15 marca 2026

Fleshgod Apocalypse – Opera [2024]

Fleshgod Apocalypse - Opera recenzja reviewPo paru latach błądzenia w stylistycznej mgle Fleshgod Apocalypse wreszcie wyszli na prostą i chyba znaleźli optymalną dla siebie niszę, bo Opera to zdecydowanie ich najlepszy, najbardziej przekonujący i dopracowany album od czasu „Labyrinth”, a zatem od ponad dekady. Włosi naturalnie nie dokonali tu żadnych rewolucyjnych zmian w stosunku do poprzednich krążków, ale po prostu przestali kombinować tam, gdzie to w ogóle nie było konieczne i udawać, że robią coś ambitniejszego, niż to było w rzeczywistości, natomiast mocniej skupili się na wyrazistości i chwytliwości kompozycji. Tym samym stworzyli krążek, który można sobie z przyjemnością zapętlić.

Pomimo z lekka wyrobionej formuły cały materiał brzmi zaskakująco świeżo, jest dość zwarty (43 minuty), mniej schematyczny i nieco nowocześniej zaaranżowany (to może być zasługą gitarniaka z Deceptionist), a jednocześnie sporo w nim klasycznych naleciałości, zwłaszcza barokowych (choćby w „Matricide 8.21”). Współpraca na linii death metal-symfonika (wspomagana chórami) działa bez zarzutu (a to u Fleshgod Apocalypse nie jest regułą); elementy tych odmiennych stylistyk dobrze się uzupełniają i zazębiają, więc nie ma wrażenia przeginania w którąś ze stron czy łączenia ich za wszelką cenę. Warto przy okazji zaznaczyć, że Opera nie jest aż tak, no… operowa, jak to sugeruje tytuł płyty, a w większym stopniu ma vibe… popowy, co wbrew pozorom wcale nie jest jej wadą.

Między „Veleno” a „Opera” doszło do paru zmian w składzie, spośród których najistotniejszą było porzucenie zespołu przez wokalistę/basistę Paolo Rossiego, a więc jednego z założycieli, który miał duży acz kontrowersyjny wpływ na brzmienie Fleshgod Apocalypse. W zaistniałej sytuacji za bas chwycił wszechstronny Francesco Paoli (jak się zdaje, po wypadku jeszcze nie wrócił do pełnej formy), zaś wszystkimi czystymi wokalami zajęła się, już jako pełnoprawna członkini, Veronica Bordacchini. I to właśnie ona była strzałem w dziesiątkę! Jak się okazało, wachlarz możliwości Veroniki obejmuje nie tylko wysokie operowe rejestry, bo potrafi także świetnie śpiewać normalnym głosem („I Can Never Die”, „Till Death Do Us Part”), a nawet ordynarnie drzeć („Morphine Waltz”). Wpływ wokalistki na ostateczny kształt Opera jest niebagatelny i na pewno przesądza o zróżnicowaniu i przystępności tego materiału. Dla kontry – Eugene Ryabchenko zadbał, żeby było odpowiednio gęsto i ekstremalnie.

Opera nie jest albumem, jakiego mógłbym się spodziewać po dość niestabilnym w ostatnich latach Fleshgod Apocalypse, stąd też pozytywnie mnie zaskoczył. To trzy kwadranse dobrze zbalansowanej, bardzo urozmaiconej i pozbawionej dłużyzn/zapychaczy muzyki, która wchodzi z dużą łatwością i pozostawia po sobie ślad w pamięci. Oby tylko tak dalej!


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/fleshgodapocalypse

inne płyty tego wykonawcy:








Udostępnij:

6 marca 2026

Gaerea – Coma [2024]

Gaerea - Coma recenzja reviewW ciągu zaledwie dekady Gaerea dorobiła się rozpoznawalności porównywalnej z pastéis de nata, stała się zespołem, „o którym się mówi” i który w pewnych kręgach wywołuje niemałe kontrowersje. Na Coma, płycie numer cztery, Portugalczycy chyba osiągnęli swoją ostateczną formę. Ostateczną (nie mylić ze szczytową!), czyli taką, z jaką jeszcze nie mam problemu, a mógłbym mieć, bo wyczuwam w tych dźwiękach, że muzycy stanęli na rozdrożu i zaczęli powoli kalkulować, co tu dalej zrobić, żeby było dobrze. Nie ulega wątpliwości, że zamaskowany kwintet miał świadomość komercyjnego potencjału, więc pojawiło się pytanie: ile będzie chciał z niego wycisnąć.

Na Coma Portugalczycy pokazali, że nie boją się zaryzykować. Przez lata każda płyta zespołu logicznie wynikała z poprzedniej, a ewolucja stylu była raczej stopniowa i sprowadzała się do ulepszania warsztatu i rozwijania co ciekawszych patentów albo tych, w których czuli się mocni. Czwarty krążek Gaerea to już wyraźny skok do przodu — albo w bok, jak kto woli — oraz próba wyjścia poza dotychczasowe ramy i otwarcia się na nowych odbiorców… i ich portfele. Próba dość udana, choć nie na tyle, żeby w stu procentach zaangażować wybrednego słuchacza, a już szczególnie fanów ekstremy spod znaku nieustającego tremola i huraganowych blastów.

Objętościowo album nie odbiega od poprzednich dwóch, ale ma to związek ze zmienionym, kompaktowym podejściem do komponowania: utworów może i jest więcej, za to są krótsze (niespełna ośmiominutowy „The Poet’s Ballet” pełni także rolę intra, więc zawyża średnią) i znacznie bardziej zróżnicowane, a przy tym przystępne akurat na tyle, żeby każdy, nawet spoza blackowego grajdołka, znalazł tu coś dla siebie. Przez ponad 50 minut doskonale słychać, że na Coma zespół starał się nadać muzyce głębi i dramaturgii, urozmaicić struktury oraz za wszelką cenę uniknąć schematów, byle tylko kawałki w jak największym stopniu miały indywidualny rys. W tych urozmaiceniach Gaerea niejednokrotnie zapędza się czy to w progresywne, czy w post-blackowe rejony (tak, z czystymi wokalami), a to oznacza stosunkowo dużo lajtowych dźwięków, które na miłośników „Mirage” czy „Limbo” mogą podziałać jak płachta na byka. Na moje ucho proporcje między sieczką a klimatami na przestrzeni całego albumu zostały zupełnie nieźle wyważone, co jednak nie zmienia faktu, że wolałbym więcej intensywnego grzania, bo w tym akurat Portugalczycy są świetni.

Niezależnie od stylu, w jakim w danym momencie porusza się Gaerea, słucha się tego co najmniej dobrze i przez większość czasu ze sporym zainteresowaniem. Jako że na Coma każdy utwór różni się od pozostałych, łatwo wybrać spośród nich swoich faworytów. Ja wskazałbym szczególnie na „The Poet’s Ballet” (jak już się rozkręci, to jest miazga), „Reborn” (szybki, treściwy i bezpośredni), „Coma” (z jednej strony gwałtowny, z drugiej transowy), „Wilted Flower” (skocznie melancholijny – inaczej nie potrafię tego określić), no i oczywiście überhiciorski „Hope Shatters”. Gdyby cały album trzymał styl, melodykę i poziom pierdolnięcia tego ostatniego, bez wahania w miejscu na ocenę wklepałbym 9, bo z tak zajebiście zaaranżowanymi kawałkami w mainstreamowym black metalu rzadko mamy do czynienia.

Wraz z tym, jak kariera Gaerea nabiera tempa, muzyka zespołu powoli traci ze swojej pierwotnej/podziemnej zadziorności, a jednocześnie zyskuje inne, dla mnie niekoniecznie istotne, przymioty. Stąd też Coma już wkrótce może się okazać ostatnim krążkiem Portugalczyków, który w tak dużym stopniu trafia w mój gust.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalna strona: www.gaerea.com







Udostępnij:

28 lutego 2026

Vitur – Transcending The Self [2024]

Vitur - Transcending The Self recenzja reviewChłopaki z Vitur mogą tego nie pamiętać, ale ćwierć wieku temu death metal był najbardziej rozpoznawalnym na świecie polskim towarem eksportowym zaraz po wódzie i ceramice z Bolesławca, a nasze kapele wespół z amerykańskimi rządziły w rankingach i były stawiane za wzór. Z czasem sytuacja uległa znacznemu pogorszeniu, bo część starych wyjadaczy się wykruszyła, zaś nieliczni młodzi gniewni w większości jakością swych poczynań nie potrafili nawet nawiązać do chlubnych tradycji. Tak doszliśmy do stanu obecnego, kiedy, co przyznaję z bólem, znalezienie wartościowego debiutanta graniczy z cudem. W tych okolicznościach Transcending The Self napawa pewnym, acz nieprzesadnym optymizmem.

Zespół jest młody, nieumoczony w scenowych układzikach, pojawił się znikąd (czyli z Warszawy) i z miejsca zaskoczył stosunkowo wysokim poziomem i mało ortodoksyjnym podejściem do grania. Vitur upodobali sobie nisko strojony i nieco mechaniczny techniczny death metal w nowoczesnym (a precyzyjnie: współczesnym), doprawionym djentem wydaniu, co raczej nie przysporzy im zwolenników wśród zakochanych (deklaratywnie…) w oldskulu rodaków, ale poza granicami naszego piekiełka na pewno niejeden miłośnik kombinowania spojrzy na Transcending The Self przychylnym okiem. Trzeba przy tym nadmienić, że muzyka grupy ma się tak se do szufladki, do której próbuje wcisnąć ją wydawca (nie wszystko Archspire, co ośmiostrunowe); ja wyłapuję tu więcej punktów wspólnych z lokalsami: Dormant Ordeal, Redemptor czy Shodan. Towarzystwo doborowe, problem w tym, że żadna z tych kapel nie zrobiła u nas kariery…

Co do tego, że chłopaki potrafią grać, nie mam najmniejszych wątpliwości – choć poprzeczkę zawiesili sobie wysoko (Beyond Creation, Virvum, Gojira…), każdy z nich zaprezentował się z dobrej strony i dołożył starań, żeby jego wkład w Transcending The Self był odpowiednio słyszalny. I tu uwaga: żadnej jałowej trzepanki tu nie uświadczycie. Wiadomo, warsztatowo to jeszcze nie ekstraklasa, ale potencjał Vitur mają niemały i warto, żeby go dalej rozwijali, pracując przy okazji nad kształtem kompozycji. O ile album jako całość nie jest w ogóle monotonny, to w utworach trafiają się małe zgrzyty – fragmenty, kiedy brakuje płynności, a może i większego zdecydowania, co do tego, jak je poprowadzić i wykończyć. Innym problemem debiutu są instrumentalne miniatury w liczbie trzech, które niczego konkretnego nie wnoszą, a tylko rozbijają spójność materiału.

Pierwsze poważne wydawnictwo Vitur należy zaliczyć do udanych; zespół bez kompleksów zaznaczył swoją obecność na scenie i dał sporo argumentów, żeby bacznie przyglądać się jego dalszym krokom. Oczekuję, że w przyszłości chłopaki jeszcze się wyrobią i nie popełnią błędów widocznych na Transcending The Self.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/viturofficial
Udostępnij:

18 lutego 2026

Malthusian – The Summoning Bell [2025]

Malthusian - The Summoning Bell recenzja reviewTen irlandzki kwartet z dorobkiem obejmującym zaledwie demo, epkę i debiutancką płytę szybko wyrósł na jednego z czołowych przedstawicieli chaotycznego death/black metalu. Jak dla mnie – trochę na wyrost, bo skupił się bardziej na sprawnym odgrywaniu patentów podpatrzonych u innych, niż na wprowadzeniu do tego stylu czegoś charakterystycznego tylko dla siebie. Sam zespół chyba też doszedł do podobnych wniosków i coś w tym temacie kombinował, bo prace nad następcą „Across Deaths” zabrały mu szmat czasu. Wreszcie, po siedmiu latach trzymania fanów w niepewności, Malthusian objawił się nieco niespodziewanie w Relapse z krążkiem numer dwa.

Czy za sprawą The Summoning Bell Irlandczycy potwierdzili swoją przynależność (a przynajmniej aspiracje) do elity oraz to, że opinie o ich dotychczasowych dokonaniach nie były przesadzone? Nooo, tego… odpowiedź nie jest jednoznaczna. Tak na dobrą sprawę naprawdę odczuwalny postęp dotyczy wyłącznie produkcji, która ogromnie zyskała na jakości – album brzmi potężnie, masywnie i niezwykle selektywnie, dzięki czemu dokładnie słychać, co też dzieje się na przestrzeni tych 54 minut. Sama muzyka od czasu „Across Deaths” nie zmieniła się znacząco — pomijając klimat i większy nacisk położony na dysonanse niż chaos sensu stricto — albo inaczej – zmieniły się pewne jej elementy, ale bilans tych zmian wyszedł hmm… na zero. O przełomie niestety nie ma mowy.

Na albumie nie brakuje urywających łeb partii, kiedy Malthusian napierają gęsto i intensywnie, a jednocześnie precyzyjnie jak nigdy dotąd. The Summoning Bell jest materiałem bardziej technicznym, uporządkowanym, bogatszym i odważniej (nowocześniej?) zaaranżowanym od debiutu, jednak pod względem takiej bezpośredniej ekstremalności wcale mu nie ustępuje. Ba, mógłby robić nawet większy zamęt pod kopułą, gdyby tylko zespołu nie naszło na dużo częstsze operowanie klimatem i partiami wpadającymi w doom. Póki Irlandczycy trzymają się szybkich temp i brutalnych wyziewów, nie mogę się do niczego przyczepić, bo właśnie na taki Malthusian liczyłem – może i nie rewolucyjny, ale konkretnie miażdżący natłokiem dźwięków. Problemem The Summoning Bell są natomiast zwolnienia, bo w porażającej większości rozwalają struktury utworów (to w „Red, Waiting” to jakieś kuriozum) i sprowadzają się do zamulania. Owszem, są ciężkie, ale przy tym dość jałowe; nabijają licznik, podobnie zresztą jak dwa niepotrzebne instrumentale.

Więcej nie zawsze znaczy lepiej i The Summoning Bell jest tego dobrym przykładem. Gdyby okroić ten album z paru zapychaczy i sprowadzić do lunatycznej sieczki, wchodziłby bez porównania lepiej i nikomu nawet przez myśl by nie przeszło, żeby wymagać od Malthusian czegoś ponad to. Ja w każdym razie byłbym kontent.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/malthusianDM

Udostępnij:

11 lutego 2026

Clairvoyance – Chasm Of Immurement [2025]

Clairvoyance - Chasm Of Immurement recenzja reviewZespół Clairvoyance zaistniał w mojej świadomości przy okazji przekopywania katalogu Blood Harvest kilka lat temu, jednak do pierwszego kontaktu z jego muzyką musiało upłynąć trochę czasu. Teraz pluję sobie w brodę, że tak długo zwlekałem, bo Chasm Of Immurement to kawał porządnego gruz-metalu, który wyraźnie, w dodatku z łatwością, wybija się ponad średnią gatunkową, a jest to o tyle duże osiągnięcie, że większość kapel tego nurtu wydaje się robić wszystko, byle tylko od tej średniej w żaden sposób nie odstawać i nie być posądzonym o zdradę ideałów.

Nie chciałbym sugerować, że Clairvoyance na swoim debiucie poszli w eksperymenty albo wyczyniają jakieś niesamowicie oryginalne rzeczy. Nic podobnego, oni po prostu nie powielają ślepo błędów nagminnie popełnianych przez starsze i bardziej uznane grupy. W sumie już tyle by im wystarczyło, żeby zwrócić na siebie uwagę, a oni jeszcze solidnie przyłożyli się do wykonania oraz produkcji albumu, co czyni z Chasm Of Immurement całkiem smakowity kąsek dla wielbicieli syfiastego death metalu, choć może niekoniecznie tego w najbardziej ortodoksyjnym wydaniu. W muzyce doskonale słychać, że chłopaki znają i rozumieją podstawy takiego grania, ale na pewno nie ograniczają się tylko do nich, więc w przyszłości mogą nas jeszcze czymś zaskoczyć. Zanim jednak do tego dojdzie, warto się skupić na opisywanym krążku.

Na Chasm Of Immurement pasuje mi praktycznie wszystko i chyba nie potrafiłbym wskazać tylko jednego wyróżniającego się czy potraktowanego z wyjątkowym pietyzmem elementu. Tu liczy się całokształt, co oznacza, że muzycy i gardłowy Clairvoyance skrupulatnie przemyśleli, jak miał wyglądać ten materiał i niczego nie pozostawili przypadkowi. Począwszy od rozsądnej objętości (34 minuty), poprzez duże wewnętrzne zróżnicowane utworów (monotonii nie stwierdzono), klasowy wokal (dobry dół bez bezpłciowego buczenia), po bardzo selektywne, acz ciągle surowe brzmienie, którym, gloria!, nie musieli maskować niedoskonałości techniczno-kompozycyjnych. Każdy z sześciu dość rozbudowanych kawałków niesie z sobą coś ciekawego, w każdym też znalazło się miejsce dla paru bardziej chwytliwych riffów czy niestandardowych solówek (jak w „Monument To Dread”), które nadają im większej wyrazistości. Dzięki temu płytę łyka się bez popitki, a z przesłuchania na przesłuchanie wyłapuje się z niej coraz więcej.

Jestem pod dużym wrażeniem dojrzałości Clairvoyance zaprezentowanej na Chasm Of Immurement i mam nadzieję, że zespół przynajmniej utrzyma tak wysoki poziom na kolejnych wydawnictwach. To tylko debiut, a z dobrą promocją może sprawić, że kilka kapel z czołówki zacznie z niepokojem oglądać się za siebie. Brawo!


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/clairvoyancedeathmetal

Udostępnij:

5 lutego 2026

Christ Agony – Anthems [2025]

Christ Agony - Anthems recenzja reviewEhhh… lata mijały, rozczarowanie narastało, no i w końcu proroctwo z recenzji „Legacy” zostało wypełnione: nie miałem najmniejszej ochoty/potrzeby sprawdzać, co też znalazło się na kolejnym już powrotnym — tym razem po rekordowo długiej przerwie — materiale Christ Agony. Materiale, który powstawał w zajebiście niesprzyjających okolicznościach przyrody, na raty i w dodatku w dość efemerycznym składzie. To mógł być ostatni gwóźdź do trumny bardzo ważnego dla mnie zespołu, a ja nie chciałem być świadkiem jego wbijania; postanowiłem zatem udawać, że Anthems w ogóle nie istnieje.

Problem w tym, że nie można siebie oszukiwać w nieskończoność, zwłaszcza kiedy instynkt kolekcjonera wie lepiej i podszeptuje do ucha: „kup, kup”. Kupiłem i nie żałuję, bo chociaż Anthems do ideału daleko, to nie potwierdziły się moje obawy (przynajmniej nie wszystkie) związane z tym wydawnictwem. Już samo to, że album zawiera świeższe spojrzenie na muzykę Christ Agonyy i więcej haczyków od dwóch poprzednich wystarcza, żeby dać mu szansę. Z mojej perspektywy najważniejsze jest jednak to, że pomimo pewnych oczywistych nawiązań (m.in. do „Moonlight” w „Sanctuary Of Death” czy dwóch ostatnich w „Throne Of Eternal Silence” i „Nocturnal Dominion”) krążek nie powiela tych najbardziej charakterystycznych i oklepanych motywów z przeszłości, których nagromadzenie ostatnimi czasy doprowadzało mnie do szału.

W miejsce tego, co (aż za) dobrze znane i przemielone już setki razy na Anthems pojawiło się sporo nowych rozwiązań melodycznych, rytmicznych czy „klimatycznych”, które w różnym stopniu odbiegają od tego, z czym ten zespół był dotąd kojarzony, co czyni tę płytę ciekawszą i mniej przewidywalną. I choć nie wszystkie pomysły do mnie trafiają (wołanie na puszczy: didgeridoo to syf i należy się tego wystrzegać!), to poczynione zmiany w ogólnym rozrachunku zadziałały na plus, a taki „Dark Waters”, w którym mamy kumulację tego, co najlepsze, jest prawdziwą perełką i powinien na stałe wejść do kanonu Christ Agony. Trzeba przy tym oddać Cezarowi, co cezarskie, bo niezależnie od tego, z jak nietypowymi zagrywkami (jak na niego) mamy do czynienia, ciągle jest w nich wyczuwalny styl zespołu.

Anthems robi dość dobre wrażenie i w formie, w jakiej trafił do fanów, powinien się podobać, ale jestem przekonany, że można było z niego wycisnąć trochę więcej. Przede wszystkim materiał by zyskał, gdyby go okroić z paru powtórzeń i pozbyć się jałowych wypełniaczy (didgeridoo!), bo stałby się bardziej dynamiczny i komunikatywny, a może nawet i wyrazisty. Drugą kwestią jest skład, a raczej jego brak; zgrany kolektyw ludzi mógłby nadać tym dźwiękom indywidualnego charakteru i mocniej je zniuansować. Po trzecie w końcu, dobrze by było zamknąć proces nagrań w ramach jednej sesji, bo ostateczny mastering nie wyrównał różnic w brzmieniu poszczególnych ścieżek/utworów.

Moje czarnowidztwo w stosunku do Anthems okazało się przesadzone, więc po cichu liczę, że po wyprostowaniu paru istotnych spraw i znalezieniu odpowiednich ludzi będzie już tylko lepiej, a Chrystusowa Agonia potrwa jeszcze kilka lat.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/ChristAgony

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

21 stycznia 2026

Morbific – Bloom Of The Abnormal Flesh [2025]

Morbific - Bloom Of The Abnormal Flesh recenzja reviewUdany debiut sprawił, że byłem dość pozytywnie nastawiony do młodych obwiesiów z Morbific, ale moje podejście szybko uległo zmianie po wydaniu przez nich koszmarnie brzmiącego „Squirm Beyond The Mortal Realm”. Byłem przekonany, że po takiej wtopie Finowie już się nie podniosą i ze wstydu zakończą działalność gdzieś w pobliskim lesie. Nie zakończyli. Mało tego, wydali trzeci album, który sprawdziłem tylko po to, żeby z typowo polskiej troski upewnić się, że dalej im w życiu nie wychodzi. I nastąpiło zdziwko: zespół cofną się do korzeni, a potem zrobił krok naprzód, tym razem we właściwym kierunku. Dzięki temu znów jest słuchalny.

Na Bloom Of The Abnormal Flesh Finowie zaczynają tam, gdzie skończyli na „Ominous Seep Of Putridity”, więc ponownie obcujemy z prostym (momentami — jak w „Menagerie Of Grotesque Trophies” czy „Hydraulic Slaughter” — wręcz prostackim) i syfiastym death metalem z przeogromnymi wpływami Autopsy i całej gromady zbliżonych stylistycznie klasyków. Muzycy Morbific nie dokonali tu żadnego przełomu, a mimo to nieco rozwinęli sprawdzoną formułę, pogłębiając uroczy klimat wczesnych lat 90. (m.in. za sprawą wywołujących uśmiech politowania klawiszy) oraz stawiając większy nacisk na bezpośrednią chwytliwość materiału. Ponadto w paru miejscach chłopaków naszło na punkowy feeling, a w innych na ciut bardziej rozbudowane struktury – o ile to pierwsze fajnie pasuje do całości, tak drugie ich przerasta i sprowadza się do niepotrzebnych dłużyzn (jak w „From Inanimate Dormancy” i „Bloom Of The Abnormal Flesh (A Travesty Of Human Anatomy)”).

Podobnie jak na debiucie, tak i na Bloom Of The Abnormal Flesh najbardziej podchodzą mi te fragmenty, kiedy Morbific bujają w średnich tempach przy pomocy niby to topornych, ale wpadających w ucho riffów. Nie ma w tym żadnej filozofii i oklepane to wszystko straszliwie, jednak wchodzi z dużą łatwością i ma w sobie coś, co skłania do powtórnych przesłuchań. Weźmy pierwszy z brzegu „Smut Club (For The Chosen Scum)”: banał na banale, ale nóżka sama chodzi, o czuprynie nie wspominając – po prostu nie można się temu oprzeć. Co do skrajności – zespół wyraźnie lepiej radzi sobie z przyspieszeniami, mniej w nich przypadku i chaosu, a więcej precyzji i zdecydowania, za to w wolniejszych partiach trochę nie wie, co z sobą zrobić, więc niepotrzebnie zapętla pewne motywy i zamula. Instrumental w połowie płyty można o kant dupy potłuc.

Nie ma co ściemniać, „dwójka” Morbific dla mnie nie istnieje i dlatego traktuję Bloom Of The Abnormal Flesh jako bezpośrednią kontynuację debiutu; kontynuację udaną i spełniającą moje odczekiwania w stosunku do tego zespołu. O kolanach, co oczywiste, mowy być nie może – to nie ten kaliber.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/morbific

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

14 stycznia 2026

Diabolizer – Murderous Revelations [2025]

Diabolizer - Murderous Revelations recenzja reviewWydawać by się mogło, że skoro po wielu latach Diabolizer wreszcie dorobił się debiutu — który w dodatku został ciepło przyjęty — to występujący pod tym szyldem muzycy poświęcą zespołowi więcej czasu i uwagi, spróbują go rozruszać i postarają się wyrobić mu markę na międzynarodowej scenie. Jeeednak równie dobrze Turcy mogli na powrót zająć się swoimi pozostałymi kapelami, z którymi już coś osiągnęli i które dorobiły się przyzwoitej rozpoznawalności. No i cóż, właśnie z tej drugiej opcji skorzystali, stąd też na następcę „Khalkedonian Death” przyszło nam czekać aż cztery lata.

Tego czasu muzycy Diabolizer na pewno nie przebimbali, bo Murderous Revelations absolutnie nie jest kopią ani w prostej linii rozwinięciem debiutu. Owszem, ma z tamtym materiałem sporo punktów wspólnych, jednak momentami brzmi jak zupełnie inny zespół. Zmieniło się naprawdę sporo, zaś najbardziej w uszy rzucają się dwie kwestie: produkcja i feeling. Murderous Revelations odznacza się większym ciężarem i masywnością dźwięku, a przy tym jest dość surowy, ale nie na tyle, żeby zalatywać piwniczną amatorką. Różnica w feelingu — dla niektórych może być kluczowa — wynika natomiast ze stopnia skomplikowania muzyki; Turcy stworzyli bardziej zwarte i złożone, a przez to mniej bezpośrednie utwory, które niekoniecznie muszą chwytać od pierwszego przesłuchania (hiciorski „Purulent Divinity In Black Flames” może tu robić za wyjątek od reguły).

Korekta stylu na Murderous Revelations wypadła Diabolizer całkiem przekonująco i zadowoleni z niej będą zwłaszcza ci, którzy cenią sobie dobre rzemiosło w ramach klasycznie pojmowanego death metalu, bo w nowych kawałkach każdy z instrumentalistów dostał dużo miejsca na indywidualne popisy. Zespół urozmaicił szaleńcze tempo licznymi zwolnieniami, wplótł sporo różnorodnych solówek, mocniej wyeksponował efektowną pracę basu i rozjaśnił całość odrobiną melodii o nieco innym charakterze niż te z debiutu. Innymi słowy: Diabolizer dalej napierdala, ale to napierdalanie ma więcej odcieni i jest dalekie od monotonii, w związku z czym nie ma szans pomylić „Bloodsteam Bonegrinder” z „Into The Depths Of Diseased Minds” czy „Into The Jaws Of Cerberus”.

Jeśli kolejny album Diabolizer miałby być równie dużym i w sumie nieoczywistym krokiem naprzód, co Murderous Revelations w stosunku do „Khalkedonian Death”, to jestem skłonny na niego poczekać te 4-5 lat, na pewno będzie warto. Międzyczas będę sobie umilał opisywanym krążkiem, który gorąco polecam zwłaszcza fanom Severe Torture, późnego Malevolent Creation czy szwajcarskiego Requiem – nie zawiedziecie się.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/diabolizer

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

9 stycznia 2026

Gridlink – Perfect Amber [2025]

Gridlink - Perfect Amber recenzja reviewGridlink zakończyli działalność niedługo po wydaniu „Longhena” „Coronet Juniper”, ale nie miałem im tego za złe. Wszak zrobili tyle dobrego dla światowej kultury, że stali się boscy i nietykalni, więc wybaczyłbym im nawet udział w „Tańcu z gwiazdami”. Nie liczyłem też na ich powrót, bo jak mało kto – nie musieli niczego udowadniać. Wszak zrobili tyle dobrego dla światowej kultury i tak dalej… A tu niespodzianka. Nie, nie wrócili, ale postanowili zza grobu jeszcze raz zrobić dobrze swoim fanom. Nie śmiałbym prosić o więcej.

Perfect Amber to niezwykle wartościowe wydawnictwo, bo składają się na nie trudno dostępne dwie pierwsze płytki (zdrobnienie zamierzone i niestety konieczne) Gridlink w wersjach ulepszonych/uwspółcześnionych, a konkretnie w takich, w jakich zaplanował je Takafumi Matsubara. Jak się okazało, oryginalne nagrania — same w sobie przecież całkiem udane — były dotknięte ograniczeniami sprzętowymi i w związku z tym nie trafiły na nie wszystkie przewidziane ścieżki, a i z miksu zespół nie był w pełni zadowolony. Czy w ogóle warto było przy tym dłubać? No kurwa!

„Amber Gray” i „Orphan” nie wydawały mi się w jakikolwiek sposób wybrakowane, jednak po konfrontacji z ich rimejkami na Perfect Amber muszę przyznać, że… tylko tak mi się wydawało. Różnice w brzmieniu są oczywiste i mocno odczuwalne od pierwszych sekund. Oba materiały — przy czym debiut w większym stopniu — nabrały fajnej głębi, zostały bardziej nasycone i zyskały na pierdolnięciu. Zajebiście podoba mi się jak uwypuklono aranżacyjne smaczki (głównie gitarowe) oraz podbito dynamikę i dzięki temu wydobyto z muzyki dodatkowe pokłady energii – energii, która błyskawicznie udziela się słuchaczowi. W tym aspekcie Gridlink byli nie do podjebania, bo naprawdę mało który zespół potrafi łączyć w swojej twórczości nieliche techniczne wygibasy z totalną żywiołowością, a im to wychodziło naturalnie. Chociaż od wydania obu płyt upłynęło już kilkanaście lat, w dalszym ciągu zachwycają świeżym podejściem do grind’u.

Nie miałem podstaw podejrzewać, że coś takiego jak Perfect Amber w ogóle kiedykolwiek powstanie, ale skoro już powstało, to baaardzo się, kurwa jego mać, z tego powodu cieszę. „Amber Gray” i „Orphan” w takim wydaniu to coś fantastycznego, po prostu pozycja obowiązkowa dla wszystkich fanów tego nietuzinkowego zespołu, a dla całej reszty doskonała okazja, żeby się wreszcie z nimi zapoznać. Teraz nieśmiało czekam, kiedy chłopakom znudzi się łupanie w Barren Path i wrócą na stare śmieci…


ocena: -
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/GridLink512

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

3 stycznia 2026

Bloodtruth – Execration [2025]

Bloodtruth - Execration recenzja reviewMoże i jestem niesprawiedliwy w swoich ocenach, ale uważam, że Bloodtruth załapali się na debiut w Unique Leader bardziej dzięki koneksjom z Fleshgod Apocalypse niż ze względu na poziom uprawianej muzyki. Później, przy okazji „Martyrium”, było już z nimi wyraźnie lepiej, jednak, jak się okazuje, nie na tyle, żeby „kariera” zespołu nabrała rozpędu – stąd też na płytę numer trzy przyszło nam czekać aż 7 lat. W międzyczasie konkurencja Włochów — nawet patrząc tylko na ich krajowe poletko — nie spała, więc na pewno nie będzie im łatwo przebić się do głównego nurtu.

Długa przerwa wydawnicza, o której przyczyny bez żenady dopytałby każdy HRowiec, to nie jedyny problem Execration. Poważniejszy dotyczy już bezpośrednio muzyki – wydaje mi się bowiem, że Bloodtruth zrobili na tym materiale krok wstecz, że nowa płyta nie oddziałuje z taką siłą jak „Martyrium” i gdzieniegdzie gubi swą tożsamość, zbaczając w stronę deathcore’a. Z pozoru wszystko jest w jak najlepszym porządku, bo chłopaki napieprzają, trzymając się głównie sprawdzonych rozwiązań – nie brakuje tu ani intensywnego blastowania, ani zakręconych riffów, ani też paru urozmaicających całość zwolnień. Niestety same kompozycje sprawiają wrażenie niedopracowanych i z lekka przeciągniętych, a w związku z tym początkowo niczym szczególnym się nie wyróżniają, choć niewątpliwie pewien potencjał w nich drzemie.

Tego potencjału Bloodtruth nie są w stanie uwolnić ze względu na dwie kwestie: dość płaskie, aczkolwiek selektywne, brzmienie oraz wokale. Pierwszego nie trzeba tłumaczyć, drugie już tak. Wokalista zespołu od czasu poprzedniej płyty nie zmienił ani barwy głosu, ani sposobu darcia mordy, jednak albo urosło jego ego, albo uroił sobie, że ma bardzo dużo bardzo ważnych rzeczy do przekazania. Innymi słowy: Execration to album stanowczo przegadany. Wokale przesłaniają muzykę, dominują nad nią, a przez to nawet najlepsze kawałki („Execration”, „God, Trascendental Killer”, „Obsidian And Steel”) wymagają kilku przesłuchań, żeby wyłapać to, co przesądza o tym, że są najlepsze. Wkurwiają mnie takie zabiegi, zwłaszcza że Luis Maggio to nie Bruce Dickinson, więc nikt nie będzie siedział z głową przy głośniku, żeby zachwycać się jego nieprzeciętnym warsztatem.

Siedem lat w death metalu to kupa czasu i chyba muzycy Bloodtruth — mimo udzielania się w innych kapelach — wpadli w tę dziurę, stracili czujność i nie dopilnowali kilku istotnych kwestii, dzięki którym Execration mógłby być lepszym krążkiem. W kształcie, w jakim trafił do sprzedaży, przekona do siebie zapewne tylko mocniej wkręconych maniaków.


ocena: 7/10
demo
oficjalna strona: www.bloodtruth.net

podobne płyty:

Udostępnij:

30 grudnia 2025

Mayhem – De Mysteriis Dom Sathanas [1994]

Mayhem - De Mysteriis Dom Sathanas recenzja reviewSą takie dzieła, które ciężko jednoznacznie ocenić. Zwłaszcza jeśli w czasie naszej podróży, zwanej powszechnie życiem, idee, system wartości czy wyznawane przekonania ulegają, jeżeli nie zmianom, to pewnym modyfikacjom. Cały ten proces ma miejsce dzięki tajemniczemu składnikowi nazwanym doświadczeniem. Dzięki przeżywaniu i doświadczaniu, coś co kiedyś uważaliśmy za arcydzieło, ulega degradacji, a czasami coś, co przez lata uważaliśmy za jakiś średniak, nagle urasta do rangi co najmniej „wow, nie tak to sobie zapamiętałem”. To co tyczy się arcydzieł stanowi magię ich nieśmiertelności. To znaczy, pamiętamy jak usłyszeliśmy jakąś płytę około 20 lat temu i obecnie wzbudza w nas te same pozytywne emocje. Nieważne, że wiemy lepiej, rozumiemy więcej, jesteśmy mądrzejsi (przeważnie), a jakieś dzieło nadal rozwala nas na łopatki. Takie twory chyba spokojnie możemy nazwać arcydziełami. Rzecz jasna arcydziełem dla nas. To bardzo subiektywne spojrzenie, bo zapewne każdy ma inną definicję owego pojęcia. Jest wszelako jeszcze jedna miara, czysto obiektywna. Ciężar historyczny. Przecież nie każda płyta, która wyszła w minionym wieku miała wpływ na swój gatunek. De Mysteriis Dom Sathanas tę wagę posiada. Dlaczego? Dlatego, że debiut Mayhem to nie tylko pierwsza duża płyta Norwegów, ale też płyta naznaczona krwią. Krwią jednego z założycieli nazywającego się Øystein Aarseth ps. Euronymous. Ojca zespołu, który tego debiutu nie dożył. Nie jestem tutaj, by oceniać postacie Euronymousa i Varga, ale to co między nimi się wydarzyło wpłynęło także na De Mysteriis Dom Sathanas, choćby w tym że usunięty z „credistów” został ów Varg odpowiedzialny za bas.

Moja prywatna droga z tym albumem jest burzliwa niczym związki Ridge’a z „Mody na Sukces.” Od uwielbienia (to jedna z pierwszym zakupionych płyt) po odrzucenie i zapomnienie na lata. Teraz postanowiłem odkurzyć ten materiał i przynajmniej spróbować jak najbardziej obiektywnie sprawdzić, czy historycznemu ciężarowi tego krążka dorównuje muzyka.

Okładkę przedstawiającą katedrę w Nidaros na niebiesko-czarnym tle zna chyba każdy tytułujący się metalowcem człowiek. Osiem utworów składa się na 46 minut muzyki.

Przywita nas „Funeral Fog”. Wrzynające się gitary i rytmiczna perkusja nastrajają na nadciągający mrok. Grubo po ponad minucie wejdzie wokal Węgra Attily. Myślę, że jest to pewnego rodzaju ściana. Od tego wokalu można się odbić. Trudno ten śpiew nawet opisać. Jęk przez zaciśnięte zęby? Coś co lata temu mi przeszkadzało i do dziś mnie nie przekonuje. Muzyka tak doskonale mi znana, niemal jak pamięć mięśniowa, nadal iskrzy z wokalem. „Freezing Moon” to czysty klasyk. Początku, aż wstyd nie znać. Nie będę się rozpisywać nad kolejnymi kultowym utworami, bo bym się powtarzał. Muzyka majstersztyk, wokal raz lepiej, raz gorzej. Nie przekonam się do niego zapewne nigdy. Co prawda na najnowszych dziełach Mayhem zacząłem się z Attilą i jego śpiewem „dogadywać”, ale zapewne to wynik wieku wokalisty i tego, że lata potrafią zmieniać ton, barwę czy styl śpiewu. Skupię się zatem na całości De Mysteriis Dom Sathanas. Bez wątpienia jest to płyta głęboka. Musimy poświęcić jej czas. Odpalenie jej za dnia podczas np. mycia podłogi, żeby leciała w tle to czystej krwi bluźnierstwo. Cisza, mrok wokół, ew. zapalone świece dla klimatu to odpowiednie nastawienie. De Mysteriis Dom Sathanas odwdzięczy się nam świetną, mroczną i klimatyczną oprawą, a kto wie może i się wokal spodoba? Przecież to odczucie czysto subiektywne. Milionom ludzi się podoba, więc coś w tym musi być. Warto też zaznaczyć zaangażowanie Węgra. Oglądając program o powstaniu tej płyty wspominał, że nagrywając wokale zamykał się w pokoju nagrań, odpalał czarne świece i chłonął mrok by móc go „oddać” w liniach wokalnych.

Zatem jak ocenić tę płytę? Powrót po latach utwierdził mnie w przekonaniu, że jest ona z pewnością dobra. Nie jest dla mnie arcydziełem, bo takowe już wcześniej u nich powstało, o czym na końcu krótko napiszę. Ocena według mnie nie powinna być niższa niż ta szatańska, szemrana szóstka. Za oddanie czarnych serc przy nagraniach, za wagę historyczną albumu, za przelaną krew, ale też za wyśmienite utwory muzyczne, które weszły do kanonu black metalu. Czy można płycie dać 10? I to jeszcze jak! De Mysteriis Dom Sathanas ma wszelkie ku temu zadatki i tylko nad nas zależy, czy pochłonie nas mrok całkowicie.

Osobiście uważam, że Euronymous byłby zadowolony z debiutu. A tym bardziej ze statusu jaki Mayhem ma w tej chwili. Ja jednak, jak napisałem wyżej, za arcydzieło uważam wydaną rok wcześniej koncertówkę „Live in Leipzig”. Dlaczego? Z prostej przyczyny. Wokal. To jednakże opowieść na inny czas. Cytując i modyfikując nieco klasyka filmowego: „Who’s Dead? – Dead is dead, baby. Dead is dead”.


ocena: 7/10
Lukas
oficjalna strona: www.thetruemayhem.com

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

26 grudnia 2025

Warbringer – Wrath And Ruin [2025]

Warbringer - Wrath And Ruin recenzja reviewWarbringer już od ponad dekady znajduje się u mnie w czołówce współczesnego thrash’u, choć tak naprawdę przez całą swą karierę zespół nie zrobił niczego przełomowego, wizjonerskiego czy choćby zaskakującego, aby w takiej czołówce się znaleźć. Amerykanom wystarczyło umiejętnie połączyć to, co w tym gatunku najlepsze, zadbać o odpowiednią produkcję i wysoki poziom wykonania – niby to takie proste, a jednak niewielu zespołom to się udaje. Warbringer udało się po raz kolejny, bo Wrath And Ruin to dowód ich konsekwencji i następna mocna pozycja w dyskografii; płyta, która tą najlepszą/ulubioną pewnie nie zostanie, ale tak na dobrą sprawę nie ma jej czego zarzucić.

Odkąd zespół wypracował swój charakterystyczny styl, nie eksperymentuje i nie dokonuje już większych/istotnych zmian w jego obrębie – tak też jest w przypadku Wrath And Ruin. Jasne, czasem chłopaki zagrają bardziej epicko („Cage Of Air”), czasem bardziej melodyjnie („Through A Glass, Darkly”), ale trzonem muzyki pozostaje intensywna thrash’owa młócka: żwawe tempa, ostre riffy, efektowne solówki i agresywny wokal. Warbringer dysponują dość szerokim arsenałem środków, więc pomimo upływu lat nie wyczerpali tej prostej formuły, o czym najlepiej świadczy to, jak gładko „The Sword And The Cross” i „Neuromancer” wtopiły się w aktualną setlistę zespołu – to nie tylko kawałki, które Amerykanie grają, bo są nowe i czymś trzeba promować album, ale również dlatego, że szybko chwyciły i publika się ich domaga. Chyba właśnie to przesądza o sukcesie i wyjątkowości tej kapeli: potrafi pisać hity.

Co istotne, na Wrath And Ruin nie trafiły tylko dwa porządne utwory, które miały odwrócić uwagę od całej reszty przypadkowych wypełniaczy, bo właściwe wszystkie mają równy potencjał, żeby zostać koncertowymi szlagierami. Nie oznacza to jednak, że wszystkie zbudowano w oparciu o ten sam przewidywalny schemat. Każdy kawałek ma tutaj sporo do zaoferowania (zwłaszcza te najdłuższe i najbardziej urozmaicone, choćby „The Last of My Kind”), każdy też jest inny i wyróżnia się na tle pozostałych, ale nie na tyle, żeby jakimiś głupimi zagrywkami rozpieprzyć spójność albumu. Takie podejście do kompozycji sprawia, że materiał skupia uwagę od początku do końca i nie pozostawia miejsca na nudę.

Warbringer przez lata przyzwyczaili fanów do porządnego, pozbawionego udziwnień brzmienia wykręconego wespół z takim czy innym uznanym fachowcem, więc fakt, że Wrath And Ruin brzmi porządnie i bez udziwnień nie zaskakuje. Zaskakuje natomiast to, że za produkcję odpowiada Mark Lewis, a więc człowiek, który czasem przy robocie lubi odwalić manianę. Tym razem się przyłożył i jakość dźwięku naprawdę trzyma wysoki poziom, a za super czytelny bas należy mu się nawet pochwała. Obraz całości psuje jedynie… obraz na okładce; zresztą nie pierwszy to raz. Przy całym szacunku dla dorobku Andreasa Marschalla, Warbringer powinni się trzymać od niego z daleka – to już trzecie nieudane podejście, więc wystarczy.

Amerykanie nie są już tak aktywni wydawniczo, jak na początku działalności i mocniej skupiają się na życiu w trasie, jednak gdy już wysmażą coś nowego, to zdecydowanie jest na czym ucho zawiesić. Co prawda za sprawą takich krążków jak Wrath And Ruin żaden przełom w ich karierze już się nie dokona, ale wciąż mogą liczyć na poszerzenie grona odbiorców.


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: www.warbringermusic.com



Udostępnij:

17 grudnia 2025

Quadvium – Tetradōm [2025]

Quadvium - Tetradōm recenzja reviewSteve DiGiorgio i Jeroen Paul Thesseling – dwóch magików czterech (domyślnie) strun, którzy trwale — choć w różnych okolicznościach przyrody — zmienili postrzeganie roli bezprogowego basu w ekstremalnym metalu. Gdyby nie oni, scena technicznego, a już zwłaszcza progresywnego death metalu wyglądałaby zapewne zupełnie inaczej, zaś wielu spośród wielbionych dziś muzyków w ogóle nie sięgnęłoby po instrument. Zasługi oraz umiejętności tej dwójki są niepodważalne, a za to, co zrobili w swoich karierach, należy im się szacunek i może jakaś „czerwona” data w kalendarzu.

Zdaję sobie sprawę, że ten wstęp zalatuje benefisem czy akademią ku czci, ale po prostu potrzebowałem jakiegoś pozytywnego akcentu w tej recenzji, choćby tego jednego, bo Quadvium i jego debiutancki Tetradōm to jak dla mnie porażka i nie zmienią tego nawet wypasione CV osób zaangażowanych w to przedsięwzięcie. Żeby nie było – sama idea stojąca za tym projektem wcale nie jest taka głupia i daje nadzieje na sporo nieszablonowego, rozsadzającego mózg grania, jednak wykonanie pozostawia wieeele do życzenia i w zasadzie przekreśla sens wydawania tak przygotowanej płyty.

Na Tetradōm trafiło 36 minut (naciągany plus za objętość) rozmemłanego i pozbawionego jakiejś myśli przewodniej progresywnego pitolonka, z którego dla słuchacza nie wynika nic, oprócz wszechogarniającego znużenia. Kolejne kawałki snują się głównie w umiarkowanych tempach, od jednego przypadkowego i niezbyt wyrazistego motywu do następnego, jakby składały się z samych jałowych wypełniaczy. Na pewno jest to muzyka techniczna, skomplikowana, efektowna (choć bez przesady) i w miarę ambitna, tylko problem w tym, że zionie z niej straszna pustka. Jeśli ktoś, jak ja, oczekiwał ekscytującego instrumentalnego szaleństwa, przekraczania barier i zapadających w pamięć zagrywek – debiut Quadvium srogo go rozczaruje.

W materiałach prasowych na temat Quadvium muzycy dużo miejsca poświęcili tłumaczeniu, czym ten projekt nie jest, czego chcieli uniknąć itd. Zapomnieli natomiast wspomnieć, o co konkretnie im chodziło – niewykluczone, że z braku spójnej koncepcji. Czy Tetradōm to płyta dla fanów? A może dla profesjonalnych muzyków? Mnie się wydaje, że tylko dla DiGiorgio i Thesselinga…


ocena: 4/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/quadviumofficial





Udostępnij:

8 grudnia 2025

Beheaded – Għadam [2025]

Beheaded – Għadam [2025] recenzja reviewNie sądziłem, że po średnim jak na Beheaded „Only Death Can Save You” zespół będzie w stanie mnie jeszcze czymś zaskoczyć, aż pojawiły się pierwsze informacje o jego następcy: teksty po maltańsku, folkowo-horrorowe inspiracje, hołd dla lokalnego dziedzictwa kulturowego… ohoho, ambitnie… to się nie może dobrze skończyć. A tu proszę – nie odchodząc zbyt drastycznie od charakterystycznego dla siebie stylu, grupa wpuściła do muzyki trochę świeżego powietrza, uczyniła ją nieco bardziej uniwersalną i mniej przewidywalną.

Na Għadam zespół rozszerzył repertuar typowych dla siebie środków o kilka dość nieoczywistych rozwiązań (klawisze, akustyki, marszowe rytmy, czyste wokale) i wpływów (m.in. Ulcerate, Mithras, Hath czy God Dethroned) oraz większy nacisk położył na klimat i posępne melodie niż na jakąś nadzwyczajną brutalność czy techniczne wygibasy, z którymi przez lata był kojarzony. Na płycie dominuje nienagannie zagrany i soczyście brzmiący (to akurat duża poprawa w stosunku do poprzednika) deathmetalowy wygar, który muzycy Beheaded umiejętnie zdynamizowali częściej niż zwykle pojawiającymi się zwolnieniami i spokojniejszymi partiami instrumentalnymi. Niby to nic wielkiego, ale dzięki temu utwory zyskały na wyrazistości (wybija się zwłaszcza tytułowy!), a całość – na spójności. Jednocześnie trudno oprzeć się wrażeniu, że tym razem zespół podporządkował muzykę konceptowi zawartemu w tekstach i to do nich dopasowywał niezbędne dźwięki. Na specjalną wzmiankę zasłużył Frank Calleja, bo aż takiego urozmaicenia w jego partiach nie było nigdy dotąd: klasyczne ryki, szepty, chórki, a nawet natchnione zaśpiewy a’la Vincent w Vltimas – a to wszystko w specyficznym języku Mordoru.

Na Għadam trafiło sporo rzeczy, co do których miałem obiekcje już na wysokości zapowiedzi i które mogłyby pogrążyć ten materiał, gdyby nie potraktowano ich z należytą uwagą. Tu właśnie wyszło doświadczenie i dojrzałość kompozytorska Beheaded – ta świadomość, że i owszem, warto eksperymentować, ale trzeba się przy tym pilnować, żeby obcymi elementami nie wypaczyć rdzenia muzyki. W przypadku tej płyty wszystkie nowości, nawet jeśli pojawiły się tylko jednorazowo, gładko stopiły się z firmowym death metalem grupy, więc nie ma mowy o wysilonych hybrydach czy utracie tożsamości.

Siódmą płytą Beheaded udowodnili, że po wielu latach na scenie, paru korektach stylu i mini kryzysie wciąż mają coś ciekawego do przekazania w swojej niszy, a przy okazji, że potrafią się wyróżnić na tle innych kapel bez uciekania się do tanich zagrywek.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/BeheadedMT

inne płyty tego wykonawcy:




Udostępnij:

2 grudnia 2025

Igorrr – Amen [2025]

Igorrr - Amen recenzja reviewZ roku na rok coraz mniej jest kapel, na których nowe płyty czeka się ze szczególnym napięciem, a nawet jeśli już któraś rozbudzi nadzieje na coś naprawdę spektakularnego, rozczarowuje w momencie premiery. Igorrr jest tu chlubnym wyjątkiem, bo nie dość, że od momentu przedzierzgnięcia się z solowego projektu w zespół z krwi i kości regularnie podnosi i tak już wysoki poziom muzyki, to jeszcze za każdym razem potrafi zaskoczyć czymś zupełnie niespodziewanym. Amen jest tego doskonałym potwierdzeniem, chociaż pewne obawy mogły budzić zmiany w składzie, zwłaszcza te dotyczące wokalistów. Jak się okazało – niesłusznie; odświeżona ekipa zaprezentowała się na Amen z jak najlepszej strony.

Gautier Serre przygotował trzy kwadranse szalenie urozmaiconej i pozbawionej jakichkolwiek ograniczeń muzyki, w której roi się od kontrastów, nieoczywistych wpływów, odważnych pomysłów i absurdalnych na pozór rozwiązań. Sama różnorodność klimatów przyprawia o zawrót głowy. Lider Igorrr ponownie zestawił ze sobą elementy, które w teorii nijak nie powinny do siebie pasować, a które na Amen z jakiegoś powodu nabierają sensu, w związku z czym między „Blastbeat Falafel”, „ADHD”, „Infestis” czy „Ancient Sun” nie ma żadnych zgrzytów. Ta zabawa gatunkami i konwencjami budzi podziw, bo cały materiał sprawia mnóstwo frajdy i z przyjemnością się do niego wraca, nie jest zaś tylko sztuką dla sztuki czy rezultatem eksperymentatorstwa na siłę. Co istotne, Gautier nieco inaczej rozłożył akcenty i odczuwalnie większy nacisk położył na walory koncertowe nowych utworów, toteż większość z nich powinna się świetnie sprawdzać na żywo.

Awangardowy duet Le Prunenec-Lunoir, który zachwycał fanów Igorrr przez kilkanaście lat, niedługo po wydaniu „Spirituality And Distortion” został wymieniony na inny, znacznie bardziej przyziemny, Alexandre-Le Bail, co natychmiast odbiło się na brzmieniu zespołu. O ile znany ze Svart Crown JB wszedł do składu bez kompleksów, za to z doświadczeniem i odpowiednią sceniczną charyzmą, tak Marthe wydawała się pomyłką w procesie rekrutacji: zagubiona i niepewna. Z czasem nowa wokalistka zrobiła postępy i nieco się rozkręciła, choć nie na tyle, żeby choćby zbliżyć się do poziomu Laure – to absolutnie nie ta skala talentu (i chyba wrażliwości). Trzeba jej natomiast oddać, że w materiale skrojonym stricte pod jej umiejętności spisała się naprawdę dobrze: lekko i naturalnie; wisienką na torcie są pojawiające się w paru utworach (m.in. w „Daemoni”) nawiedzone partie.

Jako że na Amen nie mam za bardzo do czego się przyczepić — bo jak się nietrudno domyśleć, również produkcja płyty jest dopieszczona do najmniejszego detalu — zwrócę uwagę na dwie rzeczy, których, w imię zachłanności, życzyłbym sobie więcej. Po pierwsze: głupawe elementy (w tym także pochodzenia zwierzęcego), które w jednej sekundzie potrafią zmienić nastrój utworu albo wywołać napad śmiechu. Po drugie: barok. Rozumiem, że ograniczenie takich wpływów akurat może być podyktowane możliwościami wokalistów (JB potrafi tylko drzeć japę), ale np. klawesyn tu i ówdzie by nie zaszkodził.

Amen jest tak inny od „Spirituality And Distortion”, że nawet nie podejmuję się oceny, czy jest od niego lepszy, czy gorszy. To zresztą bez znaczenia, bo jedno jest pewne – Igorrr ponownie nie zawiódł. Gautier skomponował kapitalny, a przy tym dość mroczny (jakkolwiek banalnie to nie brzmi) materiał, który każdego miłośnika ambitnych dźwięków na długie godziny przykuje do głośników.


ocena: 9/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/IgorrrBarrroque











Udostępnij:

19 listopada 2025

Hate – Bellum Regiis [2025]

Hate - Bellum Regiis recenzja reviewPrzez długi czas byłem na diecie pisowskiej i często-gęsto karmiłem się Nienawiścią, aż na wysokości „Tremendum” nastąpił przesyt i mi się ulało. Tych ciągłych powtórzeń to już nawet dla mnie było za dużo, potrzebny był detoks, więc późniejsze kontakty z Hate, nie licząc staroci, sprowadziłem do epizodów, z których jednak jasno wynikało, że żadna rewolucja mi nie umyka. Gdybym odpuścił Bellum Regiis, też wiele bym nie stracił – ten album nie wnosi do dorobku zespołu praktycznie niczego poza kolejnym numerem katalogowym.

Nie przeczę, że dla kogoś, kto z Hate nie miał nigdy styczności albo ma ją raz na (evil) dekadę (of hate), Bellum Regiis może być nie lada kąskiem. Poziom muzyki, wykonania i oprawy jest naprawdę wysoki i nie budzi najmniejszych wątpliwości, że to robota fachowców, którzy już dawno temu nauczyli się grać, doskonale wiedzą, do czego dążą i jakimi środkami to osiągnąć. W zawiązku z tym każdy z utworów jest dobrze przemyślany (wykalkulowany?) i precyzyjnie skonstruowany z dużą dbałością o aranżacyjne szczegóły i spinający całość klimat. Tu nie ma miejsca na taniochę, przypadek czy elementy w jakikolwiek sposób zaburzające przyjętą konwencję.

Trochę inaczej Bellum Regiis wygląda z perspektywy kogoś, kto śledzi poczynania Hate od ponad ćwierć wieku, a płyt zespołu ma na półce kilkanaście. To dobry, ładnie wyprodukowany (mix i mastering robiono w Szwecji) materiał, którego wiele aspektów można pochwalić/docenić, aaale ze względu na wszechobecne schematy jest dość drętwy (neutralny?) w odbiorze: niczym nie zaskakuje, niczym nie ekscytuje, ani też nie zapada wyjątkowo w pamięć. Warszawiacy szlifują ten styl od „Erebos” i siłą rzeczy doszli w nim do jakiejś perfekcji, tyle że po drodze wytracili spontan i wyzbyli się zadziorności charakterystycznej dla wczesnych nagrań. Na tym problemy Bellum Regiis niestety się nie kończą.

Poprzedni krążek był dość kompaktowy, w dodatku w paru miejscach pojawił się na nim powiew czegoś świeżego, w czym upatrywałem zapowiedzi głębszych zmian. Naiwny ja! Bellum Regiis to powrót typowej dla Hate stylistyki, a co za tym idzie – przydługich utworów z całą masą zbędnych powtórzeń. W każdym kawałku pojawia się jakiś naprawdę zabójczy motyw, który aż się prosi o uwypuklenie, o rozwinięcie, jednak zwykle jest skutecznie obudowany i wytłumiony mielonymi po wielokroć zagrywkami z najbardziej bazowego repertuaru zespołu. Zamiast zestawu wyrazistych numerów o wysokim współczynniku zajebistości dostajemy nieco jednowymiarowy monolit, z którego trudno wyodrębnić ewidentne hajlajty.

Dla mnie Bellum Regiis to całkiem udana płyta, ale raczej z tych do postawienia na półce w ramach uzupełnienia kolekcji niż do namiętnego słuchania w każdej wolnej chwili. Na pewno jeszcze nie raz dostanie swoją szansę, jednak miejsca na hejtowym podium jej nie wróżę.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/HATEOFFICIAL

inne płyty tego wykonawcy:




Udostępnij:

11 listopada 2025

Ominous Ruin – Requiem [2025]

Ominous Ruin - Requiem recenzja reviewOminous Ruin zadebiutowali w nimbie „nowej nadziei technicznego death metalu” i chociaż było w tym duuużo przesady, krążek „Amidst Voices That Echo In Stone” zasłużył sobie na ciepłe przyjęcie. I został ciepło przyjęty, jednak z jakichś względów po zespole szybko słuch zaginął, zaś pieniądze wydane na promocyjne banialuki poszły się jebać. Jak się okazało, Amerykanie wcale nie przepadli na amen, nie wrócili też do macierzystych kapel, tylko bez szumu przygotowali materiał na drugi krążek oraz przeprowadzili jedną dość istotną/kontrowersyjną zmianę w składzie.

Wydany po czteroletniej przerwie Requiem z jednej strony potwierdza niemały potencjał zespołu, a z drugiej nie robi aż tak dobrego wrażenia jak debiut. Przyczyn tego stanu rzeczy jest kilka, a najbardziej istotne wydaje mi się to, że muzycy Ominous Ruin trochę się zamotali kompozytorsko, mimo iż w podejściu do grania tak naprawdę zbyt wiele nie zmienili. I tak np. kombinują tam, gdzie w ogóle nie ma takiej potrzeby (co się tyczy w zasadzie wszystkich akustycznych i progresywnych wstawek), zaś do fragmentów, które aż proszą się o jakieś przełamanie i większe urozmaicenie, podchodzą zachowawczo i bez inwencji (jak w stanowczo przeciągniętym „Architect Of Undoing”).

Mnie Requiem wchodzi najlepiej, kiedy grupa trzyma się typowego kalifornijskiego technicznego death metalu charakterystycznego dla Deeds Of Flesh, Inanimate Existence czy Arkaik, jak to ma miejsce w „Staring Into The Abysm”, „Divergent Anomaly” i kawałku tytułowym. O oryginalności i wyrazistości można wtedy zapomnieć, ale przynajmniej wszystkie elementy tej muzyki znajdują się na właściwych miejscach, dynamika jest odpowiednia, a poziom brutalności i efekciarstwa w sam raz. Ta formuła sprawdziła się dobrze na „Amidst Voices That Echo In Stone”, więc nie rozumiem, dlaczego Amerykanie akurat teraz postanowili przy niej dłubać. Czyżby na siłę chcieli pokazać, że się rozwijają? Ojjj, nie tędy droga…

Przy okazji debiutu muzycy Ominous Ruin na każdym kroku podkreślali, jakim to wyjątkowym wokalem dysponuje Adam Rosado, ale odbiorcy, w tym ja, chyba nie do końca poznali się na jego talencie. Po czasie, czyli po konfrontacji z jego następczynią, jestem skłonny przyznać, że koleś naprawdę dawał radę. Niejaka Crystal Rose do tej roboty się nie nadaje – raz, że jej popisy są dość bełkotliwe, dwa, że zdradza irytujące deathcore’owe ciągoty, a trzy, że w tak złożonej muzyce zwyczajnie nie wyrabia. Parytetom w technicznym death metalu mówię stanowcze: nie!

Requiem to niezły krążek w swojej kategorii, jednak na pewno nie na miarę oczekiwań, jakie rozbudził „Amidst Voices That Echo In Stone”. W związku z tym obstawiam, że szybko przepadnie pośród dziesiątek podobnych płyt, a i sam zespół może mieć problem z utrzymaniem się na powierzchni.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/OminousRuin

inne płyty tego wykonawcy:




Udostępnij:

3 listopada 2025

Sadist – Something To Pierce [2025]

Sadist - Something To Pierce recenzja reviewSadist ma swój rozpoznawalny styl, który w pewnych okresach zachwycał fanów, zaś wszelkie odstępstwa od niego były przyjmowane hmm… w najlepszym razie bez entuzjazmu. Nie powstrzymało to jednak zespołu przed zapuszczaniem się w grząskie rejony, co dawało oczywiste rezultaty. Koniec końców muzycy najwyraźniej zrozumieli, w czym są mistrzami (czytaj: są akceptowani) i od jakiegoś czasu grają to, co trzeba, czy tego chcą, czy nie. W związku z tym Something To Pierce jest bezpiecznie sadistowy i zupełnie niczym nie zaskakuje, więc nie ma obaw, że takim materiałem Włosi komuś się narażą. Wiadomo, do topowych pozycji z dyskografii sporo mu brakuje, ale z tymi słabszymi nie ma nic wspólnego.

Dziesiąty album Sadist nie jest tak bardzo obciążony dużymi nazwiskami, jak to było w przypadku „Firescorched”, toteż i wymagania w stosunku do niego były automatycznie mniejsze. No i co? Nowa, dość anonimowa sekcja rytmiczna (obaj z Fate Unburied) stanęła na wysokości zadania i bez zarzutu wywiązała się z powierzonych obowiązków. Ba! Wydaje się, że chłopaki dali od siebie nawet więcej niż ich sławni poprzednicy, co słychać szczególnie w gęściej zaaranżowanych partiach perkusji (rytmy są ciekawsze, a blasty występują w większości kawałków) oraz finezyjnie powplatanych tu i ówdzie basowych solówkach – właśnie czegoś takiego oczekiwałem po Thesselingu i Goulonie.

Pod względem ogólnego pomysłu Something To Pierce nie odbiega od „Firescorched”, a co za tym idzie – sprowadza się przede wszystkim do kolażu znanych, lubianych i przestarzałych (klawisze…) patentów z mniej lub bardziej odległej przeszłości zespołu. Nie ma w tym nic odkrywczego ani wyjątkowo ambitnego, ale wysoki poziom instrumentalistów i spójność materiału sprawiają, że słucha się tego całkiem nieźle, chyba nawet lepiej niż poprzednika. Nie ma przestojów, dynamika jest w porządku, a melodie nieprzesłodzone. Hitów z tego raczej nie będzie, ale jako wypełniacze setu utwory z Something To Pierce powinny się sprawdzić nie najgorzej, zwłaszcza te doprawione blastami (choćby numer tytułowy albo „One Shot Closer”) albo z mocniej zaakcentowanym groove („The Best Part Is The Brain”). Dołuje tylko straszliwie mdły instrumental na zakończenie podstawowej wersji płyty – ani on klimatyczny, ani wirtuozerski, ot pitolenie bez konkretnego celu.

Produkcja Something To Pierce, choć lepsza od tej z „Firescorched”, jak dla mnie wciąż jest daleka od idealnej dla Sadist; brakuje mi mięcha w gitarach i tej zajebistej masywności znanej m.in. z „Season In Silence”. Z drugiej strony selektywność brzmienia budzi uznanie, co się tyczy nade wszystko bardzo wyraźnie pracującego basu.

Nie mam wątpliwości, że Sadist od poprzedniej płyty uskutecznia plan wydawniczo-emerytalny i kolejne płyty, o ile takowe powstaną, będą utrzymane w podobnym klimacie i na podobnym poziomie. Something To Pierce to dobry materiał, jednak traktuję go raczej jako pretekst do jeżdżenia w trasy niż sztukę, przez którą zespół chce coś głębszego przekazać.


ocena: 7/10
demo
oficjalna strona: www.sadist.it

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

26 października 2025

Betrayer – Calamity [1994]

Betrayer - Calamity recenzja reviewMamy przynajmniej kilka kapel z przełomu lat 80. i 90., które dorobiły się u nas kultowego statusu i których nagrania do dziś są wspominane z łezką w oku. Wśród tych nazw często wymienia się również Betrayer, choć w mojej ocenie – zdecydowanie na wyrost. Zespół zaczynał przygodę z metalem w 1989 od thrash’u, a już dwa lata później, po obowiązkowej radykalizacji muzycznej, wydał demówkę „Necronomical Exmortis”, dzięki której wyrósł na nadzieję polskiej sceny death. Jednak pomimo dużego ciśnienia ze strony fanów na swój debiut kazał czekać aż do 1994, kiedy nakładem Morbid Noizz ukazał się krążek Calamity.

Pierwszy album Betrayer to niewiele ponad pół godziny sprawnie zagranego, acz pozbawionego jakichkolwiek fajerwerków death metalu mocno osadzonego w tradycji Morbid Aangel oraz w mniejszym stopniu Deicide. To w skrócie oznacza, że muzyka jest dość szybka, agresywna i diabelska, ale także przewidywalna i niezbyt odkrywcza. Poza oczywistym barkiem oryginalności sporym problemem Calamity wydaje mi się jego zapóźnienie w stosunku do tego, co już robiły inne kapele, zwłaszcza na zachodzie. W związku z tym materiał nie zaskakuje ani nie robi większego wrażenia, bo składa się z samych znanych-osłuchanych patentów, w dodatku podanych w przeciętnej oprawie i okraszonych z lekka nieskoordynowanymi albo zaaranżowanymi bez pomysłu wokalami.

Nie trzeba się zbyt intensywnie wsłuchiwać w Calamity, żeby wyłapać, że Betrayer najlepiej odnajduje się w graniu szybkim i bezpośrednim, kiedy perkman napieprza (dla niego szczególne słowa uznania), a riffy śmigają naprawdę gęsto. Już pal licho te zbyt jednoznaczne zapożyczenia, słucha się tego dobrze i z zainteresowaniem. Niestety, zespołowi zbyt często zdarza się zwalniać albo kombinować ponad swoje możliwości, czego efekty są opłakane – od razu robi się drętwo, a całość zamula. Już nieznaczne zmniejszenie tempa — jak w „Down With Gods” czy „Wrathday” — sprawia, że numer wytraca moc, zamiast zyskiwać na dynamice. Osobliwym przypadkiem jest natomiast „Before Long You Will Die” – nie wiem, czy należy go traktować jak normalny numer, czy jak eksperyment pod Meathook Seed, ale to nieważne, bo niezależnie od interpretacji jest koszmarnie nieudany, a rozciągnięcie go do 4 minut było grubą przesadą.

Jak łatwo wywnioskować z powyższego tekstu, Calamity mnie niespecjalnie rusza, a za klasyk (naciągany) mogę go uznać co najwyżej z racji metryki, bo nawet nie przez sentyment. Z entuzjastami Betrayer zgadzam się tylko w jednym: materiał z „Necronomical Exmortis” jest lepszy i bardziej spójny od debiutu.


ocena: 5,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/BetrayerOfficialPL/

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

16 października 2025

Imperial Triumphant – Goldstar [2025]

Imperial Triumphant - Goldstar recenzja reviewPrzyznam szczerze, że umknął mi moment, kiedy Imperial Triumphant stał się dużym i rozpoznawalnym zespołem — przypuszczalnie miało to miejsce w momencie przejścia pod skrzydła Century Media — ale najważniejsze jest to, że wraz ze wzrostem popularności w twórczości Amerykanów nie pojawiły się żadne kompromisy. Muzyka tego specyficznego trio wciąż ewoluuje w nieprzewidywalnych kierunkach i nie przestaje zaskakiwać, a Goldstar jest tego najlepszym przykładem. To płyta, która z jednej strony logicznie uzupełnia i rozwija dyskografię grupy, a z drugiej znacząco odbiega od tego, co już znamy w jej wykonaniu.

To, co najbardziej uderza w konfrontacji z „Goldstar”, to absurdalna wręcz przystępność tego materiału w kontekście tego, jak pojebane dźwięki nań trafiły. Imperial Triumphant od zawsze słynęli z pokręconych patentów podanych w pokręcony sposób — wszak etykieta awangardy nie wzięła się z niczego — i Goldstar niczego w tym względzie nie zmienia, bo zespół robi młyn aż miło, swobodnie łącząc ze sobą rozmaite stylistyczne skrajności. Czymś zupełnie nowym jest natomiast to, że materiał jest wyjątkowo komunikatywny, przyjemny w odbiorze i wchodzi gładko już od pierwszego przesłuchania – jakoś tak podejrzanie łatwo się w nim połapać, zaś niektóre fragmenty (zwłaszcza „Hotel Sphinx” – toż to hit!) są po prostu… no… chwytliwe, a mimo to nie traci nic z ekstremalności.

Niski próg wejścia przy Goldstar po paru (a w zasadzie wszystkich) naprawdę wymagających krążkach trochę mnie zastanawia, bo muzycy Imperial Triumphant na etapie nagrań zapewniali, że właśnie składają do kupy swoje najbardziej złożone dzieło. Kto wie, może Amerykanie osiągnęli już taką dojrzałość kompozytorską, że nawet maksymalnie chaotyczne i odjechane pomysły potrafią zaaranżować w niemal piosenkowej formie – poszczególne utwory mają swoją osobowość, a jednak dobrze łączą się z pozostałymi i tworzą z nimi spójną (o dziwo!) całość. „Eye Of Mars” czy „Lexington Delirium” nie można pomylić z „Rot Moderne” albo „Industry Of Misery” – każdy ma do zaoferowania coś innego, choć spina je podobny klimat. Swoją drogą nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Goldstar — świadomie lub nie — został podzielony za pomocą „NEWYORKCITY” i „Goldstar” na dwie części. Ta pierwsza jest bardziej lajtowa i więcej w niej formalnych nowości, natomiast druga jest bliższa rozbudowanym i przytłaczającym łamańcom, jakie Imperial Triumphant serwowali przez ostatnie lata.

Na podkreślaną już nie raz przystępność muzyki wpływa również bardzo czytelna produkcja, dzięki której do uszu słuchacza dociera więcej aranżacyjnych smaczków i detali, zwłaszcza tych pochodzenia niemetalowego. Zespół wespół z Colinem Marstonem wypracował brzmienie, które masywnością, ciężarem i przestrzennością wyróżnia Goldstar na tle poprzednich, zbyt cicho nagranych płyt, a jednocześnie ciągle jest charakterystyczne tylko dla Imperial Triumphant.

Amerykanie pozamiatali w swojej niszy! Nie pierwszy to już raz i oby nie ostatni, bo odważnej, ambitnej i perfekcyjnie zagranej muzyki nigdy zbyt wiele. Goldstar to doskonały materiał, szczególnie dla tych, którzy już kiedyś próbowali liznąć Imperial Triumphant, ale odbili się od szalonych wizji zespołu – tym razem mają szansę się wkręcić.


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.imperial-triumphant.com







Udostępnij: