemniczemu składnikowi nazwanym doświadczeniem. Dzięki przeżywaniu i doświadczaniu, coś co kiedyś uważaliśmy za arcydzieło, ulega degradacji, a czasami coś, co przez lata uważaliśmy za jakiś średniak, nagle urasta do rangi co najmniej „wow, nie tak to sobie zapamiętałem”. To co tyczy się arcydzieł stanowi magię ich nieśmiertelności. To znaczy, pamiętamy jak usłyszeliśmy jakąś płytę około 20 lat temu i obecnie wzbudza w nas te same pozytywne emocje. Nieważne, że wiemy lepiej, rozumiemy więcej, jesteśmy mądrzejsi (przeważnie), a jakieś dzieło nadal rozwala nas na łopatki. Takie twory chyba spokojnie możemy nazwać arcydziełami. Rzecz jasna arcydziełem dla nas. To bardzo subiektywne spojrzenie, bo zapewne każdy ma inną definicję owego pojęcia. Jest wszelako jeszcze jedna miara, czysto obiektywna. Ciężar historyczny. Przecież nie każda płyta, która wyszła w minionym wieku miała wpływ na swój gatunek. De Mysteriis Dom Sathanas tę wagę posiada. Dlaczego? Dlatego, że debiut Mayhem to nie tylko pierwsza duża płyta Norwegów, ale też płyta naznaczona krwią. Krwią jednego z założycieli nazywającego się Øystein Aarseth ps. Euronymous. Ojca zespołu, który tego debiutu nie dożył. Nie jestem tutaj, by oceniać postacie Euronymousa i Varga, ale to co między nimi się wydarzyło wpłynęło także na De Mysteriis Dom Sathanas, choćby w tym że usunięty z „credistów” został ów Varg odpowiedzialny za bas.
Warbringer już od ponad dekady znajduje się u mnie w czołówce współczesnego thrash’u, choć tak naprawdę przez całą swą karierę zespół nie zrobił niczego przełomowego, wizjonerskiego czy choćby zaskakującego, aby w takiej czołówce się znaleźć. Amerykanom wystarczyło umiejętnie połączyć to, co w tym gatunku najlepsze, zadbać o odpowiednią produkcję i wysoki poziom wykonania – niby to takie proste, a jednak niewielu zespołom to się udaje. Warbringer udało się po raz kolejny, bo Wrath And Ruin to dowód ich konsekwencji i następna mocna pozycja w dyskografii; płyta, która tą najlepszą/ulubioną pewnie nie zostanie, ale tak na dobrą sprawę nie ma jej czego zarzucić.
Steve DiGiorgio i Jeroen Paul Thesseling – dwóch magików czterech (domyślnie) strun, którzy trwale — choć w różnych okolicznościach przyrody — zmienili postrzeganie roli bezprogowego basu w ekstremalnym metalu. Gdyby nie oni, scena technicznego, a już zwłaszcza progresywnego death metalu wyglądałaby zapewne zupełnie inaczej, zaś wielu spośród wielbionych dziś muzyków w ogóle nie sięgnęłoby po instrument. Zasługi oraz umiejętności tej dwójki są niepodważalne, a za to, co zrobili w swoich karierach, należy im się szacunek i może jakaś „czerwona” data w kalendarzu.
Nie sądziłem, że po średnim jak na Beheaded
Z roku na rok coraz mniej jest kapel, na których nowe płyty czeka się ze szczególnym napięciem, a nawet jeśli już któraś rozbudzi nadzieje na coś naprawdę spektakularnego, rozczarowuje w momencie premiery. Igorrr jest tu chlubnym wyjątkiem, bo nie dość, że od momentu przedzierzgnięcia się z solowego projektu w zespół z krwi i kości regularnie podnosi i tak już wysoki poziom muzyki, to jeszcze za każdym razem potrafi zaskoczyć czymś zupełnie niespodziewanym. Amen jest tego doskonałym potwierdzeniem, chociaż pewne obawy mogły budzić zmiany w składzie, zwłaszcza te dotyczące wokalistów. Jak się okazało – niesłusznie; odświeżona ekipa zaprezentowała się na Amen z jak najlepszej strony.
Przez długi czas byłem na diecie pisowskiej i często-gęsto karmiłem się Nienawiścią, aż na wysokości
Ominous Ruin zadebiutowali w nimbie „nowej nadziei technicznego death metalu” i chociaż było w tym duuużo przesady, krążek
Sadist ma swój rozpoznawalny styl, który w pewnych okresach zachwycał fanów, zaś wszelkie odstępstwa od niego były przyjmowane hmm… w najlepszym razie bez entuzjazmu. Nie powstrzymało to jednak zespołu przed zapuszczaniem się w grząskie rejony, co dawało oczywiste rezultaty. Koniec końców muzycy najwyraźniej zrozumieli, w czym są mistrzami (czytaj: są akceptowani) i od jakiegoś czasu grają to, co trzeba, czy tego chcą, czy nie. W związku z tym Something To Pierce jest bezpiecznie sadistowy i zupełnie niczym nie zaskakuje, więc nie ma obaw, że takim materiałem Włosi komuś się narażą. Wiadomo, do topowych pozycji z dyskografii sporo mu brakuje, ale z tymi słabszymi nie ma nic wspólnego.
Mamy przynajmniej kilka kapel z przełomu lat 80. i 90., które dorobiły się u nas kultowego statusu i których nagrania do dziś są wspominane z łezką w oku. Wśród tych nazw często wymienia się również Betrayer, choć w mojej ocenie – zdecydowanie na wyrost. Zespół zaczynał przygodę z metalem w 1989 od thrash’u, a już dwa lata później, po obowiązkowej radykalizacji muzycznej, wydał demówkę „Necronomical Exmortis”, dzięki której wyrósł na nadzieję polskiej sceny death. Jednak pomimo dużego ciśnienia ze strony fanów na swój debiut kazał czekać aż do 1994, kiedy nakładem Morbid Noizz ukazał się krążek Calamity.
Przyznam szczerze, że umknął mi moment, kiedy Imperial Triumphant stał się dużym i rozpoznawalnym zespołem — przypuszczalnie miało to miejsce w momencie przejścia pod skrzydła Century Media — ale najważniejsze jest to, że wraz ze wzrostem popularności w twórczości Amerykanów nie pojawiły się żadne kompromisy. Muzyka tego specyficznego trio wciąż ewoluuje w nieprzewidywalnych kierunkach i nie przestaje zaskakiwać, a Goldstar jest tego najlepszym przykładem. To płyta, która z jednej strony logicznie uzupełnia i rozwija dyskografię grupy, a z drugiej znacząco odbiega od tego, co już znamy w jej wykonaniu.


