Zdążyłem się już pogodzić z tym, że kolejne płyty Testament powstają po dość długich przerwach, jednak z pogodzeniem się z tym, że od dawna żadna nowa nie zrobiła na mnie większego wrażenia, ciągle mam problem. Ciągle też patrzę na ten zespół przez pryzmat „Low” czy „The Gathering”, a nie tak, jak powinienem – „The Formation Of Damnation” łamane przez „Brotherhood Of The Snake”, co na pewno pomogłoby obniżyć oczekiwania do rozsądnego poziomu. Raz będzie lepiej, raz gorzej, ale ponad wszelką wątpliwość arcydzieła są już poza ich zasięgiem, więc po prostu powinienem się cieszyć, że Amerykanie jeszcze grają i przy tym nie robią z siebie idiotów.
Para Bellum, trzynasty pełny album w dorobku Testament, całkiem nieźle wpisuje się w to „raz lepiej”, a chcąc być precyzyjnym – stylem i poziomem praktycznie nie odbiega od poprzedzającego go „Titans Of Creation”, co oznacza, że oprócz pewnych zalet powtarza również większość jego błędów. Materiał jest bardzo zróżnicowany wewnętrznie, tak bardzo, że podpada to już pod niespójność — momentami dość drastyczną/kuriozalną — stąd też trudno się połapać, co Peterson miał w głowie, komponując te numery. Więcej tu niż ostatnio wpływów black metalu (to chyba jedyna opcja dla Erica, żeby zagospodarować niewykorzystane w Dragonlord pomysły), które w jakimś stopniu są równoważone nawiązaniami do thrash’owej łupanki z końca lat 80. (jaskrawym przykładem jest „Nature Of The Beast”). Dalej jest jeszcze ciekawiej: „Room 117” to miks motywów zaciągniętych z repertuaru King Diamond i Iced Earth (co czyni go oryginalnym w swej nieoryginalności), „Witch Hunt” to powrót do brutalizmów a’la „Demonic”, w „For The Love Of Pain” trafiają się nawet jakieś slamy (?), zaś „Meant To Be” to rozwlekła bezjajeczna balladka z ckliwym tekstem w najgorszych tradycjach gatunku. I weź to, człowieku, ogarnij.
Mnogość mniej lub bardziej (nie)przemyślanych skrajności sprawia, że pozbawione ich kawałki — czyli te utrzymane w typowym dla stylu Testament, a zatem już wtórne i przewidywalne — przelatują właściwe niezauważone, o ile nie zirytują jakimś banałem zawartym w tekstach (bo tych i tym razem nie brakuje). Te mniej wyraziste utwory na pewno nieco by zyskały, gdyby gęsto ozdobić je efektownymi solówkami, tymczasem tylko w jedynym („Havana Syndrome”) pojawia się naprawdę godna uwagi trzepanka; pozostałe popisy Skolnicka (a nie ma ich wcale tak wiele) są fajne, choć nie na tyle, żeby zrobić różnicę, jak to było w przypadku „Brotherhood Of The Snake. Zamiast finezji na Para Bellum zespół postawił na blasty — korzystając z tego, że dorobił się młodego i pełnego wigoru perkmana — ale chyba nieco z nimi przeszarżował, bo upchnięto je nawet we fragmentach, w których zupełnie nie były potrzebne. Ot, takie prężenie muskułów przed Exodus, Overkill, Anthrax i innymi dziadkami.
Jak na materiał, na którego zaplanowanie i dopracowanie Testament miał teoretycznie masę czasu, Para Bellum wygląda na przygotowany w pośpiechu i z trochę przypadkowych elementów. Wykonanie to oczywiście pierwsza klasa (z tą tylko uwagą, że Hoglan potrafił lepiej zdynamizować muzykę), brzmienie również trzyma fason (wreszcie słychać wysiłki DiGiorgio w stopniu, w jakim na to zasługują), jedynie kompozycje dupy nie urywają. Nie przeczę, że przy tak dużym rozstrzale stylistycznym każdy powinien znaleźć tu coś dla siebie, jak i ja znajduję, choć niewielu zaakceptuje całość, jak i ja nie akceptuję.
ocena: 7/10
demo
oficjalna strona: www.testamentlegions.com
inne płyty tego wykonawcy:
U zespołów parających się muzyką ekstremalnie ekstremalną po paru latach generowania dość jednorodnego hałasu często pojawia się chęć zrobienia czegoś inaczej, wyjścia poza dotychczasową formułę i poeksperymentowania – jakby wyczerpały im pomysły na takie granie albo zwyczajnie się nim znudziły. Właśnie wtedy dają sobie dłuższą chwilę na wymyślenie siebie na nowo, zmianę podejścia do słuchaczy, badania w grupach fokusowych i tym podobne dyrdymały, które później są podciągane pod kategorię „rozwój”. Z radością spieszę donieść, że Mylingar do takich kapel się nie zaliczają, a ich trzeci pełny krążek jest potwierdzeniem konsekwencji w dążeniu do totalnego i niekoniecznie kontrolowanego chaosu.
Jak wiadomo, obserwacja zmienia obiekt obserwowany, toteż od jakiegoś czasu z bezpiecznej odległości śledzę sobie poczynania Aversio Humanitatis i z zadowoleniem stwierdzam, że zespół konsekwentnie rozwija się w pożądanym przeze mnie kierunku, co z kolei sprawia, że z każdym ich kolejnym wydawnictwem gęba coraz bardziej mi się cieszy. Nie inaczej jest w przypadku To Become The Endless Static, który na obecną chwilę jestem skłonny uznać nie tylko za największe osiągnięcie Hiszpanów, ale i jedną z ciekawszych płyt z blackiem, jakie ostatnio dotarły do nas z Półwyspu Iberyjskiego.
Przez pierwsze kilka (dziesięć?) lat działalności muzykom Qrixkuor nie udało się zainteresować zespołem przesadnie szerokiego audytorium, więc można było dojść do wniosku, że żaden przełom w „karierze” nie jest im pisany i podzielą los typowej obskurnej kapeli z fanklubem liczącym siedemnaście osób rozsianych po całym świecie. Tymczasem wraz z wydaniem debiutanckiego „Poison Palinopsia” w 2021 ich akcje gwałtownie wystrzeliły, bo było to coś świeżego, zaskakującego, niezwykle ambitnego, no i wciągało jak diabli. Nietypowe podejście Brytyjczyków do death metalu sprawiło, że zaczęto się im przyglądać z dużym zainteresowaniem, ale i z pewną obawą, czy przypadkiem nie staną się kapelą jednej, powtarzanej do wyrzygania sztuczki. Otóż nie stali się!
Quentin Tarantino to utytułowany amerykański scenarzysta oraz reżyser, znany z nieliniowej narracji, zamiłowania do łączenia różnych gatunków, licznych odwołań do popkultury, rozbudowanych dialogów czy wyjątkowo pomysłowych i krwawych scen przemocy. Jest kultowy, jest podziwiany, ale nie jest święty, bo i jemu zdarzył się gniot okrutny w postaci „Grindhouse: Death Proof”. Czy będący w dobrej formie Exhumed byłby w stanie uratować tamten film? Oj nie sądzę, jednak z Red Asphalt — którego tematyka kręci się właśnie wokół makabrycznych wypadków drogowych — jako soundtrackiem seans na pewno nie byłby aż tak usypiający.
Pierwszy album Brytyjczyków narobił sporego zamieszania w kręgach wielbicieli technicznego thrash/death jako materiał doskonale zagrany, cechujący się niepowtarzalnym kosmicznym klimatem, a w swej złożoności niemal wizjonerski. Cóż… dobra to była płyta, taka nawet ambitna (choć w oczywistych miejscach zalatywało od niej przerostem formy nad treścią) i do posłuchania, ale stanowczo zbyt przehajpowana. W każdym razie ja nie doszukałem się na „Visitations From Enceladus” tego, co u innych wywoływało tyle podniety. Enyłej, jadąc na tym hajpie, Cryptic Shift załapali się na kontrakt z Metal Blade i to właśnie dla nich po przydługiej przerwie nagrali Overspace & Supertime, materiał również przehajpowany…
Trochę to trwało, w dodatku nadzieje na to były niewielkie, ale w końcu Kreator odbił się od artystycznego dna i powrócił. Nie, nie do korzeni ani do topowej formy, a po prostu do pisania akceptowalnych piosenek, które nie odrzucają i nie budzą zażenowania już przy pierwszym kontakcie. Może to i nisko zawieszona poprzeczka jak na legendę teutońskiego thrash’u, ale biorąc pod uwagę, w jak głębokim kryzysie znajdował się zespół, trzeba się cieszyć nawet z małych rzeczy, jak to śpiewała Sylwia Grzeszczak. No i Krushers Of The World w jakimś stopniu cieszy, jednak nie na tyle, żeby prorokować Niemcom rychły renesans i lata prosperity.
Przez dobre kilka miesięcy byliśmy zewsząd atakowani tematem pożegnalnej płyty Megadeth i jej znaczenia dla dalszych losów ludzkości. Wiadomo, to przecież taki wzruszający moment, koniec epoki i nieśmiertelne dziedzictwo pozostawione maluczkim – ogólnie podziw i smuteczek bardzo. O będącym w tym samym punkcie „kariery” Monstrosity jest natomiast cicho… Nie ma się bowiem co oszukiwać, przy tak niemożebnie rozciągniętym procesie twórczo-wydawniczym Screams From Beneath The Surface może się okazać ostatnim krążkiem w dorobku tego zasłużonego, acz niezbyt pracowitego zespołu, nawet jeśli Lee Harrison jeszcze nie zdaje sobie z tego sprawy.
Stało się, Mustaine posłał Rattleheada do piachu. Nie pierwszy to raz, ale ponoć już definitywnie ostatni. Koniec, kropka, kaplica, więcej płyt Megadeth nie będzie – cała kampania promocyjna Megadeth została oparta właśnie na tym. Nikt się nawet słowem nie zająknął, że to ma być najlepszy album w dorobku zespołu, że może najszybszy, że najcięższy, że najbardziej chwytliwy, że cokolwiek innego – nie, po prostu pożegnalny. Doceniam, że sprawę postawiono uczciwe i nie próbowano mydlić oczu fanom, że oto po ponad 40 latach grania Rudy nagle wzniósł się kompozytorsko na wyżyny. Nie wzniósł, ale i tak będzie miał godne epitafium.
W Unique Leader już od dłuższego czasu dzieją się rzeczy dla mnie niepojęte, choć może Wydział Dociekliwych ze skarbówki miałaby na ten temat inne zdanie… Z boku wygląda to tak: Amerykanie olewają swoje najlepsze zespoły tylko po to, żeby później ładować kasę w wzięte z dupy deathcore’owe i slamowe nieporozumienia, które jak przypuszczam nie pozwalają im nawet wyjść na zero. W tym pozbawionym nadzoru (Erik Lindmark…) burdelu najbardziej marnowali się Cytotoxin, którzy przy odrobinie rzetelnego wsparcia mogli być już na poziomie Aborted i śmigać po świecie jako headlinerzy wielomiesięcznych tras. Tymczasem po 15 latach grania sami muszą wydawać sobie płyty, zupełnie jak na początku „kariery”.


