Zbierałem się do tej recki od wielu miesięcy, miesiące zamieniły się w lata, a ja ciągle zebrać się nie mogłem. Bo tak na dobrą sprawę, po cholerę ją pisać? To, że Kanadyjczycy — z wymienioną sekcją rytmiczną — nagrali kolejny doskonały album, to oczywista oczywistość nie podlegająca kontestacji. Neuraxis to dla mnie obecnie jeden z dwóch-trzech zespołów, na których mogę w pełni polegać, że mnie nie zawiodą, i że nawet na milimetr nie obniżą swojego zajebiście wysokiego, a nieosiągalnego dla innych poziomu. Stąd też fakt, że Asylon jest albumem ze wszech miar wybornym, potwierdzającym klasę kapeli, zupełnie nie mógł mnie zaskoczyć. Tak miało być od początku i już! Toteż przyjąłem to jako… oczywistą oczywistość. W końcu to Neuraxis! Tak w ogóle, to przez pewien czas nawet próbowałem wymyślać na siłę jakieś braki tego materiału, żeby znowu nie wystawić maksymalnej oceny, ale z każdej kolejnej konfrontacji z płytą to właśnie Kanadyjczycy wychodzili zwycięsko. I co ja biedny mogę zrobić w takiej sytuacji? Tylko jedno – ponownie na koniec wklepać „10”. Bohaterowie tej recenzji zasłużyli sobie na to m.in. powrotem do krótszych, bardziej wybuchowych i tylko pozornie bezpośrednich utworów (objętościowo bliższych „Trilateral Progression” niż „The Thin Line Between” – tylko nie myślcie sobie, że mam coś do tych z piątej płyty!), ogromną brutalną chwytliwością (mój ulubiony „Asylum” to typowy dla nich hicior do zapamiętania na zawsze), zwracającymi uwagę zagrywkami, które pojawiają się tylko raz w kawałku (choćby to genialne zawieszenie w „Savior And Destroyer”) oraz spinającym całość — co się tyczy także tekstów i grafiki — klimatem z psychiatryka, w którym lobotomia jest na porządku dziennym i nocnym. Pamiętajcie, że to było TYLKO między innymi! Asylon powalających atutów ma znacznie więcej, wymienić wszystkich nie sposób (i nie mieszałbym do tego mojego lenistwa…), a najważniejszym jest chyba to, że to płyta w 100% w stylu Neuraxis, choć z oryginalnego składu już nikt się nie ostał. To powinna być wystarczająca rekomendacja dla tego materiału – jeśli tylko komuś podchodziły poprzednie dwa, to i ten łyknie jak urzędas premię za zasługi. Przy tych wszystkich zachwytach nie potrafię jednak powiedzieć, czy jest to krążek lepszy od „Trilateral Progression” i „The Thin Line Between”. Kanadyjczycy osiągnęli na tych płytach taki pułap, gdzie proste gradacje już wcale takie proste nie są, więc „najlepszość” bardziej tu wynika z nastroju w danej chwili niż z wartości muzyki. Niech wam wystarczy, że u mnie te trzy albumy na półce niemal skleiły się pudełkami.
ocena: 10/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/neuraxismetal
inne płyty tego wykonawcy:
Artystyczny, bo niestety na pewno nie rynkowy, debiut katowickich trushersów z Menthrass to cztery krwiste jak stek Burneiki, motoryczne niczym teoretyczny harley Lemmy’ego Kilmistera kawałki czerpiące garściami z dorobku takich tuz jak Exodus, Anthrax, Slayer i kilku innych thrash/groove metalowych wyziewów. Muszę przyznać, że spędziłem nad tym 20-minutowym wydawnictwem całe godziny i był to czas spędzony bardzo mile. W przeciwieństwie do niektórych innych polskich epek AD 2013. Już od początku słychać, że chłopaki poszli na całość i napierdalają radosne rytmy z wdziękiem młodej panny a doświadczeniem wiekowej kurwy wędrowniczki. Nie ma opierdalania – że tak pojadę Burneiką. Raper bije agresywnie i bezkompromisowo, jest przy tym zajebiście rytmiczny i żywy – motoryka idealna do nakurwiania cabanem i robienia zamieszania pod sceną. Dawno nie słyszałem tak energetycznego thrashu. Kilka ciepłych słów kieruję także pod adresem wiosłowych, którzy przynajmniej raz na kawałek serwują riff godny wyżej wymienionych legend. Co prawda nie mdleję przy solówkach, ale w sumie złego słowa powiedzieć nie można. Za to, jak już wspomniałem, riffy bywają zachwycające i to bezwarunkowo – w skali globalnej. Posłuchajcie końcówki „Paindrops” i drugiej połowy „Have Fun!”. Garowego już połechtałem, wiosłowych też, teraz czas na kilka słów o basiście. Sekcyjnie się sprawdza – w sumie to przecież także jego zasługa, że z kawałków bije taka moc. Mam jednak nieodparte wrażenie, że gdyby dać Sieminowi więcej luzu i troszkę posiedzieć nad konsolą, album nabrałby głębi i byłby nawet bardziej bezkompromisowy i dojebujący. Taka mała sugestia. Na zakończenie zostawiłem sobie wokalistę. Generalnie sprawę ujmując jestem oczarowany. Całkiem szerokie spektrum, ładnie obsłużone growle w „(In) Sanity”, kilka ładnych czystych linii w „Have Fun!” – cacy. Mam jednak zastrzeżenia do kilku przejść w „Faustian Bargain”, które prezentują się raczej słabo. Nie wiem, ile w tym winy chujowego (sorry, ale taka prawda) tekstu i linii melodycznej, ale nadaje się to tylko do wymiany. Podobny problem napotkałem w „Paindrops”, co każe mi sądzić, że wokalista starał się nadrobić braki tekstowo-melodyczne. Aha, jeszcze jedno – radzę popracować nad angielszczyzną. Zbliżam się do końca, więc jeszcze trochę pobawię się w Wujka Dobrą Radę. Teksty, panowie szanowni, słabawe, żeby nie powiedzieć biedne. Pisałem już o tym – picie i ćpanie były dobrym motywem 30 lat temu, teraz wywołują uśmiech politowania. Druga sprawa – koncept utworu dobry, poszczególne wersy ssą. Fragmenty „Paindrops” i „Faustian Bargain” niech posłużą za przykład właśnie ruganego, nagannego tekściarstwa. Na szczęście są to tylko dwa, raczej krótkie, fragmenty, więc nie wpływają na odbiór całości. Podsumowując muszę przyznać, że nie spodziewałem się tak zacnego thrashu z naszej ziemi. Jest jeszcze trochę pracy przed chłopakami, ale jeśli odrobią zadanie domowe, spodziewam się naprawdę zajebistego longpleja. Więc panowie – nakurwiać do upadłego.
Analizując powierzchownie krótkotrwały powrót Forbidden do grania i jego konsekwencję w postaci Omega Wave, dochodzę do wniosku, że Amerykanie zebrali się do kupy tylko w jednym celu – żeby pokazać młodszym, kto tu rządzi. A zrobili to tak dosadnie i z takim rozmachem, że i paru podobnym im dziadkom pewnie sztuczne zęby zazgrzytały z zazdrości w szklankach. Klasa tej płyty, jakość muzyki na niej zawartej jest niepodważalna i budzi w pełni zasłużony respekt. Oczywiście od strony technicznej, kompozytorskiej czy brzmieniowej należało się po nich spodziewać wyłącznie znakomitości ocierających się o imponderabilia – z tego wywiązali się z nawiązką, bo materiał urywa dupę w każdym z tych elementów. Jeszcze większe wrażenie robią świeżość, energetyczność i zaangażowanie, jakie biją od tych weteranów. Najwyraźniej czując, że mają dużo do powiedzenia, Amerykanie postarali się aż o godzinę wciągającego thrash metalu obfitującego w powalające pomysły, kapitalne melodie, odważne solówkowe rzeźbienie i należyty wykop. Pomimo wielu lat poza obiegiem (co się naturalnie nie tyczy Steve’a Smyth’a) muzycy Forbidden bez najmniejszego problemu przywrócili na Omega Wave dawny styl zespołu, czyniąc go jedynie bardziej nowoczesnym i intensywnym (choć nie do tego stopnia co Testament). Osobną sprawą są wokale Russa Andersona. Chłop z wiekiem o dziwo nie stracił pazura, za to znacząco poprawił technikę. Dzięki temu całkowicie wyeliminował denerwujące niekiedy piski, a jego wejścia w wyższe rejestry powodują teraz wyłącznie zachwyt. To samo można napisać o kompozycjach, bo od podniosłego intra, przez „Forsaken At The Gates”, „Adapt Or Die” (ten genialny refren!), „Dragging My Casket”, „Behind The Mask” (jego druga połowa kładzie na łopatki), po wieńczący płytę utwór tytułowy obcujemy z naprawdę doskonałą interpretacją gatunku. Jedynie przerywnikowy „Chatter” mi tu nie pasuje, bo ani on ciekawy, ani nie robi klimatu. Wciśnięto go chyba tylko dla przypomnienia, że muzycy Forbidden to też ludzie i błędy czasem im się przytrafiają. Ale czymże jest ta pierdółka wobec majestatu Omega Wave?
Ujmując sprawę w telegraficznym skrócie stwierdzam, że wydawnictwo rozczarowuje. Po raz kolejny okazuje się, że książki nie powinno oceniać się po okładce, bo można się mocno przejechać. Ja się przejechałem, niestety nie w tą stronę, co chciałem. A było to tak. Nie pamiętam już gdzie i kiedy, najpewniej z pół roku temu na youtube, natknąłem się na utwór pt. „Iconic Images”, który zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Tak dobrego, żywego, mocnego a jednocześnie melodyjnego, perfekcyjnie odegranego technicznego melo deathu nie słyszałem od czasów wczesnego Arsis. Ach ta motoryka, te riffy, ach jaka solówka – gitary najzajebistsze z zajebistych, ochy i achy na prawo i lewo. Oceniając po kawałku – album roku jak w mordę strzelił. Tak właśnie wtedy myślałem i byłem gotów dać się pokroić za to. I dziś pisałbym tą reckę niespiesznie rzucając palcami o klawiaturę. Chuj, koniec z zarzekaniem się i stawianiem na szali własnych członków! Prawda jest niestety bolesna jak czterogodzinna sraczka – poza „Iconic Images”, Formshifter oferuje jeszcze tylko jeden w miarę dobry utwór – „Behold (God I Am)”, jeden w miarę rozpoznawalny (i to tylko ze względu na blackowy początek) – „From the Stars Death Came” i całą masę przeciętnego melodyjnego deathu. Wygląda to tak, jakby cały wysiłek twórczy skupił się na „Iconic images”, na resztę starczyło jedynie rzemiosła. Nie można bowiem zarzucić Amerykanom, że nie wiedzą jak grać. Instrumenty mają opanowane perfekcyjnie, szczególnie wiosłowi, mniej basista, którego niewiele słychać, ale generalnie wiedzą jak grać. Szkoda tylko, że nie potrafią skomponować niczego więcej niż kolejne, przeciętne melo deathowe wprawki. Doskonały przykład przerostu formy nad treścią. Naprawdę żałuję, że przy takim warsztacie, nie powstało dzieło na miarę
The Bleeding. Najwznioślejsze dokonanie Kanibali z Barnesem, ich największy komercyjny sukces, wielkie źródło inspiracji dla innych kapel i jedna z najlepiej sprzedających się płyt w dziejach niekomercyjnego death metalu, a to wszystko przy drastycznie zmniejszającym się zainteresowaniu gatunkiem i kretyńskich działaniach cenzorskich. Tu nie ma przypadku, choć raczej nie stoi za tym trzęsący światem żydowsko-masońsko-metalblade’owski spisek. Ten album to po prostu świetny materiał, który nawet po prawie 20 latach od premiery potrafi wywołać drżenie serca u maniaków krwistej (a jak!) sieczki. Wprawdzie próżno szukać w tych 37 minutach świadectwa tak wielkiego rozwoju w stosunku do wcześniejszego krążka, jakiego byliśmy świadkami między „Butchered At Birth” a
Ci Holendrzy chyba dotarli w IPN-ie do tajnych dokumentów „jak perfekcyjnie trafić death metalową płytą w gust demo”, bo zawartość ostatniego jak dotąd ich albumu, mocarnego Descendants Of Depravity od dłuższego czasu poniewiera mnie dość konkretnie i za każdym razem, gdy wrzucam go na ruszt, nie mogę się od niego oderwać. A zapewniam, że jest to zawartość wprost urzekająca dla maniaka agresywnych dźwięków – tradycyjny w formie, nie silący się na oryginalność death metal zagrany gęsto, na bardzo wysokich obrotach i co ważne – na miarę czasów, w których powstał, czyli z dbałością o ostateczny szlif. Krótkie info dla niewtajemniczonych – Prostitute Disfigurement w ciągu paru pierwszych lat działalności rozwijali się bardzo ładnie, choć bez drastycznych przeskoków, zyskując przede wszystkim na brutalności i technice. Rezultatem intensyfikacji przekazu i kilku zmian personalnych był naprawdę udany „Left In Grisly Fashion”. Nic jednak nie zapowiadało, że przy okazji następnego, odkładanego w czasie krążka panowie dokonają aż tak wielkiego postępu (po drodze zyskując bardziej klasycznego rysu), a rezultat ich wysiłków po prostu zmiażdży. Holendrzy bez dwóch zdań przeszli samych siebie, komponując płytę obowiązkowo wyziewną, bardzo szybką, cholernie dynamiczną (w czym ogromne zasługi ma fenomenalnie bębniący Michiel van der Plicht), zaskakująco czytelną wokalnie (złośliwi powiedzieliby, że Niels Adams wymiękł), urozmaiconą jak diabli i melodyjną (!) jak nigdy. Także od strony technicznej muzykom Prostitute Disfigurement nie można nic zarzucić, bo wyziewy na Descendants Of Depravity wcale do najprostszych nie należą, a gitarzyści i wspomniany perkusista niekiedy robią cuda dla najbardziej wymagających odbiorców. Jednak to nie brutalność, szybkość czy stopień skomplikowana przesądzają o wyjątkowości tej płyty, a zmiksowanie tych elementów z dużą, niespotykaną wcześniej chwytliwością. Wszystkich poprzednich krążków Prostitute Disfigurement słuchało się od początku do końca niemal jak jednego długiego kawałka – był tam jeno wściekły napierdol, w którym właściwie nie pozostawiono ani chwili na refleksję albo złapanie tchu. Na tym albumie już wszystkie utwory posiadają jakieś mocniejsze wyróżniki, fajne patenty, mniej oczywiste smaczki, dzięki którym łatwo je zapamiętać i wywołać później z tytułu. Dlatego też Descendants Of Depravity słucha się po prostu lepiej i chętniej wraca się do niektórych fragmentów, choć to tasiemiec (prawie 40 minut) jak na ich standardy. Mnie rozwalają szczególnie „Sworn To Degeneracy” (ach te wyborne solówki i riff pod nimi – zabójstwo!), „In Sanity Concealed”, „Torn In Bloated Form” i „Carnal Rapture”, żeby nie wymienić zbyt wielu. O brzmienie tej zajebichnej płyty zadbał Andy Classen, co w sumie gwarantowało wysoką jakość, ale chyba nikt, łącznie z nim, nie spodziewał się tak kapitalnego dźwięku. Stąd też Descendants Of Depravity mogę spokojnie zaliczyć do jego najlepszych, najbardziej soczystych prac. Jeśli w jakimś stopniu udało mi się u was zaszczepić zainteresowanie tym krążkiem, to polecam od razu zapolować na wersję z bonusowym dvd, bo to, jak rzadko, pełnowartościowe wydawnictwo. Składa się na nie całkiem nieźle sfilmowany koncert z Dynamo (w sumie 12 numerów czystej sieczki w trzy kwadranse), wesoły teledysk do „The Sadist King And The Generallissimo Of Pain” oraz filmik „Bad TV” obrazujący życie w trasie. Ten ostatni (kilkanaście minut) obfituje w masę śmiechu, ale nie idzie dojść, z czego tak rżą, bo całość jest po holendersku.
Juggernaut to zespół, który znać należy, ba, trzeba, jeśli mieni się człowiek fanem thrashu. W ramach cyklu „thrash z trashu" zapraszam więc do recenzji drugiego i, niestety ostatniego, wydawnictwa tej amerykańskiej formacji – płyty zatytułowanej Trouble Within. Do Juggernauta stosunek mam niemal nabożny, czemu nie ma się co dziwić, wszak techniczny thrash to to, co Tygryski lubią najbardziej, a Juggernaut nie dość, że jest jednym z pionierów gatunku, to w dodatku serwuje muzykę z najwyższej półki. Jednak co Jarzombek, to Jarzombek i nieważne czy gitarzysta czy bębniarz. Nie chcę przez to oczywiście powiedzieć, że gdyby nie Bobby, to chuj by był i tyle, ale obecność Jarzombków w najpierwszych z pierwszych tech thrashowych kapel uważam za wielce wymowną. Przy czym o ile Watchtower poszedł w stronę technicznej extremy, Juggernaut zadowolił się średnim poziomem trudności (czym i tak dystansuje zdecydowaną większość współczesnych technicznych kapel), pozwolił sobie na dość swawolne melodie (czasami nieco nawet kiczowate), heavy-powerowe wokale, sympatycznie infantylne teksty (w sam raz jednak pasujące do lat 80tych) i ogólnie pojętą przebojowość. Poszedł (czy może raczej wytyczył) tą ścieżką, którą niedługo później obrały takie tuzy jak Toxik, Realm i Heathen, czyli technika – tak, ale nie kosztem łatwej przyswajalności i lekkostrawności. Dlatego zespołów Jarzombków słucha się zasadniczo odmiennie: Watchtower wymaga zaangażowania, Juggernaut zaś wchodzi lekko, łatwo i przyjemnie. Pewnego przyzwyczajenia wymaga brzmienie gitar, które jest stosunkowo wysokie, trzeszczące i mające wszelkie cechy, choć tylko na pozór, amatorskiego. Zabieg jednak doskonale pasuje do granej przez Teksańczyków muzyki, nadaje jej niepowtarzalnego charakteru i stanowi kontrę dla bardzo wyraźnego, przyjemnie bulgoczącego basu. Pewnie nie wszystkim przypadnie do gustu taka jegoż autonomia, dla mnie jednak takie, jakże jazzowe, podejście jest warunkiem koniecznym w przypadku technicznych kapel. Na dowód, że wszystko się ładnie dopina proponuję „Stellae Rubeae” – kapitalny, czerpiący z neoklasyki instrumental. A na dowód, że „kiedyś to było lepiej” proponuję ukryty funkowo-rapowy kawałek zamykający album, kawałek pokazujący, że nie ma nic ważniejszego niż dystans do siebie i własnej twórczości. Kawałek ten dedykuje wszystkim ultrasom, true metalom i pozostałym prawdziwkom.
Wolę się nawet nie zastanawiać z jak wielkimi oczekiwaniami fanów/mediów muszą się zmagać muzycy Suffocation przy majstrowaniu materiału na kolejne płyty, bo pewnie można od tej presji osiwieć, albo w najlepszym wypadku dorobić się zatwardzenia. Ale gdy wreszcie nadchodzi odpowiednia chwila, ci mistrzowie mimo wszystko potrafią się należycie sprężyć, lub po prostu mają wszystko w dupach i najzwyczajniej w świecie robią swoje. Zmierzam do tego, że nowojorczycy znowu nie zawiedli, ponownie nagrywając album inny od poprzednich, choć całkowicie w swoim rozpoznawalnym stylu. Ani nimi, ani tym stylem nie zachwiała zmiana za stanowisku perkusisty – doskonałego pojebanego miotacza w osobie Mike’a Smith’a wymienił dobrze znany fanom bardzo szybkiego death metalu Dave Culross, który swego czasu pozamiatał na rewelacyjnej epce
Na takie krążki warto czekać. Drugi album żółtodziobów z Hexen jeszcze bardziej umocnił moją wiarę w kapelę i graną przez nią muzykę. Cztery lata po debiucie zajebali chłopaki kolejnym wydawnictwem, po którym zbierać jest tyle, co po bostońskich maratończykach. A że cztery lata to jednak kawał czasu, to i muzyka trochę się zmieniła. Najogólniej mówiąc zamieniono melodyjność i przebojowość na ciężar i agresję (oczywiście w ramach gatunku). Przyznać mi się jednak wypada, ze pierwsze okrążenia nie przekonały mnie jakoś nadzwyczajnie, ale z czasem było już tylko lepiej. Mogliście się już - patrząc po moich tekstach – domyślić, ze nie przeszkadza mi melodyjność i przebojowość w thrashu, zęby mnie nie bolą od speedowych klimatów, a gitarowe fajerwerki mógłbym hodować w piwnicy (w workach po ziemniakach, oczywiście) - debiut Hexen był w tych kategoriach bezkonkurencyjny. I właśnie stąd początki mojego obcowania z Being and Nothingness były nieco pokraczne. Jak już wspomniałem cztery lata to mnóstwo, szczególnie w przypadku młodych kapel. To, że chłopaki, a wraz z nimi muzyka, dojrzeli słychać na każdym kroku. Nie ma już tylu popisów, teksty trochę jakby wydoroślały, postawiono bardziej na klimat, struktury i kompozycje. Wokalista przeszedł od czystych, niemal powerowych zaśpiewów do growli i mięsistych wrzasków. Deathowy klimat zaczął unosić się znad kręcącej się płyty, a z głośników zaczyny dobywać się wyraźnie niższe rejestry. Trochę mi zajęło odnalezienie się w tych zmianach, bo debiut ceniłem właśnie za tą frywolność, zabawę dźwiękiem, prawie młodzieńcze wygłupy. Na szczęście nie zapomniano o fajerwerkach i niemal każdy z dziewięciu kawałków może poszczycić się bądź to setem motorycznych, rasowych riffów, bądź neoklasyczna solówką, bądź kombinacją wspomnianych. Kilka przykładów: „Defcon Rising” (riff i solówka), „Stream of Unconsciousnes” (to samo), „Indefinite Archetype” (wejście i wyjście; na dodatek utwór klimatem kojarzy mi się z Pestilence’owym
Nawroty raka nieraz niosą z sobą większe zniszczenie niż pierwsze uderzenie… I tak właśnie było z Anglikami. Sukcesor 


