U zespołów parających się muzyką ekstremalnie ekstremalną po paru latach generowania dość jednorodnego hałasu często pojawia się chęć zrobienia czegoś inaczej, wyjścia poza dotychczasową formułę i poeksperymentowania – jakby wyczerpały im pomysły na takie granie albo zwyczajnie się nim znudziły. Właśnie wtedy dają sobie dłuższą chwilę na wymyślenie siebie na nowo, zmianę podejścia do słuchaczy, badania w grupach fokusowych i tym podobne dyrdymały, które później są podciągane pod kategorię „rozwój”. Z radością spieszę donieść, że Mylingar do takich kapel się nie zaliczają, a ich trzeci pełny krążek jest potwierdzeniem konsekwencji w dążeniu do totalnego i niekoniecznie kontrolowanego chaosu.
Każdy, kto choć raz miał styczność z tym szwedzkim projektem, powinien doskonale wiedzieć, czego można było oczekiwać po Út, bo Mylingar od początku grają w zasadzie to samo, z każdym kolejnym materiałem przesuwają tylko granice intensywności. Ta płyta to 42 minut (odliczam 3 minuty ambientów na końcu „Neðan”) bezkompromisowej death/blackowej jazdy na granicy selektywności, w której próżno szukać jakichkolwiek zmiękczaczy czy subtelności, albo w ogóle punktu zaczepienia. Pomimo upływu prawie siedmiu lat od wydania „Döda Själar” Szwedzi ani nie złagodzili brzmienia, ani nie wyprostowali muzyki, żeby wyjść z nią do ludzi – konfrontacja z Út może, a nawet powinna fizycznie męczyć, jeśli nie odrzucać. Jakże miła to odmiana po ostatnich krążkach Portal, Altarage czy Impetuous Ritual, które tego… no, wpadają w ucho…
Co oczywiste, Út wcale nie sprowadza się do kopiuj-wklej z poprzednich płyt, choć dla postronnych słuchaczy właśnie tak może brzmieć. Jak dla mnie Mylingar tym razem mocniej uwypuklili w swojej twórczości kontrasty: szybkie partie są naprawdę zajebiście szybkie, zaś wolne — których jest zaskakująco sporo — wgniatają jak nigdy przedtem. Te gwałtowne zmiany w najmniej oczywistych momentach – nagłe zrywy i przejścia do mielonki sprawiają, że materiał cały czas mutuje, a niczym nieskrępowana brutalność rozsadza go od środka. Także wokale wydają mi się na Út dziksze i bardziej odpychające, choć może nie do końca skoordynowane z muzyką; cóż – miała być ekstrema, to jest ekstrema. Ponadto w obraną przez Mylingar konwencję wpisuje się bardzo szorstkie i kaleczące brzmienie, w którym czuć jakiś posmak industrii, noise’u czy innego odhumanizowanego cholerstwa.
Mylingar może i (jeszcze) nie są bezkonkurencyjni w swojej niszy, ale na pewno stanowią wartościową i godną sprawdzenia alternatywę dla wielu większych i bardziej rozpoznawalnych nazw, które w pewnym momencie odpuściły z radykalizowaniem swojego przekazu albo dotarły z nim do ściany.
ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/mylingar
Jak wiadomo, obserwacja zmienia obiekt obserwowany, toteż od jakiegoś czasu z bezpiecznej odległości śledzę sobie poczynania Aversio Humanitatis i z zadowoleniem stwierdzam, że zespół konsekwentnie rozwija się w pożądanym przeze mnie kierunku, co z kolei sprawia, że z każdym ich kolejnym wydawnictwem gęba coraz bardziej mi się cieszy. Nie inaczej jest w przypadku To Become The Endless Static, który na obecną chwilę jestem skłonny uznać nie tylko za największe osiągnięcie Hiszpanów, ale i jedną z ciekawszych płyt z blackiem, jakie ostatnio dotarły do nas z Półwyspu Iberyjskiego.
Przez pierwsze kilka (dziesięć?) lat działalności muzykom Qrixkuor nie udało się zainteresować zespołem przesadnie szerokiego audytorium, więc można było dojść do wniosku, że żaden przełom w „karierze” nie jest im pisany i podzielą los typowej obskurnej kapeli z fanklubem liczącym siedemnaście osób rozsianych po całym świecie. Tymczasem wraz z wydaniem debiutanckiego „Poison Palinopsia” w 2021 ich akcje gwałtownie wystrzeliły, bo było to coś świeżego, zaskakującego, niezwykle ambitnego, no i wciągało jak diabli. Nietypowe podejście Brytyjczyków do death metalu sprawiło, że zaczęto się im przyglądać z dużym zainteresowaniem, ale i z pewną obawą, czy przypadkiem nie staną się kapelą jednej, powtarzanej do wyrzygania sztuczki. Otóż nie stali się!
Quentin Tarantino to utytułowany amerykański scenarzysta oraz reżyser, znany z nieliniowej narracji, zamiłowania do łączenia różnych gatunków, licznych odwołań do popkultury, rozbudowanych dialogów czy wyjątkowo pomysłowych i krwawych scen przemocy. Jest kultowy, jest podziwiany, ale nie jest święty, bo i jemu zdarzył się gniot okrutny w postaci „Grindhouse: Death Proof”. Czy będący w dobrej formie Exhumed byłby w stanie uratować tamten film? Oj nie sądzę, jednak z Red Asphalt — którego tematyka kręci się właśnie wokół makabrycznych wypadków drogowych — jako soundtrackiem seans na pewno nie byłby aż tak usypiający.
Pierwszy album Brytyjczyków narobił sporego zamieszania w kręgach wielbicieli technicznego thrash/death jako materiał doskonale zagrany, cechujący się niepowtarzalnym kosmicznym klimatem, a w swej złożoności niemal wizjonerski. Cóż… dobra to była płyta, taka nawet ambitna (choć w oczywistych miejscach zalatywało od niej przerostem formy nad treścią) i do posłuchania, ale stanowczo zbyt przehajpowana. W każdym razie ja nie doszukałem się na „Visitations From Enceladus” tego, co u innych wywoływało tyle podniety. Enyłej, jadąc na tym hajpie, Cryptic Shift załapali się na kontrakt z Metal Blade i to właśnie dla nich po przydługiej przerwie nagrali Overspace & Supertime, materiał również przehajpowany…
Trochę to trwało, w dodatku nadzieje na to były niewielkie, ale w końcu Kreator odbił się od artystycznego dna i powrócił. Nie, nie do korzeni ani do topowej formy, a po prostu do pisania akceptowalnych piosenek, które nie odrzucają i nie budzą zażenowania już przy pierwszym kontakcie. Może to i nisko zawieszona poprzeczka jak na legendę teutońskiego thrash’u, ale biorąc pod uwagę, w jak głębokim kryzysie znajdował się zespół, trzeba się cieszyć nawet z małych rzeczy, jak to śpiewała Sylwia Grzeszczak. No i Krushers Of The World w jakimś stopniu cieszy, jednak nie na tyle, żeby prorokować Niemcom rychły renesans i lata prosperity.
Przez dobre kilka miesięcy byliśmy zewsząd atakowani tematem pożegnalnej płyty Megadeth i jej znaczenia dla dalszych losów ludzkości. Wiadomo, to przecież taki wzruszający moment, koniec epoki i nieśmiertelne dziedzictwo pozostawione maluczkim – ogólnie podziw i smuteczek bardzo. O będącym w tym samym punkcie „kariery” Monstrosity jest natomiast cicho… Nie ma się bowiem co oszukiwać, przy tak niemożebnie rozciągniętym procesie twórczo-wydawniczym Screams From Beneath The Surface może się okazać ostatnim krążkiem w dorobku tego zasłużonego, acz niezbyt pracowitego zespołu, nawet jeśli Lee Harrison jeszcze nie zdaje sobie z tego sprawy.
Stało się, Mustaine posłał Rattleheada do piachu. Nie pierwszy to raz, ale ponoć już definitywnie ostatni. Koniec, kropka, kaplica, więcej płyt Megadeth nie będzie – cała kampania promocyjna Megadeth została oparta właśnie na tym. Nikt się nawet słowem nie zająknął, że to ma być najlepszy album w dorobku zespołu, że może najszybszy, że najcięższy, że najbardziej chwytliwy, że cokolwiek innego – nie, po prostu pożegnalny. Doceniam, że sprawę postawiono uczciwe i nie próbowano mydlić oczu fanom, że oto po ponad 40 latach grania Rudy nagle wzniósł się kompozytorsko na wyżyny. Nie wzniósł, ale i tak będzie miał godne epitafium.
W Unique Leader już od dłuższego czasu dzieją się rzeczy dla mnie niepojęte, choć może Wydział Dociekliwych ze skarbówki miałaby na ten temat inne zdanie… Z boku wygląda to tak: Amerykanie olewają swoje najlepsze zespoły tylko po to, żeby później ładować kasę w wzięte z dupy deathcore’owe i slamowe nieporozumienia, które jak przypuszczam nie pozwalają im nawet wyjść na zero. W tym pozbawionym nadzoru (Erik Lindmark…) burdelu najbardziej marnowali się Cytotoxin, którzy przy odrobinie rzetelnego wsparcia mogli być już na poziomie Aborted i śmigać po świecie jako headlinerzy wielomiesięcznych tras. Tymczasem po 15 latach grania sami muszą wydawać sobie płyty, zupełnie jak na początku „kariery”.
Po paru latach błądzenia w stylistycznej mgle Fleshgod Apocalypse wreszcie wyszli na prostą i chyba znaleźli optymalną dla siebie niszę, bo Opera to zdecydowanie ich najlepszy, najbardziej przekonujący i dopracowany album od czasu 


