Dwie wydane w krótkim odstępie czasu znakomite płyty powinny w zupełności wystarczyć, żeby uczynić z Gorgasm światowego formatu gwiazdę brutalnego death metalu. No i cóż, zespół w jakimś tam stopniu zauważono, tu i ówdzie trochę się nawet o nim mówiło, jednak z całą pewnością nie doczekał się tak entuzjastycznych reakcji, na jakie zasługiwał. Innymi słowy: rozczarowanie. Później przyszły problemy z ustabilizowaniem składu i nierzetelnością wytwórni, co przełożyło się na ogólne zniechęcenie Amerykanów do grania i koniec końców doprowadziło do zawieszenia przez nich działalności. Nie na długo. Po niespełna dwóch latach wrócili. Odmienieni.
Przez pierwszą dekadę działalności Gorgasm dorobił się może nie bardzo oryginalnego, ale na pewno w mig rozpoznawalnego stylu, a tymczasem to, co słychać na Orgy Of Murder, sprawia wrażenie nie do końca określonego czy przemyślanego – jakby Amerykanie dopiero próbowali tu znaleźć jakiś pomysł na siebie albo pracowali w dużym pośpiechu. Z trudnych do wytłumaczenia względów między drugim a trzecim krążkiem zespół stracił coś ze swojej tożsamości i wyrazistości. Sam materiał jest wolniejszy, prostszy, mniej brutalny i chwytliwy od dwóch poprzednich, a przy okazji brzmi odczuwalnie słabiej – surowo i undergroundowo, choć niezaprzeczalnie selektywnie.
Mnie najbardziej na Orgy Of Murder boli ograniczenie tych wszystkich technicznych zagrywek, do których od zawsze wzdychałem u Gorgasm – pokręconych riffów, melodyjnych solówek czy nietypowo poprowadzonych partii basu. To nie tak, że nagle te elementy zniknęły z twórczości zespołu, ale występują w zdecydowanie mniejszym natężeniu i w większości nie są tak efektowne, jak jeszcze kilka lat wcześniej. Co gorsza, przestrzenie między nimi zostały „uzupełnione” dość typową brutal-death’ową sieczką/mielonką, którą można przypisać wieeelu innym grupom albo nawiązaniami do klasyków (jak do Deicide w „Silence Follows Dismemberment”). Tak na dobrą sprawę trzeba dwóch kawałków z Orgy Of Murder, żeby wydobyć z nich tyle esencji Gorgasm, ile zawierał jeden numer z „Bleeding Profusely” czy „Masticate To Dominate”…
Narzekam na Orgy Of Murder, jakby Amerykanie nagrali co najmniej niesłuchalnego gniota, a tak bynajmniej nie jest. Ten krótki (29 minut) album oferuje kilka naprawdę udanych i kopiących po dupie utworów, spośród których najokazalej wypada rozbudowany „Exhibit Of Repugnance”. Gdyby cały krążek trzymał taki poziom, o jękach niezadowolenia nie byłoby mowy.
ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/AnalSkewer
inne płyty tego wykonawcy:
Nie ukrywam, że z wiekiem coraz trudniej przychodzi mi skupić na czymś uwagę, pewne rzeczy/zjawiska zwyczajnie mi umykają, a pamięć płata figle w najmniej odpowiednich momentach. Mimo wszystko chyyyba nie jest ze mną aż tak źle, żebym nie mógł wychwycić wydarzeń rangi epokowej. Ot, choćby takich, jak osiągnięcie przez Blood Incantation statusu Metallicy. Że co, że niby nic takiego nie nastąpiło? Jak w takim razie wytłumaczyć wydanie All Gates Open: In Search Of Absolute Elsewhere (Original Motion Picture Soundtrack)? Agresywną kampanią promocyjną? Fanaberią? Odklejką? Moja odpowiedź jest następująca: wszystkim po trochu.
Wydawać by się mogło, że po tak znakomitym debiucie, jakim był
Left To Die to trzeci, po Gruesome i Living Monstrosity, zmontowany na szybko projekt Matta Harvey’a, którego głównym i jakże, kurwa, altruistycznym założeniem było oddanie hołdu dziedzictwu wczesnego Death – a to wszystko tylko i wyłącznie z myślą o fanach, którzy nigdy nie mieli okazji posłuchać oryginalnych demówek w dobrej jakości (bo nikt nie miał takiej okazji, ha!) ani zobaczyć ich twórców na żywo. Ech… Intencje spiritus movens tego przedsięwzięcia od początku budziły moje wątpliwości, jednak ze względu na obecność w składzie Rozza i Butlera oraz widoczną radochę, jaką sprawia im granie tych kawałków, byłem skłonny do pewnego stopnia usprawiedliwić ten pomysł.
Patrick Mameli nic sobie nie zrobił z żenującej wtopy, jaką okazało się poskładane naprędce wydawnictwo
Wbrew temu, co tu i ówdzie próbowano nam, obywatelom, w mało wybredny sposób wciskać, debiutancki krążek Godslut niczym się na tle lokalnej sceny nie wyróżniał, a bajdurzenie o jego jakiejkolwiek wyjątkowości było naprawdę grubą przesadą. Na swoje szczęście zespół nie podchwycił tej narracji — czy może strategii marketingowej — i nie robił z siebie wizjonerów polskiego death metalu. I słusznie, bo kolejne potwierdzenie tego, że nimi nie są, dostaliśmy na The Art Of Deconstruction – owszem, słychać tu naturalny rozwój, ale na pewno nie zapędy rewolucyjne, choć w pewnych kwestiach chłopakom odwagi nie brakuje.
Czy zespół grający od ponad trzydziestu lat w bardzo hermetycznym stylu (to taki eufemizm na „ciągle to samo”) może jeszcze czymś zaskoczyć na którejśnastej z kolei płycie? Przy okazji
Powrót Anasarca przeszedł niemalże bez echa, więc naprawdę dobry materiał, jakim był
Czekałem, wypatrywałem, upewniałem się, czy aby na pewno Hysteria jeszcze istnieje, czekałem, wypatrywałem… I tak przez kilka ostatnich lat. W końcu z deka leniwi Francuzi wzięli się za siebie i uraczyli fanów krążkiem numer
Nie tak dawno temu Banisher odbębnił dwudziestolecie działalności w branży rozrywkowej, co samo w sobie jest całkiem niezłym wynikiem, jednak gdy przeliczymy czas spędzony na scenie na dorobek płytowy, wygląda to raczej skromnie. Oczywiście, nie ilość się liczy, tylko jakość… Nooo… i tu mamy problem, bo nie dość, że na Metamorphosis zespół zaliczył wyraźny spadek formy, to jeszcze mocno pogubił się stylistycznie – jakby kompletnie nie wiedział, za co się złapać, w jakim pójść kierunku i właściwie dlaczego.
Czy macie może tak, że jakiś zespół lub jakiś utwór są żywcem wycięte z waszego życiorysu? Szczególnie gdy skupicie się na warstwie lirycznej. U mnie to właśnie krakowskie Biesy (a w sumie bies [Osoba biesowa? – przyp. demo] zwany PR) i debiut Noc Lekkich Obyczajów sprawił, że powróciłem pamięcią 20 lat do tyłu, do czasów studiów akurat w Krakowie. Kiedy to człowiek zostawał „Rzucony w przestrzeń”, gdzie w Noc Lekkich Obyczajów „Czerń nas prosi”, a takie hulanki wchodzą nam „W krew” i tak „Każdego dnia” powtarzały się ciężkie „Powroty”.
Wyjątkowo entuzjastyczne przyjęcie debiutu sprawiło, że czterej młodzieńcy z Martyr jeszcze mocniej przyłożyli się do prac nad kolejnym materiałem; tak mocno, że w rezultacie stworzyli jeden z absolutnie najlepszych deathmetalowych krążków, jakie kiedykolwiek powstały w Kanadzie. Krążek, który pomimo upływu ponad 25 lat od premiery nie stracił niczego ze swojej świeżości, i który wciąż zachwyca rozmachem i wizjonerstwem rozwiązań aranżacyjnych. To nie lada wyczyn zważywszy na to, że zespół miał ostro pod górkę – raz, że już na
Los bywa przewrotny – mój pierwszy kontakt z Antiversum zakończyłem z mocnym postanowieniem, że więcej kontaktów z Antiversum nie przewiduję. Na „Cosmos Comedenti” z 2017 nie znalazłem kompletnie niczego, co by mnie mogło na dłużej przykuć do głośników albo choćby zmusić do zagłębienia się w tamten materiał. Miała być potęga kosmosu, wyszła pospolita nuda. Przez kolejne kilka lat w ogóle nie zawracałem sobie głowy Szwajcarami, aż w niejasnych okolicznościach trafiłem na De Nemesis Omnes Et Omnia. Zespół dostał zatem drugą szansę; tej już nie zmarnował, aczkolwiek mógł się postarać bardziej.
Od pierwszego zetknięcia z Descent byłem przekonany, że spłodzony na tę okazję tekst będzie raczej formą rozliczenia się z tym, co napisałem na temat
U zespołów parających się muzyką ekstremalnie ekstremalną po paru latach generowania dość jednorodnego hałasu często pojawia się chęć zrobienia czegoś inaczej, wyjścia poza dotychczasową formułę i poeksperymentowania – jakby wyczerpały im pomysły na takie granie albo zwyczajnie się nim znudziły. Właśnie wtedy dają sobie dłuższą chwilę na wymyślenie siebie na nowo, zmianę podejścia do słuchaczy, badania w grupach fokusowych i tym podobne dyrdymały, które później są podciągane pod kategorię „rozwój”. Z radością spieszę donieść, że Mylingar do takich kapel się nie zaliczają, a ich trzeci pełny krążek jest potwierdzeniem konsekwencji w dążeniu do totalnego i niekoniecznie kontrolowanego chaosu.
Przez pierwsze kilka (dziesięć?) lat działalności muzykom Qrixkuor nie udało się zainteresować zespołem przesadnie szerokiego audytorium, więc można było dojść do wniosku, że żaden przełom w „karierze” nie jest im pisany i podzielą los typowej obskurnej kapeli z fanklubem liczącym siedemnaście osób rozsianych po całym świecie. Tymczasem wraz z wydaniem debiutanckiego „Poison Palinopsia” w 2021 ich akcje gwałtownie wystrzeliły, bo było to coś świeżego, zaskakującego, niezwykle ambitnego, no i wciągało jak diabli. Nietypowe podejście Brytyjczyków do death metalu sprawiło, że zaczęto się im przyglądać z dużym zainteresowaniem, ale i z pewną obawą, czy przypadkiem nie staną się kapelą jednej, powtarzanej do wyrzygania sztuczki. Otóż nie stali się!
Quentin Tarantino to utytułowany amerykański scenarzysta oraz reżyser, znany z nieliniowej narracji, zamiłowania do łączenia różnych gatunków, licznych odwołań do popkultury, rozbudowanych dialogów czy wyjątkowo pomysłowych i krwawych scen przemocy. Jest kultowy, jest podziwiany, ale nie jest święty, bo i jemu zdarzył się gniot okrutny w postaci „Grindhouse: Death Proof”. Czy będący w dobrej formie Exhumed byłby w stanie uratować tamten film? Oj nie sądzę, jednak z Red Asphalt — którego tematyka kręci się właśnie wokół makabrycznych wypadków drogowych — jako soundtrackiem seans na pewno nie byłby aż tak usypiający.
Pierwszy album Brytyjczyków narobił sporego zamieszania w kręgach wielbicieli technicznego thrash/death jako materiał doskonale zagrany, cechujący się niepowtarzalnym kosmicznym klimatem, a w swej złożoności niemal wizjonerski. Cóż… dobra to była płyta, taka nawet ambitna (choć w oczywistych miejscach zalatywało od niej przerostem formy nad treścią) i do posłuchania, ale stanowczo zbyt przehajpowana. W każdym razie ja nie doszukałem się na „Visitations From Enceladus” tego, co u innych wywoływało tyle podniety. Enyłej, jadąc na tym hajpie, Cryptic Shift załapali się na kontrakt z Metal Blade i to właśnie dla nich po przydługiej przerwie nagrali Overspace & Supertime, materiał również przehajpowany…
Przez dobre kilka miesięcy byliśmy zewsząd atakowani tematem pożegnalnej płyty Megadeth i jej znaczenia dla dalszych losów ludzkości. Wiadomo, to przecież taki wzruszający moment, koniec epoki i nieśmiertelne dziedzictwo pozostawione maluczkim – ogólnie podziw i smuteczek bardzo. O będącym w tym samym punkcie „kariery” Monstrosity jest natomiast cicho… Nie ma się bowiem co oszukiwać, przy tak niemożebnie rozciągniętym procesie twórczo-wydawniczym Screams From Beneath The Surface może się okazać ostatnim krążkiem w dorobku tego zasłużonego, acz niezbyt pracowitego zespołu, nawet jeśli Lee Harrison jeszcze nie zdaje sobie z tego sprawy.
W Unique Leader już od dłuższego czasu dzieją się rzeczy dla mnie niepojęte, choć może Wydział Dociekliwych ze skarbówki miałaby na ten temat inne zdanie… Z boku wygląda to tak: Amerykanie olewają swoje najlepsze zespoły tylko po to, żeby później ładować kasę w wzięte z dupy deathcore’owe i slamowe nieporozumienia, które jak przypuszczam nie pozwalają im nawet wyjść na zero. W tym pozbawionym nadzoru (Erik Lindmark…) burdelu najbardziej marnowali się Cytotoxin, którzy przy odrobinie rzetelnego wsparcia mogli być już na poziomie Aborted i śmigać po świecie jako headlinerzy wielomiesięcznych tras. Tymczasem po 15 latach grania sami muszą wydawać sobie płyty, zupełnie jak na początku „kariery”.


