Left To Die to trzeci, po Gruesome i Living Monstrosity, zmontowany na szybko projekt Matta Harvey’a, którego głównym i jakże, kurwa, altruistycznym założeniem było oddanie hołdu dziedzictwu wczesnego Death – a to wszystko tylko i wyłącznie z myślą o fanach, którzy nigdy nie mieli okazji posłuchać oryginalnych demówek w dobrej jakości (bo nikt nie miał takiej okazji, ha!) ani zobaczyć ich twórców na żywo. Ech… Intencje spiritus movens tego przedsięwzięcia od początku budziły moje wątpliwości, jednak ze względu na obecność w składzie Rozza i Butlera oraz widoczną radochę, jaką sprawia im granie tych kawałków, byłem skłonny do pewnego stopnia usprawiedliwić ten pomysł.
A niech se grają te covery, co mnie to obchodzi, przynajmniej nie przerabiają numerów Death i nie podpisują ich jako swoje – oto całość moich głębokich przemyśleń na temat Left To Die, zanim ci postanowili nagrać album. Później, po zapowiedzi Initium Mortis, sypałem już kurwami i chujami w ilości hurtowej, bo nawet pasożytowanie na dorobku Mantas/Death ma chyba jakieś granice, choć Matt Harvey zdaje się ich nie dostrzegać. W takim (uzasadnionym!) stanie wkurwu podszytego pogardą i obrzydzeniem przystąpiłem do konfrontacji z zawartością Initium Mortis, a wyszedłem z niej… zaskoczony i zadowolony. O dziwo, całkiem miło się tego gówna słucha.
Amerykanie wzięli na warsztat dziesięć kawałków Mantas i Death, które powstały w latach 1983-1985 i które nie miały szczęścia trafić na debiutanckiego longa, solidnie je ociosali, wyszlifowali i ozdobili efektownymi solówkami, i w rezultacie stworzyli materiał zjadliwy dla współczesnego słuchacza. Całość brzmi bardzo ładnie i jest precyzyjnie zagrana, co może i odbiera tym numerom trochę z ich prymitywnego/podziemnego charakteru, ale oldskulowy feeling, pełne banałów aranżacje i wszechobecne zapatrzenie w Slayera pozostały tu nienaruszone. Tak w ogóle, balans między pierwotną prostotą a teraźniejszą starannością jest jednym z większych atutów Initium Mortis; nie ma tu przegięć w żadną ze stron, więc nawet takie starocie jak „Death By Metal” wypadają naturalnie i przekonująco.
Co tu dużo ukrywać, debiut (???) Left To Die nie tylko przerósł moje oczekiwania, ale i okazał się materiałem, do którego raz na jakiś czas będę chciał wrócić. A skoro Amerykanom udało się przekonać do siebie tak wrogo nastawionego sceptyka, jakim byłem ja, to przypuszczam, że Initium Mortis sprzeda się w wystarczającym nakładzie, żeby ze strony Relapse pojawiły się naciski na kolejny krążek. Wszak jeszcze kilka numerów z demówek zostało do zagospodarowania, a i można cudownie odkopać jakieś nieznane rarytasy z okresu „Leprosy”.
ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/lefttodiedeathmetal
podobne płyty:
- DEATH – Scream Bloody Gore
- GRUESOME – Savage Land
- POSSESSED – Seven Churches
Patrick Mameli nic sobie nie zrobił z żenującej wtopy, jaką okazało się poskładane naprędce wydawnictwo
Wbrew temu, co tu i ówdzie próbowano nam, obywatelom, w mało wybredny sposób wciskać, debiutancki krążek Godslut niczym się na tle lokalnej sceny nie wyróżniał, a bajdurzenie o jego jakiejkolwiek wyjątkowości było naprawdę grubą przesadą. Na swoje szczęście zespół nie podchwycił tej narracji — czy może strategii marketingowej — i nie robił z siebie wizjonerów polskiego death metalu. I słusznie, bo kolejne potwierdzenie tego, że nimi nie są, dostaliśmy na The Art Of Deconstruction – owszem, słychać tu naturalny rozwój, ale na pewno nie zapędy rewolucyjne, choć w pewnych kwestiach chłopakom odwagi nie brakuje.
Czy zespół grający od ponad trzydziestu lat w bardzo hermetycznym stylu (to taki eufemizm na „ciągle to samo”) może jeszcze czymś zaskoczyć na którejśnastej z kolei płycie? Przy okazji
Powrót Anasarca przeszedł niemalże bez echa, więc naprawdę dobry materiał, jakim był
Czekałem, wypatrywałem, upewniałem się, czy aby na pewno Hysteria jeszcze istnieje, czekałem, wypatrywałem… I tak przez kilka ostatnich lat. W końcu z deka leniwi Francuzi wzięli się za siebie i uraczyli fanów krążkiem numer
Nie tak dawno temu Banisher odbębnił dwudziestolecie działalności w branży rozrywkowej, co samo w sobie jest całkiem niezłym wynikiem, jednak gdy przeliczymy czas spędzony na scenie na dorobek płytowy, wygląda to raczej skromnie. Oczywiście, nie ilość się liczy, tylko jakość… Nooo… i tu mamy problem, bo nie dość, że na Metamorphosis zespół zaliczył wyraźny spadek formy, to jeszcze mocno pogubił się stylistycznie – jakby kompletnie nie wiedział, za co się złapać, w jakim pójść kierunku i właściwie dlaczego.
Czy macie może tak, że jakiś zespół lub jakiś utwór są żywcem wycięte z waszego życiorysu? Szczególnie gdy skupicie się na warstwie lirycznej. U mnie to właśnie krakowskie Biesy (a w sumie bies [Osoba biesowa? – przyp. demo] zwany PR) i debiut Noc Lekkich Obyczajów sprawił, że powróciłem pamięcią 20 lat do tyłu, do czasów studiów akurat w Krakowie. Kiedy to człowiek zostawał „Rzucony w przestrzeń”, gdzie w Noc Lekkich Obyczajów „Czerń nas prosi”, a takie hulanki wchodzą nam „W krew” i tak „Każdego dnia” powtarzały się ciężkie „Powroty”.
Worm zasłynął przynajmniej z dwóch rzeczy: z dość oryginalnego podejścia do podziemnego doomu oraz z ogromnych skoków jakościowych między kolejnymi wydawnictwami. Gdy zestawimy ze sobą prymitywny „Evocation Of The Black Marsh” i ambitny „Foreverglade”, możemy łatwo dojść do wniosku, że mamy do czynienia z dwoma różnymi zespołami z zupełnie innej ligi. Przy okazji czwartej płyty robaczywy duet postanowił pójść ze zmianami jeszcze dalej, mocno rozwijając nie tylko samą muzykę, ale i jej otoczkę, całymi garściami czerpiąc z żenującego wizerunku czołowych przedstawicieli niby symfonicznego black metalu z połowy lat 90. XX wieku. Oprawa graficzna, zdjęcia, stroje, teledyski, tytuły – wszystko to nawiązuje do najgorszych klisz znanych z twórczości Dimmu Borgir, Cradle Of Filth, Ancient czy Limbonic Art.
Dla każdego, kto kolekcjonuje płyty i kupuje je w tradycyjny sposób, wiadomym jest, iż wiążą się z tym różne historie. Nieważne czy to CD, winyle, a nawet kasety. Niespodziewany zakup, cudowne objawienie na koncercie czy też udana licytacja po zaniżonej cenie. Mianownik jest jeden: dorwanie w łapska upragnionego krążka. Zaczynając w ten sposób można prosto pomyśleć, że recenzowany Oremus ma jakieś „backstory”. Nic bardziej mylnego. Nie mam pojęcia gdzie i kiedy zakupiłem tę płytę. Mogę jedynie przypuszczać, że musiało być to podczas koncertu Blaze of Perdition, których nie znosiłem, ale był czas, kiedy grali wszędzie gdzie widniał napis „black metal”, poczynając od Wrocławia i kończąc na Rzeszowie. Chcąc-nie-chcąc widziałem ich często. Do zakupu mogła przekonać mnie okładka i pewnie cena, która prawdopodobnie była podobna do kosztu browara.


